WITOLD
URBANOWICZ
WSPOMNIENIA LEGENDARNEGO DOWÓDCY DYWIZJONU 303
WYDAWNICTWO ZNAK KRAKÓW 2016
Ludzka twarz
B
ył rok 1938, jesień – i właśnie miałem wyjechać na urlop. Na razie jednak leżałem na skraju dęblińskiego parku, nad stawem. Wysoko nad stawem kołował bez jednego ruchu skrzydeł jastrząb; potem za czął schodzić łagodną spiralą do ziemi. Nagle złożył skrzydła i runął jak kamień w dół, pomiędzy drzewa, gdzie zwykle kąpały się w piasku wróble. W nierucho mym powietrzu rozległ się furkot drobnych skrzydeł, po chwili widziałem, jak jastrząb krąży nad stawem i siada wreszcie na rosochatym dębie. W wodzie od bijały się jasne chmury; żółte, czerwone, brunatne liście opadały na powierzch nię, woda marszczyła się leciutko. W alejach i na ścieżkach leżało ich mnóstwo. Gdzieś w dalszej perspektywie widać było kolorowy dywan astrów, łączący staw z białymi schodami kasyna. Drzewa rzucały cień coraz dłuższy. Nad lotniskiem była cisza; tylko wysoko, nad Ułężem, błyskały czasem w słońcu schodzące do lądowania samoloty. I jeszcze klony, teraz zupełnie już złote. Nazywałem je „moimi” już od mo mentu mojego pierwszego samodzielnego lotu. Doskonale pamiętam do dziś ten moment. To było w maju, w 1932 roku. Podchodziłem do lądowania znad parku i kasyna oficerskiego – pierwszy raz bez instruktora. Byłem bardzo przejęty, chciałem wylądować gładko i możliwie jak najbliżej chorągiewki startowej. Ale akurat nad środkiem parku silnik mi prze rwał. Ruszyłem manetką, ale silnik nie zareagował. Mój moran zaczął tonąć, byłem zaledwie kilka metrów nad drzewami. Widziałem, jak przemknął mi pod skrzydłami czerwony dach kasyna – a potem zobaczyłem przed sobą wierz chołki klonów. Wbrew wszelkim zasadom pilotażu i nie licząc się z konkret nymi możliwościami – poderwałem samolot prawie że bez szybkości w górę. Poczciwy moran minął wierzchołki klonów jak szybowiec. Zupełnie nie wie działem, co się ze mną dzieje; wiedziałem tylko na pewno, że śmigło stoi. Mo ran bez szybkości dalej tonął. Potem zobaczyłem przed sobą wysoki, żelazny płot – i też udało mi się go przeskoczyć. Szurnąłem nad jakimiś beczkami i tuż na skraju lotniska uderzyłem kołami o ziemię. Moran podskoczył, przez
20
As. Wspomnienia legendarnego dowódcy Dywizjonu 303
moment zawisł nieruchomo w powietrzu, potem zaczął się toczyć po ziemi. Oddałem lekko drążek i trzymałem spokojnie stopy na orczyku. Dopiero gdy zatrzymał się – przyszło mi na myśl, że widocznie w którymś momencie mu siałem dodać za dużo gazu i silnik się zachłysnął; w moranie się to zdarzało. Szef pilotażu udawał, że gratuluje mi pierwszego lotu, a ja – że nic się nie stało. Zaraz potem wykonałem jeszcze dwa loty, gładkie i szczęśliwe. Zostałem zaliczony do grupy „samodzielnych pilotów”. Trzech kolegów, niestety, zostało skreślonych. Jeden przy lądowaniu położył morana na plecy, drugi zawisł na płocie mniej więcej tak, jak to czasem robią koty, przekładając przez płot swoje kosmate łapy. A trzeci po starcie poleciał sobie nad Kazimierz i zgubił się. Kie dy skończyła się mu benzyna, wylądował na polu w jakimś majątku. Przez jeden wieczór uchodził w oczach kobiet za bohatera, ale nic mu to nie pomogło, po wieczne czasy został obserwatorem w lotnictwie. W moich oczach także zresz tą uchodził za bohatera, bo potrafił „utrzymać twarz” tak, jakby się nic nie stało. Z nieopisaną ulgą wydostałem z kieszeni kombinezonu srebrną oznakę pi lota z napisem na odwrocie „Pierwszy samodzielny lot – maj 1932”; był to pre zent od przyjaciół i przyznam, że nie wiedziałem, jak mógłbym przeżyć ewentu alność noszenia tej oznaki przez całe życie w kieszeni. Kochane, poczciwe „moje” klony. I ten moran. Przeskoczył ich wierzchołki jak parasol. Na stole w moim pokoju leżała teraz mapa z wykreśloną już trasą mojego urlopu. Stary, cichy park wydawał mi się teraz