Skip to main content

Yakuza blues. Życie i śmierć w szeregach japońskiej mafii

Page 1


Tytuł oryginału

Yakuza Blues. Vita e morte nella mafia giapponese

Copyright © 2025 Mondadori Libri S.p.A., originally published by Rizzoli, Milano, Italy

Copyright © for the translation by Lucyna Rodziewicz-Doktór

Projekt okładki

Francesca Zucchi

Ilustracje na okładce

Crez

Adaptacja okładki oryginalnej

Maria Gromek

Konsultacja merytoryczna dr Magdalena Kotlarczyk

Redaktorka nabywająca

Eliza Kasprzak-Kozikowska

Redaktorka prowadząca

Sylwia Tusz

Adiustacja

Anna Cała

Korekta

Magdalena Wołoszyn-Cępa | Obłędne Bezbłędnie

Alek Rynkiewicz

Projekt typograficzny i łamanie

Maria Król

Opieka redakcyjna

Natalia Hipnarowicz-Kostyrka

Opieka promocyjna

Marcin Jarmusz

ISBN 978-83-8367-917-4

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl

Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl

Społeczny Instytut Wydawniczy Znak

ul. Kościuszki 37, 30-105 Kraków

Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl

Wydanie I, Kraków 2026

Printed in EU

Życie i śmierć w szeregach

japońskiej mafii

Tłumaczenie

Lucyna Rodziewicz-Doktór

Kraków 2026

W szeregach yakuzy relacje między oyabunem a kobunem są o wiele bliższe niż relacje między ojcem a synem. Bez względu na to, jak irracjonalne, absurdalne czy okrutne jest wydane polecenie, kobun musi je wypełnić, nawet jeśli się z nim nie zgadza. A skoro istnieją reguły, których należy przestrzegać, istnieją też kary. Najwyższą z nich jest wyrzucenie z grupy: czasowe (hamon) bądź definitywne (zetsuen). W przypadku pierwszego z nich istnieje jeszcze nadzieja na późniejszą reintegrację, natomiast zetsuen zamyka taką możliwość nawet u sprzymierzonych grup. Klan wykluczonego informuje o swojej decyzji pozostałe grupy za pośrednictwem karteczki zawierającej prośbę o powstrzymanie się od przyjęcia go w swoje szeregi, zatrudniania i utrzymywania z nim jakichkolwiek kontaktów.

W sytuacji, gdy konieczne jest przyjęcie na siebie odpowiedzialności za niewłaściwe zachowanie albo przeproszenie za popełniony błąd, jak afront wobec sprzymierzonej grupy czy utracony zarobek, wówczas często praktykowane jest yubitsume, czyli samookaleczenie się poprzez odcięcie członu małego palca, w celu uniknięcia o wiele cięższej kary. Ten zwyczaj sięga prawdopodobnie okresu Tokugawa, w którym był on powszechnie stosowany przez prostytutki z okręgu Yoshiwara w dzisiejszym Tokio jako okazanie wierności wobec ulubionego klienta. Z czasem rozpowszechnił się również pośród bakuto, a następnie zakorzenił w środowisku yakuzy* .

* Utrata palca symbolizuje również osłabienie chwytu samurajskie go miecza, co zwiększa zależność członka organizacji od swojego oyabuna.

„Nie każde yubitsume jest takie samo” – wyjaśnia Tanaka. „Amputacja paliczka w celu przyjęcia na siebie odpowiedzialności za drugą osobę, jak w przypadku bossa, który obciąża się przewinieniem popełnionym przez swojego kobuna, warta jest o wiele więcej. Natomiast obcięcie członu bez podjęcia dalszych działań, żeby rozwiązać problem, do którego się doprowadziło, niewiele jest warte. Istotne jest również, jaką pozycję w hierarchii zajmuje ten, kto dokonuje yubitsume: paliczek ofiarowany przez młodzieńca, który jeszcze nie został formalnie przyjęty do grupy i popełnił banalny błąd, nie jest wart tyle, co palec bossa”.

