Michnik. Człowiek, który zredagował Polskę

Page 1


Michnik

Człowiek, który zredagował Polskę

ANNA NASALSKA

Wydawnictwo Znak Kraków 2025

Projekt okładki

Michał Pawłowski

Fotografia na okładce pierwszego tomu

Waldemar Kompała/Agencja Wyborcza.pl

Fotografia na okładce drugiego tomu

Mateusz Skwarczek/Agencja Wyborcza.pl

O ile nie zaznaczono inaczej, fotografie w książce pochodzą z archiwum prywatnego Adama Michnika.

Fotoedycja

Marcin Kapica

Redakcja i adiustacja

Waldemar Kumór

Przedmowa

Jan Pomorski

Posłowie

Andrzej Friszke

Opieka redakcyjna

Karol Kleczka

Adiustacja i redakcja językowa

Krzysztof Bernaś, Maciej Zalewski / e-DYTOR

Korekta

Agnieszka Kwaterska, Irena Piecha / e-DYTOR

Łamanie

Andrzej Sokulski / e-DYTOR

Indeks osób

Andrzej Sokulski / e-DYTOR

Copyright © by Anna Nasalska

Copyright © by Jan Pomorski

Copyright © by Andrzej Friszke

Copyright © for this edition by SIW Znak sp. z o.o., 2025

ISBN 978-83-240-4516-7

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl

Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl

Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37

Dział sprzedaży: tel. (12) 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl

Wydanie I, Kraków 2025

Przedmowa

Powiedzieć, że otrzymaliśmy dzieło niezwykłe, to nie powiedzieć nic.

Gatunkowo jest to biografia intelektualna – ale nie tyle jednej postaci, ile całego pokolenia, dla którego Adam Michnik stał się punktem odniesienia: inspiracją i kością niezgody, zadrą i wyrzutem sumienia, buntownikiem i uwodzicielem, idolem i diabłem wcielonym, bezwolnym narzędziem i demiurgiem. Listę określeń, które z biegiem lat przypisywano jego nazwisku, można by ciągnąć jeszcze długo.

Nie jednostkowe losy są jednak w tej opowieści najważniejsze (choć autor posłowia, prof. Andrzej Friszke, tak ją odczytuje, dając przy tym wiele cennych objaśnień faktograficznych), lecz formatywna obecność pisarstwa Michnika w życiu polskiej i europejskiej inteligencji na przestrzeni ostatniego półwiecza. To właśnie ona – ta „intensywna obecność”, by użyć słów Anny Nasalskiej – staje się tu przedmiotem analizy.

Autorka patrzy z perspektywy pokoleniowego świadka wydarzeń z życia Adama Michnika, ale przede wszystkim z pozycji badaczki kultury, która wie, że słowo może mieć moc sprawczą: potrafi wpływać na umysły i zmieniać samą rzeczywistość. Dlatego można powiedzieć, że w tej książce analizie poddano dzieje polskiej i europejskiej kultury intelektualnej XX i XXI wieku. To właśnie odróżnia ją od wszystkich pozostałych biografii Michnika – dzieje kultury z polityką w tle. W naszej środkowoeuropejskiej części świata inna niż upolityczniona kultura intelektualna po prostu istnieć nie mogła. Ludzkie losy przez dziesięciolecia konfrontowały się tu przecież z codzienną „banalnością zła” w wydaniu dwóch totalitaryzmów i ich współczesnych naśladowców. Michnik wyrasta z tego doświadczenia – z oporu wobec totalitaryzmów – a jego życie staje się znakiem sprzeciwu wobec nieuchronności historii. Daje temu wyraz słowem i czynem, lecz to właśnie tekst jest w tej opowieści głównym bohaterem.

Anna Nasalska przekonująco dowodzi, że twórczość Michnika stanowi zapis „świadomości kolektywnej” pokolenia Marca ’68 oraz kolejnych doświadczeń – nabywanych w toku polskich miesięcy, przełomowego roku 1989, Jesieni Ludów, a następnie w realiach III i IV Rzeczypospolitej.

„Jego życie zostawia ślad głęboki i trwały” – pisze autorka. – „Intelekt, odwaga, wrażliwość, dowcip wynoszą go do elitarnego grona pojawiających się w różnych okresach naszej historii przewodników duchowych, którym oświecona epoka dała tytuł trafny, trochę już wyświechtany, ale w tym przypadku nie do zastąpienia – jak z traktatu Głos wolny wolność ubezpieczający. Jego pisarstwo wypływa z tej samej oświeceniowej troski o stan państwa i umysłów Polaków”.

To zwięzłe podsumowanie dokonań bohatera, a zarazem wymowne przesłanie tej książki – opowieści o tym, jak Michnik na przestrzeni przeszło półwiecza „czytał świat” (jak powiedziałby Leszek Kołakowski) i jak komunikował się z publicznością poprzez własne teksty.

Książka stanowi zaproszenie do towarzyszenia Adamowi w jego nieustannym odczytywaniu „lekcji z historii”, w patrzeniu na przeszłość z perspektywy tego, co ważne „tu i teraz” – w odkrywaniu, jak przeszłość uobecnia się w teraźniejszości, wpływając na nasze życie i nasze wybory.

To strategia narracyjna autorki, tak różna od tej zastosowanej przez Romana Graczyka w  Demiurgu, wydanej w 2020 roku biografii Adama Michnika. Bez wątpienia Michnik znalazł w Nasalskiej „czułą narratorkę” –by użyć pojęcia Olgi Tokarczuk – czyli kogoś, kto potrafi współodczuwać ze swoim bohaterem, współbyć z nim w świecie. To taki rodzaj intelektualnego i emocjonalnego zespolenia, które otwiera nowe perspektywy poznawcze i daje świeże klucze interpretacyjne. Hermeneutyka tekstu jest tu najwyższej próby, a wspólnota wartości ułatwia porozumienie.

„Michnik jest bowiem idealistą, wierzy w możliwość poprawy świata i próbuje tego dokonać” – już na wstępie charakteryzuje swego bohatera autorka.

