


Anna Stasiak
![]()



Anna Stasiak

Wioleta Herczyńska
Kraków 2026





Ojej! Ludzie! A co wy tu robicie, pośrodku lasu?
Zaraz zapadnie noc, a wy błąkacie się pośród zarośli!
Zgubiliście się?
Och. To może być moja wina. Las tak mnie pochłonął, że zapomniałem was pilnować! Zwykle prowadzę wędrowców jak najszybciej bezpieczną trasą do domu. Ale tutaj tyle się dzieje! Czasem zagapię się na motyla albo pobiegnę za puchatą wiewiórką… i nagle skręcę w inną ścieżkę, zanurzę się na chwilę w gęstwinie, a wy już idziecie złym szlakiem. I tak się właśnie zaczynają przygody w krainach za siedmioma lasami, za siedmioma górami.
Nie wiedzieliście nawet, że z wami szedłem, prawda? Cóż, nie chwaląc się, potrafię naprawdę nieźle się ukryć.
Kim jestem? Jestem LICHO
Ludzie często o mnie wspominają! Mówią: „Co za licho?”, gdy coś ich zaskoczy. Albo: „Do licha!”, gdy się zezłoszczą. Najbardziej jednak lubię, gdy trafiają na jakąś zagadkę lub tajemnicę. Stwierdzają wtedy, że: „Licho wie!”. Czyli że nikt nie wie, tylko ja. Znowu, nie chwaląc się, to prawda – sporo wiem. Może dlatego, że nie muszę dużo spać. Dzięki temu mam czas, żeby się wszystkiemu dokładnie przyglądać. Wtedy ludzie mawiają z przestrogą:
„Uważaj, licho nie śpi!”, tylko dlatego, że czuwam dzień i noc. Gdy jednak zdarzy mi się krótka drzemka, to nagle ostrzegają się nawzajem: „Nie budź licha, kiedy śpi”. Słusznie. Nikt przecież nie lubi, gdy się mu bez powodu nagle przerywa sen!
Ludzie dużo o mnie mówią… Gdy komuś źle życzą, wołają: „Niech cię licho porwie!”. Wypraszam sobie. Nikogo nie porywam, wcale nie chce mi się dźwigać ciężarów. Myślę sobie, że gdy ktoś tak ciągle powtarza: „Licho to, licho tamto”, tak naprawdę chce zrzucić na mnie winę innych!
No, innych. Innych stworów.
Bo stworów jest strasznie dużo! I one czasem płatają figle. Ale ludzie nie potrafią rozpoznać, czyja to sprawka. I myślą, że to ja.
Bywa i tak, że dobrze wiedzą, który stwór coś przeskrobał, ale tak bardzo boją się wypowiedzieć jego imię, że wolą użyć mojego. I wychodzi na to, że odpowiadam za wybryki wszystkich stworów!
Owszem, znam stwory co do jednego. Chcecie, to opowiem wam o nich po drodze. Zresztą lepiej, żebyście i tak poszli ze mną. Obiecuję, że teraz was nie zgubię! Do domu daleka droga, a słońce już się chyli ku zachodowi. Robi się późno. Ruszajmy! Tylko trzymajcie się blisko mnie.




Widzicie te pulsujące światełka? Nie, to nie lampy. To znak, że gdzieś w okolicy znajdują się niebezpieczne bagna lub moczary. Wiem, że kusi was, by pobiec za tymi iskierkami. Nie róbcie tego! Niestety nigdy ich nie dogonicie. Możecie spróbować, ale ostrzegam, że zanim się do nich zbliżycie, ugrzęźniecie w błocie po pas. Zwodzą was bowiem błędne ogniki!


BŁĘDNE OGNIKI to śliczne migocące stwory, unoszące się w powietrzu po zmroku. Podczas wędrówek w ciemnościach trudno się oprzeć tym przyciągającym światełkom. Człowiek kieruje się w ich stronę odruchowo, spodziewając się dotrzeć do czegoś ciekawego albo spotkać innego wędrowca. Niestety wabią one ciekawskich wprost na zdradliwe grzęzawiska, z których niełatwo się wydostać.

