Skip to main content

Wielka historia małej wyspy. Jak Islandia zmieniła świat

Page 1

Egill Bjarnason

WIELKA HISTORIA MAŁEJ WYSPY Jak Islandia zmieniła świat

Tłumaczenie Agnieszka Nowakowska

Kraków 2022


Tytuł oryginału How Iceland Changed the World: The Big History of a Small Island Copyright © 2021 by Egill Bjarnason Copyright © for the translation by Agnieszka Nowakowska Projekt okładki Nikola Hahn Ozdobniki graficzne w książce © RedKoala / Shutterstock Font wykorzystany na okładce Microbrew Soft Four © Albatross / MyFonts Weryfikacja islandzkich nazw własnych Marta Bartoszek Redaktor nabywający Artur Wiśniewski Redaktorka prowadząca Dominika Ziemba Opracowanie tekstu d2d.pl Łamanie Robert Oleś ISBN 978-83-240-8341-1 Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl Społeczny Instytut Wydawniczy Znak ul. Kościuszki 37, 30-105 Kraków Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569 e-mail: czytelnicy@znak.com.pl Wydanie I, Kraków 2022 Druk: Drukarnia Skleniarz


M

łodziutka Arndís Þorbjarnardóttir przypłynęła z Reykjavíku do Edynburga rejsowym statkiem pasażerskim, by podjąć pracę niani u angielskiej rodziny. Ze swego kraju wyjechała pierwszy raz, a po zejściu na ląd trudno jej było zrozumieć wymowę ze szkockim akcentem. Możemy więc sobie wyobrazić ulgę Arndís, gdy w końcu dotarła pociągiem do Oksfordu, a oczekujący ją na peronie pracodawca, sympatyczny starszy pan nazwiskiem Tolkien, z uśmiechem powitał ją po islandzku. – Góðan dag! – zawołał, po czym wdali się w rzadką w tych stronach pogawędkę w ojczystym języku dziewczyny. Gawędzili też w aucie, mijając Uniwersytet Oksfordzki, na którym J.R.R. Tolkien był profesorem literatury – sława jednego z najbardziej uwielbianych pisarzy XX wieku dopiero go czekała. Następnie wjechali na zielone przedmieścia i zatrzymali się na Northmoor Road. Do tego przestronnego, sześciopokojowego domu, w którym było dość miejsca, by ugościć islandzką au pair, rodzina Tolkienów wprowadziła się całkiem niedawno, w lecie 1930 roku. Dwudziestoletnia


72

WIELKA HIS TORIA MAŁEJ W Y SP Y

opiekunka miała pomagać pani Tolkien przy dzieciach, ale jej rola, jak się miało okazać, nie sprowadzała się jedynie do pomocy podczas kąpieli czy rozdzielania kłócących się chłopców, to Arndís bowiem sprawiła, że pana domu jeszcze bardziej zafascynował islandzki folklor. Choć Tolkien nigdy nie był w Islandii – i nigdy nie miał jej odwiedzić – zachwycał się jej średniowieczną literaturą, opowieściami o okrutnych królach, okrutnych wikingach i okrutnych istotach mitycznych. Po islandzku czytał niemal biegle, a po przyjeździe Arndís mógł także rozmawiać w tym języku. Z tej sposobności korzystał zwłaszcza wtedy, gdy jego żony Edith nie było w pobliżu, bo nie przepadała za słuchaniem islandzkiego. „Ona odnosiła wrażenie, że w domu mówi się tajnym językiem”, Arndís powiedziała po wielu latach. Panią Tolkien sportretowała jako osobę „zawsze uprzejmą” i w przeciwieństwie do męża dość zamkniętą w sobie. Tolkien był bezpośredni i towarzyski, przy nim każdy czuł się dobrze, a do tego pisarz lubił nosić kolorowe kamizelki nie tylko od święta. Kochał przyrodę i zieleń tak bardzo, że rodzina postanowiła zerwać twardą nawierzchnię z przydomowego kortu tenisowego i zasiać na nim trawę. Nowoczesnych wynalazków nienawidził, nie cierpiał nawet bojlera w łazience. Po islandzku mówił – jak wyraziła się Arndís – „podniośle”, co chyba nie powinno nas dziwić, skoro taki rejestr cechuje poezję sprzed ponad ośmiu wieków, a przecież to na tych tekstach Tolkien nauczył się języka. Wyobraźmy sobie naszą potoczną rozmowę z kimś, kto znajomość angielskiego