Książka jest efektem wieloletniej pracy: studiowania tekstów Michnika oraz rozmów z nim samym na ich temat. Rozmów prowadzonych przez Nasalską przez ostatnią dekadę o sprawach, ludziach, wydarzeniach i książkach, które w życiu Michnika były ważne. Do roku 2020 – czasu COVID­19 i wyborów prezydenckich w Polsce. Rozmów bez kamer i magnetofonów, ale z notatnikiem i tysiącami fiszek w rękach autorki. Konfrontowania jej wiedzy z pamięcią i emocjami Adama, co pozwalało pełniej zarysować i zrozumieć konteksty oraz okoliczności, w jakich powstawały te teksty. Cel swojej pracy autorka ujmuje jednozdaniowo: „omówić twórcze życie i dzieło jednego z najbłyskotliwszych umysłów współczesnych”. W tym przypadku jest to sąd opisowy, a nie wartościujący – sformułowany jako wniosek, a nie punkt wyjścia czy założenie badania.

Wąski krąg zaufanych osób wiedział, że książka powstaje, że rodzi się w dialogu, o którego wartości od początku zarówno autorka, jak i jej

bohater byli przekonani. I nie chodziło tylko o możliwość bezpośredniej rozmowy – do takich spotkań rzecz jasna dochodziło, i były one dla merytorycznej zawartości książki niezwykle istotne – ale przede wszystkim o to, co za Buberem, Levinasem i Tischnerem nazywamy współobecnością w dramacie życia. Zapośredniczoną przez słowo pisane, spotkania z Drugim jako podmiotem. To kolejna fundamentalna różnica w pisaniu o Michniku – dotąd stale uprzedmiotawianym! „To dlatego narrator musi być czuły” – przypomina nam noblistka. Aby już więcej nie uprzedmiotawiać.

„Biografię Michnika cechują przede wszystkim wielość i obfitość: zdarzeń, ludzi, miejsc, pomysłów, podróży, zasług, więzień, przyjaciół, wrogów, przeczytanych książek, napisanych książek, nagród, rozmów, zaszczytów. Także ludzkiego uwielbienia i ludzkiej niechęci” – pisze Anna Nasalska.

Przyznaję, że właśnie to „zmapowanie umysłu” Michnika na podstawie listy jego lektur i śladów obecności w jego twórczości – inspiracji zapożyczanych od innych intelektualistów, pozostawionych w samych tekstach – uważam za najwybitniejsze osiągnięcie Anny Nasalskiej. Do tego, co już znajduje się w książce, do której piszę tę przedmowę, trzeba jeszcze doliczyć integralnie z nią powiązany tom drugi, Konteksty. Część pierwsza tomu drugiego przynosi przekrojowe omówienie ewolucji poglądów Michnika na Kościół, analizę źródeł polskiego i środkowoeuropejskiego antysemityzmu oraz prezentację jego punktu widzenia na Rosję, Ukrainę i Białoruś w kontekście polskiej racji stanu (rozumianej w duchu Jerzego Giedroycia). Jako naczelny „Gazety Wyborczej” Michnik rozbudowuje dawną sieć kontaktów o nowe, ma okazję uczestniczyć w najważniejszych debatach i spotykać pierwszoplanowych aktorów współczesnej historii. W rezultacie powstają nowe źródła dla badaczki jego eseistyki. Nasalska skwapliwie z tego korzysta, porządkując przy okazji tematycznie wątki przewodnie jego dorobku. Powstaje coś, co na swój użytek nazywam „intelektualnym bedekerem” po twórczości Michnika.

Część druga Kontekstów, Przyjaciele pisarze, to zbiór portretów osób dla Michnika intelektualnie najważniejszych, kreślonych przez lata piórem autorki. Ta plejada tworzy gwiazdozbiór najbliższy Michnikowi, a wokół niego orbitują liczne inne postaci, których nazwiska i dzieła przewijają się na kartach jego esejów, a w konsekwencji trafiają także do książki Nasalskiej. Autorka oferuje jedyny w swoim rodzaju intelektualny networking, którego epicentrum stanowi Michnik. Tworzą go „ostatni Mohikanie” świata Gutenberga – kultury słowa drukowanego, zanikającej na naszych oczach. Chlebem powszednim tej odchodzącej

generacji była i jest codzienna lektura – fizyczny kontakt ze słowem drukowanym. To nim się odżywiają; inne pokarmy są tylko dodatkiem, ersatzem prawdziwego stołu – stert książek, gazet i czasopism wartych uwagi i niespiesznej lektury. Obcowanie z myślą przyobleczoną w słowa, zmaterializowaną na zadrukowanym papierze. Kolejne pokolenie „rodowodów niepokornych”, by posłużyć się frazą Cywińskiego.

Przedstawmy przynajmniej w kilku zdaniach Czytelnikowi autorkę, choć ona sama nie widzi takiej potrzeby. Dla niej rekomendacją „z górnej półki” było i jest zaufanie Michnika do jej naukowo­literackich kwalifikacji. Gdyby nie dostrzegł w niej partnerki do takiej rozmowy – podobnie jak Tony Judt rozpoznał partnera w osobie Timothy’ego Snydera w Rozważaniach o wieku XX – nie dałby przecież przed wielu laty zgody na powstawanie tego dzieła. To oczywiste!

Adam Michnik dał autorce wolną rękę i przeczytał dopiero finalną wersję książki. Był po lekturze – jak mi powiedział – poruszony: skalą przedsięwzięcia (Nasalska przestudiowała całą jego twórczość i bardzo wiele tekstów o nim) oraz końcowym efektem, ukazującym sieć jego intelektualnych i ideowych powiązań oraz wzajemnych inspiracji. Rozpracowanie tej sieci musiało trwać latami. Trzeba było nie tylko podążać za pozostawionymi tropami, ale również poruszać się sprawnie w obrębie tego samego kręgu hermeneutycznego – lektur Michnika, jego rozmów i jego rozmówców – czyli czytać to samo, co on, starając się zachować porządek chronologiczny. By zrozumieć, jak intelektualnie dojrzewał, jak ideowo się kształtował i jak myślowo „wadził się ze światem”.

Autorka ma podobny inteligencki rodowód co jej bohater, bo wychowywali się na podobnych lekturach. Bez wątpienia to ich zbliżyło, podobnie jak doświadczenie „konspiry” i „drugiego obiegu”, w których Anna Nasalska również była obecna. Z faktograficznego obowiązku wymienię: współzałożycielka NSZZ „Solidarność” na Uniwersytecie Marii Curie­Skłodowskiej w 1980 roku, od maja 1981 roku członkini Komisji Zakładowej, działająca w niej aktywnie także po 13 grudnia i aż do obalenia komunizmu w 1989 roku. W stanie wojennym zajmowała się pomocą internowanym, kolportażem oraz publikowała w prasie podziemnej, między innymi w „Kulturze Niezależnej”.