bardzo bliski. Lecę do Grecji na sześć tygodni. Czy ten park nie jest piękny? Do pokoju wszedł Antoni, stary portier kasyna. – Panie poruczniku, walizka jest już na dole, dorożka zamówiona, pociąg odchodzi do Warszawy za dwie godziny. – Bardzo dziękuję. W czasie mojej nieobecności proszę wietrzyć mieszka nie, a korespondencję układać na biurku. – Dobrze, panie poruczniku. Czy herbatę przynieść tutaj? – Nie, proszę na taras. Zeszedłem na dół do holu. W fotelach siedziało kilku oficerów, w sąsied niej sali słychać było stuk kuli bilardowej, ktoś grał na fortepianie. Na tarasie zastałem pułkownika Wacława Iwaszkiewicza, komendanta Centrum. Lubiłem go bardzo, był to człowiek o wysokiej kulturze osobistej, która nie ograniczała się do nienagannych manier. Rozmawialiśmy przez chwilę, gdy wszedł na taras major Józef Kępiński, kierownik wyszkolenia w powietrzu; był to człowiek nie zmiernie obowiązkowy, służbista, świetny oficer. Widziałem, że patrzy na mnie z dużym zdziwieniem – co też ja tu robię o tej porze?... Nie wiedział jeszcze, że jestem już na urlopie.
Początek jutra
21
– Panie pułkowniku, mam kłopoty, brak mi instruktorów. Jeden rozbił się rano, dwóch poleciało z podchorążymi na przeloty. A ja chciałbym zakończyć z podchorążymi ostre strzelanie. Ale nie ma kto poprowadzić – i znowu popa trzył na mnie. – Jestem już na urlopie, panie majorze – wyjaśniłem. Widziałem, jak się mu leciutko brwi uniosły. Z Kępińskim byliśmy razem w 1. Pułku Lotniczym w Warszawie. I nasz wzajemny stosunek układał się tro chę „na bakier” – nie wiadomo właściwie dlaczego. W tamtych czasach Kępiń ski dowodził słynną 111. Eskadrą Kościuszkowską, a ja byłem pilotem w nowo sformowanej eskadrze 113. „Puchaczy”. Moim dowódcą był kapitan Włady sław Prohazka, wielki dziwak; zawdzięczałem mu wówczas przezwisko-pseudo nim „Mister”, nigdy nie zwracał się do mnie inaczej. Prohazka lubił wesołe ży cie i może głównie z tego powodu 16 lat chodził w stopniu porucznika; a może trochę i dlatego, że marszałek Piłsudski lotnictwa nie lubił i za jego czasów awanse w lotnictwie szły żółwim tempem. Prohazka został kapitanem po roku 1935 i urządził wówczas wielkie przyjęcie, wykorzystując fundusz, który kie dyś zapisał mu jeden z przyjaciół, wyrażając w testamencie nadzieję, że „może wreszcie kiedyś zostaniesz kapitanem”. Celebra odbyła się w „Polonii” w Ale jach Jerozolimskich – i posadzono mnie obok Kępińskiego. W pewnej chwili rozmowa zeszła na latanie i powiedziałem wówczas Kępińskiemu, że chciałbym latać w jego 111. eskadrze. Kępiński popatrzył na mnie trochę z góry i odpo wiedział krótko, że „do 111. eskadry przyjmuje się tylko najlepszych pilotów”. Usłyszał to Prohazka (a byli obaj serdecznymi przyjaciółmi) i zdenerwował się: „to znaczy, jucho jedna, że moją eskadrę uważasz za mizernie słabą, co?”. Pokłócili się okropnie, przez parę dni nie rozmawiali z sobą, a niezależnie od tego Prohazka „wziął na kieł” i postanowił udowodnić przyjacielowi, że „Pu chacze” są lepsi od Eskadry Kościuszkowskiej. Trudno opisać, co się dzia ło. Pogoda była wredna, a Prohazka nas „szkolił”. Aż wreszcie w czasie lądo wania w szyku o mało nie wjechaliśmy całą eskadrą do hangaru. Prohazka w zasadzie dobrze wyliczył, ale na lotnisku było ślisko (lód pod cienką war stwą śniegu) i już na ziemi okazało się, że hamować nie można. Pamiętam, że w ostatnim momencie zamknąłem oczy i czekałem, co będzie. Kiedy otwar łem je – zobaczyłem samolot Prohazki i parę innych w hangarze (na szczęś cie był otwarty i pusty), przed swoim nosem ścianę, zaś na tle ściany, przed resztą dzielnych „Puchaczy” – nieco przybladłych Kępińskiego razem z do wódcą dywizjonu. Boże, jak on na mnie patrzył... Lądowanie „Puchaczy” sta ło się sławne nie tylko w pułku, ale od tego czasu Kępiński patrzył na mnie bez specjalnej sympatii.