Niektórzy zarzekają się, że w bladym świetle księżyca widzieli, jak naprawdę wyglądają błędne ogniki –mówią, że to wysokie postacie ze spłaszczonymi świecącymi głowami. Inni twierdzą, że błędne ogniki przypominają ubranych w czerń ludzi trzymających migoczące latarenki. Jak jest w rzeczywistości? Lepiej nie ulegać pokusie, by przyjrzeć się im z bliska! I tak odlecą, a wy wylądujecie w bagnie.

Skąd się wzięły błędne ogniki? Licho wie!
Nad moczarami i bagnami naprawdę można zauważyć punkciki światła! W niektórych miejscach ich przyczyną jest gaz (fosforowodór) wydobywający się na podmokłych terenach z gnijących szczątków roślin i zwierząt. Taki gaz w zetknięciu z tlenem (czyli głównym składnikiem powietrza, dzięki któremu człowiek oddycha) może zapłonąć delikatnym, ulotnym blaskiem i po chwili zniknąć.
Światełkami poruszającymi się w powietrzu mogły być również świetliki, czyli latające chrząszcze, których odwłoki wytwarzają światło.



Minęliśmy mokradła, ale dalej czeka nas jeszcze więcej wody. Zbliżamy się do jeziora. Zobaczcie, jak jego tafla mieni się w zachodzącym słońcu! I błyszczą się też ważki latające nad powierzchnią. Aż kusi, żeby zejść niżej, na piaszczysty brzeg, zdjąć buty i trochę się potaplać! Ale lepiej nie podchodźcie za blisko. Okolice wody to ulubione miejsce wielu stworów!



W oddali widać morze. Wiem, że wy, ludzie, bardzo je lubicie. Prawda, to brzmi dobrze – wygrzewać się na złotym piasku, wsłuchując się w szumiące fale. To przyjemne, gdy lekka bryza chłodzi policzki, a wiatr niesie zapach słonej wody. Gorzej, kiedy nagle na horyzoncie pojawiają się ciemne chmury przecinane przez jaskrawe błyskawice. Burza nad tą wielką, bezkresną wodą to nie przelewki! Już wiecie, że nad jeziorem należy być ostrożnym. Natomiast nad morzem trzeba być bardzo, ale to bardzo ostrożnym! Mieszka w nim bowiem potężny Szalińc.

Podwodny pałac SZALIŃCA znajduje się daleko na północy, w najzimniejszych i najciemniejszych morskich głębinach. Gdy Szalińc przebywa w swoim pałacu, morze jest spokojne i rybacy mogą bez trwogi wyruszać na łodziach, żeby łowić ryby. Czasem jednak lubi wyłonić się z głębin, cały pokryty wodorostami, by się wykąpać. Wtedy powierzchnia morza się wzburza, zamieniając się w jedną wielką pianę. Kiedy Szalińc poderwie się zbyt gwałtownie, powoduje silny, zimny wiatr. Najgorzej jednak, gdy jest w złym humorze. Wtedy lepiej, by żeglarze i rybacy jak najszybciej przybili do brzegu, nadciąga bowiem potężny, nieokiełznany sztorm.
Kto nie zdąży uciec przed sztormem, wpada w ręce Szalińca. Staje się wówczas MORZKULCEM , czyli morskim topielcem, i wraz z Szalińcem zamieszkuje głębiny. Wypływający na dalekie wody marynarze słyszą czasem jęki i zawodzenia morzkulców, zagłuszane przez szum morza. Szalińcowi towarzyszą też zwierzęta – morskie psy (foki), morskie świnki (delfiny) oraz morskie konie (wieloryby).
Pośród fal da się niekiedy usłyszeć piękny, czarujący śpiew. To niesie się urzekający głos MORSKICH PANIEN , zwanych także MORZECAMI . Są to półkobiety, półryby, które lubią od czasu do czasu wygrzewać się na brzegu. Marynarze, patrząc ze statku w ich kierunku, dostrzegają ciepłe błyski i wiedzą, że morskie panny czeszą swoje złote włosy, a słońce igra w ich bursztynowych koralach. Morzece, w zależności od nastroju, mogą pomagać mężczyznom na morzu lub ich gubić. Czasem wyłaniają się z morskiej piany, by wskazać najlepsze miejsce na połów ryb. Innym razem mogą tak skutecznie zaczarować swym śpiewem, że załoga zapomina o całym świecie i traci kontrolę nad statkiem. Wtedy w morskim pałacu już czeka na nich Szalińc.



