Nocny pociąg i
Kazimierz Nóżka Marcin Scelina Maciej Kozłowski
Znak Horyzont Kraków 2021
Spis treści Punkt widokowy • 8 Wąskotorówka • 29 Recykling • 49 Konie • 71 Szlara • 95 Solarpunk • 117 Oczekiwania • 148 Przesilenie • 169 Zegarek • 192 Kompromis • 210 Pomału • 231 Dźwięk • 251 Światło • 277 Kolory • 303 Fale • 323 Podejźrzon • 347 Ciemność • 359 Lekcje etyki • 383
Punkt widokowy Globus ustawiam obok laptopa i wprawiam dłonią w ruch. To niewielki model wyprodukowany w latach 70. przez Państwowe Przedsiębiorstwo Wydawnictw Kartograficznych w skali 1:80 000 000. Planeta oswojona za pomocą plastikowej podstawki, aluminiowego pałąka oraz kuli zadrukowanej całą paletą kolorów. Jednym spojrzeniem omiatam błękit oceanów, zieleń równin, pomarańcz gór oraz czerwień zarezerwowaną niemal wyłącznie dla Andów, Kaukazu i Himalajów. Patrząc na połyskliwą powierzchnię, wyobrażam sobie również całą kosmiczną symfonię, w której nieświadomie na co dzień uczestniczymy: okrążenia Ziemi wokół Słońca, orbitowanie Księżyca, oddalanie się i przenikanie galaktyk.
Globus służył pierwotnie mojemu starszemu o pięć lat bratu, potem mnie, a teraz przyda się mojemu synowi – wydobyłem go z jego pokoju, gdzie przykurzony stał w kącie w oczekiwaniu, aż przyda się na którymś z etapów edukacji. To dzięki tej kolorowej kuli o rozmiarach niewielkiej piłki zrozumiałem kiedyś, jak małym skrawkiem Ziemi jest Europa – żeby całkowicie zasłonić nasz kontynent, wystarczyły dosłownie trzy palce. Teraz, kilkadziesiąt lat po tamtym odkryciu, wracam do moich badań, by odszukać na globusie jeszcze mniejsze Bieszczady, co jest o tyle trudne, że na siatce geograficznej zmieściły się tylko ogólne zarysy kontynentów, najbardziej rozległe tereny górskie i najdłuższe z rzek. Na próżno szukać tu małych regionów, granic państwowych czy innych śladów ludzkiej cywilizacji, które zazwyczaj ułatwiają ustalanie lokalizacji. Wyjątek zrobiono wyłącznie dla wskazanych wybiórczo miast. Za orientację muszą mi zatem wystarczyć: Wisła układająca się w literę „S”, kwadrat wskazujący Warszawę oraz fikuśnie zawinięty napis „KARPATY”. Skupiam wzrok i równie bezradnie, co arbitralnie wybieram punkcik na granicy plam żółtej i lekko pomarańczowej. To gdzieś w tym zakątku globu zaglądaliśmy z Marcinem Sceliną do wnętrza Ziemi1.
1
Wszystkim chętnym do dalszych zabaw w zmianę perspektywy polecam króciutki film Powers of Ten (Moc dziesiątek). Nakręcony w 1977 roku instruktaż to dzieło niezastąpionego małżeństwa designerów Charlesa i Ray Eamesów. W ciągu kilku minut zmienimy perspektywę z międzykomórkowej po międzygalaktyczną. Film można obejrzeć na profilu Eames Office na kanale YouTube (youtube.com/watch?v=0fKBhvDjuy0).