22
As. Wspomnienia legendarnego dowódcy Dywizjonu 303
Kiedy Kępińskiego przeniesiono do Dęblina, zostałem zastępcą dowódcy 111. Eskadry Kościuszkowskiej; nie wiem, czy przyjął to z entuzjazmem. A te raz znowu spotkaliśmy się w Dęblinie. – To może ja panu majorowi pomogę w rozwiązaniu tego problemu. I tak samolot do Grecji startuje dopiero jutro, jeszcze zdążę. – Bardzo będę wdzięczny panu porucznikowi – powiedział Kępiński cere monialnie. I ukłoniliśmy się sobie z wielką elegancją. Rzeczywiście można było jeszcze zdążyć; do zmroku zostało jeszcze trochę czasu. Cała sztuka polegała na tym, żeby zrobić z podchorążymi krótką odpra wę przed lotem, a potem obserwować i notować ich ataki do „celu ruchomego”; był to parometrowy rękaw, ciągnięty za samolotem na stalowej lince długości kilkuset metrów. Żeby nie zachlapać munduru oliwą, włożyłem lekki kombine zon i w parę minut byłem na Ułężu. Grupa była nieduża, podchorążowie przejęci. Strzelanie do ruchomego celu nie jest zbyt łatwe; natomiast na tym stopniu przeszkolenia nie tak trudno jest postrzelić załogę samolotu, który ten nieszczęsny rękaw ciągnie. Przed tym ich zresztą ostrzegano. Na prawym skrzydle zobaczyłem podchorążego Feliksa Szyszkę; zapo wiadał się już wówczas na doskonałego myśliwca, był agresywny i inteligent ny, latał bardzo dobrze. Miał ciekawą twarz, w której delikatne usta kłóciły się z wydatnym, upartym podbródkiem i mocno zarysowanymi szczękami. Wyniki strzelania były doskonałe i Kępiński był bardzo rad; w swoim gabi necie narysował przy nazwiskach podchorążych zielone trójkąty („zadanie wy konane”) i zaprosił mnie na wino. Na drugi dzień odleciałem do Grecji. A potem przyszedł wrzesień 1939. Szyszka – już wówczas porucznik – zna lazł się w 123. eskadrze myśliwskiej Krakowskiego Dywizjonu, przydzielonej do warszawskiej Brygady Pościgowej, której zadaniem była obrona stolicy. I wtedy – bodaj że zaraz pierwszego dnia wojny – przeżył swoją wielką przygodę, o któ rej nigdy nie zapomniał. Na Warszawę leciała niemiecka wyprawa bombowa, eskadrę poderwano, porucznik Szyszka dowodził kluczem. Kiedy napotkali pierwsze samoloty nie mieckie – początkowo nie mogli się zorientować, co to za typy. Szyszka ze swo im kluczem znalazł się cokolwiek wyżej od Niemców, w pozycji dogodnej do ataku. Nie namyślając się – zaatakował z lewego półwywrotu; dopiero w trakcie ataku zorientował się, że to messerschmitty Me-110. Niemcy skośnymi zakrę tami na szybkości szurnęli w górę, ale Szyszka wybrał sobie jednego i – dopóki mógł – trzymał się go, siejąc krótkimi seriami. Starał się wymacać jakiś jego sła by punkt, co nie było łatwe, gdyż pilot w Me-110 miał za sobą płytę pancerną –