dzIEdzIc T WO śREdnIOWIEc zA

zawdzięcza jedynie lekturze Szekspira i w jego słowniku mnóstwo jest takich odzywek, jak: „witam, witam uniżenie” albo „życzę pomyślnego dnia, droga przyjaciółko”. Na dobranoc opiekunka opowiadała dzieciom historie z islandzkiego folkloru – o olbrzymach i małych trollach z owłosionymi stopami, zmieniających się o świcie w kamień. Pokój dziecięcy sąsiadował z gabinetem Tolkiena, „który w porze opowiadania bajek zawsze był u siebie”, bo jak przypuszczała Arndís, chciał się im przysłuchiwać. Wprawdzie nie mamy jasności, czy to dzięki niej poznał niektóre mityczne wątki zawarte później w Hobbicie, niemniej przytoczmy jej słowa: „[Tolkien] mnóstwo pomysłów zaczerpnął z ludowych opowieści islandzkich […] i chyba naprawdę wierzył, że przyroda jest ożywiona. On żył w jakimś świecie fantazji”. W tym domu dni płynęły niespiesznie i Arndís ubolewała, że jej chlebodawcy mieli tak niewiele rozrywek. Tolkien najszczęśliwszy był przy maszynie do pisania, gdy wyczarowywał fantastyczny świat Śródziemia. Inspiracje czerpał ewidentnie z mitologii nordyckiej i historii spisanych w staronordyjskim przez średniowiecznych Islandczyków. I tak jego krasnoludowie, podobnie jak karły opisane w islandzkich Eddach, byli sprytni i zręczni, a hobbitom z otoczenia Bilba Bagginsa, wszystkim oprócz jednego, nadał nordyckie imiona. Jego koledzy na Oksfordzie myśleli, że Tolkien przygotowuje rozprawy naukowe z językoznawstwa i wiedzy o literaturze – „zajmowanie się pisaniną dla dzieci” było dla nich trudne do pojęcia. Arndís wiedziała, że pan domu uprawia ten gatunek, a słynną pierwszą linijkę Hobbita: „W pewnej

73


74

WIELKA HIS TORIA MAŁEJ W Y SP Y

norze ziemnej mieszkał sobie pewien hobbit” *, usłyszała z ust samego autora, gdy tą opowieścią zabawiał przed snem swego syna Christophera. Arndís odeszła od Tolkienów, „uświadomiwszy [sobie], że zaczyna myśleć po angielsku”, ale utrzymywała z nimi kontakt do wybuchu drugiej wojny światowej. Z Reykjavíku, który w latach powojennych się rozrósł i wielkością dorównywał Oksfordowi, przeniosła się do mojego rodzinnego Selfoss, gdzie został pochowany Bobby Fischer. Przez dekady niewiele mówiła o swoim pobycie w Anglii – bo nikt właściwie jej o to nie pytał – aż w końcu do osiemdziesięcioośmioletniej Arndís dotarł miejscowy dziennikarz i wielbiciel Tolkiena, by przeprowadzić z nią wywiad. Ich rozmowę opublikowała najważniejsza opiniotwórcza gazeta w Islandii – „Morgunblaðið”. W tym wywiadzie Arndís powiedziała, że Hobbit wciąż jest jej ulubioną książką. Nie wiemy, w jakiej mierze jej opowieści wpłynęły na twórczość Tolkiena ani czy może pomagała mu czasami w przekładach islandzkich tekstów. Ale skoro opiekunkę do dzieci sprowadził aż z wyspy – choć jako wykładowca akademicki nie był krezusem – zrobił to przypuszczalnie z tego samego powodu, dla którego ludzi ze znajomością islandzkiego najmowali kiedyś zagraniczni władcy, a dziś zatrudniają uniwersytety. Bo ktoś, kto biegle włada islandzkim, potrafi także czytać i analizować teksty staronordyjskie. Profesja * Zdanie pochodzi z: J.R.R. Tolkien, Hobbit, tłum. Maria Skibniewska, Warszawa 2014.