Może się zdarzyć, że członek yakuzy będzie zmuszony kajać się wielokrotnie – wówczas kieruje się określoną kolejnością, według której dokonuje amputacji: przy pierwszym wykroczeniu obcina się paliczek małego palca lewej ręki, przy drugim – analogiczny paliczek w prawej ręce, następnie drugi paliczek małego palca lewej ręki i tak dalej, zmieniając dłonie, od małego palca aż do kciuka.

W przeszłości do amputacji używano tantō albo wakizashi, broni siecznej będącej w posiadaniu każdego wojownika.

W dzisiejszych czasach sięga się po cokolwiek, byle było jak najostrzejsze. I jest to bardzo istotny aspekt. Kiedyś poznałam jedną z nielicznych kobiet oficjalnie przyjętych do yakuzy – w dalszej części opowiem o niej szerzej – u której zauważyłam brak dwóch paliczków jednego małego palca. Jak to się stało, że nie obcięto ich w ustalonej kolejności? Wyjaśniła mi, że to żadne odstępstwo od reguły, lecz nieszczęśliwy wypadek: ciężar jej drobnego ciała okazał się niewystarczający, żeby przyłożyć odpowiedni nacisk i ostrze się obsunęło, rozdzierając jej cały palec. Musiała

jakoś dokończyć amputację, więc zdecydowała się na obcięcie dwóch paliczków zamiast jednego.

Podczas gdy Tanaka nadal ciągnie szczegółową opowieść o tym zwyczaju, mnie przychodzi na myśl zdanie pewnego bossa poznanego w Okinawie: „Yubitsume to przede wszystkim przeprosiny składane sobie samemu”.

Yubitsume uznawane jest więc nie tylko za prośbę o przebaczenie, akt pokazujący, że bierze się odpowiedzialność za popełnione czyny i płaci za nie częścią własnego ciała, lecz również za obowiązek człowieka honoru. Między innymi dlatego, że nie wykonuje się go, stosując środki znieczulające czy korzystając z pomocy lekarza: trzeba to zrobić samemu. Przede wszystkim należy mocno zawiązać palec, żeby zminimalizować upływ krwi, następnie położyć ostrze na stawie i na koniec nacisnąć z odpowiednią siłą.

„Kiedy ostrze wchodzi w ciało, ból staje się nie do zniesienia i wiele osób nie ma sił, by kontynuować samodzielnie, proszą więc kogoś o pomoc” – mówi Tanaka spokojnym głosem, jakby opowiadał mi, jak się składa origami. „Najszybszym i najmniej bolesnym sposobem jest upuścić jakiś ciężar na ostrze. Odcięty kawałek palca należy zachować i biec od razu do szpitala, żeby zaszyć ranę. Ten etap wcale nie bywa mniej bolesny od poprzedniego, ponieważ w wielu przypadkach lekarz jest zmuszony spiłować kość, żeby naciągnąć na nią skórę. Następnie trzeba zanieść odcięty paliczek zanurzony w alkoholu osobie, której należą się przeprosiny: to ona zadecyduje, czy go eksponować, czy pogrzebać. W każdym razie dziś ta praktyka powoli odchodzi w zapomnienie, coraz częściej preferuje się rekompensatę pieniężną”.

Nie umiem się powstrzymać i odruchowo spoglądam na dłonie Tanaki. Wiem już, że nie brakuje mu ani jednego paliczka, mimo to wbijam wzrok w jego smukłe i wypielęgnowane palce. Nie uchodzi to jego uwagi.

„Żeby zostać bossem, trzeba bardzo uważać i unikać błędów” – mówi z lekkim uśmiechem.

Najchętniej zadałabym mu teraz pytanie, ile takich przeprosin otrzymał, ilu zdecydowało się dla niego na yubitsume. Ale boss już zmienia temat i zaczyna opowiadać o swym pierwszym demukae, ceremonii powitania z okazji opuszczenia więzienia, której był świadkiem.

