Skip to main content

Szklane ptaki. Opowieść o miłościach Krzysztofa Kamila Baczyńskiego

Page 1

Kraków 2022


Copyright © by Katarzyna Zyskowska Projekt okładki Eliza Luty Grafika na okładce (rudzik) © ronniechua / AdobeStock Na okładce wykorzystano także fotografię Krzysztofa Kamila Baczyńskiego (dostępna w domenie publicznej) oraz fragmenty ryciny autorstwa Pierre’a-Josepha Redoutégo z Biodiversity Heritage Library (dostępna w domenie publicznej). Fotografia autorki na przednim skrzydełku pochodzi z archiwum prywatnego. Fotografia Baczyńskich na tylnym skrzydełku pochodzi ze zbiorów Muzeum Literatury im. A. Mickiewicza w Warszawie. Redaktorka nabywająca Agata Pieniążek Redaktorka prowadząca Dominika Kardaś Redakcja Joanna Mika Korekta Małgorzata Kuśnierz Łamanie, korekta i przygotowanie do druku CHAT BLANC Anna Poinc-Chrabąszcz ISBN 978-83-240-8344-2 Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl Społeczny Instytut Wydawniczy Znak ul. Kościuszki 37, 30-105 Kraków Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl Wydanie I, Kraków 2022 Druk: Abedik


(…) Mówił Miłun: „Oto ptak, szklany ptak zwycięstwa, kiedy śpiewa pieśń – to pieśń jak znak, kiedy zbraknie serc – to pieśń jak klęska”. Mówił Miłun: „Oto natęż słuch kraju piękny, odsłoń jasną twarz, gdy usłyszysz – to tysiącem głów, gdy usłyszysz – to już moc swą znasz”. Wtedy śmiech rozwalił łunę blasku z ciżby wyszedł olbrzym i uderzył, aż gwiazdami się sypnął po piasku odgłos skrzydeł. Był wieczór. Ptak nie żył. K.K. Baczyński, Szklany ptak, 4 listopada 1941


Część I

(…) Widział Tytan Światłołunę i pokochał, rzucił stada gór lodowych i gromów i co rano przed płynącym lasu domem dzwonił pieśni na wydętych wiatru konchach, aż z przestrzeni taki żal wywabił, że na liściach osiadało łzami. Tylko z dali ryczały porzucone lodowce przystanąwszy w zasłuchane stada i skręcone orkany jak owce pobekując zawisły w powietrzu, nawet ostre pociski deszczów zwisły z nieba – stanęły nad ziemią, w kręgi pieśni zasłuchane niemo. (…) K.K. Baczyński, Serce jak obłok, ukończone 30 sierpnia 1941


grudzień 1941 Baśka

Ostatni raz patrzę w oczy chłopaka – nie wiem, czy bardziej są szare, niebieskie, czy może zielone. W świetle latar­ ni trudno to stwierdzić. Czuję, że w środku drżę – a potem się żegnamy: do zobaczenia, do jutra, bo doprawdy nie da się już dłużej ciągnąć tej sceny. On idzie w stronę Czerniakowskiej, do tramwaju, ja obracam się na pięcie i wpadam w mrok bramy. Biegnę na klatkę, nadnaturalną jakąś siłą niesiona kilka centymetrów nad ziemią. Przesadzam po dwa stopnie, wsłuchując się w echo mego przyspieszonego oddechu. W kilka sekund znajduję się pod drzwiami mieszkania i pukam. Ze środka dobiega odgłos energicznych kroków, w progu pojawia się matka. – No, chwalić Boga! Już żeśmy myśleli, że coś ci się stało, Baśka! Ciemno całkiem. No, wchodźże do środka, a prędko. Moja matka ma ciało miękkie i ciepłe, po kobiecemu, tu i ówdzie zaokrąglone, nogi szczupłe – odziedziczyłam 21