– 10 –
1
Jesteśmy w Dolinie Rabskiego Potoku i zmierzamy leśną ścieżką na miniwyprawę do kamieniołomu. Tuż przed zimowym przesileniem dni są krótkie, ten dodatkowo okazał się wietrzny i dlatego chłodny, bo sama temperatura w okolicach 10 stopni nie napawała nas przerażeniem, gdy wychodziliśmy z leśniczówki. Nie tylko niska temperatura, ale i marne nasłonecznienie wywołują lekkie rozczarowanie. Półkula północna powoli pogrąża się w zimowym półmroku. – Chodzimy po milionach lat – mówię do Marcina, żeby od razu przywołać potrzebną nam dzisiaj geologiczną skalę miar i liczb. – Gdybyśmy szli w poprzek tych warstw, które są pod tym cienkim pokładem żyznej gleby, to byłaby podróż w czasie – komentuje Marcin. Gdy wspinamy się coraz wyżej, Marcin zwraca moją uwagę na przeciwległe zbocze. Rysuje się już powoli pomiędzy jodłami, po drugiej stronie szutrowej drogi biegnącej poniżej. – Mniej więcej na początku XVIII wieku, czyli przeszło dwieście pięćdziesiąt lat temu, nastąpiło tu osunięcie całego zbocza góry. Po drugiej wojnie światowej utworzono w tym miejscu kamieniołom. Część tego osuwiska pozostaje nieruszona ludzką ręką i dzięki temu możemy teraz w tym miejscu obserwować sukcesję roślin. Najpierw odsłoniły się skały, które przez ileś milionów lat nie miały dostępu do powietrza. Następnie miejsce to zaczęły zasiedlać rośliny. Jest to proces długotrwały. Zależy od rodzaju skał, jedne wietrzeją szybciej, inne wolniej. Takie miejsca szczególnie upodobała sobie sosna i pewnie ona pierwsza razem z brzozą zaczęła się obsiewać na tym urwisku. Korzenie roślin powoli wnikały w skały, krusząc je i wywołując wiele procesów biochemicznych. Jeśli przystaniemy i się przyjrzysz tej – 11 –
przeciwległej skarpie, to zobaczysz, że rosną tam drzewa, które są mniej więcej w tym wieku co to osuwisko lub młodsze. Przyglądam się porastającej skarpę wielopokoleniowym rodzinom drzew, a Marcin zachęca, żebym wypatrzył najgrubsze pnie. – Teraz to najstarsze sosny w Bieszczadach, dochodzą do dwustu pięćdziesięciu lat, całkiem przyzwoity wiek. Natomiast lokalną specyfiką są wymiary tych drzew. Widać, że las jest gdzieniegdzie skarłowaciały. A to dlatego, że rośnie w skrajnie trudnych warunkach. Gleba jest bardzo płytka, skalista i silnie przesycha. Do tego występują tu warstwy skalne przesycone różnymi minerałami. Prowadzono tu nawet badania na temat fitotoksyczności rtęci, obserwowano głównie, jak wzrastają tutejsze drzewa. Zazwyczaj mają od 12 do 18 metrów wysokości, maksymalnie. A wiek przecież niebagatelny, bo sto pięćdziesiąt, dwieście pięćdziesiąt lat. Kiedy pierwszy raz opisywano te okazy, podkreślano, że to sosny reliktowe, zatem traktowano je jak sosny w Pieninach, Tatrach czy Gorganach. Tu, w Bieszczadach, zachowały się głównie w naszej części, baligrodzkiej, gdzieś na skraju zarastających gołoborzy, jako gatunek pionierski. Co ciekawe, te sosny lepiej sobie tam radzą od jodeł. Osuwisko, teren rumoszowy, łatwo przesycha, w dodatku to południowy stok, narażony na silne wiatry. Drzewa nie mają tam lekkiego życia. Nawet teraz widać, jak mocno się bujają przy każdym powiewie. Z drzewami jest trochę jak z ludźmi. Często człowiek, któremu życie daje w kość, jest w lepszej kondycji i żyje dłużej niż ktoś wychowany w cieplarnianych warunkach. Docieramy w końcu do punktu widokowego. Stajemy na wprost prostopadłej, nieco poszarpanej skalnej ściany. Poniżej rozpościera się widok na wąski kamieniołom, na jego dnie widać malutkiego strażackiego jelcza. Żartuję, że to pewnie prehistoryczna pozostałość. – 12 –
– Dawny pojazd straży pożarnej z demobilu, służy do polewania drogi, żeby się nie kurzyło. Pewnie lata 70. poprzedniego wieku – wyjaśnia rzeczowo Marcin. Skoro nie ma nastroju do żartów, to zaczynamy już na poważnie zapuszczać się w głąb wyobrażonej czasoprzestrzeni. – Tylko geologowie byliby w stanie poprawnie datować kolejne warstwy skał. Wszystko to, co obserwujemy, osadzało się kiedyś na dnie morza. Zaczynamy śledzić kolejne poziomy układające się niczym warstwy w cieście. Naprzemiennie widać jaśniejsze i ciemniejsze linie, które odmierzają czas wstecz do pradziejów naszego globu. – Te żółte warstwy to piaskowce, są bardzo mocno przesycone krzemionką, spękane, kruche. Na