Skip to main content

Kilar. Geniusz o dwóch twarzach

Page 1

s

Dr Jekyll i Mr Hyde Z miłością do gór jest jak z miłością do człowieka. Kocha się nie tylko za coś, ale także – pomimo czegoś…

No więc on kochał góry przede wszystkim za to, że go zbliżają do Boga. Że przypominają mu kościół, i to nie tylko fizycznie, ale także duchowo – tajemnicą, mistycyzmem, wzniosłością, potęgą. Że w ich towarzystwie czuje się wolny, spokojny i – najzwyczajniej w świecie – szczęśliwy. I kochał je także, mimo że potrafiły zabić. Że wzbudzały respekt i strach, że nie znały litości. Że niszczyły mu zdrowie i szarpały serce, że były bezwzględne i uzależniały od siebie. Niektórzy myśleli, że uprawia wspinaczkę. Ale to nieprawda, chociaż zdarzyło mu się kiedyś chwycić do ręki łańcuchy. Nie zdobywał szczytów dla sportu, nie pobijał rekordów ani nie szukał ekstremalnych wrażeń. Uwielbiał za to przysiąść na kamieniu i po prostu patrzeć – na skały, na drzewa, na niebo. To była jego modlitwa, jego filozofia gór. Fascynowała go ich niepojęta sprzeczność. No, bo jak mogło żywiołem być coś, co miało w sobie tyle spokoju i ciszy? Co było jednocześnie pełne ukojenia i śmiertelnie niebezpieczne? Co powodowało w tym samym momencie wzruszenie i strach, co rozczulało i budziło respekt? Wojtek był tak samo sprzeczny wewnętrznie jak one. Miał świadomość tej niejednoznacznej natury, dlatego lubił mówić o sobie: „Jestem jak doktor Jekyll i Mister Hyde”. Kazik zawsze mawiał: „Jest dwóch Wojtków. Jeden birbant i wesołek, cieszący się życiem jak mało kto, dowcipny i tryskający radością, i drugi – który ze strachu pożegnał się ze swoim grzesznym życiem i został prawie świętym”1.


276

Twarze

I znowu to nie do końca było tak. Bo Wojtek był jeden, co do tego nikt nie miał wątpliwości. I nie wybierał sobie oblicza w zależności od sytuacji czy potrzeby chwili. W nim te sprzeczności walczyły o byt i prawo pierwszeństwa, rzucały się jedna na drugą, by zdominować naturę. Czasami wtrącał się do tej wojny rozum i wtedy udawało się to wszystko pogodzić albo przynajmniej sprawić, żeby się nie pozabijały. Ale był zawsze w swoich sprzecznościach szczery: prawdziwy dr Jekyll i nieudawany Mr Hyde. Wiadomo, że czasem jedna z tych odsłon brała górę i tłamsiła drugą. W Paryżu u Nadii szalał Mr Hyde, na Jasnej Górze bywał dr Jekyll. Ale to nie była taka prosta zależność, w każdym razie nie wyłącznie. Wojna dotyczyła także drobiazgów i to z nimi Wojtek próbować się brać za bary. Bardzo chciał, by ostatecznie laur zwycięstwa dostał dr Jekyll. Ale ten drugi też był silny i ciągle mieszał mu szyki, choć – z biegiem lat – coraz mniej skutecznie. Czasami go śmieszyły te sprzeczne potrzeby, bo walczyły na oślep albo tworzyły mieszankę pozornie niestrawną. Zaczął się nimi w pewnym momencie bawić i zamieniać miejscami, jak wtedy, w początkach lat dziewięćdziesiątych, kiedy przerobił temat filmowy na requiem, wprawiając w zdumienie dr. Jekylla, albo później, gdy w niemieckim serialu skomponował mszę, co strasznie zdenerwowało Mr Hyde’a. Tych drobnych sprzeczności siedziało w jego naturze wiele, ale najbardziej przejrzyste były te związane z ruchem. A było ich, jak wskazywał Wojtek, aż cztery. Pierwsza go bardzo bawiła i wcale nie miał zamiaru jej zmieniać. Dobrze mu było w życiu ze swoją ślamazarnością, z późnym wstawaniem, z błogim, cudownym lenistwem i niezabieganiem o laury. Był jak młynarz, który siedzi nad wodą i czeka. Nie spieszył się i nie był pazerny na życie. Za to kiedy komponował, właził w niego diabeł – pisał dynamicznie, nawet agresywnie, lubił wartką akcję. W muzyce jego żywiołem była motoryka, w życiu – leżenie na kanapie. W tym dźwiękowym szaleństwie Mr Hyde znajdował dla siebie ujście. Druga sprzeczność też była zabawna, i właściwie nie wadziła w życiu. Nie umiał tańczyć. Próbował czasami, jeszcze w młodych latach, czegoś się nauczyć, no chociażby walca albo prostej polki. Żałosne to było, więc się przestał wygłupiać i opuścił parkiet. Ale za to w filmie stał się prawdziwym mistrzem. Walce, tanga, polonezy i mazury. Żeby tylko! Mogły być też dawne tańce – menuety, sarabandy i gawoty. W latach sześćdziesiątych – twist i rock and roll. Nie było na świecie tańca, którego by nie wyczuł i nie przeniósł na papier. Kolejna skrajność była wkurzająca. Drażniła go pogłębiająca się fizyczna niegramotność, wpędzała w okropne kompleksy. I nie chodziło o to, że nie był sportowcem, ale o zwykłą sprawność ruchową, jak u każdego człowieka. Wszystko robił najwolniej, zawsze się potknął, przewrócił, potrącił. Nawet z fotela wstawał


