Skip to main content

Tyle słońca. Anna Jantar. Biografia

Page 1

Tyle słońca

Anna Jantar Biografia

Marcin Wilk Ze wstępem Natalii Kukulskiej

Wydawnictwo Znak Kraków 2020


Projekt okładki Jasiek Krzysztofiak www.jasiek.co.uk

Fotografia na pierwszej stronie okładki Marek Karewicz/East News Redaktor prowadzący Sylwia Ciuła Redakcja Dorota Gruszka

Wybór fotografii Dorota Gruszka Marcin Wilk

Konsultacja Natalia Kukulska

Adiustacja Anna Szulczyńska

Korekta Barbara Gąsiorowska Katarzyna Onderka

Indeks Artur Czesak Anna Szulczyńska

Łamanie Piotr Poniedziałek

Copyright © by Marcin Wilk Copyright for Anna Jantar archives © by Natalia Kukulska Copyright © for this edition by SIW Znak sp. z o.o., 2020

ISBN 978-83-240-5995-9

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37 Dział sprzedaży: tel. (12) 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl Wydanie II poprawione, 2020. Printed in EU


Nie sprawdzam wcześniej, jak na cmentarzu Wawrzyszewskim dojść do miejsca, gdzie spoczywa. Robię to celowo. Chcę się przekonać, czy ludzie wciąż o niej pamiętają. Zaczepiam przechodniów, czy wiedzą może, gdzie jest jej grób. Oczywiście, że wiedzą. Wskazują precyzyjnie, jak mam iść, jakby leżał tam ktoś im bliski, członek rodziny, domownik. Grobowiec znajduje się przy głównej alei. Ciemny i masywny, ale zarazem niezwykle skromny. Jest czysto, na płycie leży kilka bukietów, palą się znicze. To tutaj spoczywa jedna z największych gwiazd polskiej piosenki. ŚP. Anna Jantar Kukulska (*1950 +1980) leży obok ŚP. Jarosława Kukulskiego (*1944 +2010). Ona po lewej, on po prawej. Nad nim rośnie drzewo, więc na grobowiec po tej stronie pada cień. Od jej strony jest na przestrzał, prosto do nieba. Kiedy tu jestem – w jeden z tych szczęśliwie jeszcze ciepłych wrześniowych dni – światło jest szczególnie mocne. Tyle słońca.

* * *

Halina Szmeterling, pani Halinka – mama Anny Jantar – dopytuje mnie, czy byłem na cmentarzu i czy palą się znicze, zupełnie jakby nie dowierzała, że jej córka wciąż żyje w sercu wielu osób.


I

1

Drzewo genealogiczne narysowała Natalia, posiłkując się pamięcią babci. Wydobywała kolejno postaci, czasem na zasadzie skojarzeń, czasem idąc po nitce do kłębka. Powstał z tego olbrzymi i solidny dąb. A może jednak rosochata wierzba? Niektóre z gałęzi uginają się pod ciężarem, inne lekko odstają. Czasem brakuje kogoś do pary. Takie drzewo na początku lipca 2014 roku podczas uroczystego przyjęcia dostali wszyscy goście dziewięćdziesiątych urodzin Haliny Szmeterling.

* * *

Pani Halinka stwierdziła, że bardzo przypominam jej tatę. Czesław Daniel Leliwa Surmacewicz1, z t y c h Surmacewiczów, herbu Leliwa (którym posługiwali się między innymi Soplicowie z Pana Tadeusza czy Juliusz Słowacki), był tęgim, potężnym mężczyzną, który – i to już nas bardzo różni – lubił myślistwo. W pamięci pani Halinka zachowa zdjęcie, na którym jej tata wita się z prezydentem Stanisławem Wojciechowskim, następcą Gabriela Narutowicza. On sam też był kimś ważnym – burmistrzem. 15