W biurze, w którym Jun odbywał szkolenie, panowała podekscytowana atmosfera: po dwunastu latach odsiadywania kary pewien ważny człowiek z grupy, Muramatsu, wreszcie wychodził na wolność i Miwa-gumi miała zatroszczyć się o demukae. Dzień rozpoczął się wcześnie. Jun i reszta obudzili się o drugiej w nocy i od razu wzięli do pracy: w pierwszej kolejności należało przygotować ubranie dla bossa, który miał się wkrótce pojawić. Następnie musieli zająć się parzeniem kawy i herbaty dla wszystkich, sprawdzić, czy samochody lśnią i czy są idealnie czyste w środku. Miwa pojawił się o drugiej trzydzieści i usiadł w pomieszczeniu wspólnym. „Wyjeżdżamy za godzinę” – oznajmił. Pomimo nocnej pory inni członkowie już się zaczęli schodzić i zajmować miejsca na niskich sofach, paląc jednego papierosa za drugim. Dokładnie o trzeciej trzydzieści cały orszak ruszył w ciemnościach ku więzieniu w Osace: otwierał go wóz z szeregowymi członkami, którzy sprawdzali, czy nigdzie nie czai się zagrożenie, w drugiej kolejności jechał

samochód z Miwą i zdenerwowanym Junem za kierownicą. Chłopak był cały w nerwach nie tylko ze względu na odpowiedzialność dowiezienia bossa do celu bez przeszkód, ale także na myśl, że podczas oficjalnej ceremonii spotka wuja: oba klany były ze sobą sprzymierzone.

Miwa i jego ludzie jako pierwsi dotarli pod więzienie, zgodnie z obowiązującymi zasadami i hierarchią. Potem, w kolejności odpowiadającej randze, zjechali się przedstawiciele honke, czyli macierzystej, centralnej grupy, od której Miwa-gumi była zależna, oraz przedstawiciele zrzeszonych klanów. Chociaż w tym towarzystwie Miwa nie był najwyższy rangą, to on prowadził ceremonię, gdyż to jego człowiek wychodził z więzienia.

Powoli świtało, a niebo przybrało kolor zbliżony do błękitu hortensji. W panującym jeszcze mroku rozlegały się pierwsze „Ohayō!”, „Ooosss!”, „Ohayō gozaimasu!”, czyli mniej lub bardziej oficjalne powitania, zależnie od stopnia relacji, i rozpoczęła się skomplikowana choreografia ukłonów i formalności.

Wraz ze wschodem słońca nadszedł czas, by utworzyć formację: członkowie ustawili się w klin za bossem, zgodnie ze swoją rangą. Jun był pod wrażeniem pewności, z jaką się wszyscy przemieszczali, i że każdy wiedział dokładnie, co robić. Jeszcze bardziej zdumiało go jednak to, że i on sam, zupełnie automatycznie, ruszył na swoje miejsce: najwyraźniej całkiem nieświadomie przyswoił sobie reguły rządzące tą rzeczywistością. W tym właśnie momencie zobaczył wuja. Wyprostowana sylwetka, zaczesane i napomadowane włosy, czarny garnitur skrojony z nieskazitelną elegancją. Od początku jego nowicjatu nie mieli okazji się

103

spotkać, a teraz Shin’ichi był już wakagashirą, pierwszym po swoim szefie, Kiyoshim Kōse. Jun rozpoznał tego człowieka natychmiast i poczuł, jak ogarnia go żar: to właśnie ten dostojny mężczyzna zaszczycił swoją obecnością pogrzeb ojca. Jun był dumny z wujka, ale jednocześnie zrodziło się w nim przemożne pragnienie, by nie tylko mu dorównać i, jak on, stanąć tuż za bossem, lecz także pójść dalej. Chciał go prześcignąć, chciał się znaleźć na samym szczycie piramidy. Nigdy jeszcze nie doświadczył tak palącej żądzy.

Ciszę przerwał głęboki głos Miwy: „Dziękuję wam wszystkim. I przepraszam za tak wczesną pobudkę”. Chwilę później pojawił się strażnik więzienia i ogłosił, że Muramatsu wkrótce zostanie wypuszczony. Miwa nie ruszał się z miejsca, podczas gdy pozostali ustawili się w dwa rzędy pod kątem prostym w stosunku do więziennego muru, tworząc ludzki korytarz. Na placu zebrało się około trzystu członków yakuzy. W końcu brama się otworzyła i do środka wszedł Miwa wraz z dwójką swoich ludzi, a towarzyszył im posunięty wiekiem ojciec Muramatsu: była to ostatnia, desperacka próba ze strony kraju, by przekonać osadzonego do powrotu na łono prawdziwej rodziny, nie tej przestępczej.