Lublinianka z urodzenia, z wykształcenia polonistka, po uzyskaniu dyplomu w 1967 roku na UMCS została na uczelni, zatrudniając się w Zakładzie Literatury Współczesnej w Instytucie Filologii Polskiej, gdzie pracowała aż do przejścia na emeryturę. W badaniach naukowych i publikacjach zgłębiała twórczość pisarzy polskich i z Polską związanych. Wymienić tu można m.in. Stanisława Vincenza, Kazimierza Brandysa, Tomasa Venclovę, Jerzego Stempowskiego, Jacka Bocheńskiego, Andrzeja

Bobkowskiego, Leopolda Ungera czy Uri’ego Orleva. Przez wiele lat Anna Nasalska zajmowała się w szczególny sposób postacią i twórczością Tadeusza Konwickiego, a w 1977 roku obroniła przygotowaną na ten temat rozprawę doktorską Estetyka powieści Tadeusza Konwickiego. Gdy pisarz przyjechał na spotkanie do Lublina i ubolewał, że niektóre jego książki nie są wszystkim znane, jako że objęte były zakazem cenzury, Nasalska wręczyła mu oprawione maszynopisy Małej apokalipsy i  Wschodów i zachodów księżyca z komentarzem: „Ja jestem Pańskim Gebethnerem i Wolffem”. Książki te – czytane w Radiu Wolna Europa – nagrywała i przepisywała zdanie po zdaniu. Cała Hanka (bo tak zwracają się do niej przyjaciele)! Zawsze gotowa do benedyktyńskiej pracy, jeśli cel jest ważny. Nie inaczej było przy pisaniu Michnika. W latach 1999–2015 Anna Nasalska prowadziła znane nie tylko w Lublinie, lecz również szerzej w Polsce wieczory literackie (w sumie kilkadziesiąt). W spotkaniach tych uczestniczyli najwybitniejsi polscy i związani z Polską pisarze, poeci, publicyści, reportażyści, ludzie kultury i nauki, gromadząc zawsze liczną publiczność. Gościła m.in.: Hannę Krall, Normana Daviesa, Józefa Hena, Jacka Bocheńskiego, Olgę Tokarczuk, Julię Hartwig, Ewę Lipską, Wiesława Myśliwskiego, ks. Jana Twardowskiego, Władysława Bartoszewskiego, Karola Modzelewskiego, Zygmunta Kubiaka, ks. Adama Bonieckiego, Tomasza Łubieńskiego, Kazimierza Orłosia, a także Adama Michnika. Zawsze znakomicie przygotowana i empatyczna, oczytana w twórczości bohatera wieczoru, z wielką klasą i kulturą prowadziła rozmowy, zwyczajowo poprzedzone erudycyjnym wprowadzeniem prezentującym dorobek gościa. To wtedy dała się poznać jako świetna interpretatorka twórczości, nie tylko literackiej, z rzadką umiejętnością syntetyzowania tego, co w niej najistotniejsze. Wielka szkoda, że spotkań tych nie rejestrowano i że jej znakomite miniwykłady nie ukazały się drukiem – jest zbyt skromna, by o to zadbać. Klimat tych wieczorów do dziś pozostał we wspomnieniach wielu zaproszonych. Całkiem niedawno przypomniała to Olga Tokarczuk, odbierając doktorat honoris causa na UMCS 25 listopada 2024 roku i wracając pamięcią do rozmowy z Anną Nasalską odbytej 19 lat wcześniej w Centrum Kultury i Języka Polskiego UMCS, w listopadowy wieczór 2005 roku. Zapamiętała to jako niezwykłe doświadczenie.

Przyjemności z lektury Michnika jest wiele, ale jedną chciałbym szczególnie podkreślić: to radość płynąca z obcowania z polszczyzną najwyższej próby. Wykonywaną zarówno przez Adama Michnika, słynącego z tego talentu i obficie tu cytowanego przez Nasalską – dzięki czemu dostajemy prawdziwe perełki – jak i przez samą Autorkę, która

w sprawności językowej mu nie ustępuje. Dobór słów, precyzja ich użycia oraz bogactwo i plastyczność języka powodują, że odkładając na chwilę Michnika – bo lektura jest wielodniowa – chce się do dzieła szybko powrócić. Tak te dwa głosy doskonale harmonizują.

Jeśli mają rację Francuzi, twierdząc, że nie ma prawdziwego patriotyzmu bez dogłębnego studiowania języka ojczystego, pracy nad poszerzaniem własnego zasobu leksykalnego i sprawności w posługiwaniu się słowem, to trudno o lepszą lekcję polskiego patriotyzmu niż uważne wsłuchiwanie się w dialog tych dwojga. Bo w istocie jest to dialogiczna rozmowa, choć narzucona przez Nasalską konwencja narracyjna skupia się na postaci pierwszoplanowej, usuwając narratora w cień.

Zarówno autorka, jak i Adam Michnik zapewne podpisaliby się też pod tezą, że intelektualiści muszą bronić deptanych przez polityków wartości w imię ich samych, nawet wtedy, gdy narzucana polityczna poprawność lub utylitaryzm wynikający z aktualnej wykładni polskiej racji stanu nakazywałby zachowanie powściągliwości. Tej postawie niepokornych w PRL historia przyznała rację w 1989 roku. Obydwoje upatrują w tym słusznie powodu do dumy. Ale zgadzają się także w czymś jeszcze: patrząc na to, co działo się w Polsce za czasów rządów PiS, odczuwają swoiste déjà vu. Każda autokracja ma przecież swoje pigułki Murti­Binga, swoje ketmany i swoich Alfę, Betę, Gammę czy Deltę. Jak pisze Nasalska: „Hejt dotyczący Michnika nie jest przy tym wszystkim niczym szczególnym i wpisuje się w standardy moralne PiS­u od początku jego walki o rząd dusz”.

Dopiero przy tak zarysowanym kontekście historycznym w pełni wybrzmiewa znaczenie przesłania – życiowego credo – bohatera książki Nasalskiej, wypowiedzianego w trakcie rozmowy z Jackiem Żakowskim:

Jak się już ma tę wyśnioną, wolną Polskę, to trzeba jej bronić i chronić ją przed demagogią, głupotą, nieodpowiedzialnością, warcholstwem. Nie dać się zepchnąć w żadne ekstremizmy. Pokojowo układać stosunki między grupami społecznymi, budować dobre relacje ze wszystkimi sąsiadami. I przede wszystkim utrzymać kurs na Zachód. Temu podporządkowałem wszystko.