Początek jutra
23
a poza tym znaczną przewagę szybkości. Szyszka nie zważał na otoczenie i oc knął się dopiero wtedy, gdy wziął go pod lufy dwu działek i czterech kaemów inny Me-110. Samolot Szyszki prawie że rozleciał się w powietrzu po zapale niu przez pociski zbiornika benzyny. Szyszka był ranny, samolot jak pochodnia walił się do ziemi, Szyszka stracił przytomność. Całe szczęście, że pasy, którymi był przymocowany w kabinie – również były postrzelane i pilota sama siła od środkowa zdołała wyrzucić z płonącej maszyny. Dziwnym cudem spadochron sam się otworzył; może pokrywy były uszkodzone i wystarczył sam pęd powie trza. Dość, że Szyszka ocknął się w powietrzu – z bólu, gdy szarpnęły nim szelki spadochronu. Ręce i twarz miał popalone, paliły go także i rany. I wtedy usły szał wycie silników messerschmitta. Kiedy odwiedziłem go w Szpitalu Mokotowskim w Warszawie – spomię dzy białych bandaży patrzyły oczy wpadnięte w oczodoły. To było okropne. Była taka cisza i tylko te silniki wyły coraz głośniej. Pod nogami widziałem czasem Wisłę, czasem palącą się Warszawę. Niemiec zawrócił, byłem cał kowicie bezbronny. Okropnie bolały mnie oczy. Wiedziałem już, że będzie strzelał i czułem to w całym ciele. Chciałem manewrować spadochronem, uniosłem popa lone ręce, ale mi opadły z bólu, byłem postrzelany. Pomyślałem, że koniec ze mną, i czekałem już tylko na ten ostatni moment w zupełnej obojętności. Posłysza łem stukot armatek i grzechot kaemów. Niemiec bił po nogach. Zrobiło mi się gorąco i duszno, niebo zaszło mgłą, nawet przestało boleć, ale w tej mgle widziałem...
I zaciął się. Pielęgniarki mówiły, że tak jest zawsze: dochodzi do pewne go momentu relacji i milknie, nie może mówić dalej. Pomyślałem, że coś się tam jeszcze musiało zdarzyć w powietrzu, że jest jeszcze w poruczniku jakaś zadra, której nie może wyrzucić z siebie. Ale trudno go było męczyć pytania mi. A podobno było z nim już „lepiej”. Znaleziono go zarytego w nadwiślań ski piasek, na zgiętych w przyklęku kolanach, nieprzytomnego. Lekarz udzielił mu pierwszej pomocy, Szyszka – nie licząc innych ran – miał nogi poharatane w siedemnastu miejscach. Potem otworzył oczy, ale nie wiadomo było, czy jest przytomny, bo nie ruszał się i nie mógł mówić. Jego serdeczny przyjaciel z eska dry, porucznik Kawnik, powiedział mu: „Felek, wracaj szybko do eskadry”, ale i na to Szyszka nie zareagował. Dopiero w sanitarce zaczął szeptać w malignie. W Szpitalu Mokotowskim leżał długo i walczył o swoje życie, rany ropiały, groziła mu gangrena i nie wiadomo było, czy da się ocalić te nogi, postrzelane przez Niemca, gdy wisiał bezbronny na spadochronie.