Miwa przywitał się z Muramatsu i przyczepił mu do piersi odznakę. Jego wieloletnie poświęcenie grupie zostało nagrodzone awansem: został mianowany wakagashirą Miwy, czyli jego prawą ręką, jego zastępcą.

„Dopiero z czasem pojąłem głęboki symboliczny wymiar tego gestu” – mówi mi Tanaka. „I przypuszczam, że dla pani też nie jest tajemnicą. Obejmując kierowniczą funkcję

od razu po wyjściu z więzienia, a właściwie jeszcze w jego murach, Muramatsu udowodnił całkowitą porażkę państwowego systemu resocjalizacji i jednocześnie demonstrował swój powrót na łono grupy. Ale to nie wszystko: jego szef osobiście wszedł do środka, żeby go odebrać, a to oznaczało, że Muramatsu opuszczał więzienie silniejszy, niż do niego trafił”.

Miwa i Muramatsu przekroczyli próg więziennej bramy i się zatrzymali. Muramatsu – w prążkowanym garniturze, z twarzą o surowych rysach, wyrazistą szczęką i wystającymi kośćmi policzkowymi – wpatrywał się w tłum. Przez ułamek sekundy wydawało się, że sytuacja go przytłacza, ale gdy tylko boss przedstawił go wszystkim jako wakaga shirę, jego spięte oblicze od razu się rozluźniło.

Słońce było już wysoko, a dzień był jasny i pogodny. Orszak luksusowych samochodów wyruszył i przejechał przez centrum Osaki aż do Kobe, gdzie w jednym z lokali, znajdujących się pod ochroną klanu, przygotowano już obfite śniadanie dla najwyższych rangą członków. Tutaj Muramatsu miał otrzymać koperty wypełnione banknotami jako zaliczkę na jego przyszłą działalność. Reszta zależała już tylko od niego, chodziło jedynie o to, żeby nie zaczynał od zera.

Ale na tym uroczystości się nie kończyły, brakowało kluczowej ceremonii na uczczenie wyjścia z więzienia, czyli shussho iwai.

O zmierzchu wszystko było gotowe: w restauracji całkowicie zarezerwowanej na tę okazję, w pomieszczeniu urządzonym w tradycyjnym japońskim stylu rozmieszczono długie stoły. Dla gości honorowych – horyzontalnie,

zaś dla wszystkich pozostałych pod kątem prostym w stosunku do głównego.

Od wielu członków yakuzy słyszałam, że przy tego rodzaju uroczystościach nie praktykuje się bilecików z nazwiskami, dlatego że każdy wie, gdzie ma zająć miejsce według obowiązującej hierarchii, dokładnie tak samo, jak na placu przed więzieniem. Natomiast jeśli zaproszonych jest naprawdę wielu, zaś splot rang skomplikowany, wówczas może dojść do surrealistycznych sytuacji, w których członkowie zrywają się z krzeseł, żeby ustąpić miejsca komuś, kogo uważają za wyższego w hierarchii, ten zaś, przekonany, iż zasługuje na skromniejszą pozycję, odmawia i zachęca pierwszego, żeby usiadł z powrotem. To prowadzi do nerwowego zamieszania, pełnego przeprosin, próśb, błagań, zamiany miejsc, szturchnięć i chaotycznego przemieszczania się. Przypuszczam, że podczas shussho iwai na cześć Muramatsu dochodziło do podobnych scen.

Wuj Juna pełnił znaczącą rolę w grupie, zapuścił wąsy, które dodawały mu powagi, i nosił modne okulary.