Te słowa równie dobrze mogłyby stać się mottem tej unikatowej biograficznej opowieści z polityką w tle.

ROZDZIAŁ I

Rówieśnicy Polski Ludowej

Dom

To pokolenie nazywano rówieśnikami Polski Ludowej. Obarczone przeszłością i nadzieją rodziców, obcujące z wojną z ich wspomnień i misją czujności, by nigdy więcej. Także z ciężarem nowej ideologii, która miała to zapewnić. Dlatego jest niepowtarzalne.

Adam urodził się 17 października 1946 roku jako dziecko Heleny Michnik i  Ozjasza Szechtera; był trzecim synem przez nich wychowywanym. Bracia z poprzednich związków rodziców, Jerzy i Stefan, mieli wtedy po 17 lat. Matka Jerzego zmarła przy porodzie, związek Heleny z ojcem Stefana rozpadł się i chłopcy znaleźli się we wspólnej rodzinie i przyjęli jej nazwisko. Mieli wówczas po 10 lat, obaj urodzili się w 1929 roku. Od Adama oddzielała ich cała epoka. Należeli do poprzedniej fazy życia swoich rodziców, nie tylko z powodu rozgraniczającej dwa światy wojny. Był to okres zauroczenia komunistycznego, któremu Helena Michnik i Ozjasz Szechter ulegli wraz z rzeszą młodzieży żydowskiej, zrywającej ze swoim środowiskiem i zafascynowanej szlachetnymi hasłami radzieckiej rewolucji. Ozjasz Szechter mieszkał we Lwowie i tu wstąpił do Komunistycznej Partii Zachodniej Ukrainy (KPZU); z czasem trafił do jej kierownictwa. Studiów chemicznych nie dało się najwidoczniej pogodzić z polityczną działalnością, bo zrezygnował z nich dość szybko. Po latach jego syn w jednej z pierwszych wypowiedzi dotyczących rodziny nazwie go „wierzącym komunistą”, trafnie ujmując żarliwość i ufność adeptów komunizmu, przyjmujących jego dogmaty1. Ozjasz Szechter zapłacił za to wysoką cenę: był trzykrotnie sądzony i skazany łącznie na 10 lat więzienia; odsiedział 8, 2 razy był objęty amnestią. W łuckim, tym najgłośniejszym, procesie kierownictwa KPZU z 1934 roku akt oskarżenia zarzucał jemu i jego kolegom, że od stycznia 1930 do 18 listopada 1930 r. na terenie państwa polskiego –w szczególności Wołynia, wschodniej części województwa lubelskiego i Małopolski Wschodniej, należąc do Komunistycznej Partii Zachodniej Ukrainy, weszli (…) w porozumienie z innymi osobami i między sobą w celu zmiany

przemocą ustroju państwa polskiego i zastąpienia go ustrojem komunistycznym oraz oderwania od państwa polskiego południowo-wschodnich województw.

Skazano go na osiem lat, w śledztwie był torturowany2. Zwolnienie w wyniku amnestii przypada na moment ideologicznego otrzeźwienia. Według młodszego syna okres urzeczenia komunizmem w przypadku jego ojca trwał 20 lat i zakończył się w 1936 roku. Wydarzenia tego czasu – głód na Ukrainie, tarcia i czystki w Kominternie, procesy moskiewskie, praktyki partyjne Józefa Stalina – musiały unaoczniać tragiczną pomyłkę.

Minie jednak jeszcze 40 lat, wybuchnie i skończy się wojna, zapanuje i skompromituje się komunizm, zanim z diametralnie innej perspektywy Ozjasz Szechter przedstawi próbę bilansu swej działalności i proces odchodzenia od komunizmu.

Przedtem jednak ideologia formowała jego życie. Obie żony były komunistkami. Po wyjściu z więzienia podjął pracę w lwowskim banku i wkrótce związał się z  Heleną Michnik. Pochodziła z Krakowa, z rodziny całkowicie spolonizowanej, skończyła historię i filologię klasyczną na Uniwersytecie Jagiellońskim i z Jagiellonów zrobiła doktorat. Pracowała w Drohobyczu, w gimnazjum rozsławionym przez Brunona Schulza. 17 września 1939 roku do Lwowa weszła Armia Czerwona i nastał czas – jak to nazwał Julian Stryjkowski – wielkiego strachu. Sytuacja przez niego opisana w znacznie większym stopniu dotyczyła Ozjasza Szechtera, komunisty bez złudzeń. Jego strach opierał się bowiem na gruntownej znajomości rzeczy, pozbawionej łagodzącego retuszu. Starał się przeżyć, nie angażował się w działalność partyjną, zwłaszcza że otaczała go złowroga aura trockisty.

Po wybuchu wojny radziecko-niemieckiej w 1941 roku rodzina wraz z tysiącami uciekinierów ewakuowała się w głąb Azji Środkowej i osiadła w uzbekistańskim Namanganie, niedaleko granicy chińskiej. Ozjasz Szechter początkowo pracował w banku, ale w 1943 roku został zmobilizowany do Armii Czerwonej i wysłany na granicę radziecko-irańską. Helena uczyła w Namanganie dzieci polskich uchodźców. Spotkali się dopiero po wojnie, w Warszawie w 1945 roku. Jak wielu ocalonych na Wschodzie, nic niewiedzących o losie Żydów w kraju, musieli teraz unieść ciężar unaocznionej Zagłady. Z dwóch dużych rozgałęzionych rodzin pozostało kilkoro dalszych krewnych.