dole lepiej widać, jak wykrusza się z nich piach. Pomiędzy piaskowcami można dostrzec warstewki łupków. Większość ma barwę czarną. W dolinie występują też wapienie warstw cieszyńskich. Na marginesie warto dodać, że w Bieszczadach schodzą się trzy różne struktury tektoniczne, płaszczowina śląska od północnego zachodu, dukielska od południa i skolska od północnego wschodu. – Ten wapienny naleśnik ma raptem parę centymetrów grubości – mówi Marcin. – W Dolinie Rabskiego Potoku występują też rogowce i zlepieńce uważane za skały mało interesujące dla przeciętnego obserwatora. Ale geolog znajdzie tu dla siebie dużo ciekawostek, zwłaszcza że te skały przesycane w głębi ziemi wodą mineralną mocno się przeobraziły. Z ciekawszych pierwiastków można na tym terenie znaleźć arsen w postaci dwóch minerałów: aurypigmentu i realgaru. Obydwa są dość rzadkie, należą do gromady siarczków. Tworzą ładne czerwone kryształki, można je zobaczyć w kilku miejscach nad Rabskim Potokiem. – 13 –
– Co jeszcze możemy tu zaobserwować? – dopytuję. – Niektóre warstwy są grubsze. Może jakieś kataklizmy następowały w tamtym okresie tworzenia się skorupy? Występują na przykład zlepieńce o niewielkiej zawartości okruchów węgla kamiennego. Tutaj pokłady węgla kamiennego się nie wykształciły, więc zakładam, że właśnie na skutek jakiegoś kataklizmu dostał się węgiel do morza i osadził w cienkiej warstewce skał. Kilka takich kamieni już tu znalazłem. Być może to węgiel z terenów obecnej Lubelszczyzny? Tam węgiel występuje dość płytko, całkiem prawdopodobne, że pod wpływem trzęsienia ziemi lub powodzi osunął się z lądu do morza. Dziecko zapytałoby w tym momencie, skąd się wziął węgiel na Lubelszczyźnie. A potem zaczęłoby się zastanawiać… Zacznijmy więc od Wielkiego Wybuchu.
2
Jak tłumaczy Neil deGrasse Tyson, mój ulubiony popularyzator astrofizyki: „Na początku, niemal czternaście miliardów lat temu, cała przestrzeń, cała materia i cała energia znanego nam świata zawierały się w objętości mniejszej niż jedna bilionowa część kropki stojącej na końcu tego zdania”2. Czy to nie zatrważające, że u swojego zarania cały wszechświat zajmował mniej miejsca niż malutkie Bieszczady na podręcznym globusie? Jeśli skały, na które spoglądaliśmy z Marcinem, są tak gęste od materii, to jak gęsty musiał być wszechświat w chwili narodzin? Podobnie trudna do ustalenia jest jego ówczesna temperatura. A to dlatego, że fizycy nie znają praw,
2
N. deGrasse Tyson, Astrofizyka dla zabieganych, Kraków 2017, s. 15.
– 14 –
jakie obowiązywały, gdy doszło do Wielkiego Wybuchu. Mogą się tylko domyślać, że jak materia, tak prawa fizyki tworzyły jedność niepoddającą się opisowi. Dla nas istotne jest, że po Wielkim Wybuchu materia zaczęła się gwałtownie rozszerzać i rozprzestrzeniać. „Dopiero” po bilionowej części sekundy od wybuchu ruszyły zjawiska badane obecnie przez naukowców. Z początku były to subtelne reakcje między cząsteczkami subatomowymi a energią fotonów. Wszechświat tworzyły wtedy kwarki, leptony i bozony, czyli elementy tak podstawowe, że nic drobniejszego od nich nie można sobie przy obecnym stanie nauki wyobrazić. Po milionowej części sekundy od wybuchu wszechświat rozszerzył się do rozmiarów Układu Słonecznego i nieco wychłodził, jak wyliczają astrofizycy – do 1 biliona kelwinów3. W tych warunkach kwarki w różnych kombinacjach zaczęły tworzyć hadrony. Większość z nich znikała jako antymateria, ale z tych ocalonych powstały pierwsze gwiazdy, dlatego hadrony wzbudzają taką ciekawość fizyków4. Jak tłumaczy Neil deGrasse Tyson, moment, o którym rozmawiamy, to zaledwie sekunda od Wielkiego Wybuchu. I dopiero na tym etapie powstają dwa pierwsze pierwiastki znane nam z tablicy Mendelejewa. A właściwie ich jądra, łączące neutrony i protony. 90 procent tej materii stanowią jądra wodoru, a 10 procent – jądra helu. Przez kolejne trzysta osiemdziesiąt tysięcy lat wszechświat wychładzał się do 3 tysięcy kelwinów, „czyli około połowy
3 4
Ibidem, s. 22. Do badania hadronów powołano w Szwajcarii międzynarodowy specjalistyczny ośrodek CERN, którego głównym narzędziem jest akcelerator cząstek nazwany Wielkim Zderzaczem Hadronów. Ma on dać wgląd w procesy, które rozgrywały się u zarania znanego nam wszechświata.