American Dream

277

powoli, bo mu czasami „noga zasnęła”, jak śwince u doktora Dolittle. I w tym wszystkim los go obdarzył naturą kibica. Dlaczego? Nie miał pojęcia. Sam nie umiejąc niczego poza pływaniem i wycieczkami w góry, z wypiekami na twarzy oglądał zmagania siatkarzy, koszykarzy, szczypiornistów i sprinterów. Nie przepuściłby żadnej ważniejszej rozgrywki piłkarzy, choć sam, gdyby go postawiono na murawie, prawdopodobnie nie trafiłby w piłkę. I wreszcie ostatnia, najbardziej męcząca sprzeczność, która wiązała się – poprzez fizyczność i potrzebę ruchu – z duchowym wymiarem. Kochał różaniec i kochał modlitwę, w jej rytmie biło jego serce. To było właściwe tempo dla niego – miarowa powtarzalność, spokojna kontemplacja, niespieszny mistycyzm. Więc czemu, do cholery, za kierownicą dostawał obłędu? Co go tak pchało, żeby dociskać gaz, aż go wbijało w fotel, a auto niemal przechodziło w nadprzestrzeń? Na szczęście akurat ta skłonność słabła wraz z wiekiem i gdzieś w okolicach sześćdziesiątki Wojtek się uspokoił. Ale wtedy, jak wiadomo, za kierownicą usiadł Jacek Bera, który też miał pod skórą swojego Mr Hyde’a. Kilar bardzo lubił z nim jeździć, zwłaszcza do Krakowa. Z biegiem lat nauczył się żyć z tymi skrajnościami, nadzorując wewnętrzną walkę pomiędzy panami i próbując sterować swoim działaniem tak, by wygrał ten pierwszy, z tytułem doktora. Nigdy ta walka nie była silniejsza niż wtedy, gdy go z Brynowa wyciągnęło kino, i to za ocean, aż do fabryki snów. To była największa życiowa szansa, jaką od losu dostał Mr Hyde. Żeby się dostać do amerykańskiego kina, trzeba mieć telefon i siedzieć przy nim. W końcu zadzwoni.

s

American Dream To miał być zwykły, jesienny dzień, jeden z ostatnich ciepłych dni tego roku – cudownego roku 1991, który miał być czasem świętego spokoju od kina. Żadnej premiery, festiwalu czy pokazów. Tylko dom, Basia, kot wylegujący się na kanapie, Tatry, Jasna Góra i różaniec, który codziennie dawał mu tyle radości. Należało mu się to po ponad stu zrobionych filmach, zwłaszcza po Korczaku i tym przejmującym marszu śmierci, który go tak sponiewierał. Tylko w poprzednim roku odbębnił pięć tytułów. Był tym wykończony – natłokiem obrazów, gonitwą terminów i scenami zazdrości Zanussiego, który mu ciągle zarzucał, że się szlaja w kinie z Kutzem, z Wajdą albo z Francuzami. Po Kronice wypadków miłosnych