Adam urodził się po roku przeżywania traumy i opłakiwania umarłych. Przypieczętował tym samym decyzję rodziców o pozostaniu w Polsce, mimo że Ozjasz Szechter od powrotu nalegał na wyjazd do USA. Po wojnie myślało o tym wielu polskich Żydów, chcących uciec od

cmentarza swojego narodu. Dziecko wyznaczało cezurę, zapowiadało nowe życie. To życie powstawało na gruzach starego świata, w sensie dosłownym i przenośnym. Wracający z ZSRR Ozjasz Szechter przyjął zmianę ustroju z umiarkowanym entuzjazmem. Wyleczony ze złudzeń dotyczących komunizmu, zapisał się jednak do Polskiej Partii Robotniczej (PPR) z powodów trudnych dzisiaj do jednoznacznego odtworzenia. Może powodowały nim swoiste poczucie odpowiedzialności, przekonanie o konieczności wypicia nawarzonego piwa, może strach, może pokusa drogi prostej i konsekwentnie rekompensującej dotychczasową poniewierkę? A może ciągle żywa jeszcze wiara w ideę czystą, poprawioną i wolną od sowieckich wynaturzeń? Może po prostu nie umiał odejść. Wstąpił do partii, ale nie pozwolił zapisać się żonie, mimo że to ona z entuzjazmem przyjmowała zmiany społeczne nowego ustroju. Dla Ozjasza Szechtera komunizm oznaczał przede wszystkim przemoc i dyktaturę.

Zamieszkali w niezniszczonej przedwojennej kamienicy przy alei Przyjaciół w Warszawie, wytyczonej przez szpaler drzew zasadzonych przed wojną przez odwiedzających pałacyk hrabiów Sobańskich. Teraz była to ulica wielu prominentów nowej władzy, a dom przypadł związkom zawodowym. Ozjasz Szechter pracował jako kierownik działu prasowego w Centralnej Radzie Związków Zawodowych, potem jako zastępca redaktora naczelnego w związkowym piśmie „Głos Pracy”, a w 1952 roku został redaktorem w wydawnictwie Książka i Wiedza. Helena Michnik uczyła historii; była autorką licealnego podręcznika obejmującego dzieje Polski do roku 1795, z którego korzystały prawie wszystkie pokolenia PRL. W latach 60. pracowała jako dyrektorka sieci Klubu Międzynarodowej Prasy i Książki. Doświadczenia Lwowa i ZSRR trwale wpłynęły na stosunek Ozjasza Szechtera do nowej rzeczywistości. Młodszy syn mówi o jego niechęci do wszelkiej kariery, do działalności wykraczającej poza pracę zawodową. Nie chciał zwracać na siebie uwagi. Nienawidził komunizmu i bał się go. Spodziewał się, że i o niego upomni się ludowa sprawiedliwość. Gdy któregoś dnia 1952 czy 1953 roku w mieszkaniu zjawił się mężczyzna od Józefa Światły, wiceministra bezpieczeństwa publicznego, był przekonany, że właśnie po niego przyszli, zanim się okazało, że synek Adam wpadł pod samochód prowadzony przez kierowcę polityka.

Doświadczenia rodziców nie wpływają na ogół na postawy dzieci. W przypadku Stefana Michnika, syna Heleny, miało to szczególnie drastyczny wymiar. Skończył Centralną Szkołę Prawniczą im. Teodora Duracza, przyspieszony kurs prawa dla nowej kadry wymiaru

sprawiedliwości, mającej w ramach ideologicznej lustracji zastąpić przedwojennych, a więc obcych klasowo prawników. W okresie najcięższego stalinowskiego terroru, w latach 1951–1953, Stefan wydawał jako sędzia wojskowy wyroki w procesach politycznych, w tym także wyroki śmierci.

Trudno usprawiedliwiać zbrodnie, ale nie można pominąć ducha epoki. Cynicznie stawiano na młodzież jako łatwy przedmiot ideologicznej obróbki. A przynależne wiekowi cechy – żarliwość, podatność na szlachetne hasła, brak doświadczenia – sprzyjały wmówieniu przekonania o słuszności sprawy wymagającej radykalnych metod w walce o lepszy świat. Nie sposób pominąć także zbiorowej mentalności: przecież doświadczenie państwa totalitarnego było nowe, z jego mechanizmami dopiero się zapoznawano. Ludzie przykładali do nowej rzeczywistości dotychczasowe standardy i nie wyobrażali sobie, że państwo może posługiwać się na taką skalę kłamstwem, politycznym kamuflażem i dezinformacją. Nie mieściło się to w głowach niedojrzałych i ufnych, z dobrą wiarą przyjmujących wszystko, co głoszone było oficjalnie, namaszczone autorytetem ludowej ojczyzny. W przypadku Stefana Michnika w grę mogła wchodzić jeszcze ideowość rodziców, zbierająca niefortunne owoce w całkowicie odmienionej sytuacji. Ozjasz Szechter przesunięty w czasie triumf komunizmu mógł przyjąć jako wyjątkowe szyderstwo losu.

Syn z poprzedniego małżeństwa, Jerzy, nie przysparzał takich kłopotów. W 1957 roku wyjechał z Polski, najpierw do Izraela, a stamtąd do USA, niejako realizując zamiar ojca sprzed lat.

Adam, praktycznie jedynak po odejściu z domu braci, wychowywał się wśród dorosłych i siłą rzeczy uczestniczył w ich rozmowach, także politycznych. Matka, całkowicie identyfikująca się z polskością, „dręczyła go swoim patriotyzmem”3, jednocześnie aprobując społeczne dobrodziejstwa komunizmu. Ojcu zaś, nieustannie wykłócającemu się o swoje racje z towarzyszami albo i sąsiadami, mógł zawdzięczać pierwsze lekcje krytycyzmu i samodzielnego myślenia. W domu nie funkcjonował mit Polski przedwojennej; nie mówiło się, jak to przed wojną było dobrze, ale też nie głoszono chwały najlepszego ustroju. Zainteresowania rodziców –literatura, historia, polityka – przejmował w sposób naturalny. Niewątpliwie też doświadczał powszechnego wśród ówczesnych dzieci oddzielania tego, co domowe, prywatne, od tego, co mówiło się w szkole i czytało w czytankach oraz szkolnych lekturach. Pojęcia „dwójmyślenie” nie było jeszcze w powszechnym użyciu.

Szkoła

Należał do pokolenia, które wzrastało pod czujnym okiem Stalina. Kolorowe portrety „ojca narodów” w otoczeniu dzieci wisiały już w przedszkolach.

Miał sześć i pół roku, był w drugiej klasie, gdy Stalin umarł. Dziwił się, że w domu rodzice nie obchodzą żałoby, mimo że cały świat płakał nad swoim sieroctwem.

Śmierć wodza utrwalała jego kult. Pojawiał się na portretach, w nazwach miast, ulic, zakładów pracy, ale także literaturze realizmu socjalistycznego, również tej dla dzieci. Trwało to parę lat i zostało zmiecione przez Październik.