temperatury powierzchni Słońca”5. Miliard lat trwało samo przyciąganie materii i wstępne formowanie galaktyk. Wtedy, w efekcie reakcji zachodzących w jądrach gwiazd, pojawiają się pierwiastki cięższe od wodoru. Wolne elektrony, łącząc się z jądrami, stworzyły pierwotny wszechświat cząsteczek. To one posłużą finalnie jako budulec planet i powstającego na nich życia. Pierwiastki tak powszechne na Ziemi, jak węgiel, azot, tlen, żelazo, wapń na skutek eksplozji gwiazd rozpierzchły się po kosmosie. Minęło dziewięć miliardów lat, zanim z tych rozrzuconych drobin w naszym zakątku Drogi Mlecznej narodziła się kolejna z gwiazd – Słońce. Zanim do tego doszło, cały nasz Układ Słoneczny stanowiła gazowa chmura złożona z rozproszonych pierwiastków. Gdy zaczęła krążyć, zgodnie z „efektem pizzy” chmura ta spłaszczyła się jak ciasto w rękach kucharza. Dopiero z tak powstałego dysku wykształciła się gęsta materia, a z niej kolejne planety. To dlatego ruch obrotowy planet w Układzie Słonecznym odbywa się niemal w jednej płaszczyźnie. Gdy z obłoków materii powstawały skaliste obiekty, gazowe planety, lodowe głazy i miliardy komet, mniejsze szczątki materii zaczęły opadać na większe ciała niebieskie. Tak właśnie powstała Ziemia. Obracała się. Rosła. Przyciągała. I zagęszczała. Co ciekawe, na początku nic nie wskazywało na to, że warunki panujące na Ziemi umożliwią rozwinięcie się życia. Temperatury były tak wysokie, że cała woda wyparowała, zanim wytworzyła się atmosfera. W następnym etapie, prawdopodobnie po gradzie asteroid, na powierzchni planety ponownie znalazła się woda i po ustabilizowaniu się temperatury procesy chemiczne zaczęły ustępować miejsca biologicznym. Z początku rozwijały się bakterie beztlenowe,
5
N. deGrasse Tyson, Astrofizyka…, op. cit., s. 25.
– 16 –
wydzielające jako produkt uboczny… tlen. W kosmosie jest on rzadkością. Gdy jednokomórkowce wytworzyły go w takich ilościach, że mogło powstać jego potrójne wiązanie, czyli ozon (O3), zebrał się on w wielką czapę chroniącą nas przed śmiertelnym promieniowaniem kosmicznym, głównie ultrafioletowymi fotonami. Teraz szkodliwe promienie w większości odbijają się od górnej warstwy atmosfery. I tak tlen oraz węgiel stały się dwoma kluczowymi dla życia pierwiastkami. Jak tłumaczy deGrasse Tyson: „Niezwykłą różnorodność form życia na Ziemi (i przypuszczalnie w innych zakątkach wszechświata) zawdzięczamy kosmicznej obfitości węgla oraz niezliczonym prostym i złożonym molekułom, które go zawierają. Do tego nie ma wątpliwości: istnieje więcej rozmaitych cząsteczek opartych na węglu niż wszystkich pozostałych razem wziętych”6. Kręciła się ta nasza planeta, zmieniając kształt i doznając czasami uszczerbku po zderzeniach z innymi obiektami z kosmosu. W tym czasie węgiel dominujący do tej pory w atmosferze był wiązany przez rośliny i gromadził się w organicznych pokładach, rok po roku, warstwa po warstwie, aż zebrały się go całe pokłady. Węglowy pokład, zamieniając się w kamień, wyznaczył nazwę dla całego okresu trwającego około sześćdziesięciu milionów lat. Karbon. To wtedy w atmosferze znacząco wzrosły zasoby tlenu, a zmniejszyła się obecność dwutlenku węgla. Do gry zwanej życiem weszły nowe gatunki roślin i zwierząt lubujących się w takiej atmosferze. W późniejszym permie po planecie spacerowały już gady ssakokształtne. W triasie dołączyły do nich dinozaury, których szczyt panowania przypada na kredę. Dla Ziemi to osobny, duży rozdział ze specyficznymi gatunkami i warunkami życia. Obejmując trias, jurę i kredę, 6
Ibidem, s. 28.