Ponieważ Jun nie został jeszcze oficjalnie przyjęty do klanu, siedział prawie przy drzwiach. Ale gdy Muramatsu znalazł się w pobliżu, żeby z tego najbardziej pokornego miejsca wygłosić przemówienie, miał na niego doskonały widok. Mężczyzna uklęknął, położył zaciśnięte pięści na podłodze i schylił głowę. Odczytał mowę, w której przepraszał za spowodowane niedogodności, dziękował i obiecywał grupie wierność, a na koniec pokłonił się jeszcze niżej, prawie dotykając czołem tatami, po czym wrócił na swoje miejsce.

Teraz przyszła pora na część biesiadną. Przez boczne drzwi weszła gromada dziewcząt w kimonach, które usiadły przy stołach i zaczęły serwować zebranym uśmiechy i napoje. Jun znał kilka, ponieważ pracowały w barach hostess*, w których i on bywał, kiedy inni członkowie grupy zapraszali go na drinka. Ledwo kubki z sake się opróżniały, a dziewczęta od razu je napełniały w atmosferze coraz bardziej swawolnej, pośród zaczerwienionych twarzy i coraz bardziej podniesionych głosów. Hostessy uśmiechały się, zakrywając usta dłonią, nalewały alkohol i znowu się uśmiechały.

Ze względu na hierarchię Jun nie mógł podejść do wuja i przywitać się z własnej inicjatywy. To Shin’ichi przyszedł do niego pod koniec wieczoru. „Mały Junie, nie zaprosisz do stołu swojego przełożonego?” – zażartował, dając mu skinieniem znak, żeby się przesunął. Jun nie wiedział, jak ma się teraz do niego zwracać, i chwilę mu zajęło, zanim obliczył dzielący ich w hierarchii dystans. „Dobry wieczór” – odpowiedział z powagą.

„Świetnie! Pamiętasz więc, co ci mówiłem o różnicy między więzami krwi a rodziną, w której pracujemy! Wznieśmy toast! Albo nie, zaczekajmy z tym. Najpierw udzielę ci pewnej rady. Muramatsu wie, jak się robi pieniądze, a teraz na pewno szuka nowych rekrutów”.

* Bary hostess albo kluby hostess (po japońsku kyabakura) – po pularne lokale rozrywkowe, w których kobiety (choć działają też bary z hostami dla kobiet) towarzyszą męskim klientom, zaba‑ wiają ich rozmową, nalewają drinki, palą papierosy i starają się sprawić, żeby klienci czuli się ważni i docenieni. Hostessy nie świadczą usług seksualnych, a flirt jest tylko na pokaz.

Muramatsu faktycznie był człowiekiem przedsiębiorczym o wysokich aspiracjach. Przez wszystkie lata, kiedy on siedział w więzieniu, grupa troszczyła się o wydatki jego rodziny, a także o uregulowanie kosztów procesu, teraz zaś przyszła kolej, żeby to on płacił jōnōkin, czyli składkę, którą wszyscy co miesiąc oddawali swojemu zwierzchnikowi. Już podczas przyjęcia wypatrzył kilka szczególnie urodziwych i obrotnych dziewcząt, które nie pracowały w żadnym lokalu związanym z klanem. Nie minął tydzień, jak zatrudnił je w wynajętym barze kyabakura, którego prowadzeniem miała się zająć jego żona. Drugim, o wiele ważniejszy krokiem był powrót do dzielnicy portowej: dzięki znajomościom wśród młodych i brutalnych w razie potrzeby mężczyzn szybko założył firmę ochroniarką. Kilka dni później Jun wraz z przyjacielem Eijim wstąpili w szeregi nowych rekrutów Muramatsu.