je po niej – dłonie zręczne i mocne, przywykłe do pracy domowej. W twarzy o rysach nieco pospolitych dominują zadarty nos i oczy jasne, okrągłe, jakby zawsze odrobinę czemuś się dziwiła. Kąciki ust są zaś uniesione, przez co nawet kiedy się złości, wygląda poczciwie. Tak właśnie: poczciwie. Zresztą rzadko ma powody do złości – ani Zbyszek, ani ja nie przysparzamy kłopotów. Grzeczne dzieci porządnych rodziców. Chociaż matka wolałaby, żebym wieczorami siedziała w domu, zamiast po mieście się włóczyć. Bo na co mi to studiowanie teraz? I na co to guza szukać? Ogromnie się o mnie boi – bo boi się Niemców, wyzwolicieli ze Wschodu oraz tego, że naszą rodzinę, na podobieństwo innych, wyeksmitują z mieszkania na bruk, a tej zimy zabraknie jedzenia i węgla. Matka jest pragmatyczka. Papa w zasadzie też, aczkolwiek jemu akurat – byłemu nauczycielowi – sen z powiek bardziej spędza, że przez wojnę żadnych studiów nie skończę albo że mu Niemcy na jego prasach w drukarni każą gadzinowe jakieś papiery drukować. Teraz z ust matki płyną wymówki na temat prze­mo­ czonych butów i zmarzniętych dłoni. Pomaga mi zdjąć płaszcz i otrzepuje go ze śniegu. Grudki opadają na dywan w przedpokoju i szybko znikają. Nasze mieszkanie jest schludne, czyste i urządzone dość modnie – o wszystko zadbała matka, kiedyśmy się tu sprowadzili z Wieczfni. Pod wysokim sufitem wisi lampa witrażowa, w rogu stoi szafa w stylu art déco, na komodzie do 22


kompletu durnostojki – pamiątki z czasów, gdyśmy mieszkali na wsi, gdzie ojciec zarządzał trzyklasową szkołą powszechną – i jeszcze zdjęcia w ramkach, i suszone kwiaty. Martwe wspomnienie lata. – Co cię zatrzymało tak długo? – dopytuje matka, przyglądając mi się swoim trzecim okiem, którym potrafi przenikać przez struktury najintymniejszych tajemnic. – Obiad od godziny na stole. Kartofle całkiem wystygły. Chciałabym jej od razu wykrzyczeć: że oto dziś niebo zwaliło mi się na głowę, że nastąpił koniec świata. A może właśnie początek? Lecz zamiast tego mówię: – Tramwaj nie kursował. Jakaś awaria za placem Grzybowskim, dlatego przyszłam piechotą. Matka przechyla głowę. Widocznie coś w wyrazie mojej twarzy lub tonie głosu budzi jej podejrzliwość. Unosi brwi. – Przeszłaś taki kawał piechotą? Przecież wiesz, że w Śród­mieściu po zmierzchu nie jest teraz bezpiecznie. Sowieci wznowili naloty. I mróz okropny. Rozchorujesz się, Basiu. Słucham jej napomnień jednym uchem. – Być może… – odpowiadam nieprzytomnie. Wciąż myślę o chłopaku poznanym na komplecie z logi­k i u Hiża. I o naszym spacerze przez zasypaną śniegiem Warszawę – okazało się, że mieszkamy niedaleko od siebie, on kawałek dalej od Śródmieścia, na Czernia­ kowie, przy Hołówki – i o tym, że jutro znowu się spotkamy, bo obiecał wpaść na Saską Kępę, gdzie już wcześniej 23


byłam umówiona z Jadzią. I że Jadzia go pozna – t e g o poetę, i że… – Baśka! Czy ty mnie w ogóle słuchasz? Nie powinnaś sama chodzić po mieście po zmierzchu. Słucham jej, ale nie słyszę. W uszach dźwięczy mi głos jasnowłosego chłopaka, gdyśmy rozmawiali o jednym z jego poematów. „Czy to pani jest Światłołuną?”, zapytał, a mnie jakby piorun uderzył. A zatem z tym coup de foudre to prawda. I całkiem jest inny niż Józek z Zadrugi, w którym się jakiś czas temu zadurzyłam do szaleństwa i bez sensu – na szczęście tuman miłosny wyparował mi z głowy definitywnie, zaraz po tym, jak Józio zażądał ode mnie dowodów miłości… I z wyglądu też tamtego nie przypomina. Taki jest delikatny i śliczny. Właśnie nie tyle przystojny, ile śliczny. Jak dziewczyna. A przy tym niezbyt wysoki i szczupły. Głowa idealnie wysklepiona, ostro wyrzeźbione uszy, delikatna konstrukcja karku – jak nordycki bóg, a raczej bożek. Do tego twarz doskonale symetryczna, nos prosty, kości policzkowe zarysowane, spojrzenie melancholijne. Szare? Błękitne? Zielone? Zależy, jak światło padnie. Wciąż je przed sobą widzę. Zdejmuję beret i odkładam na wieszak. – Baśka! – Matka przywołuje mnie do rzeczywistości. – Mówiłam, że nie powinnaś sama chodzić po mieście. To zbyt niebezpieczne. Chyba jednak zielone. 24


– Nie byłam sama – mówię wreszcie. – Więc z kim? – Mamo, dzisiaj spotkałam mężczyznę mojego życia.