dzIEdzIc T WO śREdnIOWIEc zA

polegająca na spisywaniu tradycji ustnej, lekturze i wyjaśnianiu tekstów stanowiła zresztą w Islandii najstarszy „wykwalifikowany” i lukratywny zawód, którym przez wieki parali się ludzie z wykształconej elity. Najwybitniejsi z nich – ci, którym zawdzięczamy najwięcej – to Snorri Sturluson, który żył w XIII wieku, badał dawną literaturę i na kosztownym pergaminie pisał własne utwory, oraz Árni Magnússon, urodzony w XVII wieku uczony i kolekcjoner z kopenhaskiej biblioteki uniwersyteckiej, który w wędrówkach godnych Tolkienowskiego bohatera przemierzył wzdłuż i wszerz ojczystą Islandię, a zebrane manuskrypty w znacznej części uratował z pożaru duńskiej stolicy. Gdyby nie oni, bez reszty oddani swej pasji, Europa wiedziałaby mniej o swej własnej historii. Mitologia nordycka – złożony system wierzeń wyjaśniający początek czasu, cel życia doczesnego, losy pośmiertne czy wieszczący nieuchronny koniec świata – w całym swym bogactwie została spisana jedynie w Islandii, nigdzie poza nią. Postaci z nordyckiego panteonu: Thor – bóg piorunów, i Odyn – bóg mądrości, stanowią wszechobecną inspirację kulturową, odnajdziemy ich i w operach Wagnera, i w kulturze popularnej, jak filmy, seriale, komiksy czy gry komputerowe produkowane przez koncern Marvela. Gdyby tych bogów i herosów nie opisano w średniowiecznej literaturze islandzkiej, która jest także bezcenną kroniką epoki, odeszliby w niepamięć w świecie chrześcijańskim. Islandczycy, rzecz jasna, nie byli w średniowieczu jedynymi Europejczykami, którzy umieli pisać. Ale pisali więcej niż

75


76

WIELKA HIS TORIA MAŁEJ W Y SP Y

inni na tematy niezwiązane z chrześcijaństwem. Zrazu ta literatura miała przede wszystkim imponować zewnętrznemu światu i odstraszać obcych władców przed planami podboju wyspy. Z czasem, gdy w Islandii rozpętały się wewnętrzne walki o wpływy, teksty pisane służyły zdobywaniu prestiżu i przewagi nad przeciwnikiem – bogaci pisali opowieści, by ugruntować status i potęgę swoich rodów. Zjawisko to było pochodną systemu politycznego kraju, w którym nie funkcjonowała żadna instytucja władzy centralnej, a lokalne klany rywalizowały o wpływy i wsparcie zagraniczne.

W średniowiecznej Skandynawii monarchowie, pretendenci do władzy królewskiej, klany rodzinne i misjonarze chrześcijańscy konkurowali ze sobą zażarcie i wzajemnie się mordowali. Małe społeczności wyspiarskie, jak na Orkadach czy Szetlandach, które znalazły się w ogniu krzyżowym ścierających się mocarstw kontynentalnych, żeby obronić swe terytoria, tworzyły silne armie. Aby zachować niezależność, potrzebowały silnego państwa, a więc wysokich podatków i potężnego arsenału. Tymczasem Islandczycy, również mały naród wyspiarski, nie zbudowali ani armii, ani instancji politycznych mających monopol na użycie siły. Dla dalekiej Islandii wojna w Europie oznaczała spokój. Jedynie podczas krótkotrwałych rozejmów na kontynencie groziło jej, że zechce po nią sięgnąć któryś z obcych władców, któryś z żądnych terytorialnego podboju królów, spoglądający do atlasu geograficznego jak do katalogu dostępnych nieruchomości.


L

ód w Zatoce Meksykańskiej, wysychający Nil, Indie bez monsunów, kwaśne deszcze w Europie, „zabiedzone szkapy ze sterczącymi pod skórą żebrami”. Nie, to nie lista biblijnych plag ani migawki z katastroficznego filmu, wszystko to zdarzyło się naprawdę w jednym roku – Roku Trwogi – gdy wydarzenia w Islandii wywołały skutki, których przyczyn i konsekwencji długo nie pojmowano. Zaczęło się od fali gorąca. Tej wiosny Europę nawiedziła fala piekielnych upałów. Mijały tygodnie, a temperatura rosła. Ale w końcu czerwca nastąpiła gwałtowna zmiana: nagle skończył się skwar, niebo zasnuły czarne chmury. Przez długie lata pogoda będzie inna niż dawniej. Jak odnotował brytyjski przyrodnik Gilbert White, który zjawiska klimatyczne obserwował w południowej Anglii, 22 czerwca 1783 roku „dziwna mgła albo jakieś opary dymne przesłoniły słońce i niebo pociemniało niemal jak w nocy, gdy nie widać księżyca”.