Zofia, jego żona, była w siódmym miesiącu ciąży, kiedy znowu wybierał się na polowanie. Prosiła męża, by został w domu, bo na dworze panował straszny mróz. Ale on się uparł, musiał pojechać, ponieważ mieli tam być sami oficjele: starosta i wojewoda. Nie było żadnej dyskusji. Czesław Surmacewicz wyruszył więc z zacnymi gośćmi zabijać zwierzęta. Już po polowaniu źle się poczuł i uznał, że lepiej będzie, jeśli oddali się od towarzystwa i nie pójdzie, tak jak wszyscy, do hotelowej restauracji, tylko od razu do swojego pokoju, który mieścił się w osobnym budynku. Poprosił też, by posiłek przynieść mu na górę. Kiedy już był u siebie, postanowił jeszcze trochę odetchnąć świeżym powietrzem. Wyszedł na zaśnieżony taras. Pech chciał, że podłoga na nim była ze szkła. Gdy ten słusznej postury mężczyzna na niej stanął, taras się zerwał. Wysokość, z jakiej spadł, nie była zbyt duża, ale wtedy akurat kelnerka, która szła z kolacją, otworzyła drzwi na dole. Surmacewicz nieszczęśliwie nadział się na nie i złamał kręgosłup. Nie cierpiał długo, zmarł po dziesięciu minutach od wypadku. Rzecz działa się w Krotoszynie, w historycznym hotelu Pod Białym Orłem. W pobliżu Ostrowa Wielkopolskiego, około stu kilometrów na południowy wschód od Poznania. Był styczeń roku 1926. Pani Halinka nie miała nawet roczku. Historię o tacie opowiedziała jej mama. Zofia Surmacewicz została sama; w ciąży i z dwójką dzieci – czteroletnim Mirosławem i Halinką (był jeszcze Aleksander, ale ten wtedy już nie żył; najmłodszy z braci, Janusz, urodził się w 1926 roku). Nie dałaby sobie rady, gdyby nie pomoc mamy. Maria, po mężu Czosnowska, babcia pani Halinki, miała sklep 16


we Wronkach, czyli – patrząc od strony Krotoszyna – na północ aż za Poznaniem. Zofia musiała pójść do pracy. Pojechała do mamy i zatrudniła się najpierw w sklepie, a potem w fabryce przetworów ziemniaczanych, w końcu została księgową. Nie było jej łatwo, przede wszystkim z powodu wykształcenia. Potrafiła zagrać na fortepianie utwory z romantycznego repertuaru, nie sprawiała jej problemu lektura klasyki literatury francuskiej czy angielskiej w oryginale, wiedziała również, w jaki sposób reagować na grubiaństwo ze strony mężczyzn oraz gdzie położyć sztućce na stole – w końcu jako jedyna córka dobrze sytuowanych właścicieli sklepu była po pensji. Ale tam nie nauczono jej podejmowania decyzji i tego, co robić dalej w życiu, gdy młody mąż nagle umiera. Poza tym Zofia nie dostała po Czesławie ani grosza. Co prawda on skończył prawo i ekonomię na uniwersytecie w Poznaniu, sprawował też urząd burmistrza, ale pracował zbyt krótko, by ona mogła cokolwiek po nim odziedziczyć. Do tego wszystkiego polisa na życie straciła ważność tuż przed jego śmiercią. Na początku Zofia była zdana na łaskę i niełaskę rodziców, ale okazało się, że jest bardzo energiczna i radzi sobie nadzwyczajnie. 2

Od samego początku nad związkiem Zofii i Czesława wisiała klątwa. Kresowy ułan przyjechał do Wronek i kiedy przechadzał się ulicą, usłyszał śpiew nieznajomej i żywo się nią 18


zainteresował. Miał dobre ucho – Zofia była utalentowana muzycznie. Nie tylko pięknie śpiewała, ale i grała na fortepianie. To była miłość od pierwszego usłyszenia. Czesław zakochał się z wzajemnością. Zofia pochodziła jednak z rodziny kupieckiej, a wyżej urodzeni nie chcieli mieć nic wspólnego z parweniuszami. Czesław gotów był popełnić mezalians, byle tylko Zofia zdecydowała się go poślubić. Surmacewiczowie, herbowa szlachta, za którą stało kilka wieków historii, dorobku i kultury, nie mogli sobie pozwolić na taki skandal. Nie tylko nie pobłogosławili związku Czesława i Zofii, ale również odsunęli się zupełnie od wyrodnego potomka, nie przyszli na ślub. Nigdy się nie dowiedzieli, jak bardzo spełniony w miłości był ich najstarszy syn. Nie pojawili się nawet na jego pogrzebie. Zofia nigdy nie poznała swoich teściów, którzy mieli rodowy honor i – jak mówiła – „pięć mórg w doniczce”. 3