278

Twarze

to nawet zadzwonił z pretensjami, że muzyka jest za dobra. Wojtek się wkurzył i odpowiedział: „Nakręć mi takie sceny, to ci napiszę taką muzykę!”. Głupio mu potem było, bo w końcu z Zanussim stanowili tandem od ponad dwudziestu lat, masę filmów wypuścili i dobrze się przy nich pracowało. Zanussi był twórcą jednym na milion – takim, który wiedział, po co jest muzyka w kinie. Dlatego gdy kilka tygodni później poprosił o zgodę na wykorzystanie Exodusu w swoim Dotknięciu ręki, Wojtek zgodził się bez wahania. I zaraz pożałował, bo się okazało, że produkcja wyraziła zgodę tylko na siedmiominutową sekwencję muzyczną i z Exodusu zrobiło się sito. Diabli wzięli całą gradację, to narastanie i puchnięcie brzmienia, z którego był taki dumny. A miał to być film w hołdzie dla jego utworu! Chociaż z drugiej strony, całkiem fajnie wyszła rekonstrukcja – Wojtek podgrywał na fortepianie pojedyncze motywy, a Zanussi podłożył to potem jako playback dla Maxa von Sydowa, pod scenę komponowania dzieła. Później jeszcze zrobili razem film dokumentalny, o nim samym – Obrazy i dźwięki to się nazywało. Taki kamerowy wywiad rzeka, nakręcony u niego w pracowni, na Kościuszki. Tylko Zanussiego mógł Kilar wpuścić do domu z kamerą. Ten odpoczynek od kina właściwie dobrze mu zrobił. Wiedział już, że nie będzie tęsknił za planem filmowym ani za czymkolwiek związanym z ekranem czy beletrystyką. Czytał raczej Pascala, Biblię i świętego Tomasza z Akwinu, coraz rzadziej sięgał po Agathę Christie czy Stephena Kinga. Nadal bał się Misery i Kathy Bates łamiącej nogi swojego „pacjenta” łomem. Tego niby zwyczajnego dnia porządkował dokumenty w domu, na piętrze. Basia kursowała między kuchnią a jadalnią, kot jak zwykle spał. To był dobry moment, żeby wreszcie zrobić coś z tym nieprawdopodobnym bałaganem. Stosy nut na biurku, wszędzie ołówki, jakieś szkice i notatki, rulon ulubionego papieru w pięciolinię… To już chyba ostatni, wkrótce trzeba będzie wybrać się po nowy zapas. Kilar uśmiechnął się do siebie na myśl o ulubionym lotnisku i w ogóle o Frankfurcie. Chwilę spoglądał bez ruchu na niemiecki, lekko żółty papier. A może by tak… może wreszcie się odważyć i napisać mszę? Po dziesięciu latach spędzonych na Jasnej Górze czuł, że w nim dojrzewa coś wielkiego, jakaś siła, która każe mu wysławiać Boga nie tylko po cichu. Tylko czy da radę? Czy uciągnie taką dużą i monumentalną formę?  – To musi być coś jasnego, odważnego, ale jednocześnie klasycznego – powiedział do siebie dr Jekyll. Wtedy właśnie zadzwonił telefon.  – Cholera – zaklął Mr Hyde. Baśka nie mogła odebrać, walczyła z czymś na dole, w łazience. Musiał to zrobić sam, odrywając się od słodkich marzeń o skomponowaniu mszy. I od porządków, które robił od godziny, choć – jak dotąd – bez efektu.