124

WIELKA HIS TORIA MAŁEJ W Y SP Y

Gęsty smog, w którym z burą mgłą mieszały się kłęby węglowego dymu z kominów fabrycznych, sparaliżował wschodnie wybrzeże Anglii na tyle, że statki utknęły w portach. Czegoś takiego „nikt nie pamiętał”. Potem nad zachodnią Europę nadciągnęły niesamowite chmury i rozpętały się burze, jakich nigdy nie widziano. Amerykańskiego ambasadora w Paryżu, który znał się na wyładowaniach atmosferycznych, bardziej zaintrygowała tajemnicza mgła. Ambasadorem tym był słynący z wszechstronnej erudycji Benjamin Franklin, który przeszedł do historii jako jeden z ojców założycieli Stanów Zjednoczonych. Ale wśród współczesnych mu ludzi Franklin zdążył zasłynąć za sprawą eksperymentu z wypuszczonym w czasie burzy latawcem – to doświadczenie (mniej ryzykowne, niż można by przypuszczać!) dowiodło elektrycznej natury piorunów. Podczas misji w Paryżu przeprowadził też inny eksperyment, pokazujący, że przez ową „suchą mgłę” prawie nie przedostaje się światło słoneczne. Sprawdził to za pomocą soczewki, która nie skupiła dość promieni, by „podpalić papier”. Na tej podstawie amerykański ambasador we Francji wysunął też wniosek, że zima tego roku nadejdzie wcześnie. Jego przepowiednia była trafna. Jak donoszono z Holandii, pod koniec czerwca z drzew zaczęły opadać liście i wkrótce tamtejsze lasy wyglądały tak, jakby była już późna jesień. Zima okazała się najsurowsza od dwustu pięćdziesięciu lat. W zachodniej Europie średnia temperatura w styczniu wyniosła tego roku minus sześć dziesiątych stopnia Celsjusza, o trzy stopnie mniej niż styczniowa średnia z trzydziestu lat.


ISLAndIA W Y WOŁuJE KATAS TROfę KLIMAT Yc zną

Pod koniec 1783 roku Europejczycy nazwali ten niesamowity czas annus mirabilis (rokiem cudów lub grozy). W nowo powstałych Stanach Zjednoczonych port w Baltimore od stycznia do marca skuwały lody, siarczyste mrozy nawiedziły Connecticut. Tego roku prawie nie urosły drzewa na (rosyjskiej jeszcze) Alasce. Niebywale gęsta mgła i krwistoczerwone słońce dla wielu ludzi były zwiastunami sądu ostatecznego, lecz świecki uczony Benjamin Franklin trzeźwo analizował sytuację. W wykładzie, który rok później wygłosił w swej ojczyźnie, przedstawił teorię, że „wszechobecne anomalie pogodowe” miały źródło w Islandii, a ściślej, że spowodowała je erupcja otoczonego złą sławą wulkanu Hekla. Franklin przypomniał słuchaczom o wybuchu Hekli w 1766 roku. I choć był bliski prawdy, nie rozgryzł jej w pełni. Otóż w odległości zaledwie siedemdziesięciu dwóch kilometrów od Hekli w największej od tysiąca lat eksplozji wulkanicznej otworzyła się skorupa ziemska. Przez osiem miesięcy sto trzydzieści kraterów znajdujących się w dwudziestoczterokilometrowej szczelinie wulkanicznej pluło magmą i wyrzucało do atmosfery trujące gazy, które rozprzestrzeniły się nad półkulą północną i niewykluczone, że dotarły też nad półkulę południową. Skutki tej eksplozji były tak silne i odczuwalne na tak rozległych obszarach, że trudno w uwierzyć. W Anglii dławiąca sucha mgła z oparami siarkowymi spowodowała dziesiątki tysięcy zgonów, głównie wśród ludzi, którzy pracowali na zewnątrz. Jak donosił „Newcastle Courant”, w gradobiciach, które towarzyszyły w lecie katastrofalnym burzom, spadające

