UGLY. Encyklopedia brzydkiej mody

Page 1


ENCYKLOPEDIA BRZYDKIEJ MODY

Szalona podróż przez wieki koszmarnych trendów

KAROLINA ŻEBROWSKA

nie dość, że napisała, to przetłumaczyła

Znak Horyzont 2026

WStĘp

Drogi czytelniku!

Oto Encyklopedia brzydkiej mody. Kompendium zakazanej wiedzy na temat największych modowych grzeszków. Kompletny spis zbrodni, przestępstw i wykroczeń, które wstrząsnęły historią. No i trochę też lista rzeczy, które według mnie wyglądają dość śmiesznie, więc może rozbawią także ciebie…

Za moment wkroczysz do świata brzydoty i mroku, dziwactw i niesamowitości, świata rzeczy, które są trochę „omg”, a trochę „co tu się stało?”. Moda historyczna to fascynujący temat, który staje się tym dziwniejszy, im bardziej się w niego zagłębiasz, a w tej książce nurkujemy w historyczne modowe okropieństwa z impetem olimpijskiego skoczka.

Przygotuj się na doświadczenie horrorów, które mogą straumatyzować nawet najodważniejszych fashionistów. Ale zanim zanurzymy się w tej przerażającej kałuży modowej rozpaczy, musimy ustalić kilka rzeczy.

Przede wszystkim będziemy pokazywać palcem mainstreamową, europejską (czy zachodnią) modę i śmiać się z niej. Dlaczego? Bo co innego śmiać się z rzeczy, na które bogaci i uprzywilejowani wydawali pieniądze, a co innego nabijać się z tradycyjnych strojów mniejszości etnicznych czy kulturowych. Tego drugiego robić nie będziemy. Zamiast tego skupimy się na dziwnych nakryciach głów europejskich rodzin królewskich, ozdobach próżnych kupców, cudacznych butach zakompleksionych oficerów i paskudnych fryzurach ich żon.

Godny uwagi pozostaje też fakt, że podczas lektury zapewne zauważysz, iż niektóre elementy garderoby pojawiają się kilkukrotnie, w zupełnie różnych odsłonach. Znajdziesz tu na przykład sporo bombastycznego obuwia czy nakryć głowy, które były po prostu zbyt dobre, żebym je ominęła. To chyba naturalne, że niektóre akcesoria są zabawniejsze od innych, i gwarantuję, że mimo ogólnych tendencji czeka cię szeroka selekcja brzydoty.

Ta książka jest też bardzo subiektywna, co oznacza, że niektóre rzeczy, które uważam za brzydkie, dla ciebie niekoniecznie takie będą. Ale nie od dziś wiadomo, że o gustach się nie dyskutuje. A zresztą – czym właściwie jest brzydota? Prawdopodobnie w każdym z rozdziałów da się znaleźć coś pięknego, nawet jeśli skupiam się na tym, co niekonwencjonalne i dziwne. Standardy modowe bez przerwy się zmieniają, przemieszczają i przeobrażają, wpływając na to, jak je odbieramy, nawet jeśli nie zdajemy sobie z tego sprawy. Zazwyczaj patrzymy na historyczne trendy przez pryzmat współczesnych i właśnie te ostatnie wydają nam się najbardziej twarzowe, podczas gdy te najmniej przystające do dzisiejszej mody odczytujemy jako brzydkie. A do tego wszystkiego dochodzi jeszcze indywidualny gust. Z jednej strony osoba taka jak ja, nosząca na

co dzień ubrania vintage, prawdopodobnie będzie darzyć tę modę większą sympatią niż raczkujący entuzjasta vintage widzący stare trendy po raz pierwszy, bez żadnego kontekstu. Z drugiej strony jako osoba, która może poszczycić się zerową świadomością współczesnej mody, często przemierzam dzisiejsze sklepy z poczuciem, że po prostu tego już nie łapię. „Ludzie naprawdę uważają to za fajne? Tak teraz wyglądają buty? I dlaczego wszystko musi być takie ogromne?”, pytam zaszokowana i zagubiona, przeszukując sklepowe alejki. Wniosek nasuwa się sam – brakuje mi jakiegoś ważnego kontekstu. Kontekst jest kluczowy w zrozumieniu mody, zarówno współczesnej, jak i historycznej, dlatego w każdym rozdziale postaram się zrobić, co w mojej mocy, żeby wspomnieć o istotnych elementach składających się na rozwój wybranych trendów. Może będzie to pomocne w zrozumieniu moich wyborów!