American Dream

279

– Halo – powiedział do słuchawki poirytowany, trzymając pod brodą rulon z papierem nutowym, szukając w panice miejsca, na które można byłoby odłożyć świstki i notatki wypadające z rąk. Człowiek po drugiej stronie był bardzo uprzejmy, przedstawił się i powiedział po angielsku, kim jest i skąd dzwoni. Ale chyba coś pomylił albo on już miał omamy od tego sprzątania.  – Przepraszam, skąd pan dzwoni? – Z Los Angeles, z biura Francisa Coppoli. Czy pan Kilar? …  – Przepraszam, czy rozmawiam z panem Wojciechem Kilarem?  – Tak, tak. To ja.  – Pan Coppola chciałby zaproponować panu współpracę, przy Draculi. Niedługo zaczynamy zdjęcia. Czy mógłby do pana zadzwonić w tej sprawie? Kolejna chwila ciszy, szybkie zebranie myśli, próba uwierzenia, że się nie przesłyszał, i dopiero po kilku sekundach odpowiedź:  – Ależ oczywiście, mógłby. * Coppola! Francis Ford Coppola, autor filmu wszech czasów, legenda światowego kina! Kilar pamiętał, jak do Ojca chrzestnego przekonywał go Stanisław Cichowicz, jeszcze w Zakopanem, w Halamie. Kłócił się z nim wtedy o to, że największym reżyserem świata jest Fellini. No, może jeszcze Antonioni. Cichowicz powiedział: „Pójdzie pan na Ojca chrzestnego, to dopiero pan zobaczy, co to jest prawdziwe kino”. Poszedł kilka tygodni później, do kina Kijów w Krakowie. Był przekonany, że się wynudzi i że straci czas; właściwie szedł tam tylko po to, aby udowodnić Cichowiczowi, że się myli. No i dla Nina Roty, którego muzykę uwielbiał za La Stradę i Osiem i pół Felliniego i który nie był przecież zwykłym kompozytorem filmowym, ale prawdziwym twórcą, autorem symfonii i koncertu fortepianowego. Był wielki. Wyszedł z kina zszokowany. Ta scena, w której Michael Corleone staje jak rażony piorunem na widok przyszłej żony… Przecież to tak samo jak w wypadku jego i Baśki, kiedy zobaczył ją wtedy na schodach… Ale to nie tylko to – sama opowieść, te emocje, jaka narracja! Zwykła historia o gangsterach, a jednak prawdziwe dzieło sztuki opowiedziane przez geniusza. „Zupełnie, jak u Szekspira”, powiedział później Tadziowi Kaczyńskiemu podczas spotkania w Stawisku u Iwaszkiewiczów, kiedy go muzykolog ofuknął za to, że reprezentując wielką sztukę, jednocześnie fascynuje się krwią i trupami.


280

Twarze

„Lech Majewski mi to uzmysłowił. No bo popatrz, Hamlet jest atrakcyjny i Ojciec chrzestny też. Tu i tam leje się krew. Jedno i drugie opowiada geniusz”. A teraz ten geniusz zwrócił się do niego z propozycją napisania muzyki do filmu. Obydwoje z Baśką nie mogli po prostu w to uwierzyć. Zresztą – może nic z tego nie wyjdzie? Może nie zadzwoni? Zadzwonił, pod wieczór. Ten kalifornijski. W Polsce był to środek nocy, godzina mniej więcej druga, może nawet trzecia.  – Dobry wieczór, mówi Francis Coppola. Czy to Mister Kilar?  – Tak, przy telefonie. Dobry wieczór.  – Słyszałem pana utwory w filharmonii w Nowym Jorku. Jestem pod wielkim wrażeniem! Zdaje się, że zajmuje się pan także filmem?  – Rzeczywiście, zdarza mi się. – A nie zrobiłby pan muzyki dla mnie? Do Draculi?  – Mister Coppola. To jest propozycja nie do odrzucenia. Spodobała się reżyserowi ta odpowiedź, nie tylko dlatego, że była cytatem z jego filmowego arcydzieła. Pierwsze spotkanie zostało umówione, ale po wstępnej euforii przyszedł czas na strach i wątpliwości. Debiut? W wieku pięćdziesięciu dziewięciu lat? Czy to nie śmieszne? Tyle lat go nie potrzebowali, czemu nagle teraz? Może się nie wygłupiać i nie jechać? „Nie wygłupiać się i jechać – radził Kutz. – Właśnie odzyskaliśmy wolność, dobrze, jak się tam Polak pojawi. Masz patriotyczną misję!” „Boisz się tych prymitywów, którzy stoją za wielką forsą – dogadywał Zanussi. – Ale ja ci mówię: Coppola jest inny. Zaryzykuj i przestań się bać. Jedź!” Basia miała takie samo zdanie: jechać. Nie marnować szansy. * Powód, dla którego wybór padł wreszcie na kompozytora z Katowic, z biegiem czasu obrósł prawdziwą legendą. Istniały co najmniej trzy wersje tego wydarzenia. Każda z nich nosiła znamiona mniejszego lub większego prawdopodobieństwa. Wersja pierwsza – najbardziej przyziemna – zakładała, że Coppola wybrał Kilara wyłącznie dla korzyści finansowych. Jej zwolennikiem był między innymi Leopold René Nowak, polski reżyser i scenarzysta, najbliższy przyjaciel Romana Polańskiego, stały bywalec Hollywood jeszcze od czasów Bronisława Kapera, pierwszego polskiego kompozytora uhonorowanego Oscarem w 1953 roku. Nowak argumentował:


American Dream

281

Hollywood to targowisko próżności, gdzie jedyną wartością jest pieniądz. On wymusza decyzje, daje propozycje, powoduje rezygnacje. Producent jest bardzo chętnie jednocześnie reżyserem, scenarzystą czy nawet aktorem, bo wtedy jego film zarabia więcej. Kompozytor? Ma być dobry, ale tani. Realia polskie znacznie różnią się od tych amerykańskich, a jakość jest ta sama albo jak w wypadku Kilara, nawet lepsza. W Hollywood to wiedzą i umieją wykorzystać, bo to są wytrawni gracze. Tam tylko pieniądz świeci jak prawdziwe złoto, reszta to jablonex2.

Zgodnie z wersją drugą – najbardziej popularną i najchętniej przytaczaną w mediach – Coppola zatrudnił Kilara po wysłuchaniu jego ścieżki dźwiękowej do Ziemi obiecanej Andrzeja Wajdy. Plotka głosi, że reżyser podłożył muzykę z produkcji Wajdy pod jedną z roboczych sekwencji Draculi, po czym zakomunikował kompozytorowi: zrób mi taką samą! I wreszcie wersja trzecia, którą podawał sam Kilar, a która mówi, że Coppola zaprosił go do udziału w realizacji swojego horroru, ponieważ chciał mieć w ekipie kompozytora utworów symfonicznych. Wedle słów Kilara, reżyser Ojca chrzestnego nigdy nie widział ani jednego filmu z jego muzyką, lecz jedynie słuchał jej fragmentarycznie z płyt. Pojawienie się pomysłu zatrudnienia muzyka klasycznego w ekipie Draculi potwierdzał polski kompozytor i zdobywca Oscara, mieszkający od 1989 roku w Los Angeles Jan A.P. Kaczmarek: Byłem wtedy świeżo po przyjeździe z Polski, ale pamiętam, jak zadzwonił mój agent z informacją, że Coppola szuka do Draculi kompozytora klasycznego i że jest mu obojętne, gdzie on mieszka i kim jest. Zdaje się, że posłuchał w końcu któregoś z symfonicznych dzieł Kilara i tak mu się ten utwór spodobał, że poprosił swoich menedżerów o sprowadzenie autora do Hollywood3.

Zdaniem Kaczmarka Coppolę zafascynował Exodus, z relacji Kazimierza Kutza wynika, że był to Krzesany4. Decyzja o wyborze polskiego twórcy muzyki do Bram Stoker’s Dracula była ostateczna i Coppola nie chciał nawet słuchać głosów pełnych obaw, czy aby na pewno kompozytor z głębokiej prowincji uniesie ciężar amerykańskiej superprodukcji. Wszystko to działo się w czasie, kiedy Wojtek – nieświadom faktu, że za oceanem dyskutowane są właśnie szczegóły jego hollywoodzkiego debiutu – pisał niewiele, chociaż był u szczytu artystycznych możliwości. Żeby się przygotować do pierwszej rozmowy, zaczął czytać o Coppoli. Wspaniała muzyczno-filmowa rodzina. Europejska! Nie szkodzi, że Francis po włosku nie mówi, poza banałami w rodzaju „maestro” czy „grazie”. Ale za to jest synem kompozytora Carmine’a Coppoli oraz Italii Pennino, córki włoskiego muzyka