Zofia została więc sama i sama musiała uczyć się życia. Sklep jej rodziców nie był złym miejscem do nauki ekonomii, a i miał swój urok. Pani Halinka uważa, że przypominał nieco ten z Lalki Prusa. U Czosnowskich, jak u Wokulskiego, można było dostać produkty kolonialnio-galanteryjno-mydlarskie. Pani Halinka twierdzi, że jej dzieciństwo w towarzystwie dwóch braci nie wyróżniało się niczym szczególnym. Starszy brat, Mirosław, był nadzwyczajnie zdolny. Pięknie śpiewał. W gimnazjum w położonych nieopodal Poznania 19


Szamotułach, gdzie uczyło się rodzeństwo, dyrektor wskazywał go zawsze jako jednego z najlepszych uczniów w historii szkoły. Wyróżniającego się, wręcz wybitnego. Z kolei Janusz był bardzo muzykalny. Jakikolwiek instrument wziął do ręki, potrafił na nim zagrać. W czasie okupacji mama miała z nim najwięcej kłopotów, bo wpadał w towarzystwo, w którym nie powinien się znaleźć. W domu czuło się codzienny trud związany z zapewnieniem bezpieczeństwa w ciężkich dla dzieci – najpierw osieroconych przez ojca, potem dotkniętych wojną – czasach. Zofia nie była zbyt skłonna do okazywania uczuć, nie rozpieszczała dzieci. Nauczyła się zaradności. Była obrotna i potrafiła wszystko załatwić. Znajomość języka niemieckiego (obok francuskiego i angielskiego, którymi posługiwała się nienagannie) też się wielokrotnie przydała. Pani Halinka zapamięta, że jej mama miała klasę i zawsze potrafiła się dobrze ubrać. Zapamięta też, że mama rzadko ją przytulała, więcej ciepła doznała od babci. Był zatem sklep, była zaradność mamy, dwóch braci – w tym jeden „ten zdolny”, i właściwie tyle. W rodzinie zawsze dominowali humaniści, w szkole Halinka lubiła historię, geografię i język polski. Kochała literaturę. Czytała, co jej wpadło w ręce. Szczególnie ceniła książki podróżnicze i biografie. Gorzej bywało z matematyką, z którą Halinka miała ciąg­ le kłopoty. We wrześniu 1939 roku nastawiała się nawet na poprawkę, do której nie doszło z wiadomych powodów.  – Byłam grzeczna. Chodziło się do szkoły i już. To były ciężkie czasy – mówi pani Halinka. 21


Gdy rozmawiamy o jej marzeniach, pani Halinka opowiada, jak zafascynowana umiejętnościami mamy, również chciała tańczyć palcami po klawiaturze w rytmie i tonacji najważniejszych klasyków muzyki. Ceniła Bacha, Mozarta i Czajkowskiego. Mama zdecydowała, że córka powinna zacząć brać lekcje. Dziewczynka marzyła, by iść w ślady muzykalnych rodziców, ale miała też inne pomysły – na przykład chodzenie na grandę. Podczas jednej z takich eskapad dziesięcioletnia Halinka siedziała na drzewie w ogrodzie należącym do wspólnoty miejskiej i zrywała kasztany. Nagle mama zawołała ją na obiad. Dziewczynka chciała jak najprędzej zejść z drzewa i przestraszona skoczyła na krzesło stojące na metalowym ogrodowym stole. Krzesło się obsunęło, a ona uderzyła się o blat i złamała rękę w trzech miejscach, tracąc na dwa lata czucie w palcach. W pierwszym momencie nawet nie płakała. A kiedy zaczęła, to nie z bólu, tylko dlatego, że się bała, jak na to wszystko zareaguje mama. Halina marzenia pogruchotała, ale Anna, w przyszłości, marzeniom tak łatwo nie popuści. 4

Kilka lat później „Dziennik Poznański”2 z 1 września 1939 roku na pierwszej stronie zadaje pytanie: Czy upór Hitlera zostanie złamany? A w podtytule donosi: Dziesięć milionów ludzi pod bronią przeciw Niemcom. 22