Jeśli jednak w połowie książki fukniesz, sykniesz, pokręcisz głową i zakrzykniesz: „A MNIE się to podoba!”, pamiętaj, że istnieją stroje historyczne, które ja darzę czcią, a które inni zapewne woleliby usunąć z pamięci. Zawsze interesowały mnie reakcje innych na modę historyczną. Bardzo często mój odbiór niektórych trendów jest zupełnie inny niż osoby niezainteresowanej historią. Chociaż… szczerze? Jeśli wszystkie opisywane przeze mnie rzeczy uznasz za pociągające, to pora się nad sobą zastanowić.

Jeżeli jesteś purystą historii mody z obsesją na punkcie swoich ulubionych epok, ta książka może nie być dla ciebie. Istnieje bowiem spora szansa, że twoje ukochane modowe cacuszka zostaną rozszarpane na strzępy. Nie dosłownie – szanujemy tu antyki! – ale w przenośni. Istnieje mnóstwo historycznych trendów, które zawsze wywołują żywą dyskusję, i to, czy zasługują na miejsce w tym zestawieniu, jest – znowu – bardzo subiektywne.

Jeśli jednak masz poczucie humoru i nie raz spoglądałaś(-łeś) na stary obraz albo rycinę z myślą „Co to, do cholery, jest?”, sądzę, że znajdziesz tu coś dla siebie, bo mam dosłownie tak samo. Co to właściwie jest? I dlaczego jest takie brzydkie?

Przykład bardziej dekoracyjnego wulsthaube. (Lucas Cranach Starszy, Portret Anny Cuspinian, 1502)

Absolutnie kosmiczne czepce

Z niemieckiego wulsthaube. Podejrzanie wyglądająca masa tkaniny zwisająca z tyłu kobiecej głowy.

Jeśli chodzi o modę, szesnastowieczne Niemcy przypominały trochę szaleństwo lat 80. XX wieku. Wizualnie działo się BARDZO DUŻO –

i, szczerze mówiąc, patrząc na te modowe ekscesy dziś, trudno oprzeć się wrażeniu, że nikt o to nie prosił ani nikt tego nie potrzebował. Ale stało się i obecnie naznaczona przepychem epoka pociętych tkanin, bufek, złotych haftów i szalonych nakryć głowy pozostaje równie szokująca, co za czasów Cranachów (jeśli nic ci to nazwisko nie mówi, zarówno Cranach Starszy, jak i jego synowie byli malarzami i pozostawili po sobie absolutnie ikoniczne przedstawienia mody).

Skoro już mowa o nakryciach głowy, w ówczesnych Niemczech (okej, w tamtych czasach oficjalnie Cesarstwie Rzymskim, ale umówmy się, w sznyclu nie ma nic rzymskiego) wiele elementów ubioru bardzo się wyróżniało. W XVI wieku po jednym spojrzeniu na czyjś strój można było się domyślić, skąd ktoś pochodzi – czasem nawet z dokładnością do regionu czy miasta!

Niemców rozpoznawano nie tylko po szokujących połączeniach kolorów i gęsto pociętej tkaninie (zob. Landsknechci, s. 84), ale także po tym, że lokalne kobiety urządzały sobie z nakryć głowy o kosmicznych formach konkurs na cosplay profesora Quirrela z Harry’ego Pottera.

Trend ten, cieszący się popularnością głównie u mężatek ze sfery drobnomieszczaństwa i burżuazji, rozlał się również na sąsiadujące z cesarstwem ziemie, między innymi na tereny Węgier i Polski.