282

Twarze

i autora filmowych piosenek. Jego brat Anton Coppola jest znakomitym dyrygentem. Siostra – Talia Shire – to aktorka. Dwoje z czworga dzieci, Sofia i Roman, także wybrało aktorstwo oraz reżyserię. Podobnie bratankowie, w tym Nicolas Kim Coppola, który jednak – nieoczekiwanie dla rodziny – zmienił nazwisko na Cage. Podobno po to, żeby móc pracować na własny rachunek. Nie do końca mu się to udało, bo zasłynął dopiero rolami u słynnego wuja, który obsadził go między innymi w Rumble Fish, Cotton Club czy w komedii Peggy Sue wyszła za mąż. Ale za to jeden z wnuków Carmine’a, Robert Schwartzman, także aktor i filmowiec, po śmierci dziadka zmienił nazwisko na Coppola Schwartzman, by uczcić pamięć seniora rodu. U Coppolów panowała lojalność i liczyły się rodzinne więzi. Wszystko to fascynowało Kilara, a najbardziej silny związek ojca z synem. Carmine napisał muzykę do dziewięciu produkcji Francisa – była na tej liście nagrodzona Złotym Globem ścieżka dźwiękowa do Czasu Apokalipsy, była także oscarowa muzyka do Ojca chrzestnego II i nominowany do Złotego Globu soundtrack do Ojca chrzestnego III. Na początku roku Carmine zdążył jeszcze oprawić muzycznie filmowy dokument Serca ciemności, opowiadający o kulisach pracy nad Czasem Apokalipsy i wyreżyserowany między innymi przez Eleanor Coppolę, żonę Francisa. Po tej produkcji, kilka miesięcy po premierze Ojca chrzestnego III, Carmine Coppola zmarł. Nie był to dobry czas dla Francisa Forda. Jego wytwórnia – American Zeotrope – miała kłopoty. Dwadzieścia siedem milionów dolarów długu, do tego dochodziły prywatne zobowiązania reżysera, niebezpieczeństwo utraty ukochanego domu w dolinie Napa. Coppola potrzebował przedsięwzięcia kasowego i pewnego, by ratować swoje studio i rodzinę przed bankructwem. Trzeba było dobierać ekipę starannie, ale i oszczędnie. Gwiazdy – owszem. Garry Oldman, Winona Ryder, Tom Waits, Anthony Hopkins. I jeszcze Keanu Reaves, bo potrzebny będzie młody facet, który dogada się z debiutantkami – Sadie Frost i Monicą Belluci, które reżyser wypatrzył na okładkach kolorowych pism. Na pozostałej części ekipy można było co nieco oszczędzić.  – Mam zastąpić tatusia, bo jestem tani – wyciągnął wnioski Wojtek.  – Masz go zastąpić, bo jesteś dobry – tłumaczyła Basia. – Poza tym Coppola słyszał twoją muzykę, wcale nie filmową. I to ona zdecydowała o twoim angażu. Tej przyjemnej myśli postanowił się trzymać. W przeddzień wyjazdu był w okropnych nerwach, zaglądał do skrzynki pocztowej niemal co godzinę. Biletu lotniczego nie było. Wreszcie zadzwonił do biura Coppoli, żeby zapytać, co teraz.  – Nic – usłyszał wyluzowaną odpowiedź. – Bilet będzie na pana czekał na lotnisku. To zakrawało na bezczelność.