Obok wiadomości prosto z Londynu znaleźć można komentarz odredakcyjny, który czytany dzisiaj sprawia wrażenie, jakby Niemcy nie przekroczyli jeszcze granicy:  „Któż by przypuszczał, że do współczesnych metod wojowania obok bombowców, czołgów i bojowych gazów może przybyć jeszcze czynnik, zdawałoby się, tak pokojowo niewinny jak radio? W przestworzach toczą się dziś prawdziwe bitwy. Lecą audycje w obcych językach. Przesłuchujesz ty mego dezertera? – czekaj, przesłucham ci przed mikrofonem twego, że aż ci oczy zbieleją. Są i rozejmy w tej walce. Teraz radio sowieckie na tematy niemieckie milczy, teraz już z Moskwy nie słyszymy pikantnych szczegółów, gdzie i za ile pan Goebbels kupował w Berlinie futra dla… pewnej pani. Dziś Leningrad nie zapytuje natarczywie, czy pani Goeb­ belsowa przypadkiem o tym wie. Natomiast fale radiowe jakby stężały napięciem, słowa biegnące przez eter stają się brzemienne w znaczenie. Wczoraj na przykład radiostacje angielskie powtórzyły myśl marszałka Śmigłego-Rydza z jego mowy krakowskiej i rzuciły narodowi niemieckiemu pytanie:  – Czy to uważacie za pokój, aby jedni brali, a drudzy – terroryzowani zgnieceniem im czaszki – dawali?”3 . Zofia Surmacewicz nie zadawała tego typu pytań i raczej nie miała wątpliwości, co w tej sytuacji, w jakiej kraj i naród się znalazły, należy zrobić. Udała się do odpowiedniego punktu i oddała obrączki męża i swoją na Fundusz Obrony Narodowej, dla kraju. Tak się załatwiało sprawy: wszystko co najcenniejsze – od pierwszych monet watykańskich, poprzez obrazy Hofmana czy Pieńkowskiego, aż po złoto, srebro i rozmaite drobiazgi 23


stanowiące często rodzinne pamiątki i skarby – panny, kawalerzy, panie i panowie oddawali, by wzmocnić obronność ojczyzny na wypadek wojny. I wesprzeć Polskę w potrzebie.

* * *

1 września 1939 roku był wyjątkowo piękny. Halinka nie zaczęła tego ciepłego dnia ani od lektury prasy, ani od słuchania doniesień radiowych, tylko poszła z kolegami i koleżankami nad Wartę. Wystawiała twarz do słońca i na razie ani myślała zajmować się poprawką z matematyki. I choć działo się to w pierwszy dzień wojny, to nie były ostatnie chwile młodego, nie zmąconego jeszcze problemami życia Halinki. Pamięta jednak niektóre koleżanki z podstawówki, dziewczynki, które przychodziły do szkoły bez śniadania. Nogi miały owinięte gazetami, żeby nie zmarznąć, a zamiast płaszczy okrywały się płóciennymi płachtami. Popołudniami usiłowały po pięć groszy sprzedawać w pęczkach drzazgi na rozpałkę w piecach, ale nikt od nich nic nie chciał kupić. W tym czasie Niemcy zarekwirowali własność Czosnowskich. Uznali, że nadaje się na Auffanggesellschaft, czyli że mogą ze sklepiku zrobić spółkę, która nie będzie należeć do Polaków. Halinka też musiała iść do pracy. Na początku wojny pomagała w polu, zakasywała rękawy i robiła, co było trzeba. Dziewczyna tak szczupła jak ona z trudem dawała radę. Na szczęście dzięki rozmowom mamy z nadzorującym pola Halinkę oszczędzano. 24