Przedziwne czepce, o których mowa, składały się z kilku elementów. Najpierw zakładano ciasny czepek spodni, do którego potem przypinano wałek przypominający kształtem obwarzanek. Całość zakrywano kolejnym czepkiem lub tkaniną, czasem dopinając jeszcze luźny welon. Wałek wypełniony był nieraz ścinkami bawełny i lnu, a niektóre z zachowanych egzemplarzy mają dodatkowo tasiemki dla lepszego dopasowania do głowy.

Prostsze wersje czepca i welonu uszyte były ze zwykłego lnu, podczas gdy do wykonania tych bardziej ozdobnych używano brokatu, delikatnej koronki, wyszywanych tkanin, pereł i złota. Moje ulubione to te gładkie, bez żadnych widocznych załamań pomiędzy wałkiem a resztą głowy, przypominające zdeformowane jajo.

Niektóre późniejsze modele wulsthaube miały podwikę przewiązywaną pod brodą czy nawet zakrywającą usta. Z kolei welon z czasem stał się cieńszy, co pozwalało na udrapowanie go tajemniczo na czole i oczach właścicielki. Zupełnie jakby kobiety chciały się schować przed światem – i kto może je za to winić? Ja też bym nie chciała paradować po mieście z zapasową oponą z tyłu głowy.

Wulst – watowany wałek – przeszedł rozmaite transformacje, odkąd zyskał popularność w drugiej połowie XV wieku. Na samym początku wieku XVI przybrał niezdrowe rozmiary, a potem stopniowo się zmniejszał. Z czasem przemieścił się również z czubka głowy w okolice szyi. Niezależnie od rozmiaru i kąta wulsthaube wyglądało jednak jak niezidentyfikowana istota wyrastająca z tyłu kobiecej głowy. E.T., do domu.

ASzesnastowieczni ewidentnie gustowali w naroślach w stylu Obcego. (Albrecht Dürer, Portret Elsbeth Tucher [z domu Pusch], 1499)

Namiot? Sofa? Nie! To suknia w kratę z połowy XIX wieku. (Suknia z jedwabnej tafty, ok. 1855, Los Angeles County Museum of Art)

Alternatywa dla tapicerki

Tekstylny trend z lat 50. XIX wieku, zamieniający bezbronne kobiety w element wystroju wnętrz.

Lata 50. XIX wieku były ogólnie dość dzikim czasem w historii damskiej mody. Przez 85% czasu damy wyglądały jak urodzinowe torty dla dzieci z lokalnej cukierni, w które wbita jest na środku lalka Barbie. Swój udział w tym kontrowersyjnym looku miały krynolina i wielowarstwowe spódnice, a ich pękaty kształt z równo rozłożoną objętością raczej nie pomagał. Aż dziwne, że na kapeluszach nie nosiły świeczek do zdmuchania przy akompaniamencie Sto lat.

Spódnice pochłaniały również nieboską ilość tkaniny, najwięcej od początku stulecia. Przeciętny obwód krynoliny, opatentowanej po raz pierwszy w 1856 roku, mógł wynosić 2–2,5 m, ale niektóre, zwłaszcza te przeznaczone do noszenia na wieczór lub na specjalne okazje, mogły osiągać wymiary nawet 5 m. Popularnością cieszyły się marszczone falbany, co z kolei oznaczało, że na jedną suknię można było zużyć nawet 18 m tkaniny, jeśli była bardzo cienka.

Uwaga: mimo skojarzeń z klatkami krynolina tak naprawdę dużo ułatwiła! Przed jej powstaniem kobiety nosiły sztywne halki z końskiego włosia lub wiele warstw mających na celu uzyskanie modnej sylwetki. Krynoliny pozwoliły się pozbyć niepotrzebnego ciężaru i wbrew temu, co pokazują filmy (np. ta scena w Pocahontas 2 Disneya, gdzie krynolina wystrzeliwuje do góry przy siadaniu, no co jest!), były one giętkie i łatwe w „nawigowaniu”.