I tak rozpoczął się drugi etap ich szkolenia: mniej roboty biurowej, więcej przemocy. Chlebem powszednim stało się odbieranie długów i bijatyki w porcie. Jun nie umiał się bić: jako nastolatek wziął udział w zaledwie kilku, niezbyt krwawych potyczkach z kijami i łańcuchami, kiedy Eitarō i jego grupa bōsōzoku ścierali się z wrogimi bandami. Z kolei Eiji miał wprawę w bójkach, i całe szczęście, ponieważ wielokrotnie musiał interweniować i ratować przyjaciela z opresji. Jun z ulgą dzielił wszystko z kompanem: praca była ciężka i czasami dopadało go przygnębienie, ale Eiji ze swą siłą fizyczną i beztroskim nastawieniem – które nigdy nie przybrało formy obojętności i lekceważenia –stanowił dla niego nieocenione wsparcie. Przyjaciel nie miał wątpliwości, że Jun również jest stworzony do takiego

życia: „Jun, głowa do góry, zawsze wiedziałeś, że tak to się potoczy. Przecież nikt cię nie zmuszał, prawda? Przestań więc się ciągle zastanawiać. Chyba nie boisz się wysiłku?”.

Po kilku miesiącach Jun podjął ostateczną decyzję o wstąpieniu w szeregi yakuzy.

„Wybrałeś już tatuaż?” – zapytał go Eiji. Przyjaciel miał już za sobą dwie sesje i ogromny, kolorowy, silny karp –symbol odwagi i wytrwałości – powoli nabierał kształtu na jego plecach.

„Co jest, boisz się, że będzie bolało?” – Eiji dręczył Juna pytaniami prawie codziennie. A kiedy również pozostali młodzieńcy z grupy wzięli go na celownik, nie mógł dłużej zwlekać z wyborem swojego tatuażu. Była to ważna decyzja, symbol, który stanie się jego wizytówką, a jednocześnie wpłynie na całe dalsze życie. Musiał się porządnie zastanowić. Znalazł kilka książek, które pochłonął w rzadkich wolnych chwilach, zwrócił się też z prośbą o radę do bardziej życzliwych członków grupy: pośród ich wyborów był tygrys – ucieleśnienie siły, wąż – symbol uzdrowienia, wiśnia przypominająca o ulotności wszystkiego oraz kami Raijin i Fūjin, czyli bóg grzmotów i bóg wiatrów, żeby zagwarantować sobie ich opiekę. Rozległe tatuaże, choć zasłonięte odzieżą, pokrywały całe plecy, piersi, czasami nawet pośladki i częściowo uda. Nigdy nie wykonywano ich na częściach ciała, które są widoczne dla każdego w codziennym życiu. Pokrycie ciała tatuażami, których nie da się usunąć, zamyka de facto możliwość powrotu na łono społeczeństwa i pokazuje niewzruszoną wolę przynależenia do grupy.

Choć Japonia bywa dla zachodniego turysty synonimem rozwoju technologicznego i nowoczesności, yakuza nie ucieka od tradycji i rytuałów, bo chce być organizacją, która chanto shite iru, czyli „robi wszystko, jak należy”. Członkowie mafii kierują się ninkyō, tradycyjnym kodeksem honorowym. Za nieposłuszeństwo może ich spotkać dotkliwa kara – na przykład ceremonia yubitsume, podczas której winowajca musi obciąć sobie krótkim mieczem fragment palca.

Relacje w strukturach mafii są mocno zhierarchizowane, a  kobun („syn”) zawsze musi wypełnić polecenia oyabuna („ojca”). Z jednej strony jej członkowie stosują praktyki sōkaiya – szantażują firmy w celu wyciągnięcia haraczu, z drugiej – dbają o rodziny swoich braci, którzy przebywają w więzieniach, a po ich wyjściu na wolność urządzają im przyjęcie zwane shussho iwai.

Martinie Baradel udaje się umówić na spotkania z bossami yakuzy. Zdobywa także zaufanie policjantów i nielicznych dziennikarzy zajmujących się tematem japońskiej mafii.

Jun’ichirō Tanaka, główny bohater, opowiada o rzeczywistych wydarzeniach i przekazuje prawdziwe świadectwa osób związanych z yakuzą. Ze względów bezpieczeństwa nie ujawnia ich prawdziwej tożsamości.

Tanaka demaskuje mity i błędne przekonania o japońskiej mafii. Zaprowadzi cię tam, gdzie nie ma dostępu zwykły śmiertelnik. Poznasz sekrety izakaya i przekonasz się, czy yakuza słusznie określana jest bōryokudan, brutalnym gangiem.

Turn static files into dynamic content formats.

Create a flipbook