24
As. Wspomnienia legendarnego dowódcy Dywizjonu 303
Porucznika Kawnika spotkałem w 1940 roku, gdy przyleciałem na kilka dni z Anglii; Kawnik był wtedy w polskim patrolu myśliwskim, w dywizjonie fran cuskim. A spotkaliśmy się w Paryżu. W Anglii byłem wtedy znowu na liście pilo tów bombowych i przyleciałem do Paryża w nadziei, że może uda mi się nawiać do lotnictwa myśliwskiego. I wtedy – w kawiarni na Place de la Concorde – spotkaliśmy niespodziewanie Szyszkę, siedzącego z bardzo ładną Francuzeczką. I dopiero wtedy dowiedzieliśmy się, co takiego widział wówczas nad Warszawą. Niemiec nurkował na niego, waląc ze wszystkiej broni pokładowej. Przele ciał o parę metrów od wiszącego na pasach Szyszki, w zamkniętej kabinie nie miecki pilot siedział bez okularów i w tej mgle nieprzytomności Szyszka zobaczył jego twarz. Ta twarz miała być straszna w swej obojętności automatu, w zimnej nienawiści. Szyszka zaraz potem stracił przytomność na dobre, gdy od podmu chu śmigieł messerschmitta spadochron szarpnął nim powtórnie i o mało się nie zwinął. W szpitalu warszawskim przeleżał parę tygodni i widział wkroczenie Niem ców. Potem przewieziono go do Łodzi, potem do Krakowa. Wciąż łamano mu i składano kości w nogach i bez końca czyszczono zaropiałe rany, był okropnie wycieńczony i stale gorączkował. Kiedy jednak mógł już chodzić o lasce – skrę cił prześcieradło i nawiał przez okno w nocy, po czym na piechotę wyruszył do Francji. W końcu marca przywędrował do Lyonu. Tam spotkał porucznika Ki limka. Kilimek ograł go w oko, potem zaprosił na kolację i wyprawił do Paryża, oddawszy mu z procentem przegrane pieniądze. W 1941 roku był już w polskim dywizjonie myśliwskim w Anglii, jako naj młodszy pilot. Z początkiem lipca zestrzelił swojego pierwszego Me-109, w wal ce nad Lille; a w następnym tygodniu zginął jego serdeczny przyjaciel, kapitan Erwin Kawnik. A potem – niespodziewanie – przeżył Szyszka dziwaczne uwol nienie od warszawskiej zmory. Leciał wtedy ze swoim dywizjonem jako osłona bombowych sterlingów. Po przeleceniu La Manche wyprawa została zaatakowana przez niemieckie messers chmitty; jeden z nich, atakując sterlingi z lotu nurkowego, przeleciał tuż obok samolotu Szyszki. Ten błyskawicznie przerzucił swego spitfire’a w ostry przewrót i zaatakował messerschmitta: chciał przeciąć mu drogę i nie dopuścić do sterlin gów. Niemiec zrobił unik, wyprysnął świecą w górę; Szyszka podciągnął samo lot i złapawszy messerschmitta na celownik, sypnął krótkimi seriami. Od mes serschmitta odmaszerowało skrzydło, resztki samolotu wpadły w jakiś dziwaczny młynek. Pilot wyskoczył i otworzył spadochron. Wtedy w Szyszkę „coś wstąpi ło”: zawrócił i wziął wiszącego na pasach Niemca na celownik.
Początek jutra
25
Zupełnie nie wiedziałem, co się ze mną dzieje; wiedziałem tylko, że mi palec chodzi na guziku kaemów. Teraz wystarczy tylko nacisnąć. Ale ja m u s i a ł e m zobaczyć jego twarz. Więc leciałem na niego i nie strzelałem. Niemiec rosnął w celowniku, gwałtownie wymachiwał rękoma, wił się na pasach. W końcu zobaczyłem wyraź nie jego twarz. Była także straszna, ale inna, zupełnie inna od tamtej nad Warszawą. Była obłąkana ze strachu. Niemcowi ręce opadły, wisiał jak kukła. A ja nie mogłem strzelać. Nie mogłem. Położyłem spitfire’a na skrzydło i przeleciałem o parę metrów od tej twarzy. Potem widziałem jeszcze, jak spadochron opada na ziemię. Dołączy łem do dywizjonu, a kiedy wylądowałem – poczułem, że jestem bardzo szczęśliwy”.