Umówmy się – nawet najładniejsze suknie z okresu wczesnej krynoliny wyglądają jak meduza. A modnisie na tym nie poprzestawały; pogarszały tylko sprawę, nosząc wzory, które

świetnie by się sprawdziły w wystroju wnętrz z sitcomu z lat 90. Bo kto nie chciałby wyglądać jak kocyk z planu Świata według Kiepskich! Jakby tego było mało, kobiety zamieniły popularne na początku dekady ciasne rękawy na szerokie, tak zwane pagodowe. No, jeśli mam być szczera – nie pomogło. Całość była ciężka jak sto pięćdziesiąt.

Ten rodzaj sukni opisany został w „Peterson’s Magazine” z 1856 roku, co prawda w nieco lżejszej wersji, bo dekolt i rękawy nie są aż tak zabudowane, przez co kobieta nie wygląda z automatu jak gablota reklamująca kraciaste wełny:

Suknia wieczorowa lub suknia popołudniowa, dobra na wizytę w kurorcie, z cieniutkiej, zielonej, kraciastej organdyny. Spódnica ozdobiona jest trzema rzędami falban. Stanik jest długi, z przodu zakończony w szpic, z tyłu nieco krótszy. Rękaw jest bufiasty, złapany nad łokciem wstążką i kokardą i wykończony falistą falbanką. Rękaw spodni jest krótki, wykończony falbanką z koronki. Fichu [chusta zakrywająca dekolt] wykonane jest z brukselskiej siateczki, lnianej koronki, wstawek i czarnej aksamitnej wstążki. Duże ozdobne kokardy z przodu i na ramionach.

Te wszystkie marne modowe wybory powodowały, że niektóre kobiety chodziły po mieście, wyglądając jak kanapy. Bonusowe punkty do looku „à la sofa” zdobywała kraciasta tkanina, przywołująca więcej tapicerskich skojarzeń. A wisienką na tym torcie złego smaku były używane wówczas ozdoby, podejrzanie podobne do tych preferowanych przy dekoracji zasłon czy poduszek: frędzle, kutasiki, kokardki. Dekorator wnętrz płakał, jak projektował.

ASuknie w stylu „obiciowym” cieszyły się popularnością w latach 50. XIX wieku. (Suknia wełniana, ok. 1855–1860, Metropolitan Museum of Art, Nowy Jork)

Co ciekawe, kraciasty wzór tkaniny mógł w tym czasie być uważany zarówno za krzyk mody, jak i za modową porażkę. W krótkim opowiadaniu zamieszczonym w „Godey’s Lady’s Book” z 1856 roku opisana została „niezwykle stylowa młoda dama”, która „ubrana była w ciemną kratę, rozjaśnioną jedynie przez jej wstążki, dostojny kołnierzyk i rękawy”. Tymczasem w historii z tego samego magazynu, ale z numeru wydanego rok później, kratka jest już w złym guście: „Starsza kobieta wybrała jaskrawą kratę w żywych kolorach i o mocnym wzorze. Nie można było wyperswadować jej wyboru tak krzykliwej sukni”.

Na początku lat 60. XIX wieku przynajmniej zluzowano trochę temat falbanek, ale nieozdobione niczym spódnice nie wystarczyły, żeby uratować kraciasty look, zwłaszcza że pagodowe rękawy nie przestawały się poszerzać. Prawie sto lat przed narodzinami Vivienne Westwood krata nie kojarzyła się jeszcze z rockiem ani modowymi buntownikami, co niestety oznaczało, że wiktoriańskie kobiety miały równe zeru szanse na wyglądanie cool.

UWAGA! Wkraczasz w sferę noszenia biustonoszy-rakiet. (General Artists Corporation, James Kriegsmann, zdjęcie aktorki Patti Page, lata 50. XX wieku)

Biustonosze gotowe do wystrzału

Niebezpieczny element bielizny, niezalecany w pobliżu rzeczy wrażliwych na nakłucie.