grudzień 1941 Krzysztof

Wciąż oszołomiony, wsiadam do dwójki na rogu Śniegoc­ kiej i Czerniakowskiej. Zaledwie pierwszy grudnia, a już zima w pełni. Mróz przyszedł wcześniej niż zwykle. To dobrze i niedobrze. Matka znowu martwi się o opał, że będziemy marzli i spali pod dodatkowymi pierzynami, ale mnie widok śniegu cieszy. Na Wiśle roztańczyły się wianki śryżu. Mróz oblepił kikuty kamienic zniszczonych w trzydziestym dziewiątym i zakuł w łopocie nazistowskie flagi sterczące z budynków. Warszawa w monochromie szarości wygląda mniej groźnie niż zwykle. Przypomina dawną siebie. Obserwując z okna tramwaju sunącego na południe miasto ustałe w bieli, wciąż myślę o dziewczynie, z którą się przed chwilą rozstałem. I cieszę się jak wariat, że jutro znowu się spotkamy. W wagonie ciało przy ciele. Na zewnątrz, poprzyklejani jak zmarznięte grona winogron, podróżują ci, dla których zabrakło miejsca. 26


W części wagonu przeznaczonej dla Polaków cisza, spojrzenia wbite w podłogę, na przykulonych grzbietach nicowane palta, połatane kurtki. Jesteśmy jak wystraszone zwierzęta. W części Nur für Deutsche jakaś para. On posępny, w gabardynowym płaszczu z runami SS na kołnierzu, na czapce puste oczodoły Totenkopf. Ona rozszczebiotana, wyfiokowana, w futrze zdartym z lisów, z ustami w kolorze wściekłej czerwieni. W wagonie słychać tylko jej śmiech. Śnieg pada coraz intensywniej. Po prawej, wzdłuż Łazienkowskiej, w ciemnościach majaczą obiekty sportowe, po lewej Stacja Pomp. Tramwaj zatrzymuje się przy koszarach. Niemiec i folksdojczka opuszczają wagon. To dobrze, bo jej rechot był nie do zniesienia. Ja i pozostali pasażerowie oddychamy z ulgą. Wjeżdżamy na przedmieścia. Z każdym kolejnym przystankiem tramwaj pustoszeje coraz bardziej. Mrok wypełza z bocznych uliczek – Czerniaków to nie miejsce dla frajerów, to puste kieszenie i pełne rynsztoki. Spomiędzy niskich murowanych ruder zamieszkanych przez lumpen­ proletariat wyrastają chłopskie chałupy zżerane przez korniki i pokryte strzechą, a w miejską tkankę wgryzają się poletka ugorów – teraz białe plamy. Kanalizacja i bruk to tutaj dobra deficytowe, za to łatwo zarobić w dziób. Aczkolwiek dziś chłopaków w oprychówkach na głowach i z kozikami w rękawach nie widać. Może pouciekali przed mrozem do okolicznych spelunek? Wysiadam przy Nowosieleckiej. Mijam zakład fryzjerski, wędliniarnię, mydlarnię. Z okien padają na trotuar 27


prostokąty świateł. Gdy dochodzę do zabudowań zgromadzenia nazaretanek, niebo znowu się otwiera i śnieg zaczyna sypać mocniej. Zapalam papierosa. Tytoń przyjemnie drapie mnie w gardle. Nie powinienem palić, płuca mam słabe i wiem, że matkę nałóg mój złości, ale papierosy to jedna z niewielu przyjemności, których Niemcy mi jeszcze nie odebrali. Wydmuchuję dym. Wciąż nie mogę przestać myśleć o dziewczynie w granatowym płaszczyku i o kroplach żaru zastyg­ łych na jej rzęsach, a to przywodzi wspomnienie zupełnie innej zimy i zupełnie innej dziewczyny. I smreków uginających się pod ciężarem bieli nad drogą do Wodogrzmotów… Panna Zosia von und zu szła wtedy obok mnie, jak zwykle niedostępna, osobna, wyniosła, chociaż i na niej zahibernowany mrozem wodospad oraz linie grani, siekące sklepienie nad naszymi głowami, robiły wrażenie. Staliśmy obok siebie, przy barierce nad przepaścią. Skały lśniły skute w lód, las wokół milczał. Spojrzała mi wtedy w oczy. Jakoś tak miękko, inaczej niż dotąd, wreszcie łaskawiej. A ja, siedemnastoletni młokos, po raz drugi w życiu zrozumiałem, że miłość może mieć różne odcienie i smaki i nie zamyka się wyłącznie w słowie „matka”. Potem zeszliśmy do schroniska w Roztoce. Przed drzwiami stała rozebrana po świętach choinka. Na gałęziach połyskiwały resztki anielskiego włosa. Śnieg wokół paśnika znaczyły tropy jeleni i saren, z doliny dochodził szklany pomruk potoku. 28