American Dream

283

– Jak to na lotnisku? – Nawet nie wiedział, kiedy zaczął wrzeszczeć. – Oszalał pan? A potem się okaże, że biletu tam nie będzie, i co wtedy? Co pan sobie wyobraża!? Padły angielskie nieparlamentarne słowa, wszystkie, które Kilar miał w swoim słowniku. Facet od Coppoli się przeraził, obiecał, że bilet będzie na Kościuszki jeszcze dzisiaj. I słowa dotrzymał. Mr Hyde wyruszył w podróż. W Hollywood wiedzieli, że przyjedzie do nich facet trudny, niepohamowany awanturnik, furiat, który za nic ma legendę kina. Nie przejmował się specjalnie tą opinią. Trafił na początek zdjęć, tuż po tym, jak Coppola kazał gwiazdom czytać na głos oryginalny tekst Brama Stokera, aby silniej poczuć historyczny klimat. Pierwszy klaps – Mina przy stole, zamyślona, pisze list. Jedyna scena, którą Kilar widział „w pracy”. Potem ominęły go słynne niedyspozycje Garry’ego Oldmana podczas sceny zlizywania krwi z brzytwy Harkera, także histerie małej dziewczynki, która przeraziła się filmowej Lucy ucharakteryzowanej na wampira. Mała odmówiła dalszej współpracy z Sadie Frost i trzeba było przedłużyć dniówkę, żeby ją przekonać i kontynuować zdjęcia. Ale to wszystko miało miejsce wtedy, gdy Kilara już w Stanach nie było. Tymczasem przygotowywał się do pierwszej kolacji z Coppolą. Strój – wiadomo – skromny, ale elegancki. Tylko który krawat wybrać? Czy ten w granatowe prążki, kupiony w Paryżu? A może ten szary, gładki, bardziej stonowany? Krawat był ogromnie ważny, bo – był o tym absolutnie przekonany – stanowił tę część garderoby, która decydowała o całym wyglądzie. Wreszcie zdecydował się na jasny, pastelowy. Prezent od Basi – na pewno przyniesie mu szczęście. Pierwsze spotkanie przeszło do historii. Grzeczne powitanie, kurtuazyjna wymiana uprzejmości i natychmiastowa konstatacja, że amerykański twórca zachowuje się po europejsku. Do rozmowy był przygotowany, doskonale znał literaturę, był też obeznany z twórczością Kilara. Bardziej nawet, niż sam autor mógł przypuszczać. To był jedyny dzień, w którym przekląłem Wajdę, siebie i tę całą naszą Ziemię obiecaną. Coppola chciał być uprzejmy i kurtuazyjny – podczas kolacji puszczał na okrągło moją muzykę z tego filmu. Jakieś tajne głośniki chyba zainstalował we wszystkich pomieszczeniach, bo grało to absolutnie wszędzie i chodziło w kółko. Coppola był uroczy. Powitał Kilara wylewnie, zaprosił do stołu. Rozmowa była coraz bardziej przyjacielska, na różne tematy, zeszła także na Ojca ­chrzestnego.  – Jak to się stało, że zabrałeś się do powieści Puzo?


284

Twarze

– Wiesz, nasza wytwórnia miała kłopoty finansowe.  – Tak, tak, słyszałem.  – No właśnie. Warner Bros. się wycofała ze współpracy, było bardzo źle. Wtedy Paramount Pictures, która miała wykupione prawa do Ojca, zaproponowała mi ten film. Najpierw chcieli, żeby robił go Sergio Leone, ale on nie miał ochoty na gangsterskie historyjki. – I od razu się zgodziłeś, oczywiście.  – Wcale nie. To Lucas mi kazał robić ten scenariusz. Zapytałem: zwariowałeś, George? Mam brać takie tam… shity? Ale on mi wytłumaczył, że to może nas wyciągnąć z dołka. No i miał rację. „Takie tam shity…”? Trzy Oscary i pięć Złotych Globów, arcykreacja Marlona Brando… Kilar podzielił się swoimi przemyśleniami z rozmówcą. – O Brando walczyłem jak lew – opowiadał dalej Coppola. – Producenci ­chcieli Laurence’a Oliviera, wiesz, tego, który dostał kiedyś dwa Oscary za Hamleta. Ale on się rozchorował i dopiero wtedy zgodzili się na angaż dla Marlona. Musiałem za niego ręczyć, że nie będzie sprawiał problemów, jak dotychczas miał w zwyczaju, i że dostanie mniejszą gażę. To samo było z Pacino: uważali, że Al jest za młody i za drobny do roli Michaela. Chcieli Roberta Redforda, Jacka Nicholsona albo Dustina Hoffmana. W ogóle ciągle się czepiali, chodzili za mną i tylko czekali, aż coś zrobię źle. Coś okropnego, mówię ci.  – Ale przynajmniej z muzyką nie było problemów…  – Żartujesz? Wywalili Nina Rotę zaraz po pierwszym pokazie dla publiki. Nie spodobała im się jego muzyka, że niby za skomplikowana i niekomercyjna. Odpuściłem i zgodziłem się na zmianę kompozytora. Obejrzeli film z nową oprawą i dalej im było źle. Wtedy zaproponowałem, żeby wrócić do poprzedniej ścieżki. Nie oponowali, bo uznali, że muzyka i tak jest w filmie najmniej ważna. Barbarzyńcy! Kilarowi w głowie się nie mieściło, że można w ten sposób mówić o muzyce, a zwłaszcza o twórczości Nina Roty! Był zdenerwowany – przede wszystkim bulwersującą opowieścią, ale także tym, że jego Ziemia obiecana ciągle grała za ścianą. Od ponad godziny. Nadszedł czas na interesy. Kilar od razu wyjaśnił, jaki ma stosunek do Kościoła, wiary, także do samego Boga. Coppola go uspokoił – zależy mu właśnie na religijnej, metafizycznej odsłonie oprawy muzycznej. Jego Dracula nie jest bowiem zwykłą, sto trzydziestą dziewiątą adaptacją horroru Stokera. To prawdziwie romantyczny obraz wiary, nadziei, rozgoryczenia i miłości. To film o pomyłce Boga.  – Pomyłka pomyłką – odpowiedział kompozytor. – Ale ja muszę zobaczyć obraz. Tu nie ma żadnej filozofii, tu jest ciężka praca. To przecież u was się mówi: jak masz message, idź na pocztę5. Wiesz już, w których scenach ma grać muzyka?