Zaczęło się niewinnie – jako prosta metoda konstrukcji wczesnych biustonoszy w latach 20. i 30. XX wieku, ale dość szybko zrobiło się ryzykownie. Już w okolicy lat 40. i 50. ekstremalnie spiczaste biustonosze (zwane przez ówczesnych bullet bra ze względu na ich podobieństwo do pistoletowego naboju) noszone były przez modelki pin-up i aktorki, takie jak Jayne Mansfield, Jane Russell, Mamie Van Doren, Diana Dors, Bettie Page czy Anita Ekberg – w skrócie dziewczyny, które wiedziały, że są po prostu hotówami. Innym przykładem jest oczywiście Marilyn Monroe, która nie tylko preferowała bullet bra, ale i nosiła skrojone w ten sposób suknie na ekranie (widać to na przykład w Pół żartem, pół serio).

I ja to szanuję, ale kiedy cienki sweterek jest napięty do tego stopnia, że wygląda, jakby sutki wyposażone były w ostre kolce, to robi się trochę niekomfortowo. Zwłaszcza jeśli do tego biust jest spłaszczony u góry i u dołu, jak przy mammografii.

Miałam kiedyś taki biustonosz – czerwony autentyk z lat 50. – i był tak sztywny, że można było zrobić komuś krzywdę podczas przytulania. Tak naprawdę granica pomiędzy bullet bra a powszechnie noszoną wówczas bielizną pozostawała dość cienka. Biustonosze różnych rodzajów krojone były w podobny sposób, z poziomym szwem na środku i szeroką taśmą na dole.

Choć trudno w to uwierzyć, patrząc na biusty szykujące się do wystrzału jak Adam Małysz do skoku z Wielkiej Krokwi, anatomicznie rzecz

biorąc, te „spiczaste” staromodne biustonosze miały więcej wspólnego z prawdziwym biustem (i sutkami) niż gładkie, okrągłe, przypominające jabłka współczesne wynalazki, do których jesteśmy przyzwyczajeni.

A jednak to właśnie te biustonosze vintage wywołują u nas o wiele bardziej żywiołową reakcję, może dlatego, że uczeni jesteśmy za wszelką cenę ukrywać kobiece ciało? W latach 40., gdy bullet bra pojawił się po raz pierwszy, moda zaczynała bardziej niż kiedykolwiek wcześniej akcentować naturalną kobiecą sylwetkę za pomocą rozciągliwych dzianin, dopasowanych spodni i zyskujących popularność pod koniec dekady ołówkowych spódnic. Noszenie widocznej bielizny i przyciąganie uwagi czymś tak seksualizowanym jak kobiece piersi musiało być w pewien sposób aktem odwagi przeciwko sztywnym normom społecznym i wiecznemu wyglądaniu „porządnie” i „jak dama”.

Patrząc na fotografie z lat 40. i 50. – nie stylizowane portrety, a zdjęcia, które ludzie robili sobie na gankach domów lub na piknikach z przyjaciółmi – można zauważyć, że naprawdę odważne biustonosze-naboje były wybierane przez totalne kociaki.

Jeśli mam być szczera, nie wiem, co myśleć o bullet bra. Z jednej strony, poprzez naciągnięcie tkaniny na torsie, pomaga on w osiągnięciu charakterystycznej, znanej z lat 50. sylwetki osy i może wyglądać naprawdę sexy. Z drugiej, jeśli się z nim przesadzi, sprawia wrażenie, jakby sutki miały kilkanaście centymetrów długości. Aż przypominają się te długie balony z odpustu, z których klaun wykręcał balonowego pieska; po paru godzinach zazwyczaj schodziło z nich powietrze i końcówki stawały się podejrzanymi gumowymi dzyndzelkami. Co kto lubi.

Jayne Mansfield i jej biustonosz zaprzeczający prawom grawitacji. (Pictorial Press, zdjęcie Jayne Mansfield, lata 50. XX wieku, Alamy)

Bałtyckie peleryny

Szesnastowieczny element ubioru inspirowany wakacyjną wizytą w oceanarium.

Choć w XIX i XX wieku ich populacja drastycznie spadła, Niemcy bałtyccy stanowili w XVI stuleciu dość sporą mniejszość etniczną zamieszkującą dzisiejsze tereny Litwy, Łotwy i Estonii. Dziś moglibyśmy ich nazwać imigrancką klasą wyższą, z których sporą część stanowiły szlachta i burżuazja.