Dlatego zawsze sprawdzajcie prognozę pogody, zanim wsiądziecie na pokład! Burza na morzu może być ogromnie niebezpieczna. Jeśli więc doświadczony marynarz odwołuje rejs, nie nalegajcie, by zmienił zdanie. Lepiej przeczekać nawałnicę i grzmoty, niż dać się porwać przez wzburzone sztormem wody.



Skąd się wzięli Szalińc, morzkulce i morskie panny? Licho wie!
Morze od zawsze fascynowało człowieka. Wielka słona woda zdawała się nie mieć końca. Mimo silnych fal i przepastnych głębin zawsze znajdowali się śmiałkowie, którzy wsiadali na łódki, nie tylko po to, by łowić ryby, ale także po to, żeby się przekonać, czy dotrą do jakiegoś nieznanego lądu. Z czasem odkryto, że drogą morską można dopłynąć do innych krajów, aby wymieniać z nimi towary lub w nich zamieszkać. Wielu marynarzy straciło życie pośród morskich fal. Morze jest tak ogromne i gwałtowne, że wielu uważało je za szaloną i nieprzewidywalną siłę. Skoro ludzie na ziemi mieszkają w domach, a nawet w zamkach, to w tak wielkiej wodzie z łatwością mógł się skryć nawet ogromny pałac pełny stworów. Widzicie podobieństwo morzkulców do topielców, a morskich panien do rusałek? Wyobraźnia osób, które straciły kogoś na morzu, działała podobnie do wyobraźni tych, których bliscy utonęli w jeziorze lub rzece. Potrzebowali sobie to jakoś wytłumaczyć. Wynikało to z tęsknoty i bezsilności. Ludzie mieszkający nad morzem często musieli pracować przy połowie ryb lub transporcie morskim, a ci, którzy padli ofiarą sztormu, na zawsze pozostawali w sercach swoich bliskich.




Piękne niebo, prawda? Można się w nie wpatrywać godzinami. Niech was jednak nie zwiedzie pozorny spokój niebiańskich przestworzy. Tak, nawet tam można spotkać stwory! Spryciarze potrafią zadomowić się zarówno na ziemi, jak i pod nią, na mokradłach i w głębinach wód, a także tam, hen, wysoko!


O, spadająca gwiazda! Jaka duża! Ach, no oczywiście. To nie żadna spadająca gwiazda, tylko latawiec. Chociaż on też trochę gwiazdorzy. Bardzo lubi się popisywać swoim wyglądem.