American Dream

285

– Wolałbym to skonsultować z tobą, w końcu to ty jesteś muzykiem. Masz mieć swobodę, dużo luzu, żeby wydobyć z treści to, czego nie widać na ekranie. Aha i pamiętaj, soundtrack ma trwać godzinę i piętnaście minut. Ani mniej, ani broń Boże, więcej. Ile? Ponad godzinę? Żarty jakieś? Do tej pory Kilar mieścił się w trzydziestu minutach, a i to nie zawsze. Jedynie animacje Grimaulta chłonęły więcej niż pół godziny muzyki, ale żeby przekraczać godzinę? Coś mu jednak chodziło po głowie, coś dużego, związanego z mottem filmu: „Krew to życie”. Jakaś kantata, oratorium może… Trzeba było iść i to przemyśleć. Tym bardziej że muzyka z Ziemi obiecanej nadal grała, i to absolutnie wszędzie. Tego nie dało się już znieść. Na drugi dzień zadzwonił do Polski, aby powiedzieć Zanussiemu, że miał rację – Coppola to cywilizowany człowiek, prawdziwy gentelman, wspaniały artysta. Potem pojechał do hotelu i dostał zawału. * „Niezły debiut, cholera jasna”, rozmyślał ponuro Mr Hyde w Cedars-Sinai Medical Center w Los Angeles, ekskluzywnej klinice dla gwiazd, w której le­czyli się między innymi Michael Jackson, Elizabeth Taylor, Audrey Hepburn i Kirk Douglas. Dzienny pobyt kosztował tam prawie dwa tysiące dolarów, nie licząc opieki medycznej, farmaceutyków i zabiegów. Pacjenci leżeli we własnych apartamentach, na ścianach wisiały kopie współczesnych arcydzieł malarskich. Po korytarzach snuli się cicho kelnerzy w białych marynarkach i z kartami dań, w których figurowały wszystkie kuchnie świata. Meksykańska i kubańska, włoska i francuska, chińska i japońska. Ale co z tego, skoro wszystko było obrzydliwe, przesiąknięte kalifornijskim smrodem. Dało się jeść jedynie pakowane sery żółte i jogurty. Diagnoza – niedokrwienie mięśnia sercowego po obydwu stronach – brzmiała jakoś lepiej niż banalny zawał, chociaż Wojtek zdawał sobie sprawę, że to słabe pocieszenie. Przeszedł całe mnóstwo badań – kontrast naczyń wieńcowych, jakaś koronarografia czy coś w tym rodzaju, kręciło mu się w głowie od tych wszystkich nazw. Powiedzieli mu, że ma zwężenie naczyń, i to kilku, co podobno jest tym bardziej groźne. Nie brzmiało to dobrze. Po ośmiu dniach leczenia – wreszcie wypis. Przyszedł do niego lekarz, dr Neil A. Buchbinder. Kilar go lubił, bo nie nosił kitla, był dyskretny, miły, elegancki – zawsze w marynarce i krawacie. Usiadł na brzegu łóżka.  – No co, Mister Kilar. Jedno z naczyń otworzyliśmy, teraz będzie się pan czuł o niebo lepiej, ale operacja jest konieczna. A pan się wybiera do Polski i nie chce pan operować się u nas.


Turn static files into dynamic content formats.

Create a flipbook
Kilar. Geniusz o dwóch twarzach by SIW Znak - Issuu