Piliśmy herbatę przy długich ławach z surowego drewna. Panna von und zu rozcierała zgrabiałe dłonie, a ja myślałem, że nie można być szczęśliwszym i przyjdzie dzień, kiedy wezmę te dłonie w ręce i własnym ciepłem rozgrzeję. A później wróciliśmy do Zakopanego, ferie dobiegły końca, mróz puścił, śnieg wsiąkł w ziemię i nigdy więcej nie zobaczyłem wyniosłej dziewczyny. Zostały po niej skurcz serca, wspomnienia i jakiś wierszyk. I nastał czas Zuzy i drugiego lata w Dalmacji. Trzeci skurcz i kolejne olśnienie. Wody wokół Šolty płonęły lazurem. Pachniało żywicą, rybami i solą. Wypływaliśmy daleko w morze, a pod nami falowały przejrzystość i skały, perłopławy i czarne kule szkarłupni. Pytałem wtedy, czy Zuza nie boi się rekinów, lecz ona w spojrzeniu miała młodzieńczy sztorm i tylko się śmiała. Na opalonych ramionach tańczyły cekiny słońca. Upał wypalał rdzawe plamy na dachach Dubrownika. Wtedy, na jednej z kamiennych uliczek, powiedziałem jej, że piszę poezję, i pierwszy raz ją całowałem. I snułem marzenia o naszej wspólnej przyszłości – gdy zaliczę maturę, zabiorę ją do Turcji, Włoch i do Egiptu, w podróż podobną do tej, którą kiedyś odbył mój ojciec… Przez całą jesień w Warszawie żyłem na wyspie szczęścia, tęskniąc, wzdychając i śląc listy do Lwowa, i obiecywałem, że którejś niedzieli przyjadę, lecz nie przyjechałem, bo słota, bo matka nie pozwoliła, bo szkoła, matura, bo życie. Spotkaliśmy się jeszcze raz, zimą w Bukowinie Tatrzańskiej, skąd Tatry wyglądają najpiękniej, a szczyty przenikają 29


w obłoki. I wszystko było jak dawniej – Zuza była jak dawniej – lecz kolor nieba już stawał się inny. Lazur wypłowiał i zaczął nabierać odcieni brunatnych. Wiosną jeszcze żeśmy do siebie pisali, a potem wszystko umarło i Zuza upłynęła w czas i w niewysłane listy. I została tylko ona. Ta pierwsza – pierwsze dalmackie wspomnienie – i być może jedyna prawdziwa. Anna, delikatna niby szkło z Murano. Ona była zawsze, nawet gdy jej przy mnie nie było, jeszcze przed Zosią i Zuzą. Z nią płynąłem nocą przez Adriatyk, promem. Stać nas wtedy było – dwoje dzieciaków ze smyczy zerwanych – na najtańsze bilety, bez miejsc siedzących i dostępu do barku, ale Wenecja wynagrodziła nam tę noc chłodną od bryzy i lśniącą od gwiazd, którą spędziliśmy na deku. Na straganach przy Calle de la Canonica połyskiwały wazoniki, figurki i koraliki ze szkła błękitnego jak wody laguny obmywającej Lido i kruchego jak lato. Za trzy liry – wszystko, co miałem – kupiłem Annie wisiorek. Przez jego pryzmat można było zobaczyć zaczarowany świat. Szybko uciekliśmy od Canal Grande i zatłoczonego Piazza San Marco do ogrodów Della Biennale. Spacerowaliśmy w cieniu platanów i milczeliśmy. Tylko z Anną potrafiłem tak głośno i o wszystkim milczeć. Lecz po wakacjach zniknęła. I pojawiała się jedynie na chwilę – nieuchwytna, daleka i zarazem najbliższa – w snach i w cenzurowanych przez siostry listach, które słała do mnie ze szkoły klasztornej. Przez nią cierpiałem 30