I znowu minęły dwa lata. Szyszka – już kapitan – został mianowany dowódcą dywizjonu. I wtedy zginął w locie ćwiczebnym. Zderzył się z nim w powietrzu naj młodszy, świeżo przybyły pilot dywizjonu. Szyszka wyskoczył, ale nieszczęśliwie; samolot był w korkociągu i skrzydłem uderzył go w głowę. Tak zginął. Major Kępiński także odnalazł się we Francji, spotkaliśmy się tam obaj, gdy organizował polski dywizjon myśliwski. Znowu poprosiłem go o przyjęcie do dywizjonu i znowu mi odmówił, bo nie miał już etatów. Po upadku Fran cji nie zjawiał się w Anglii. Dostałem natomiast złożony przez jednego z mło dych oficerów meldunek, że Kępiński „uciekł do Niemiec”. Przeszedłem do po rządku dziennego nad tym meldunkiem, bo absolutnie nie wierzyłem, żeby to była prawda. A w kilkanaście dni potem otrzymałem wiadomość, że Kępiński leży w szpitalu w okupowanej Francji; miał ciężko postrzelone płuca i nadwy rężony kręgosłup, został zestrzelony w walce. Autor donosu chciał się dostać do Dywizjonu 303. Odmówiłem. Wtedy ów oficer załatwił sobie przydział poza moimi plecami, przez „ministerialne chody” swojej żony; dostałem pismo, za wiadamiające o przydzieleniu go do 303. Zirytowałem się i odesłałem to pismo z ręczną adnotacją: „nie może być przyjęty z uwagi na brak odpowiednich cech charakteru”. W kilka dni potem wezwano mnie do Polskiej Kwatery Głównej w Londynie i długo perswadowano, abym przyjął go mimo wszystko. Nie zgo dziłem się. Wtedy żona delikwenta zagroziła, że „mnie zniszczy”. Któregoś dnia – gdy znowu przyleciałem do Londynu – znalazła mnie w Rubensie, w restauracji. Byłem z Witoldem Żyborskim, adiutantem Dywizjonu i lekarzem dywizjono wym, doktorem Zygmuntem Wodeckim z Krakowa. Żona tego lotnika chcia ła koniecznie ze mną rozmawiać, aby – jak twierdziła – „dać mi ostatnią szansę do namysłu”. Żyborski i Wodecki byli już po „dwóch wzmocnionych”; wzięli ją na stronę i zaczęli tłumaczyć, że nic się nie da zrobić, bo Urbanowicz ma idiosynkrazję do kobiet, wtrącających się do nie swoich spraw. Jakoś się uspokoi ła. Kępiński uciekł ze szpitala, przez Hiszpanię i Portugalię dotarł w październiku
26
As. Wspomnienia legendarnego dowódcy Dywizjonu 303
do Anglii. Był schorowany i okropnie przejęty owym meldunkiem. Uspokajali śmy go razem z pułkownikiem Pawlikowskim, że są ważniejsze sprawy od intryg i oszczerstw. Ale Kępiński jakoś nie mógł się uspokoić; wyrywał się do latania, a było wiadome, że już nie będzie mógł latać bojowo. Pewnego dnia – a aku rat Londyn był bombardowany – przyszedł do Pawlikowskiego, ubrany w pi żamę, aby go znowu nudzić o przydział; spali w tym samym hotelu. Pawlikow ski się zdenerwował: – Człowieku, co ty tu robisz do pioruna ciężkiego, jest noc i powinieneś spać, potrzebny ci jest wypoczynek. – Nie słyszysz? Bombardują Londyn. – No to co? Musisz się przyzwyczaić. Kępiński wyszedł. Po godzinie jedna z bomb rąbnęła w skrzydło hote lu. Wszyscy zeszli do głównego holu. Pawlikowski rozgląda się – Kępińskiego nie ma. Zdenerwowany biegnie na czwarte piętro i zastaje Kępińskiego w łóż ku, czytającego gazetę. – Zwariowałeś? Nie słyszałeś, że bomba zrujnowała część hotelu? – No to co z tego? – odpowiada z godnością Kępiński. – Przecież sam po wiedziałeś, że mam się przyzwyczajać. Więc się przyzwyczajam. Nie denerwuj się. W 1947 roku byłem w Warszawie i dowiedziałem się, że Kępiński wrócił do Polski. Złożyłem mu wizytę, ucieszyliśmy się obaj swoim widokiem – że ży jemy i że jesteśmy w Warszawie. Był ten sam hotel „Polonia”, w którym ongiś Kępiński, Prohazka i ja roztrząsaliśmy problem: kto lepszy: 111. Kościuszkow ska czy 113. „Puchaczy”. Tylko że teraz już Kępiński nie patrzył na mnie z uko sa; wypaliły się dawne, niemądre urazy. W tym roku dowiedziałem się, że umarł 26 marca. Zawsze mówił, że chce umrzeć w Polsce. Przebiegłem myślą wszystkie nasze spotkania i wszystkie rozmowy. Zastana wiałem się: gdybym tak zapytał Kępińskiego, czy i dla mnie znajdzie się w Polsce miejsce na „kwaterę w czterech dechach” – pewnie uśmiechnąłby się po swoje mu i po swojemu „służbowo” odpowiedział: „wiesz przecież, że to nie ode mnie zależy. Radzę zwrócić się do pułkownika Iwaszkiewicza, ale wątpię, czy zdoła udzielić ci wiążącej odpowiedzi”. A Prohazka, dawny dowódca 113. eskadry, któ ry zginął w niemieckim obozie koncentracyjnym? Ten pewnie odpowiedziałby inaczej: „Toś jeszcze nie zrozumiał, dlaczego, jucha, nazwałem cię »Mister«?...”. W Blackpool w Anglii jest pomnik na cmentarzu, gdzie pochowanych jest wielu moich kolegów. Bardzo skromny pomnik, a dookoła leżą bardzo skrom ni ludzie, którzy niczego nie chcieli i nie żądali dla siebie, poza prawem do ży cia w wolnej ojczyźnie. Jest na tym pomniku angielski napis:
Początek jutra We Polish Airmen Gave our souls to God Our Bodies to the British soil But our hearts only to Poland 1939–1945 For your freedom and ours
Po polsku: My, lotnicy polscy, Oddaliśmy dusze Bogu, Nasze ciała brytyjskiej ziemi, Ale serca tylko Polsce. 1939–1945 Za waszą wolność i naszą.
27
Spis treści
Od Wydawcy....................................................................................................... 5