Regionem, w którym zamieszkiwało ich najwięcej, była Liwonia. To właśnie tam, na początku XVI wieku, jeśli wierzyć ówczesnym artystom, narodziła się wyjątkowo dziwaczna moda. Mówię to z pełną świadomością rozmaitości cudacznych strojów, które – jak zobaczycie w innych rozdziałach – narodziły się w owym stuleciu (zob.  Rogata głowa, s. 124; Landsknechci, s. 84). To znaczy jeśli te przedstawienia są w ogóle prawdziwe, bo wielu spekuluje, że to tylko fantazja artystów.

Pierwsze znane przedstawienia strojów Niemców bałtyckich namalował w 1521 roku Albrecht Dürer i były one tak szokujące, że inni europejscy artyści przez dekady po prostu je kopiowali – równie chamsko, co twój kolega z ławki w trakcie testu z historii. Czy Dürer w swoich akwarelach przedstawiał prawdziwych mieszkańców Liwonii? Trudno powiedzieć, więc nie wiemy, na ile są zgodne z prawdą. Możliwe, że po prostu zmieszał różne niemieckie trendy, ale jeśli porównamy jego inne przedstawienia z prawdziwymi strojami, wygląda na to, że przykładał się do pracy. A ponieważ jego prace tak ochoczo kopiowano i drukowano w książkach poświęconych europejskim strojom, istnieje prawdopodobieństwo, że w końcu dotarłyby do Liwonii. Tam zmyślone stroje na pewno

Cudaczne mody pozostające historyczną tajemnicą. (Albrecht Dürer, Trzy damy z Liwonii, 1521)

wzbudziłyby protest niewłaściwie sportretowanych, a nie mamy doniesień o podobnej sytuacji. Szczerze mówiąc, równie niewiele mamy doniesień na temat właściwego ubioru w Liwonii, więc to wszystko jest dość umowne. Mnie osobiście niezmiernie śmieszy sama myśl o tym, że takie stroje ktoś w którymś momencie historii mógł nosić, zwłaszcza że w Europie istniały wówczas podobne trendy.

Jeśli wierzyć rycinom, bogate Niemki bałtyckie nosiły sięgające ziemi, mocno plisowane peleryny z obscenicznie wysokimi kołnierzami, prawdopodobnie służącymi jako osłona zarówno przed chłodem, jak i przed ludzkim spojrzeniem. W skrócie kołnierze tego rodzaju stanowiły modowy odpowiednik sadzenia tui naokoło ogrodu. Peleryny były mocno zdobione futrem i złoceniami, na wypadek gdyby ktoś nie zauważył, że właścicielka jest nieźle dziana.

Paleta kolorystyczna zazwyczaj wykorzystywała szalone połączenia żywych kolorów, jak czerwień i kanarkowa żółć, by znów upewnić się, że postronny obserwator zauważy drogie barwniki.

Nie bez powodu takie ekstrawaganckie stroje nosili ponoć Niemcy bałtyccy, którzy za pośrednictwem dobrze funkcjonującej Hanzy (związku kupieckiego) mieli dostęp do wysokiej jakości futer i tkanin. Wpływ na ich wygląd miały także lokalne ustawy przeciwko zbytkowi, służące zapewnieniu, że biedota nie żyje (lub, w tym wypadku, nie wygląda) ponad stan. Bogate Niemki bałtyckie zgodnie z prawem mogły na przykład nosić bardziej wymyślną biżuterię i ochoczo korzystały z tego przywileju.

Kobiety zamężne zakładały do plisowanych, dziwacznych struktur masywne, sztywne czepce lub kapelusze w kształcie trójkąta albo stożka. Niektóre z tych nakryć głowy mogły wykształcić się z rosyjskich kokoszników, zważywszy na niewielką odległość od Cesarstwa i mieszanie się ludności. Modniarstwo pozostawało też jednym z niewielu rzemiosł w Liwonii pozwalających pracującym w zawodzie kobietom na członkostwo w gildii, możliwe więc, że wiele uwiecznionych na rycinach kapeluszy wykonały modniarki.