najbardziej, przez nią w szklanych obrazach szukałem spędzonych wspólnie nad morzem dni, a nocami śniły mi się bezgłowe upiory. Aż w pierwsze okupacyjne wakacje przyszła wiadomość. Anna prosiła, bym do niej przyjechał. Matka nie chciała mnie puścić, bo podróż pociągiem, bo niebezpiecznie i droga taka daleka do Jasła. Nie posłuchałem. Ojciec nie żył, a ja czułem się już mężczyzną. Wyjechałem przekonany, że należy podjąć ostateczne decyzje. I znowu zobaczyłem Annę, i znów milczeliśmy o wszystkim dwa długie dni i dwie noce. I chciałem ją zabrać do siebie, na zawsze, lecz ona nie chciała, nie była gotowa, a jej rodzice uznali, że to nie czas na miłość, mariaże, a do tego my tacy niedoświadczeni i młodzi. Anna oddała mi błyskotkę z Murano. Świat wielobarwny zza pryzmatu nie istniał, wisiorek na powrót stał się zwyczajnym szkiełkiem. Wróciłem do Warszawy, do matki – bezradny motyl nabity na ostrze – w cyklon wojenny coraz ciaśniej zamykający mnie w trwodze i w sobie, i długo, kawałek po kawałku, umierałem – martwy słowik. Kamieniałem w sobie, oddając się bezwładowi, i myślałem, że nie będę mógł pisać, lecz właśnie wtedy zacząłem tworzyć najwięcej, śpiewać najpiękniej. I Anna dzień po dniu, noc po nocy zamieniała się w słowa i blakła, aż wreszcie stała się tylko odprys­ kiem światła w weneckim szkle. A ja nabrałem pewności, że już nigdy nikogo nie zdołam pokochać. Aż do dziś. Le coup de foudre. 31


Barbara Drapczyńska. Basia… – powtarzam bezgłośnie, a płatki śniegu lądują mi na ustach i znikają w cieple oddechu, jej obraz staje mi przed oczami. Widzę ją w salonie Hiżów. Drobną, niemal pozbawioną bioder i piersi. O cerze bladej, przezroczystej, o twarzy dziecięcej i nosie lekko zadartym. Kasztanowe włosy zaplecione w warkocz spływają wzdłuż szyi i opadają na ramię. Szczupłe łydki obleczone są w pończochy z kordonka. Puch osadza się na lampach ulicznych. Ich światło dobywa z mroku Czerniakowa mój dom: duży, modernistyczny, wieloklatkowy. Na tle kostropatej zabudowy Sielców nowoczesny budynek wygląda jak obce ciało, niedostępna forteca. Zresztą tu okolica nieco lepsza niż tamta od strony Wisły. Hołówki 3 jest czwartym adresem w moim krótkim życiu. Najpierw było serce miasta, Bagateli i dom babki Karoli na Wspólnej, róg Emilii Plater. Potem Wiktorska, odnoga dalekiej Puławskiej. Mokotów. A wreszcie Czerniaków. Do obecnego mieszkania na peryferiach przeprowadziliśmy się w trzydziestym szóstym, kiedy ojciec po zadymie wokół Ogólnopolskiego Zjazdu Pracowników Kultury stracił etat wykładowcy w Instytucie Literatury w Wilnie. Polubiłem to miejsce: okolica zielona i miałem niezły dojazd tramwajem do szkoły. Jednak później przyszła okupacja i dokwaterowano do nas Wysockich. Po śmierci ojca zaczęło nam brakować na czynsz, więc matka odprawiła służącą i odstąpiła współlokatorom trzy pokoje. My we dwójkę zajęliśmy salon, do którego wstawiliśmy wszystkie 32


posiadane sprzęty: meble, obrazy i książki. Przez to pomieszczenie przypomina graciarnię, nie da się w nim ruszyć i siedzimy sobie z matką na głowach – cały świat na kilkunastu metrach. Nawet gotujemy tutaj. Matka pożyczyła od kogoś przenośną benzynową kuchenkę. A z łazienką jest problem, bo ciągle ktoś ją zajmuje. Gaszę niedopałek na śniegu i przez niską furtkę wchodzę na teren osiedla. Mijam kolejne podwórka. Na trawnikach czarne kikuty krzewów, we wszystkich oknach pozaciągane zasłony. Dom wygląda na wymarły, panuje w nim kompletna cisza. Skręcam w głąb skweru, po ciemku wchodzę po schodach. Pokonuję kilka stopni – nasze mieszkanie znajduje się na parterze – i pukam. Drzwi otwierają się natychmiast. Matka musiała czekać na mnie w przedpokoju. – Krzychu, na litość boską, gdzieś ty się, synku, tyle czasu podziewał? Miałeś być ponad godzinę temu – mówi szeptem, by niepotrzebnie nie wywołać Wysockich z pokojów. Jej dziwny głos niesie się po korytarzu. Podobno w dzieciństwie przebyła nie do końca udaną operację gardła i dźwięk, który teraz dobywa się z jej ust, zdaje się z trudem torować sobie drogę przez tchawicę i krtań, by wreszcie martwo wybrzmieć na strunach głosowych. Wiem, że obcym ta chrypka musi brzmieć osobliwie, nieprzyjemnie, lecz we mnie zawsze wzbudza czułość. Nachylam się do matki i całuję w zwiędły policzek. Ostatnio jakby się skurczyła. Jakby każdy rok okupacji 33