Gdy LATAWIEC ujrzy z góry jakąś śliczną dziewczynę, zrywa złoty łańcuch, za pomocą którego trzyma się nieba, i rzuca się z wysokości.
Pędzi ku ziemi, lecąc na świetlistych skrzydłach. Ciągnie się za nim blask przypominający kometę.
Latawiec jest bardzo piękny, ma złocisty warkocz i oczy iskrzące się jak gwiazdy. Gdy jakaś panna w nie spojrzy – już po niej!
Tak mocno zakochuje się w latawcu, że może myśleć tylko o nim.
O wszystkim innym zapomina, pragnąc tylko wpatrywać się w przystojnego latawca.
Podobny los czeka młodzieńców, którzy spotkają LATAWICĘ . Przybiera ona postać ślicznej, smukłej dziewczyny o długich bursztynowych włosach.
Gdy chłopiec ujrzy jej roziskrzone oczy, wręcz kamienieje z zachwytu i już nie chce spojrzeć na żadną inną pannę.
Kto zakocha się w latawcu lub latawicy, ten zapomina o całym świecie. Nie je, nie pije, tylko czeka na zachód słońca. Cierpi na bezsenność i pogrąża się w tęsknocie za gwiezdną istotą. Szybko traci siły i zdrowie, aż w końcu umiera. Latawiec zjawia się tylko na krótko nocą i nie zamierza zabawić na ziemi zbyt długo. Wschód słońca sprawia bowiem, że odpadają mu świetliste skrzydła oraz złote warkocze. Nie może wtedy wrócić między gwiazdy i po siedmiu dniach na ziemi latawiec umiera jak zwykły człowiek. A wraz z nim umierają ci, którzy zakochali się w nim bez pamięci.


Choć nocne niebo kusi błyszczącymi gwiazdozbiorami i przyjemnie jest wypatrywać spadających gwiazd, to lepiej być ostrożnym! Jak się uchronić przed latawcami? Dobrze mieć przy sobie główkę czosnku! Jego zapach to skuteczne zabezpieczenie przed niechcianymi miłostkami. A jeśli już latawiec zdąży kogoś oczarować… wtedy trzeba sięgnąć po mocniejszy zapach i okadzić nieszczęśnika dymem z wysuszonego i spalonego świńskiego łajna. Takiej woni nie zniesie chyba żadne romantyczne uczucie.

Skąd się wziął latawiec? Licho wie!
Niegdyś ludzie, widząc meteoryt lub kometę, wyobrażali sobie, że to jakaś istota zlatuje z nieba na ziemię. Z kolei osoby, które często wpatrywały się w niebo, postrzegali jako nierozważnych marzycieli.
Uważano, że zamiast bujać w obłokach, lepiej się wziąć do roboty, bo tylko w ten sposób można było zebrać zapasy, żeby przetrwać zimę.
Jeśli więc ktoś zadzierał głowę, by podziwiać nieboskłon i rozmyślać, sądzono, że chyba bardzo za kimś tęskni. Może nawet się zakochał, skoro tak marnuje czas?
Bliscy i sąsiedzi widzieli tylko, że ktoś tęsknie wzdycha i coraz mniej cieszą go rzeczy, które do tej pory lubił. Łączyli to z działaniem istot takich jak latawiec. Nie znano jeszcze wtedy choroby, którą dziś nazywamy depresją. Depresja to taka podstępna przypadłość, która sprawia, że czuje się smutek i zmęczenie bez wyraźnego powodu. Osobie, która na nią zachoruje, smutek towarzyszy ciągle, nawet wtedy, gdy nic smutnego się nie stało. Zmęczenie nie znika, mimo że nie robiła nic, co mogłoby ją zmęczyć. Człowiek zaczyna tracić ochotę na naukę, pracę, a nawet zabawę i spotkania z przyjaciółmi. Źle się z tym czuje, ale nie może sobie w żaden sposób poradzić. Obecnie lekarze potrafią leczyć depresję. Nasi przodkowie niestety nie wiedzieli o medycynie tak dużo jak my dzisiaj. Myśleli, że to zauroczenie latawcem tak zmienia ich bliskich.



U f, no to jesteśmy w domu! W końcu! To była długa droga. Pewnie jesteście głodni. Nie tylko wy! Co dopiero domowik! Nie dość, że się za wami stęsknił, to jeszcze dbał o wszystko w domu pod waszą nieobecność. Jak to? Nie wiecie, kim jest domowik? Ojej… Nawet nie mówcie tego głośno, bo zrobi mu się okropnie przykro.