Abstrahując od rzemiosła – ja przepraszam, ale jak to wygląda? Plisy nawiązują nieco do niemieckich i szwedzkich strojów z tego okresu, ale nawet nie potrafię sobie wyobrazić, skąd ta moda się w ogóle wzięła. Wygląda toto jak najnowsze testy Space-X sekundy przed wylotem w kosmos. Dlaczego kobiety z własnej woli chodziły po świecie, wyglądając jak kałamarnice, pozostanie zapewne tajemnicą, lecz jako osoba, która ma za sobą podróż po krajach bałtyckich i która została powitana mroźnym wiatrem i deszczem w każdym z nich, poniekąd to rozumiem.

Niemcy bałtyccy w Liwonii stawiali na styl o nazwie „Nie w nastroju na kontakt z człowiekiem”. (Hans Weigel, Portret dystyngowanej liwońskiej damy i jej córki, 1600, Bibliothèque Nationale de France, Paryż)

Wojny inflanckie w połowie XVI wieku położyły kres nie tylko niemieckiej dominacji na terenie Liwonii, ale i odważnym poszukiwaniom modowym, i sądząc po późniejszych przedstawieniach mód z regionu, większość kobiet ostatecznie zaadaptowała mody bardziej zgodne z europejskim nurtem. A szkoda, bo kto wie, na co Niemki bałtyckie by wpadły, gdyby im nie przerwano.

Bzdurne kołnierzyki

Głupawy, zwisający smętnie dodatek ukochany przez purytanów i amerykańskich osadników.

Za kilka rozdziałów przypatrzymy się bliżej kryzom (zob. Niezbyt wygodna ozdoba szyi, s. 100), które można by nazwać najgorszym wynalazkiem w dziedzinie kołnierzy, ale siedemnastowieczni wpadli na sposób, żeby jeszcze wszystko pogorszyć. Około lat 20. XVII wieku kryzy, zwłaszcza u mężczyzn, zaczęły stopniowo opadać, aż ich miejsce zajęły płaskie, szerokie kołnierze. Jest w tym spływającym kształcie i kanciastych brzegach coś żałośnie lichego; nic mnie nie przekona, że kołnierzyki, które dobrze pamiętam z pierwszego dnia szkoły, mają w sobie jakiekolwiek resztki godności.

Choć wiele kobiet również zaczęło nosić płaskie, szerokie kołnierze, kojarzone one były jednak głównie z modą męską – i kojarzone są nadal. Myślę, że możemy za to dziękować licznym filmowym przedstawieniom Trzech muszkieterów

Jak gdyby nie były wystarczająco paskudne, niektórzy posuwali się do noszenia kilku warstw kołnierzy, a czasami jeszcze na wierzch zakładali kryzę. Kto bogatemu zabroni? Nie wiem, ale ktoś powinien, bo jako gwóźdź do trumny siedemnastowieczni przypinali jeszcze pasujące do zestawu ozdobne mankiety.

Nic nie bierze się z próżni, zwłaszcza jeśli chodzi o modę; zarówno kołnierze, jak i mankiety wykonywane były z wysokiej jakości tkanin, które w krajach takich jak Francja czy Holandia stanowiły dobro narodowe. Dekorowano je również drogą koronką, która w owym czasie przeżywała swoisty renesans, podobnie jak różnego rodzaju haft. Pomiędzy rokiem 1625 a 1633 wydatki króla Karola I na koronki i len wzrosły o 50%,

Ten uniseksowy trend spowodował, że cała siedemnastowieczna Europa odziana była w szerokie śliniaczki. (Frans Denys, Portret Eugène’a de Berghes i Portret Florence-Marguerite de Renesse-Warfusée [hrabiego i hrabiny Grimbergenów], 1641)

a ówcześni wymieniają ponad 900 m koronki zużytych na dwanaście kołnierzyków i dwadzieścia cztery pary mankietów.

Chyba jednak nawet wtedy uważano ten trend za trochę przesadny, o czym świadczą liczne udokumentowane protesty. Na przykład w 1623 roku rada Kastylii zaproponowała reformę zakazującą noszenia „przesadnych kołnierzy”.