W lecie były żniwa, a potem wybiórki, czyli zbieranie ziemniaków do wielkich, ciężkich koszy, które należało na plecach przenosić do samochodów. W pewnym momencie jednak Halinka zachorowała tak poważnie, że niemal zemdlała podczas pracy. Dostała zapalenia wyrostka, znieśli ją na workach. Od razu została wysłana do szpitala. Potem trafiła do pracy u Niemca, który był właścicielem sklepu elektrycznego. Wiodło jej się już lepiej: na początku szyła abażury, później układała na prasie materiały. Kiedy jednak uległa drobnemu wypadkowi i przycięła palec, Niemiec nie omieszkał wyrazić swojego niezadowolenia, że jest taka nieostrożna. Ostatecznie dziewczyna wylądowała w fabryce. Rozdzielała tam zajęcia wśród kobiet, które utrzymywały się z Heimarbeitu, czyli chałupnictwa – pracowały w domu, opiekując się równocześnie dziećmi. Nowe stanowisko było wyróżnieniem, a Halince się udało dodatkowo, z powodu przychylności pracodawcy. To Niemiec, o którym powie potem, że był „naprawdę w porządku”. Nie zabrali go do wojska, bo jedno oko miał szklane. Ale nie to było najważniejsze. W Halince dostrzegł on już nie dziewczynkę, lecz kobietę – młodą, drobną, atrakcyjną. Mimo że posiadał rodzinę, trochę za nią latał. Próbował ją przydybać to tu, to tam. A to brama za ciasna, a to przejście takie wąskie. Takie tam końskie zaloty. Za każdym razem wiedziała, że mu się wymknie, choć nie zawsze wszystko szło gładko. Raz musiała zabrać się gdzieś z nim pociągiem. Uparł się, że będzie jechała z nim, czyli w części uprzywilejowanej, tylko dla Niemców. To był z wielu względów niebezpieczny manewr, a poza tym siedzenie w takim wagonie oznaczało 25


po prostu zdradę. Halinka wykazała się sprytem; co prawda wsiadła z nim, ale już za chwilę przebywała w polskim przedziale z innymi Polakami. Radziła sobie dzielnie. Kobiety w tej rodzinie mają w genach, by w trudnych chwilach być prawdziwymi heroskami. Po latach pani Halinka powie oczywiście, że to jej mama była bardziej zaradna.

* * *

Halinka zbliżała się do dwudziestki. Była wciąż młoda i podobała się. Jej pierwszą sympatią był Hilary Grupiński, syn złotnika – zegarmistrza. Hilary, zgodnie z tym, co sugerowało imię, należał do obywateli spokojnych, poważnych i statecznych – wydawał się mężczyzną idealnym do roli męża. Jednak Halinka nie zachwyciła się tą kandydaturą. 5

Dla niej lata 1939–1945 i okres tuż po wojnie to mimo wojny i okupacji najpiękniejsze zapamiętane momenty; marzenia, młodość. Z czułością wraca we wspomnieniach do każdego pagórka i drzewa, które zostawiła daleko za sobą. Wronki pamięta jako przepiękną, zalesioną okolicę. Miała tam, jak to się mówi, swoją paczkę. Dziś już nikt z niej nie żyje, ale ona z tym większym sentymentem przywołuje ich wszystkich w wyobraźni. W lasach, wśród drzew, chowali się przed dorosłością i śpiewali piosenki. Ale i tam ich namierzono. Po wojnie 27


śpiewy i las kojarzyły się jednoznacznie i ci, którzy wyśledzili ją i jej paczkę, sądzili, że towarzystwo bawi się w konspirację. A oni po prostu chłonęli młodość. Cieszyli się ostatnimi chwilami życia bez specjalnych trosk, trudnych spraw, samodzielnych decyzji i osobistej odpowiedzialności. Wtedy właśnie, a może ciut wcześniej, w życiu Halinki pojawił się pewien lwowiak. Miłość jej największa. Najpierw przychodził do sklepu do Czosnowskich. Zofia, mama panienki, zamarudziła z nim nieco dłużej niż z innymi klientami. Zagadała się z młodzieńcem – mówiąc wprost – tak, że zapomniała o całym świecie. Halinka musiała interweniować, zejść z piętra w budynku, w którym znajdował się sklep, do mamy, upomnieć ją uprzejmie i przypomnieć o potańcówce urządzanej akurat nad sklepem, na którą obie się wybierały. On podchwycił temat, spytał, czy mógłby dołączyć. Kobiety przystały na tę niewinną propozycję. Halinka jednak nie dała się oczarować od razu, choć później powie, że zainteresowała się nim dlatego, że po prostu śpiewał lwowskie piosenki i, jak by to powiedzieć najprościej, był pod ręką. Józiek Szmeterling regularny podryw zaczął na zapominanie. Wracał do sklepu pod pretekstem, że coś zostawił. A to czapkę, a to inne zakupy. Oczywiście chodziło tylko o to, by móc zobaczyć Halinkę. I tak wychodził sobie tę miłość. Mama Jóźka pracowała jako cyrkówka w sławnym Cyrku Braci Staniewskich, który przed wojną należał do najlepszych w świecie, dbano w nim o wysoki poziom artystyczny. Tresura dzikich zwierząt, żonglerzy, klauni. Życie w takiej zawierusze, między tresowanymi pchłami a akrobacjami na niebezpiecznych wysokościach, poskutkowało tym, że 28