125


126

WIELKA HIS TORIA MAŁEJ W Y SP Y

bryły lodu miały „średnicę blisko trzynastu centymetrów” i zabijały zwierzęta na pastwiskach. Uporczywe rosy i szrony spowodowały nieurodzaj. W czerwcu na terenie Polski były śnieżyce, w lipcu mgły dotarły do Chin. Niemal w całej Japonii nie udały się zbiory ryżu i kraj nawiedziła największa klęska głodu w jego historii. Inuici mówili, że tego roku „nie nadeszło lato”. Wskutek spadku temperatur w Eurazji i w Afryce osłabły afrykańskie oraz indyjskie monsuny, a związany z tym brak deszczu doprowadził do potężnej suszy w Indiach i części Chin. Rekordowo niski poziom wody w Nilu miał katastrofalne konsekwencje dla rolnictwa w Egipcie, gdzie klęska głodu następnego roku zabiła około jednej szóstej ludności. Anomalie klimatyczne jeszcze silniej dały o sobie znać w następnych miesiącach. Na amerykańskim Wschodnim Wybrzeżu średnia temperatura w zimie była niższa o pięć stopni Celsjusza od normy. W Nowym Orleanie zamarzła rzeka Missisipi, Zatoka Meksykańska pokryła się krą. Lód w zatoce Chesapeake sprawił, że kongresmeni nie przybyli na czas do pełniącego funkcję stolicy Annapolis i z opóźnieniem ratyfikowali postanowienia pokoju paryskiego, który zakończył wojnę o niepodległość. Islandia – która nigdy nie prowadziła podbojów militarnych, nikogo nie próbowała nawracać religijnie i miała marginalne znaczenie gospodarcze – po raz pierwszy znalazła się na ustach całego świata.


ISLAndIA W Y WOŁuJE KATAS TROfę KLIMAT Yc zną

O Islandii można powiedzieć, że w gruncie rzeczy stanowi przeciwieństwo Hawajów, choć łączy ją z nimi jedna właściwość. Otóż zarówno Islandia, jak i Hawaje uplasowały się na wyjątkowo aktywnych „plamach gorąca”, gdzie stopiona skała (magma) nieustannie płynie z wnętrza ziemi do wulkanicznych komór pod jej skorupą. Ale Islandia w odróżnieniu od Hawajów leży nad szczeliną oddzielającą płyty tektoniczne, tę eurazjatycką od północnoamerykańskiej. Szczelina ta stale się rozszerza, czyli płyty oddalają się od siebie – o dwa i pół centymetra rocznie – a czynnik ten oprócz poszerzania plamy gorąca d o d a t k o w o wzmaga aktywność wulkaniczną. Islandia, której powierzchnia jest sześć razy większa od łącznej powierzchni Hawajów, ma pięć razy więcej czynnych wulkanów. W rejonie przebiegającego pod Islandią Grzbietu Śródatlantyckiego umiejscowione są także inne archipelagi, jak Azory i Wyspy Kanaryjskie, ale pod nimi nie ma plam gorąca i do erupcji wulkanicznych dochodzi tam znacznie rzadziej, co kilkadziesiąt lat. W Islandii wybuchy wulkanów następują przeciętnie co cztery–pięć lat i wkrótce po zasiedleniu europejscy osadnicy nazwali ją wyspą „ognia i lodu”. Określenie to jest od zawsze islandzką wizytówką, choć nie powstało przed czterystoma tysiącami lat, gdy człowiek nauczył się krzesać ogień. Lubimy tak pisać o sobie na okładkach przewodników turystycznych, starych i nowych, i tym określeniem reklamujemy wycieczki, których uczestnicy mogą podziwiać wulkany na skuterach śnieżnych. Tak śpiewa o nas Led Zeppelin w Immigrant Song,