W cudacznej anonimowej komedii Wesoły dialog pomiędzy Kołnierzem, Mankietem a Kryzą, napisanej w 1615 roku, dodatki ubioru kłócą się, które spośród nich jest najlepsze. Kryza wyzywa Kołnierz na pojedynek, mówiąc: „Kołnierzu, oto będziemy walczyć w pojedynkę; nie będziesz podwójny”, nawiązując do zwyczaju noszenia po kilka kołnierzy naraz. Konflikt zostaje w końcu rozwiązany przez Mankiet, który obwieszcza:

Oto co następuje – Kryza zdobędzie największe uznanie wśród duchownych, jest bowiem najpoważniejsza, choć

purytanom z nią nie po drodze; zbyt dużo siedzi, podczas gdy oni lubią się podnosić [nawiązanie do opadającej w tym okresie kryzy]. Co do ciebie, Kołnierzu, najbardziej znany będziesz wśród młodych modnisiów, choć czasem użyją oni Kryzy dla sprostania wymogom mody, ale tylko z tego powodu.

W swoim pamiętniku z 1662 roku Samuel Pepys wydaje się zadowolony ze swojego nowego kołnierza i sposobu, w jaki podkreślił on jego modny strój; zapisał, że planuje zakupić więcej sztuk:

Założyłem nowy koronkowy kołnierz i jest tak gustowny, że postanowiłem wydać na podobne kołnierze dużo pieniędzy, gdyż wszystko inne lepiej z nimi wygląda.

Zanim jednak zdążył zainwestować w wielką kolekcję, kołnierz wyszedł (czy może opadł?) z mody wraz z nabierającymi objętości męskimi lokami zakrywającymi ramiona; niedługo później został całkiem zastąpiony przez fular z koronki.

Możliwe, że ten rodzaj kołnierza źle się kojarzy, bo przywodzi nam na myśl zakonnice, szkolne mundurki czy sukienki dla dzieci z lat 90. – chociaż wydaje mi się, że jest po prostu naturalnie niepoważny. Opadający kąt nie pomaga; trójkątna sylwetka, tworzona przez ramiona i głowę, nieraz dodatkowo obarczoną obrzydliwą fryzurą (zob. Mokry pies, s. 94), przypomina mi po prostu przedszkolaka podczas karmienia. I kto wie, może kołnierz służył przy okazji jako śliniaczek.

Nawet rodzinom królewskim się nie upiekło – wszyscy wyglądali jak przedszkolaki. (Frans Luycx, Cesarz Ferdynand III, 1637)

Tytuł oryginalny

THE ENCYCLOPEDIA OF UGLY FASHION: A Hilarious Introspective of History’s Best Worst Fashion Trends

Text Copyright © 2025 by Karolina Żebrowska

Published by arrangement with Page Street Publishing Co.

All rights reserved

Adaptacja okładki: Marcin Słociński

Redaktorka inicjująca: Natalia Hońca

Redaktorka prowadząca: Urszula Ilnicka-Gębarowska

Redaktorka językowa: Agnieszka Mąka

Koordynatorka procesu wydawniczego: Agata Błasiak

Opieka promocyjna: Klaudia Kusy

Adiustacja: Magdalena Wołoszyn-Cępa

Korekta: Maria Zając

Łamanie: Izabela Kruźlak

Copyright © for this edition by SIW Znak sp. z o.o., 2026

Copyright © for the translation by SIW Znak sp. z o.o.

ISBN 978-83-8427-507-8

Znak Horyzont www.znakhoryzont.pl

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl

Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl

Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37

Dział sprzedaży: tel. (12) 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl

Wydanie I, Kraków 2026. Printed in EU

Przeczytaj, co o książce sądzą inni czytelnicy, i oceń ją na lubimyczytać.pl

Przeczytaj, co o naszych książkach sądzą inni czytelnicy, i oceń je na

Turn static files into dynamic content formats.

Create a flipbook
Issuu converts static files into: digital portfolios, online yearbooks, online catalogs, digital photo albums and more. Sign up and create your flipbook.
UGLY. Encyklopedia brzydkiej mody by SIW Znak - Issuu