DOMOWIKI to sympatyczni mali staruszkowie z długimi brodami i dużymi stopami.
Każdy dom ma swojego domowika. Opiekuje się on domostwem, czuwa nad jego mieszkańcami, dba o zwierzęta. Nie chwali się tym wszem wobec, woli zaszyć się cichutko w ciemnym kącie lub na strychu. Lubi też wygrzewać się za ciepłym piecem. Prawie nigdy go nie widać. Taki jest skromny. Ale w podzięce warto mu zostawić okruszki chleba, garstkę kaszy lub miseczkę mleka. Odwdzięczy się, zapewniając pomyślność i bezpieczeństwo. Domowik dba o domowników, a domownicy powinni dbać o domowika. Będzie się im wtedy dobrze wiodło, nie braknie im jedzenia ani ciepła. Domowik ostrzega przed nadciągającym zagrożeniem, a nawet, w razie potrzeby, odgania pałętające się w okolicy zmorę czy strzygę. Pomoc domowika jest przydatna, dlatego ludzie cenią sobie jego obecność.

Dawno, dawno temu domowikom zdarzało się przybierać także postać węży. Ludzie bardzo szanowali węże i nie wyrzucali ich z domu, wiedzieli bowiem, że to domowiki. Podstawiali im miseczki z mlekiem, z których te chętnie piły. Potrafiły nawet bawić się z najmłodszymi dziećmi!
Po niektórych ważnych świętach, gdy rodzina kończyła ucztowanie, nie sprzątała ze stołu, lecz zostawiała naczynia z resztkami jedzenia, właśnie z myślą o domowych stworach.
Ważne, aby jedzenie dla domowika nie było posolone! Stwory nie przepadają za solą, która parzy ich i szczypie. Jeśli ktoś podałby domowikowi posoloną strawę, ten mógłby pomyśleć, że chce się go obrazić, i rzuciłby miską ze złością.
Gdy gospodarz dba o swój dom, domowiki są szczęśliwe. Uwielbiają porządek, zadbane wnętrza i zapach świeżego jedzenia gotującego się w kuchni. Cieszą się, kiedy wszyscy członkowie rodziny żyją w zgodzie i wzajemnym szacunku. Nic nie sprawia mu większej radości od tego, że bliscy sobie pomagają.


Choć domowiki dużo pomagają, niektórym takie wsparcie nie wystarcza. Zamiast cieszyć się tym, co mają, chcą więcej: pieniędzy, jedzenia, błyskotek i pięknych rzeczy.
Zaglądają przez dziurkę w płocie do sąsiada i zaczynają mu zazdrościć – pełniejszej stodoły czy większej liczby kur. By zaspokoić swoją zachłanność, trzymają w domu kłobuka.