127


128

WIELKA HIS TORIA MAŁEJ W Y SP Y

mamy też ten slogan na etykietkach naszej wódki (by nabywca łatwiej przełknął jej cenę). Tego sformułowania używa Jules Verne w Podróży do wnętrza Ziemi, która zabiera czytelnika w głąb ukrytego pod lodowcem Snæfellsjökull krateru wulkanicznego. W przekładzie na islandzki powieść ta, zatytułowana po prostu Leyndardómar Snæfellsjökull [Tajemnice Snæfellsjökull], ukazała się dopiero w 1944 roku. Ale od dawien dawna turyści i autorzy książek podróżniczych, by podkreślać swą odwagę, mówili o wyspie lodu i ognia, a nawet nazywali ją bramą piekieł. Dokładnie rzecz ujmując, ową piekielną bramę stanowił groźny wulkan Hekla, posądzony przez Franklina o spowodowanie śmiercionośnej mgły nad Europą. Hekla, która w ostatnim tysiącleciu wybuchła dwadzieścia trzy razy, na liście najbardziej aktywnych wulkanów Islandii zajmuje trzecie miejsce. W odróżnieniu od dwóch pierwszych, przykrytych czapami lodowca wulkanów Katla i Grímsvötn, Hekla góruje nad zamieszkanymi równinami na południu wyspy i faktycznie w y g l ą d a jak wulkan. I potrafi wyrzucać popioły wysoko do troposfery, skąd północny wiatr niesie je nad kontynent, do płuc i salonów nieświadomych Europejczyków. Dwie najpotężniejsze erupcje Hekli, w latach 1104 i 1300, posłały chmury popiołów nad północne obszary kontynentu, co ludzie poczytali jako zapowiedź końca świata i przestrogę przed ogniem piekielnym. D r ż y j p r z e d p i e k ł e m! B ł a g a j B o g a o p r z e b a c z e n i e! Dramatyczne relacje o tamtych i kolejnych erupcjach Hekli nawarstwiały się jak spękane pokłady zastygłej lawy


ISLAndIA W Y WOŁuJE KATAS TROfę KLIMAT Yc zną

u stóp samego wulkanu. Pewien angielski wiersz nazwał go „więzieniem, w którym smaży się Judasz”, a dawne mapy oznaczały położenie Hekli symbolem płomienia. W islandzkim folklorze istnieją opowieści o krukach atakujących żelaznymi dziobami śmiałków, którzy zapuszczą się w te strony, i o innych ptaszyskach strzegących okolicy, jej wzniesień, jam z wrzącym błotem i gejzerów. Ale śmiałkowie ci byli równie mityczni jak owe straszliwe ptaki. Przez stulecia nikt nie miał odwagi wspiąć się na Heklę i zajrzeć w czeluści krateru. Toteż mieszkańcy gospodarstwa Selsund, położonego najbliżej podnóża wulkanu, osłupieli na widok dwóch odzianych na modłę duńską młodych wędrowców, którzy w czerwcu 1750 roku zapytali o to, jak się dostać na szczyt. Ci dwaj ludzie to dwudziestoczteroletni Eggert Ólafsson i starszy od niego kilka lat Bjarni Pálsson. Urodzeni i wychowani na islandzkiej wsi, poznali się na Uniwersytecie Kopenhaskim, gdzie obaj studiowali dzięki stypendiom z fundacji Árniego Magnússona, wspierającej finansowo zdolnych Islandczyków w zdobywaniu wyższego wykształcenia. Eggert studiował nauki przyrodnicze, Bjarni miał zostać lekarzem (pierwszym na wyspie). W imieniu duńskiego monarchy Królewska Akademia Nauk zleciła im niezwykłą misję opracowania przewodnika opisującego przyrodnicze cuda Islandii oraz zwyczaje jej ludności. Miał on zawierać „prawdziwą wiedzę” na temat wyspy, o której „panowały dotychczas przekonania mgliste i wyrywkowe”, czytamy we wprowadzeniu do Reise Igiennem Island [Podróże po Islandii], pierwszej edycji tego przewodnika, która ukazała się po duńsku. Został on