W  Elementarzu Mariana Falskiego socrealizm pojawił się dyskretnie; był traktor i internacjonalistyczne przesłanie wierszyka o Murzynku Bambo.

Czytanki do polskiego w następnych klasach przedstawiały świat racjonalny i sprawiedliwy, kształtujący aspiracje na miarę najlepszego z ustrojów. Wpajano przekonanie o wartości pracy, kolektywu, współzawodnictwa. Dzieci z czytanek były rozumne, ambitne, skłonne do wzajemnej pomocy. Ale też zorientowane w sprawach dorosłych: rozmawiały o wojnie i polsko-radzieckim braterstwie broni. Były zorganizowane w drużyny harcerskie – czerwone chusty zdecydowanie przekreślały przedwojenny rodowód – przyjaźniły się z dziećmi radzieckimi i wszystkimi innymi z bratnich, czyli „miłujących pokój”, krajów.

Właściwie nie różniły się zbytnio od dorosłych, pozbawionych prywatności i zaabsorbowanych pracą. W czasie wakacji dzieci pomagały w PGR-ach, walczyły ze stonką ziemniaczaną, zbierały butelki, by wesprzeć fundusz odbudowy Warszawy. W nagrodę przodownicy pracy mogli być przyjmowani w Belwederze przez „Wielkiego Budowniczego Polski Ludowej” Bolesława Bieruta.

Rozziew między życiem codziennym a jego książkowym obrazem był dla tego pokolenia pierwszą lekcją fikcji literackiej albo też nieprzystawalności porządków oficjalnego i prywatnego. W szkole obchodziło się inne święta niż w domu: rocznicę rewolucji październikowej, 1 maja; choinka była noworoczna, a prezenty rozdawał Dziadek Mróz.

Literatura przeznaczona dla dzieci, starając się sprostać priorytetom politycznym, siłą rzeczy sięgała dna. Wierszyki, politycznie słuszne, z trudem przebijały się do dziecięcej wyobraźni, a dla czytających je głośno rodziców były prawdziwą katorgą. „Gdy pokój jest na świecie / i nie ma na nim wojny, szczęśliwe rosną dzieci / bezpieczne i spokojne” – śpiewało się już w przedszkolach wierszyk Czesława Janczarskiego.

Świat bajek też został przykrojony do nowych celów:

Biały gołąbek pokoju

Do klasy naszej wleciał.

Siadł na okienku. Błyszczy

Skrzydełek jego biel.

Już otoczyły go dzieci

Zostań na zawsze przy dzieciach!

Będziemy walczyć o pokój, pokój – to wspólny nasz cel4.

Podejmowano też próby wyjaśniania zjawisk trudniejszych, co było niezbędne do zrozumienia świata:

Plan Sześcioletni, córeczko, to jest tak wiele.

To na naszej szarej uliczce

świeża zieleń.

To nowa szkoła dla ciebie i dla innych dzieci.

To boisko sportowe i piłka, co w niebo wzleci.

To książka, to milion książek o najciekawszych sprawach.

To kule na choinkę lśniące, to coraz piękniejsza Warszawa.

To traktory, co pole zaorzą, to turbiny, co prąd pędzą na wieś. To okręty, co pomkną przez morze, by towary przewieźć i zawieźć5.

Przemyślana kompozycja podręcznika po objaśnieniu zasad funkcjonowania świata, dobrego i sensownego, wprowadzała postać stwórcy:

Jest wielki wódz robotników na świecie Trzeba, byście imię jego znali.

On kocha was, wszystkie robotnicze i chłopskie dzieci, Imię jego brzmi – Józef Stalin6.

Uwzględniano też postępy w nauce czytania i w drugiej klasie pojawiał się Soso Dżugaszwili, mały chłopiec z gruzińskiego miasteczka

Gori, roztaczający już w dzieciństwie objawione zalety swego serca i umysłu.

W następnych klasach powiększała się galeria bohaterów rewolucyjnego trudu. Stalin – w dorosłym wydaniu – i Lenin, ale także Julian Marchlewski, Feliks Dzierżyński, Bolesław Bierut, „chłopiec z Warszawy”, czyli Kostek Rokossowski, oraz tragiczny gen. Karol Świerczewski. Zawsze wśród ludzi, pochłonięci szlachetną ideą poprawy ich życia. W trzeciej klasie wyobraźnię poruszał mały Bolek, który zarabiając noszeniem wody sąsiadkom, zastosował przemyślne szczebelki zapobiegające jej wylewaniu. Zarobione 5 groszy przeznaczył na jajko dla chorej siostry. Cnoty bohaterów lśniły pełnym blaskiem na tle koszmarnej, niesprawiedliwej, opartej na wyzysku przeszłości, przezwyciężonej w wyniku rewolucji społecznej. Nie objęła ona jeszcze krajów kapitalistycznych, ale było to tylko kwestią czasu. W starszych klasach szkoły podstawowej stosunki społeczne w poprzednich epokach ilustrowała literatura pozytywistyczna. Janko Muzykant, Antek, Michałko, Tadeusz, Anielka byli do końca PRL najpopularniejszymi dziecięcymi bohaterami literackimi. Sięgano także do baśni ludowych, w których klasowe konflikty kończyły się z reguły zwycięstwem szlachetnej biedy nad zdeprawowanym bogactwem.

Tak wyglądała przeszłość, biedna, głodna i bezpowrotnie miniona. Nowe pozycje z listy lektur przekazywały obrazy przezwyciężonej biedy i zacofania, dobrodziejstwa nowego ustroju, reformy rolnej, oświaty, elektryczności i traktorów, książek trafiających pod strzechy i beztroskiego dzieciństwa. Kto dziś pamięta poruszające dylematy bohaterów takich opowieści jak: O Stachu, krowie, szkole i traktorze (Anna Lanota), Hela będzie traktorzystką (Marta Michalska), Pietrek będzie budowniczym (Jadwiga Stępieniowa), a także poematów z najwyższej półki, jak O wielkim Stalinie (Lucyna Krzemieniecka), Lenin wśród dzieci czy Lenin w Poroninie (Janusz Minkiewicz)?