– 17 –
zyskał u geologów miano ery mezozoicznej rozciągniętej na miliony lat pomiędzy dwoma wielkimi wymieraniami. Po tym, jak w kredzie, kończącej erę mezozoicznej obfitości, w Ziemię uderzyła planetoida o masie 10 bilionów ton, zginęło 70 procent ziemskiego życia, łącznie z dinozaurami, prehistorycznymi władcami planety. Wtedy Ziemia zaczęła się odradzać, ale już w innych warunkach. Stopniowo dominować zaczęły ssaki, a w czwartorzędzie rozpoczęły swój pochód wywodzące się z nich człowiekowate. Ale pozycję gatunku dominującego człowiekowate osiągnęły dopiero w najmłodszej epoce geologicznej, holocenie. Grupa ta, ewoluując przez ponad dwa miliony lat, osiągnęła fazę dojrzałą raptem w ostatnich dwustu tysiącach lat, i to wówczas uzyskała cechy, na których podstawie nadaliśmy sobie dumną nazwę Homo sapiens. Przyjęliśmy postawę wyprostowaną, która wywołuje teraz liczne problemy z kręgosłupem, i zaczęliśmy drążyć różne tematy, a także ziemię – w poszukiwaniu „skarbów”, między innymi węgla kamiennego, czarnego złota, które posłużyło do napędzania licznych innowacji technologicznych i tworzenia nowoczesnych materiałów. Dwóch przedstawicieli wspomnianego nowego gatunku, Homo sapiens, stoi właśnie w Bieszczadach na skraju kamieniołomu, spogląda na skalną ścianę oraz stertę kamieni leżącą poniżej i wspierając się wiedzą astrofizyków oraz geologów, próbuje odczytać informacje zapisane w skałach.
3
– Ruchy górotwórcze, jak całe powstawanie Ziemi, odbywały się w bardzo wolnym tempie – mówi Marcin Scelina. – Skały Bieszczadów to dawne osady morskie, które z końcem ery mezozoicznej, a później kenozoicznej osadzały się na dnie morza. – 18 –
Rzeki niosły rumosz, najróżniejszą materię. W zależności od tego, jakie skały erodowały w zlewni tego pramorza, takie minerały się osadzały. To jest skomplikowane i trudne do wyśledzenia po tylu latach, zwłaszcza że skały są wymielone jak w młynku, sprasowane i sfałdowane. Żeby pojąć, jak do tego doszło, przybliżamy obraz widoczny ze skarpy. Marcin ponownie traktuje ścianę kamieniołomu jak planszę edukacyjną, żeby objaśnić kolejne szczegóły: – Patrz, jak to się wszystko zawija. To pokazuje, jak skomplikowana jest budowa Karpat fliszowych, do których zaliczają się Bieszczady. Obserwujesz lewą stronę kamieniołomu i wydaje się, że to płaskie warstwy, ale nagle, jak sięgasz wzrokiem w prawo, widzisz załamania, nieraz pod kątem 90 stopni, a nieraz 180 stopni. Gdzieś w skorupie ziemskiej wszystko to się tak niesamowicie poodwracało, że w niektórych miejscach starsze warstwy geologicznie można odnaleźć nad tymi młodszymi – mówi Marcin. – To musiało się wydarzyć na etapie, gdy Afryka zaczęła napierać na płytę tektoniczną Europy. Tak wypiętrzały się Alpy, Karpaty. Nagromadzona materia była prasowana, ściskana, następowało też rozprężanie, fałdowanie. Skały ulegały tym procesom wewnątrz Ziemi. Ich efekt można teraz obserwować tam, gdzie potok wcina się w głąb, albo tu, gdzie nastąpiło jakieś oberwanie skał. Miąższość7 tych osadów znanych teraz jako Zewnętrzne Karpaty Zachodnie jest liczona w kilometrach. Wspomnieliśmy już, że człowiek pojawił się na ziemskiej arenie w ostatnim okresie, czyli holocenie, teraz częściej można się spotkać ze stwierdzeniem, że żyjemy w epoce antropocenu. Z uwagi na ogromny wpływ cywilizacji przemysłowej na
7
Miąższość to nic innego jak grubość warstwy skalnej. A mierzy się ją pomiędzy stropem, czyli warstwą górną, a spągiem – warstwą dolną. To tylko mała próbka z opasłego słownika geologów.