129


130

WIELKA HIS TORIA MAŁEJ W Y SP Y

przetłumaczony na angielski i okazał się jednym z pomnikowych dzieł epoki oświecenia. Niezrażeni reakcją wieśniaków, Bjarni i Eggert ruszyli na Heklę. Na jej szczyt dotarli o północy 20 czerwca, czyli w porze przesilenia letniego, kiedy dzień jest najdłuższy w roku. Stanąwszy na wysokości 1491 m n.p.m., rozejrzeli się dookoła, by zobaczyć „śnieg, lód i nic więcej, żadnych wodospadów, wrzących źródeł, ognia ani dymu”. Kiedy powiedzieli o tym w Selsund, gospodarzowi chyba zrobiło się głupio, bo miał im towarzyszyć na szczyt, ale zrejterował w połowie drogi pod pretekstem „bólu głowy”, najwyraźniej przerażony perspektywą wkroczenia na terytoria Szatana. Eggert i Bjarni okryli się chwałą najwybitniejszych i najdzielniejszych pogromców mitów swego pokolenia oraz pionierów w dziedzinie nauk przyrodniczych. Jeśli w pobliże Hekli faktycznie wyprawiano się przed nimi, to relacje ich poprzedników opisywały krajobraz z jednej strony ogólnikowo, z drugiej zaś osobliwie: były usiane wspomnieniami w rodzaju przechodzenia przez kładkę zbudowaną z wielorybich kości czy napotykania okolicznych mieszkańców, których długość życia sięgała stu pięćdziesięciu lat. Sprawozdania te zaspokajały zapotrzebowanie na publikacje historyczne i geograficzne, które wśród książek spoza dziedziny religii były najpopularniejszym gatunkiem od czasu wynalezienia prasy drukarskiej. Książki te ukazywały Islandię jako egzotyczną krainę północną, a ponieważ mało kto na wyspę jeździł, fałszywych opisów nie prostowano. Rzekome relacje z podróży najczęściej po prostu


ISLAndIA W Y WOŁuJE KATAS TROfę KLIMAT Yc zną

sięgały do wcześniejszych opracowań i na nowo powtarzały stare mity, zwykle w jeszcze bardziej ubarwionej formie. Islandczycy mieszkający w Danii próbowali panujące wyobrażenia korygować, ale „fakty” powracały jak zombie. Oto przykład: mamy dwie książki opublikowane w odstępie półwiecza, pierwszą przez Dithmara Blefkena (po holendersku), drugą przez Olausa Magnusa (po szwedzku) – w holenderskiej publikacji Islandczycy dożywają stu pięćdziesięciu lat, w szwedzkiej już trzystu za sprawą, rzecz jasna, zdrowego klimatu. Wywody te brzmiały przekonująco: ludzkie ciało to przecież materia organiczna, a w lodówce, o czym wszyscy wiemy, jarzyny oraz inne produkty przechowują się długo. „Podróżnicy” donosili, że mieszkańcy Islandii żyją razem ze zwierzętami gospodarskimi w ziemiankach, że co rano twarz myją moczem, że okazują więcej uczucia psom niż dzieciom (czy miłość do psów to coś zdrożnego?), że kobiet nie sposób odróżnić od mężczyzn, bo wszyscy tak samo się ubierają (a co w tym złego?) i że Islandczycy cudzoziemskim kupcom oferują na sprzedaż wiejący wiatr – by wymienić tylko kilka stereotypów. Rzeczywiście można powiedzieć, że Islandczycy w pewnym sensie m i e s z k a l i w ziemiankach. Od IX do XIX wieku budowali domostwa z darni, gliny i kamienia. Tradycyjne domy torfowe, wznoszone najczęściej na planie prostokąta, przez stulecia ewoluowały, a ich formy przystosowywały się do zmian klimatycznych oraz do tego, czy na wyspie było dostępne importowane drewno. Pierwsi osadnicy przybyli do Islandii w okresie globalnego ocieplenia, kiedy wyspę porastały

131


132

WIELKA HIS TORIA MAŁEJ W Y SP Y

lasy. Na początku budowali tak zwane długie domy (langhús): wznosili torfowe ściany na ramie i szkielecie z drewnianych belek. Podobną konstrukcję miały ówczesne domy na północy Europy i w grenlandzkich koloniach nordyckich. Długi dom został dziś odtworzony w gospodarstwie Stöng w południowej Islandii – jego oryginał zniszczył wybuch Hekli w 1104 roku. Od XV wieku, wraz z ochłodzeniem klimatu, budowano mniejsze i bardziej energooszczędne jednoizbowe domy z torfu, gliny lub darni. W baðstofa (izbie) pracowało się w dzień i spało w nocy, domy najczęściej stawiano na kamiennej podmurówce i kryto dachem na drewnianych wspornikach. Niedobór miejscowego drewna sprawił, że używano drewna z importu, wyrzuconego przez morze albo zastępowano je kośćmi wieloryba; pozyskiwane na miejscu torf czy glina zapewniały dobrą izolację termiczną i były stosunkowo odporne na trzęsienia ziemi. Żeby z izby nie uciekało ciepło, od drzwi wejściowych prowadziła do niej długa sień. W mieszkalnej części baðstofa ludzie sypiali nago, przynajmniej po kilka osób na posłaniu (ówczesny styl życia dosyć przypominał ten w hipisowskiej komunie z lat sześćdziesiątych XX wieku, gdzie można się było obudzić obok pary uprawiającej seks). Na islandzkiej wsi przetrwały do dzisiaj dziewiętnastowieczne domy torfowe, niskie i niewielkie, ale w porównaniu z tymi z XVIII stulecia trochę zmienione pod wpływem architektury duńskiej oraz wskutek wyższych standardów higieny. John Stanley, zarozumiały Anglik, który odwiedził