Wzorcem była radziecka twórczość dla dzieci, znacznie obfitsza i ciekawsza od polskiej. Mali bohaterowie powieści, żyjący w trudnych warunkach – wojennych, syberyjskich – byli zaradni, samodzielni, dobrzy, pomysłowi i zabawni, wychodzili cało z wszystkich opresji, realizując pomniejszony ideał radzieckiego człowieka. Przygody Timura i jego drużyny albo Czuka i Heka (Arkadij Gajdar) oraz Witii Malejewa w szkole i w domu (Mikołaj Nosow) czytało się bez przymusu i z zainteresowaniem.

Październik 1956 roku unieważnił dotychczasową listę lektur i wyeliminował z niej prominentne nazwiska pisarzy radzieckich, które budowały

przez kilka lat wyobraźnię pokolenia Związku Młodzieży Polskiej (ZMP), także zlikwidowanego. Zamiast utworów Aleksandra Fadiejewa, Mikołaja Aleksiejewicza Ostrowskiego, Borysa Polewoja czytało się teraz Kamienie na szaniec i Chłopców z Placu Broni. Obowiązujący w szkole okresu stalinowskiego zestaw lektur był tylko częścią tego, co czytało się w domu, a co podsuwali wychowywani przed wojną rodzice. Czytanie było podstawową formą spędzania czasu. Zapytany o najważniejszą książkę z tego najwcześniejszego okresu, Adam Michnik wymienił Trylogię:

Olśnienie. (…) Miałem 11 lat i byłem uwiedziony. Pamiętam, że z wypiekami na policzkach dyskutowałem z tatą, kto jest piękniejszą postacią: Skrzetuski, Kmicic czy Wołodyjowski. Przy Wołodyjowskim tata pokiwał głową: „No tak, dzielny rycerz, dzielny żołnierz, ale gdyby Rzeczpospolita składała się tylko z takich ludzi, to byłaby bardzo uboga7.

Pod wyznaniem Adama podpisaliby się wszyscy ówcześni czytelnicy Trylogii. Łączność międzypokoleniowa miała w niej mocny fundament. Cnoty bohaterów – dzielność Wołodyjowskiego, fantazja i zdolność do nawrócenia Kmicica, wierność Rzeczypospolitej Skrzetuskiego – były niepodważalne i najwyżej cenione. Trafiając na plastyczny grunt dzieciństwa, budowały mimochodem zręby tradycyjnego systemu wartości.

Październik 1956 roku mógł utrwalić się w świadomości dziesięciolatka w swoich najbardziej dramatycznych odsłonach: czerwcowych wydarzeniach w Poznaniu i miażdżonej przez radzieckie czołgi rewolucji na Węgrzech. U dziecka, nieustannie obcującego z propagandowym obrazem robotników zadowolonych i szczęśliwych, bunt poznański, stłumiony krwawo jak w mrocznych epokach niesprawiedliwości i wyzysku, musiał wywołać szok i zamęt. Równie niepojęte wydarzenia w Budapeszcie i reakcja polskiego społeczeństwa – gniew na hegemona, solidarność i braterstwo z Węgrami, a także powszechna wola pomocy – rezonowały w atmosferze domowej. „Pamiętam smutek w moim domu, pamiętam też rozmowę z matką, która skłoniła mnie, by wszystkie swoje oszczędności pieniężne przekazać na pomoc dla węgierskich dzieci” – pisał potem Michnik. „Taką zbiórkę pieniężną zorganizowałem w szkole. Była to pierwsza akcja polityczna w moim życiu”8.

Dopiero kilka lat później dorósł do mitu rewolucji węgierskiej. Włączył ją do najistotniejszych własnych doświadczeń, zanalizował jej mechanizmy i przyjął płynącą z niej lekcję idealizmu pozbawionego złudzeń.

Jacek

Po Październiku, jakby niezależnie od odwilżowych nastrojów, Adam Michnik spotyka Jacka Kuronia. Uczestniczy, jako 11-latek, w organizowanym przez niego obozie:

Nie potrafię szczegółowo opowiedzieć naszej znajomości. Wtedy, w 1957, w 1958 roku byłem jednym z dzieci Jacka, chłopcem, który przypadkiem trafił do harcerstwa walterowskiego. Jak zapamiętałem tamten czas? Oprócz przygód fascynujących 12-latka, jak rozbijanie namiotów i zdobywanie sprawności, zapamiętałem jakieś ideowe przesłanie tego harcerstwa. Nosiliśmy czerwone chusty, co spotykało się z krytyką i przekąsem naszych kolegów, którzy należeli do harcerstwa zielonego, nawiązującego do tradycji Szarych Szeregów. Jacek z całą świadomością wybierał inną tradycję, choć Aleksandra Kamińskiego, autora Kamieni na szaniec, ogromnie szanował. Jacek świadomie sięgał po tradycję lewicy. Wpajał nam: ważny jest zespół, a w tym zespole ważny jest drugi człowiek. Każdy ma prawo do własnej opinii i każda opinia musi być wysłuchana. Taki jest warunek istnienia zespołu. Ten zespół powinien zmieniać świat, poznając go jednocześnie w ten sposób – i na odwrót – powinien poznawać świat zmieniając go jednocześnie9

Obozy walterowskie – skauting nasycony duchem marksizmu – miały faktycznie na celu wychowanie młodych komunistów, zaangażowanych w rzeczywistość społeczną i przygotowywanych do jej przekształcania. Jacek Kuroń, urodzony pedagog i członek ZMP, od 1954 roku współorganizował kolonie dla warszawskich dzieci, przekształcone rychło w obozy, którym patronował gen. Karol Świerczewski, „Walter”. Wzór wychowawczy przedstawiał Antoni Makarenko w swoim Poemacie pedagogicznym. Od niego przejął Kuroń metodę wychowania przez pracę zespołową, w której wspólny cel integruje grupę, dając również indywidualną satysfakcję. Odbywały się tam zwykłe zajęcia harcerskie: sport, biwaki, wędrówki po okolicy, zdobywanie sprawności, ogniska. Uczestnicy wynosili z obozów to, czym nasycał je idealista Kuroń, a potem trwali w tym przez całe życie: w przyjaźni, wrażliwości na drugiego człowieka, trosce o słabych i młodszych. W czerwonym harcerstwie, nastawionym na wykonywanie zadań, nie było mowy o rywalizacji, obowiązkowym w tym czasie współzawodnictwie. Kuroń zastąpił je współdziałaniem: starszych z młodszymi, mocnych ze słabymi. Wszystkie wspomnienia walterowców, spisane po 50 latach, już po śmierci Kuronia, podkreślają tę szczególną atmosferę obozów, opartą na poczuciu wspólnoty, poszanowaniu godności,

zaufaniu i solidarności. Rygorystycznie przestrzegano zasad demokracji, prawa do własnego zdania i tolerancji. Rzeczywistość, w której funkcjonowały dzieci i ich wychowawcy, wydaje się żywcem przeniesiona z socrealistycznych czytanek, w których ludzie byli dobrzy, rozumni, pomagali sobie wzajemnie i wspólnie budowali nowy ład. Adam Michnik po 25 latach, już jako człowiek dojrzały, weryfikuje idealistyczny nastrój walterowskiego harcerstwa:

Bez sentymentu nie umiem myśleć o tej gromadce chłopców i dziewcząt, która latem 1958 roku, w czerwonych chustach nawiedzała chłopskie zagrody śpiewając piosenki po rosyjsku i żydowsku. Było w tym jakieś bezczelne wyzwanie rzucone potocznej mentalności, było też jakieś głębokie niezrozumienie pokaleczonej narodowej pamięci, ale była też i ta cudowna aura zbratania, dzięki której nikt z nas nie czuł się w tym gronie intruzem10.

Wychowaniu dobrych komunistów, przygotowanych do rządzenia w komunistycznym kraju, przyświecało poznawanie osób spoza własnego środowiska i zrozumienie tamtego świata. Bezpośredni kontakt z ludźmi odsłaniał rejony innej rzeczywistości, niedostępnej dotychczasowemu doświadczeniu, niejednoznacznej i wywołującej zamęt.

Zdobywaliśmy jakąś sprawność i przy okazji – z czystej, niezabarwionej żadną intencją ciekawości – robiliśmy na przykład zwiad o pracy milicji, szliśmy na posterunek i staraliśmy się dowiedzieć, jak działa. Jechaliśmy na obóz i poznawaliśmy problemy różnych wsi, albo – tak jak na wakacjach pod Gdańskiem – stykaliśmy się z autochtonami. Nagle, zupełnie ni priczom okazywało się, że istnieje cenzura, policja polityczna i podobne rzeczy. To było zastanawiające i stanowiło drugą szkołę wiedzy społecznej11.

Pomagając miejscowym w pracach, rozmawiając z nimi i wysłuchując ich historii, harcerze dostawali lekcję całkowicie zmieniającą ich obraz świata. W zderzeniu z prawdziwą rzeczywistością kruszył się propagandowy retusz, odsłaniając krzywdy i konflikty niedopuszczalne, a przecież ewidentnie będące winą systemu. Bunt i potrzeba działania okazywały się płonne. Wrażliwość społeczna walterowców kształtowała się równocześnie z rozpoznaniem kłamstwa na usługach ideologii. Zauważyli rysy nawet na posągu głównego bohatera, gen. „Waltera”:

Pojechaliśmy w Bieszczady, zaczęliśmy – dzieci niemalże – rozmawiać z chłopami i naraz wychodziła cała prawda o tej okolicy, o wysiedlaniu, o tym, co tam robiło UB i sam generał jako dowódca sił bezpieczeństwa.

Spis treści

Przedmowa 5

CZĘŚĆ

I: CZŁOWIEK, KTÓRY ZREDAGOWAŁ POLSKĘ 11

Wstęp 13

Rozdział I. Rówieśnicy Polski Ludowej 15

Rozdział II. Dalsza edukacja 39

Rozdział III. Marzec 57

Rozdział IV. Śledztwo, proces, więzienie 77

Rozdział V. Między Marcem i KOR-em 89

Rozdział VI. Ambasador KOR-u 103

Rozdział VII. W KOR-ze 127

Rozdział VIII. Komitet Samoobrony Społecznej KOR 145

Rozdział IX. Papież 165

Rozdział X. Karnawał 181

Rozdział XI. Stan wojenny 205

Rozdział XII. Szlak wierności. Twórczość więzienna (I) 233

Rozdział XIII. Interludium 247

Rozdział XIV. Takie czasy. Twórczość więzienna (II) 255

Rozdział XV. My, ludzie z rozpadliny. Twórczość więzienna (III) 269

Rozdział XVI. Polska czeka… 283

Rozdział XVII. Okrągły Stół 297

Rozdział XVIII. Wiosna nasza! 311

Rozdział XIX. Nieszczęsny dar wolności 323

Rozdział XX. Balcerowicz 341

Rozdział XXI. Bitwy o Polskę 351

Rozdział XXII. Wolna Europa, wolny świat 373

Rozdział XXIII. W opozycji – wściekłość i wstyd 389

Rozdział XXIV. Dwugłos mentorów 407

Rozdział XXV. Prezydent Kwaśniewski 419

Rozdział XXVI. Europa po przejściach 435

Rozdział XXVII. NATO, lustracja – 10 lat wolności 451

Rozdział XXVIII. Lewica u władzy 469

Rozdział XXIX. Afera Rywina 493

Rozdział XXX. Miłosz 515

Rozdział XXXI. Choroba, śmierć, rewolucja 529

Rozdział XXXII. PiS po raz pierwszy 547

Rozdział XXXIII. Ziemkiewiczyzna 563

Rozdział XXXIV. PiS – ciąg dalszy i zakończenie 581

Rozdział XXXV. Zasługi zbyt wielkie 595

Rozdział XXXVI. Rocznice 615

Rozdział XXXVII. Katastrofa 629

Rozdział XXXVIII. Głosujcie, szkoda Polski… 639

Rozdział XXXIX. Śmierć noblistki 657

Rozdział XL. Faszyzm 673

Rozdział XLI. Rok sprzecznych wróżb 685

Rozdział XLII. Same katastrofy 705

Rozdział XLIII. Dno 725

Rozdział XLIV. Rocznice i jubileusze 743

Rozdział XLV. Ku dyktaturze 757

Rozdział XLVI. Marzec – pół wieku później 773

Rozdział XLVII. Rozważania o problemie narodu 787

Rozdział XLVIII. Nienawiść 801

Rozdział XLIX. Zaraza 819

Posłowie

ANDRZEJ FRISZKE: FENOMEN ADAMA MICHNIKA 837

Przypisy 963

Indeks osób 1011

Turn static files into dynamic content formats.

Create a flipbook
Issuu converts static files into: digital portfolios, online yearbooks, online catalogs, digital photo albums and more. Sign up and create your flipbook.