– 19 –
nasze środowisko widoczny jest już w warstwach geologicznych po zaledwie dwustu latach jej intensywnego funkcjonowania. – Kamieniołomy w Dolinie Rabskiego Potoku są ukryte w lesie, wydobywa się w nich kruszywo oraz bloki skalne do celów budowlanych. Trzeba jednak przyznać, że lepiej jest mieć więcej tego typu drobnych kamieniołomów niż jakieś olbrzymie molochy – mówi Marcin. – Poza użytkową takie miejsce może mieć wartość naukową, dokumentalną i edukacyjną. Pytam Marcina, czy zdarzyło mu się w Dolinie Rabskiego Potoku natknąć na skamieniałości prehistorycznych gatunków. – Tutaj nie znalazłem nic takiego – mówi. – O tego typu odkrycia łatwiej w młodszych utworach Pogórza Przemyskiego, tam zdarza się znaleźć odciski jakichś prehistorycznych ryb czy ptaków. Ale fakt, obserwowane przez nas tutaj skały pochodzą jeszcze z czasów dinozaurów. Pamiętają ich wymieranie. Ta ciągłość widoczna tylko w skałach jest fascynująca. – A co z historią nieciągłości? – pytam. – I widzisz, to też jest fascynujące. Bo jak się nad tym zastanowisz, to pierwiastki tworzące minerały, z których złożone są skały wydobywane tu z wnętrza ziemi, pewnie wiele razy uczestniczyły w różnych procesach geologicznych, a być może i biologicznych. Czy to węgiel, czy tlen, czy najpospolitsza woda, każda z tych cząsteczek była nieraz przez niejeden organizm wykorzystana. Jeśli ktoś lubi rosół i spojrzy na mięso kury, które ma na talerzu, musi wiedzieć, że wcześniej dziobała jakieś ziarno. Załóżmy, że to szczęśliwa kura z przydomowego ogródka i dziobie ziarno wyrosłe na polu obok, wciągając sole mineralne z ziemi, po której biega. Pomnóż te cykle przez setki, miliony lat, wyobraź sobie różne gatunki stworzeń żyjących przed nami, a zrozumiesz skalę tego nieustannego obiegu materii. Obrót materii może i wygląda podobnie, natomiast coraz szybciej aktualizują się opowieści, dzięki którym rozumiemy – 20 –
to, co wydarzyło się na Ziemi od czasów jej powstania ponad cztery miliardy lat temu. – Święte księgi uznawały świat za stosunkowo młody – tłumaczy Marcin. – Teofil z Antiochii, starożytny patriarcha, szacował wiek Ziemi na podstawie zapisów biblijnych i wychodziło mu jakimś sposobem, że świat powstał dokładnie pięć tysięcy pięćset piętnaście lat przed narodzeniem Chrystusa. W kolejnych epokach następne pokolenia poznawały świat nie na podstawie mitów czy interpretacji tekstów religijnych, tylko na bazie obserwacji przyrodniczych. Datowanie przyjmowało coraz bardziej wydłużone miary. Choć droga ta była bardzo wyboista, bo nawet w XVII wieku uznawanym za wiek nauki, który wydał chociażby Isaaca Newtona, zdarzyły się też obliczenia arcybiskupa irlandzkiego Jamesa Usshera, który ustalił początek świata na rok 4004 przed naszą erą. Finalnie to jednak nauki przyrodnicze nadały ton obliczeniom. Najpierw wiek Ziemi wydłużono do setek tysięcy, potem dzięki geologom do milionów lat, a teraz dzięki astrofizykom okazuje się, że liczy on sobie prawie czternaście miliardów lat. A przyszłość wydaje się bardziej przepastna niż przeszłość. Może dlatego, że nie wiadomo, do czego wszechświat zmierza. Moja i twoja przyszłość też jest niejasna. Może pierwiastki tworzące teraz nasze organizmy zawisną kiedyś na tej skarpie przed nami w formie jakiejś rośliny. Kto to wie?