Na pierwszy rzut oka można pomyśleć, że KŁOBUK to zwykły czarny kogut, prawda? Dopiero gdy mu się lepiej przyjrzycie, zobaczycie jego niezwykłe ogniste oczy. Gdy biegnie na swoich kogucich łapkach albo frunie przez nocne niebo, sypią się za nim iskry, jakby jego ogon płonął.
Chciwy bogactwa gospodarz próbuje sobie takiego kłobuka wyhodować. W tym celu nosi przez tydzień pod pachą wyjątkowo duże jajko od czarnej kury. Kiedy wykluje się pisklę, trzyma je w tajemnicy przed wszystkimi na strychu lub w kominie i karmi gotowanymi jajkami, mlekiem i kluskami. Kłobuk mieszka w ciepełku, najedzony, a w zamian przynosi gospodarzowi bogactwo. Jak to robi? Przecież nie wyczaruje skarbów ot tak, z powietrza.
Otóż kłobuk wylatuje kominem ze swojego domu i… wchodzi do cudzych piwnic i spichlerzy! Wykrada wszystko: pieniądze, zboże, lepsze sztuki mięsa i słoninę, a nawet materiał, który gospodyni trzyma na nowe ubrania. Stwór leci, trzymając zdobycze w dziobie albo przenosi je na ogonie z powrotem do swojego właściciela. Jest bardzo uparty. Nawet przyłapany, nie daje sobie wydrzeć wartościowych łupów.
Kiedy gospodarzowi, który ma kłobuka, zbyt dobrze się powodzi, sąsiedzi zaczynają zauważać, że coś jest nie tak. Szukają złodzieja, który podkrada ich z trudem zgromadzone zapasy. Bywa, że gospodarz idzie po rozum do głowy i w końcu dostrzega, że był zbyt zuchwały. Wie, że jeśli wszystko się wyda, będzie afera! Sąsiedzi go ukarzą i już na pewno nigdy się do niego nie odezwą!
Gospodarz myśli wtedy: „Wystarczająco się wzbogaciłem, nie potrzebuję więcej pomocy kłobuka! Wygnam go z domu, zanim mieszkańcy wsi się zorientują, kto za tym wszystkim stoi”.
Tylko że kłobuka wcale nie tak łatwo wypędzić. Dobrze mu w ciepłym domu z pysznymi jajkami i kluskami. Jednak gdy gospodarz przestaje go


karmić i wygania kijem, kłobuk odlatuje i znika w ciemności. A wraz z nim… znika wszystko, co przyniósł! Wszystko, co do jednej monety, co do jednego ziarenka zboża, rozpływa się w powietrzu. To i tak lepsza opcja, bo zdarza się, że kłobuk czuje się wyjątkowo urażony. Wówczas, kiedy odchodzi, zamienia wszelkie zgromadzone w domu rzeczy w śmieci i nieczystości. Gospodarz nie ma już bogactwa – za to ma dużo do sprzątania.
Skąd się wziął kłobuk? Licho wie!
Jeśli komuś niespodziewanie dobrze się powodziło, sąsiedzi zaczynali podejrzewać, że kryją się za tym jakiś podstęp albo pomoc nadnaturalnych istot. Uważali, że pewnie jakiś stwór kradnie ich dobytek i pomyślność, by zanieść je komuś innemu. Kłobuk był zatem przejawem ludzkiej zazdrości!




Copyright © by Anna Stasiak
Copyright © for this edition by siw Znak sp. z o.o., 2026
Autorka, czyli kto opisał Licho i wszystkie stwory
Anna Stasiak
Ilustratorka, czyli kto stworzył rysunki i zaprojektował okładkę
Wioleta Herczyńska AblaArt
Redaktorka inicjująca, czyli kto wpadł na pomysł wydania tej książki
Dorota Trzcinka
Redaktorka prowadząca, czyli kto opiekował się projektem
Karina Krysiak
Redaktorka, czyli kto sprawił, by książkę dobrze się czytało
Paulina Jóźwik
Koordynatorka, która pilnowała, żeby wszystko było na czas
Sabina Wojtasiak
Adiustatorka, która czuwała nad poprawnością językową
Maria Zając
Korektorki, które poprawiły błędy w książce
Anastazja Oleśkiewicz, Kinga Kosiba
Łamanie, czyli słowa na stronach ułożyła
Karolina Korbut | Mimoza
Opieka produkcyjna, czyli o przygotowanie książki do druku zadbał
Dawid Kwoka
Promotorka, która zadbała, aby wszyscy dowiedzieli się o książce
Joanna Niemczycka
Książkę wydało dla ciebie Wydawnictwo Znak Emotikon, imprint Grupy Wydawniczej Znak
isbn 978-83-8367-646-3
Przeczytaj, co o książce sądzą inni czytelnicy, i oceń ją na lubimyczytać.pl
Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl
Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl
Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37
Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.
Wydanie i, Kraków 2026
Printed in eu