pochłaniał ją kawałek po kawałku. Kiedy się przybliżam, czuję zapach pokrzywowego szamponu, którym myje włosy; niegdyś czarne, teraz o barwie soli z pieprzem, rozdzielone przedziałkiem i upięte nad szyją w kok. Mocna ziołowa woń napełnia mnie spokojem. – Nic się nie stało, mamo – tłumaczę. – Była jakaś awaria i tramwaj nie jeździł. Część drogi musiałem przejść pieszo. – Zmarzłeś na pewno. – Ależ skąd. – Jak wykład Hiża? – Doskonały – rzucam niedbale, nie rozwijając myśli, bo przed oczami wciąż majaczy mi twarz tamtej dziewczyny. Basi. Odsuwam się od matki i zdejmuję czapkę, płaszcz, rękawice. Ona, drobna, niska, cała w czerni, o twarzy bladej jak pergamin, czeka z boku, nie odrywając ode mnie oczu. Przechyla głowę. Jest czujna jak ptak. Może szuka kolejnych oznak choroby? Marszczy czoło. – No mówże – ponagla. – Ale co konkretnie chce mama wiedzieć? – Odruchowo się uśmiecham. – Ty dobrze, synku, wiesz co. Mnie nie zwiedziesz. Przecież ja widzę, że się coś zdarzyło. Składam pedantycznie szalik, na pół i jeszcze raz na pół, wygładzam ręką i umieszczam na górnej półce wieszaka. Odwracam się w stronę matki. – Dzisiaj poznałem dziewczynę mego życia, mamo.


grudzień 1941 Stefania

Nie, nie martwię się ogniem w jego spojrzeniu. Jeszcze nie. Zamiast tego uśmiecham się pobłażliwie – ileż to już fascynacji Krzychowych przeżyłam! Jakieś dalmackie uniesienia, jakieś Anny, Zuzanny i ta wyniosła o niemiecko brzmiącym nazwisku, którą poznał Krzych w Tatrach i żartobliwie przezwał „von und coś tam”. Były tamte i będę następne – mój złoty chłopiec zawsze łatwo ulega nastrojom. Obserwuję, jak zdejmuje buty, i nasłuchuję, czy jego oddech po eskapadzie przez miasto nie stał się aby zbyt krótki, zbyt płytki, czy nie skończy się to kolejną chorobą. Potem prowadzę go przez hol do pokoju. Na lewo od wejścia stoją szafy i regały z książkami. Na szafach zalegają walizy, pudła z kapeluszami i letnią odzieżą, dodatkowe kołdry, poduchy. Na regałach poustawiałam moje materiały dydaktyczne, podręczniki, których jestem autorką, i wydania dzieł Stacha – wszystkie, łącznie z ostatnim: Rzeczywistością i fikcją, które wyszło na miesiąc przed 35


jego śmiercią i przepadło w magazynach drukarni. Został ten jeden egzemplarz autorski, o który dbam jak o relikwię. Pod oknem ulokowana jest amerykanka, na której śpię. Naprzeciw wersalka Krzycha i stół, przy którym piszemy, jemy, pracujemy. Na nim maszynka do gotowania, na maszynce garnuszek z ostygłą już zupą. Obok lustro w dębowej ramie, dalej biurko zastawione aż po sufit kolejnymi walizami i kartonami. Trzymam w nich zastawę stołową, pamiątki po dawnym życiu, porcelanę i szkło. Na ścianach wiszą liczne grafiki wykonane przez Krzycha i zdjęcia: on w marynarskim stroju z Fredem, ulubionym pieskiem, on z posępną miną i blaszaną kolejką, on na moich kolanach podczas wakacji w okolicach Genewy, na nartach w Zakopanem. I Stach z Krzychem na ławce w ogrodzie botanicznym w Jazdowie – ojciec i syn, obaj tacy promienni. Stach w legionowym mundurze rotmistrza – obok jego szabla i ulubiony obraz. Kubistyczne plamy, ciepłe i zimne, walczą ze sobą o dominację na płótnie – tak jak dawniej walczyły w Stachu jego dwie natury: wesoła, przekorna i skora do żartów oraz ta mroczna, wybuchowa, nerwowa i apodyktyczna. Krzysztof zajmuje miejsce przy stole. Ja podgrzewam zupę – jego ulubioną, szczawiową. Mam całe zapasy szczawiu, który kupiłam latem i zawekowałam w słoikach, a po śmietankę chodzę do spożywczego na rogu Bartyckiej albo jeżdżę na bazar przy Śniegockiej. Tam baby spod warszawskich wiosek śmietankę treściwą i tłustą, jak przed okupacją, wprost z koszy sprzedają. Musi się Krzych zdrowo 36