4
Karty na stół. Nie bez powodu w ramach wstępu do naszej nowej książki zajrzeliśmy z Marcinem Sceliną do wnętrza Ziemi i zaczęliśmy – tylko słownie – wyginać czasoprzestrzeń. Niniejsza, trzecia już, część serii Zanim wyjedziesz w Bieszczady sięga – 21 –
po planetarną, a nawet kosmiczną perspektywę, ponieważ jednym ze skarbów tego regionu jest Park Gwiezdnego Nieba. Małe zaludnienie i niezbyt rozbudowana infrastruktura sprawiają, że Bieszczady należą do najmniej zanieczyszczonych światłem obszarów Europy i przez to idealnie nadają się do obserwacji ciał niebieskich. A kto ma dostęp do teleskopu, ten ma portal do przestrzeni kosmicznej. Podobnie jak w drugiej części naszej serii, i tym razem postanowiliśmy poszukać rozmówców, którzy zostaną przewodnikami po interesujących nas tematach. I tak o fenomenie gwiezdnego nieba opowiedział Pavol Ďuriš, pochodzący z Bratysławy mieszkaniec Dwernika, pasjonat astronomii. W parze z Pavolem wystąpiła Edyta Wyban, snując wyznania o ucieczce w Bieszczady i zdrowotnych walorach ciemności. A to nie koniec nocnych wątków. Boguś Prystasz, drwal współpracujący z Marcinem Sceliną, odkrył przed nami kulisy całonocnej budowy, która odbyła się niemal pół wieku temu w Nowosiółkach. A Kajetan Duell, adept leśnictwa, rozwikłał tajemnice sów, zarywając niejedną noc, żeby badać ich bieszczadzką populację. Wszystkie wywiady składające się na tę książkę prowadziłem w okresie przesileń, zimowego i letniego. To momenty przełomowe dla obrotu ziemskich spraw, więc i ten wątek znalazł się w naszej opowieści. Moi współautorzy – Marcin Scelina i Kazimierz Nóżka – leśnicy z Nadleśnictwa Baligród, których profil facebookowy bije kolejne rekordy popularności, mając w czerwcu 2021 roku dwieście dwadzieścia jeden tysięcy fanów – ciągali mnie z tej okazji po czerwcowych łąkach, opowiadając w typowy dla siebie, lekko zawadiacki sposób o tym, co w trawie piszczy. Trudno nie zauważyć, że także nasza cywilizacja przeżywa moment przesilenia. Amerykański ekonomista Jeremy – 22 –
Rifkin prognozuje załamanie się rynku węgla i paliw kopalnych w perspektywie kilkunastu lat. Po raz pierwszy od XIX wieku na horyzoncie widać tak ogromne zmiany cywilizacyjne. Skoro zielona gospodarka to nasz nowy cel, węglowy wątek wróci w kilku odsłonach. Głównie w formie symbolicznego pożegnania. Mam oczywiście na myśli żegnanie się z kopalinami. Do tej książkowej ceremonii posłużyła nam bieszczadzka wąskotorówka. W XIX wieku stanowiła nowinkę techniczną, którą wykorzystywano do eksploatacji lasu, aż osiągnęła wiek muzealny. Status zabytku techniki o randze regionalnego dziedzictwa kulturowego zyskała dosłownie w ostatnich latach XX wieku. Parowóz, który niegdyś był siłą napędową rewolucji przemysłowej, stał się atrakcją turystyczną udostępnianą zwiedzającym także w czasie pandemii – za pośrednictwem aplikacji na smartfona – to zresztą symbol całej serii zmian, do których doszło w ostatnich dwustu latach. Teraz prezentuje wszystkie wady i zalety, uroki i zagrożenia wynikające z modernizacji. O losach kolejki opowie Mariusz Wermiński, kiedyś jej młodociany pasażer, a obecnie prezes fundacji opiekującej się wąskotorówką. Złotą erę bieszczadzkich parowozów przybliży nestor kolejowego fachu, Lucjan Latawiec, świadek powojennych czasów, pamiętający białe rękawiczki na dłoniach maszynistów. Poznawanie historii kolejki to także dobry pretekst, aby z pomocą kilku dygresji przyjrzeć się ewolucji górskiego transportu od końskiej zrywki po pojazdy napędzane silnikiem elektrycznym. Wielce prawdopodobne, że ten ostatni wyprze inne napędy, w pierwszej kolejności zdobywając dominację na terenie parków narodowych. Nie sposób pominąć w tych okolicznościach pytania o przyszłość zasobów naturalnych nie tylko Bieszczadów, ale i całej Ziemi. Sięgam po perspektywę planetarną, ponieważ nie ma takiego zakątka, w którym moglibyśmy się skryć przed – 23 –