mama Jóźka wyróżniała się niezależnością i tak wychowywała syna. Nie był w stanie podporządkować się rygorowi ani jako chłopak, ani potem jako mężczyzna. Nie zmieniło tego nawet wojsko. Cyrk w życiu mamy Jóźka z czasem przestał być najważniejszy. Z powodu złamania ręki musiała zakończyć karierę. Wyszła wtedy za bardzo szlachetnego i prawego człowieka, pana Savickiego, dziennikarza sportowego, z którym adoptowała dwoje dzieci. Wyprowadziła się w 1944 roku do Czechosłowacji. Odwiedzała co prawda często Szmeterlingów, ale ani pani Halinka, ani jej dzieci nie nawiązały z nią bliższych relacji, choć dla Ani wizyta u babci będzie pierwszym wyjazdem za granicę. Fani przechowują także jeden z pierwszych listów przyszłej gwiazdy, zaadresowany właśnie do babci Savickiej. Józiek najbardziej spodobał się mamie pani Halinki. Musiał jej zaimponować swoim charakterem. Może na zasadzie przeciwieństw, bo przecież Zofia została wychowana w zupełnie innym duchu. Poza wszystkim był niesamowicie przystojny.  – Niczym się specjalnie nie wyróżniał – powie po latach pani Halinka. – Szarmancki brunet z gęstą czupryną, to po nim Ania i Natalia odziedziczyły włosy. Bardzo nas zbliżyło to, że też lubił czytać. Gdy pani Halinka poznała Szmeterlinga, nie wiedziała o nim zbyt wiele. Mogła się zachwycić co najwyżej wojskową karierą oblubieńca. O tym, że przed każdym atakiem krzyczał z innymi „Hurrrrra”, a wcześniej dostawał sporą porcję czystego spirytusu – dowiedziała się później. 30


Na razie Szmeterling pokazywał się od najlepszej strony, zachwycał piękną dykcją i głosem. Zapowiadał się na czarującego męża, z którym nie wstyd pokazać się na mieście. Wyglądało na to, że życie z nim będzie znośne. Pierwszy przed Szmeterlingiem ostrzegał proboszcz, któremu Józiek nie przypadł do gustu. Ksiądz przekonywał Halinkę, że Grupiński, poprzedni adorator, jest lepszym facetem, zwyczajnym i dobrym. Porządnym obywatelem. Ale dziewczyna zakochiwała się coraz mocniej. I przestawała słuchać innych. Liczył się tylko on – największa i jedyna miłość pani Halinki. 6

W Instytucie Pamięci Narodowej leży teczka Józefa Szmeterlinga 4 , a właściwie porucznika Szmeterlinga, syna Edwarda, sygnowana przez Ministerstwo Obrony Narodowej. Akta personalne obejmują lata 1951–1953, ale znajdują się tam także dane o pochodzeniu taty Anny Jantar. Józef Szmeterling urodził się 26 marca 1925 roku w Wielkim Sewluszu. W latach pięćdziesiątych zapiszą, że miejscowość znajduje się w ZSRR. Sewlusz, czyli dzisiejszy Wynohradiw, to teraz niewielkie miasteczko w obwodzie zakarpackim Ukrainy, leżącym u zbiegu granic z Węgrami i Rumunią. Chodził do szkół w latach 1931–1942, edukację zakończył na dziesiątej klasie. Znał w mowie i w piśmie – poza polskim – rosyjski i węgierski (dobrze), a także niemiecki (słabo). 31


SPIS TREŚCI

Natalia Kukulska, Po swojemu Ciebie znam… / 7 Rozdział I / 15 Rozdział II / 45 Rozdział III / 81 Rozdział IV / 115 Rozdział V / 159 Rozdział VI / 183 Rozdział VII / 215 Rozdział VIII / 261 Rozdział IX / 301 Rozdział X / 351

Od autora / 379 Podziękowania / 381 Przypisy / 383 Bibliografia / 395 Indeks nazwisk / 399 Spis ilustracji / 407


Turn static files into dynamic content formats.

Create a flipbook
Tyle słońca. Anna Jantar. Biografia by SIW Znak - Issuu