odżywiać, bo dopiero co z choroby wyszedł, a znowu kilka nocy temu słyszałam, jak uciekł kasłać na korytarz, by mnie nie obudzić. Nalewam zupę do talerza, przygładzam zmierzwione włosy nad czołem syna i zajmuję drugie krzesło. Patrzę, jak pałaszuje ze smakiem. Sama nie jem. W ogóle niewiele jadam. Rzadko miewam apetyt, w piątki poszczę dla Pana Jezusa, w soboty całkiem powstrzymuję się od jedzenia – pokutuję za dawny grzech. Niewiele mi do życia potrzeba, no i dzięki temu więcej dla Krzycha zostaje. Słucham jego peanów, między jedną łyżką a drugą, na temat tej nowo poznanej dziewczyny. Że inteligentna, skromna, zachwycająca i ładna, choć nie w sposób jednoznaczny, narzucający się, oczywisty. I że osobna jest trochę jak Zosia, milcząca jak Anna, a w szarych oczach odbija się błysk toczącego się w środku sztormu – jak u Zuzy. I że czytała jego wiersze, i jak rzadko kto odebrała je w pełni dojrzale, przez co trochę przypomina mu mnie. Że umysł ma przenikliwy i drzemie w niej, mimo młodego wieku, intelektualny potencjał. I takie same w niej łagodność, spokój i wrażliwość, co we mnie. Będzie studiować polonistykę i zamierza zostać krytyczką… I co ja o tym wszystkim myślę, pyta. Czy możliwe jest takie pokrewieństwo jaźni, taka wspólnota idei? Czy to nie osobliwe zrządzenie, że w bezmiarze kosmosu tak w jednej minucie bezczasu zeszły się osie ich odległych planet…? Jeszcze nie wiem, co o tym myślę. Chyba wolę nie myśleć. To nie czas na kolejne zauroczenia. To zły czas. 37


Opieram posiwiałą głowę na dłoni i słucham, jak Krzych się zapala, jak się ekscytuje. Kątem oka spoglądam w lustro. Z odbicia patrzy na mnie kobieta nieładna, o wargach zbyt wąskich, ściśniętych zgorzknieniem, o oczach osadzonych zbyt głęboko, o matowym spojrzeniu i niezdrowej cerze. Stara, obca, milcząca kobieta, w wiecznej żałobie po namiętnościach stłumionych żalem. A przecież gdzieś głęboko, pod patyną zmarszczek i smutku, wciąż pozostaję tamtą dziewczyną o gorącym sercu i głowie nabitej mrzonkami, dziewczyną, która zakochała się w najpiękniejszym mężczyźnie, jakiego kiedykolwiek nosiła ziemia: w jasnowłosym Stachu, studencie filozofii, marzycielu niepogodzonym z rzeczywistością i drwiącym z porządku świata. Przymykam oczy i zdaje mi się, że czuję woń krochmalu pomieszaną z geranium. Tak pachniała pościel, w której pierwszy raz się kochaliśmy, pewnego zimowego wieczoru na mojej lwowskiej stancji przy Zygmuntowskiej, zaraz obok uniwersytetu i Ogrodu Pojezuickiego. Na podłodze ciasnego pokoiku walały się niedoczytane książki i nasze zdjęte w pośpiechu ubrania. Okno wychodzące na park pokrywały mroźne kwiaty, zza ściany dochodził stukot maszyny do szycia – w budynku mieścił się zakład krawiecki. Mieliśmy wtedy tyle samo lat, ile Krzych dzisiaj. I tak samo byliśmy w gorącej wodzie kąpani. W spojrzeniu Stacha czaił się niepokojący błysk, żar, który wypala do głębi. I ja, skromna studentka polonistyki, nie umiałam mu się oprzeć… 38