kryzysem klimatycznym wywołanym nadmierną emisją gazów cieplarnianych. W masach powietrza krążących w atmosferze szybko zacierają się granice między tym, co lokalne, i tym, co globalne. Dwutlenek węgla wyemitowany w Polsce może tak samo jak ten wyemitowany w Chinach sprawić, że czyjeś życie w Somalii okaże się nieznośne8. Nie traćmy jednak optymizmu. Wspierajmy zmiany. Jak wiek XIX był wiekiem pary, tak wiek XXI jest wiekiem cyfryzacji, a więc informacji. I to autorzy cyfrowych algorytmów oraz przedstawiciele branż pokrewnych napiszą dla nas recepty na przyszłość, sięgnąwszy po statystyki i dane. Paradoksalnie to ich narzędzia coraz częściej stosujemy w kontekście przyrodniczym. Dlatego tym razem po wyjaśnienia nie zwróciłem się do biologa – jak w wypadku naszej poprzedniej książki, poświęconej wodzie, bobrom i zaporze w Solinie. W zadawaniu dość nietypowych dla Bieszczadów pytań pomógł mi tym razem Kuba Kulesza, wykładowca akademicki, biegły w myśleniu utopijnym projektant interfejsów, znawca branży IT, a prywatnie piewca solarpunka. A także Szymon Ziobrowski, dyrektor Tatrzańskiego Parku Narodowego, który dużą część swojego życia zawodowego poświęcił na wykorzystanie nowoczesnych metod partycypacyjnych do szukania kompromisów w kwestiach przyrodniczych. A odważny
8
Według szacunków ONZ liczba niepokojących zjawisk klimatycznych – ekstremalnych upałów i mrozów, susz, huraganów czy pożarów – potroiła się w ciągu ostatnich trzydziestu lat. Te katastrofalne zjawiska dotyczą najczęściej najbiedniejszych regionów Azji i Afryki, choć zdarza nam się obserwować niszczycielskie pożary w Australii. To, że w Polsce mamy czasem chłodniejsze wiosny i lata, świadczy tylko o tym, że masy powietrza zaczęły się przemieszczać w nieprzewidywalny sposób. Globalne ocieplenie to zjawisko, którego dynamika jest złożona i trudniej dostrzegalna niż zmiany pogodowe. Najbardziej aktualną i rzetelną wiedzę na temat klimatu oraz jego przeobrażeń znajdziemy na stronie: naukaoklimacie.pl.
– 24 –
kompromis to klucz do realnych zmian. Natomiast ochrona środowiska jest jedną z tych spraw, wokół których lepiej się skrzyknąć niż pokłócić. To, że wspominamy o poważnych wyzwaniach, nie znaczy, że zapomnieliśmy o Bieszczadach, które od czasów powojennych coraz częściej stanowią wymarzoną scenerię do odpoczynku. Nie tylko rozmowy o sowach i obserwacje nieba pomogą nam w złapaniu dystansu. Rzemiosło to kolejny ze sprawdzonych sposobów na oderwanie się od problemów nowoczesnego świata i nadmiaru bodźców. Na marginesie warto wspomnieć, że nadawanie nowego życia starym przedmiotom i sięganie po rękodzieło to jedno z rozwiązań na wspomniane cywilizacyjne i społeczne wyzwania. O wskrzeszaniu dawnych tradycji i nie tylko opowiedzieli Janusz i Magda Demkowiczowie, małżeństwo, które uratowało przed zniszczeniem niejeden drewniany dom, prowadząc przez osiemnaście długich lat gospodarstwo agroturystyczne. Zajmujący się lutnictwem Staszek Nogaj wyjaśnił muzyczny i kulturowy fenomen liry korbowej. Przybliżył też postać swojego mistrza, Stanisława Wyżykowskiego, oraz fach wędrownych dziadów‑lirników, którzy w dawnych czasach stworzyli sieć służącą do przesyłania informacji. P rzygotowaliśmy
też kilka niespodzianek .
A le po kolei … M aciej K ozł owski
Projekt okładki oraz ilustracji wewnątrz książki Sebastian Komorowski Hoppers Fotografia na okładce Autorzy: Michał Lichtański Fotografie wewnątrz książki Fot. Sylwia Sokół – s. 147 Pozostałe fotografie – Michał Lichtański Opieka redakcyjna Magdalena Kowalewska Maciej Pietrzyk Wybór ilustracji Maciej Kozłowski Maciej Pietrzyk Adiustacja Witold Kowalczyk Korekta Irena Gubernat Małgorzata Matykiewicz‑Kołodziej Opracowanie typograficzne i łamanie DAKA – Studio Graficzne Dawid Kwoka Copyright © by Maciej Kozłowski © Copyright for this edition by SIW Znak Sp. z o.o., 2021
ISBN 978‑83‑240‑8000‑7
Znak Horyzont www.znakhoryzont.pl
Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30‑105 Kraków, ul. Kościuszki 37 Dział sprzedaży: tel. (12) 61 99 569, e‑mail: czytelnicy@znak.com.pl Wydanie I, Kraków 2021. Printed in EU