ISLAndIA W Y WOŁuJE KATAS TROfę KLIMAT Yc zną

Islandię w XVIII wieku, powiedział, że chłopski dom na wyspie „z zewnątrz przypomina kretowisko i jaskinię w środku”. Tak znamienici goście jak Eggert i Bjarni nie nocowali w jednej izbie z gospodarzami, woleli spać w namiotach rozbitych w pobliżu. Podróż po wyspie odbyli podczas tych czterech czy pięciu miesięcy w roku, kiedy nocą da się wytrzymać na biwaku, pogoda w pozostałych porach jest zbyt kapryśna. Ale i w lecie zdarzają się przykre niespodzianki, gdy podróżny zawędruje w okolice, gdzie nie ma dróg i trzeba przeprawiać się przez rzeki. Eggert i Bjarni korzystali jednak ze zdobyczy kartografii, a ówczesne mapy Islandii były już dość dokładne. Półwysep Vestfirðir na północnym zachodzie przypominał głowę wynurzającą się z głównej części wyspy, półwysep Snæfellsnes na zachodzie był jak długie ramię, leżący od niego bardziej na południe półwysep Reykjanes budził skojarzenia z butem, u południowych wybrzeży Islandii znajdował się archipelag Vestmannaeyjar, u północnych wyspa Grímsey. Kontury Fiordów Wschodnich były na mapie oznaczone niewyraźnymi liniami, bo te tereny nie zostały jeszcze dokładnie zbadane; wschodnia Islandia jest do dziś najmniej odwiedzaną i najrzadziej zaludnioną częścią kraju. Bjarni i Eggert napisali swoją książkę po duńsku dla duńskiego odbiorcy, a w Danii jeden z najwyższych „szczytów górskich” nazywa się Himmelbjerget (Góra Niebiańska) i ma tylko sto czterdzieści metrów wysokości. Autorzy musieli się więc mocno postarać, żeby czytelnik wyobraził sobie islandzki pejzaż i geotermalne cuda wyspy. W swym

133


LEKTURA OBOWIĄZKOWA DLA KAŻDEGO, KTO MARZY O PODRÓŻY NA ISLANDIĘ. Kiedy tysiąc dwieście lat temu wódz wikingów Ingólfur Arnarson osiadł statkiem na mieliźnie na środku północnego Atlantyku, nie wiedział, że odkrył wyspę, która na zawsze zmieni świat. To właśnie tam powstał naród, który po cichu odegrał kluczową rolę w kształtowaniu świata, jaki znamy. Zaczynając choćby od tego, że to Islandczycy (a nie Kolumb) pierwsi odkryli Amerykę, ale są zbyt skromni, żeby mówić o tym głośno. Gdyby nie Islandia, Avengersi nie mieliby Thora, człowiek nie postawiłby stopy na Księżycu, a Tolkien nigdy nie napisałby Władcy Pierścieni i być może nie doszłoby do wybuchu rewolucji francuskiej. Islandia niezmiennie jest marzeniem podróżników. Ta mała wyspa na „końcu świata” to nie tylko oszałamiające widoki, wulkany, gejzery, lodowce, zorze polarne i czerwone domki w Reykjavíku. To również miejsce, gdzie doszło do pierwszego strajku kobiet, przywódcy mocarstw debatują o losach świata podczas spotkań w nawiedzonym domu, a najstarszy na świecie parlament usunął z alfabetu literę „z” (została tylko w słowie „pizza” oczywiście).

Poznaj niesamowitą historię Islandii i jej mieszkańców.

„

UWAGA: może sprawić, że czytelnicy zapragną być Islandczykami. HELEN RUSSELL, autorka Życia po duńsku

Cena 49,99 zł


Turn static files into dynamic content formats.

Create a flipbook
Wielka historia małej wyspy. Jak Islandia zmieniła świat by SIW Znak - Issuu