Krzych wciąż peroruje o tamtej, o jej ciemnym warkoczu, o lekko zadartym nosie – i że na imię jej tak pięknie: Barbara – a ja jestem gdzie indziej. Od zapachu geranium zaczyna mi się kręcić w głowie. Ciałem wstrząsa dreszcz. Jakbym bezładnie zapadała w sen. Głos syna znika i czuję na skórze usta Stacha, a w sobie dawny żar. Słyszę, jak Stach szepcze mi do ucha, że teraz należę do niego. I pozwalam, by ten ogień mnie porwał. A potem, by latami trawił, zamieniając w popiół, bo Stach był nie tylko fascynujący, lecz także nie do ujarzmienia. Dzikie zwierzę. Dlatego będziemy żyć razem i osobno. On nie ze mną, lecz obok mnie i spraw przyziemnych, codziennych: rzucany od Polesia po Śląsk, od Francji po Bliski Wschód, pochłonięty polityką, działaniami Legionów, tajnymi operacjami wywiadu, a potem – gdy po przewrocie poróżni się z Ziukiem i z hukiem odejdzie ze służby – pracą na uniwersytecie, swoją gazetą, książkami. Będziemy żyć obok nawet wówczas, kiedy na świat przyjdzie Kamila. I gdy Kamila umrze. Gdy stracę kolejne ciąże i gdy będę go potrzebować najmocniej: kiedy urodzi się Krzych – dziecko obsesyjnie wyczekiwane i wymodlone z mym neofickim uporem u boga chrześcijan. Wtedy Stach ode mnie odejdzie na dobre. Do tamtej. By wrócić po latach, lecz już nie do mnie – już nie będziemy mieć wspólnej sypialni – ale by stworzyć pozór normalnego domu Krzychowi, bo syn potrzebuje ojca. 39


Ale to potem. I przedtem. Teraz wdycham geranium, czuję mocne ramiona Stacha i wilgoć potu na jego rozgrzanej skórze. Wsuwam palce w posklejane namiętnością włosy… – Mamo! – Hm? – Otwieram nieprzytomne oczy. Przez chwilę nie wiem, gdzie jestem. Tu czy tam. Stach wypuszcza mnie z objęć. Znowu znika, znowu gdzieś sobie poszedł. Poczekaj, Stachu… – Czy mama przysnęła? – Krzych przygląda mi się uważnie, odstawiając na bok opróżniony talerz. – Ależ skąd. Cały czas cię słuchałam. Nie mówię mu prawdy, ale to dlatego, by go nie urazić. Bo co też ta jego nowa heroina, ta jakaś panna Kasia czy Basia, mnie może obchodzić? Minie tydzień do kolejnych zajęć u Hiża i czar pryśnie, dziewczyna, jak pozostałe, wywietrzeje mu z serca i z głowy. I będzie jak dawniej, jak zawsze: ja, Krzych i zapach geranium. – Blado mama wygląda. Jest mama przemęczona – nie ustępuje. Przecieram oczy. Próbuję nie patrzeć przy tym na starą kobietę w lustrze. Uśmiecham się do Krzysztofa. – Głupstwa pleciesz, synku. Smakowała ci zupa? – Mamo! Mówiłem, że jestem umówiony jutro z panną Barbarą. – Nie odrywa ode mnie oczu. – Jutro? A jednak zaczynam czuć niepokój.


MIŁOŚĆ I ŚMIERĆ NA TRZY SERCA POWIEŚĆ BIOGRAFICZNA Drobna twarz, mlecznobiała szyja, kasztanowy warkocz... Jej skóra pachnie miodem i pomarańczami, kiedy on szepcze jej do ucha: ”Nie mogę dać ci, Basiu, nic oprócz siebie”. Po czterech dniach od pierwszego spotkania są już zaręczeni. Ale choć Krzysztof kocha Basię, jak tylko poeta kochać potrafi, połowa jego serca jest na zawsze zajęta.

ZMYSŁOWA, ROZPISANA NA TRZY GŁOSY OPOWIEŚĆ O KRZYSZTOFIE KAMILU BACZYŃSKIM, JAKIEGO DOTĄD NIE ZNALIŚMY. Co czuła Barbara zamknięta w trzydziestometrowym mieszkaniu z zaborczą matką Baczyńskiego? Jaką tajemnicę skrywała ta zapomniana przez potomnych kobieta? Co łączyło młodego poetę z Jarosławem Iwaszkiewiczem i Jerzym Andrzejewskim? I czy ten genialny chłopak naprawdę musiał zginąć w powstaniu warszawskim? Katarzyna Zyskowska spędziła długie godziny w archiwach, by od podszewki poznać losy niezwykłego trójkąta. W swej powieści po raz pierwszy oddaje głos trojgu Baczyńskim – Krzysztofowi, jego matce Stefanii i ukochanej żonie Basi – by sami opowiedzieli historię tej pięknej i tragicznej miłości.

Cena 44,99 zł


Turn static files into dynamic content formats.

Create a flipbook
Szklane ptaki. Opowieść o miłościach Krzysztofa Kamila Baczyńskiego by SIW Znak - Issuu