POCZĄTEK JUTRA ......................................................................................... 7 Zamiast wstępu .......................................................................................... 9 Ludzka twarz .............................................................................................. 19 Początek jutra ............................................................................................. 28 Pierwsza walka ............................................................................................ 38 Duchy Dęblina ........................................................................................... 44 Brygada Pościgowa...................................................................................... 55 Jeszcze Dęblin ............................................................................................. 69 Wymarsz .................................................................................................... 80 Trudna granica ........................................................................................... 89 W imieniu Króla Jegomości ........................................................................ 105 Gość w dom................................................................................................ 111 Brylanty Esperanzy...................................................................................... 117 Ze Slatiny trzeba wiać ................................................................................. 130 Spodnie i światopogląd ............................................................................... 141 Balcic ......................................................................................................... 147 „Święty Mikołaj”......................................................................................... 154 U przyjaciół ................................................................................................ 160 Pierwsza gwiazda......................................................................................... 177 Sylwester i książę ........................................................................................ 183 Zimowy Paryż............................................................................................. 193 Ruski bazar ................................................................................................. 201 Wczoraj i dziś ............................................................................................. 207 Żegnaj, Francjo........................................................................................... 213
702
Spis treści
ŚWIT ZWYCIĘSTWA....................................................................................... 219 Od Autora .................................................................................................. 221 Tramp i jego marionetki ............................................................................. 223 „Wyzwolenie Czechosłowacji”..................................................................... 233 Handlarze ludzką krwią .............................................................................. 242 Naród niepokonany .................................................................................... 250 Śladami pielgrzymów................................................................................... 255 Wyspa zwątpienia ....................................................................................... 261 Bitwa o Norwegię ....................................................................................... 269 Upadek Francji ........................................................................................... 276 Lew morski ................................................................................................. 282 Przed bitwą ................................................................................................. 288 Mój pierwszy nad Anglią............................................................................. 294 Po co to wszystko ....................................................................................... 307 Nasze Piekiełko .......................................................................................... 315 Tragiczna rocznica ...................................................................................... 323 Czołem Dywizjon 303 ................................................................................ 334 W obliczu inwazji ....................................................................................... 343 Mój Londyn ............................................................................................... 350 Nocny patrol............................................................................................... 360 Triumf tych kilku........................................................................................ 370 Starzy i młodzi ............................................................................................ 385 Kontrasty .................................................................................................... 393 Taka mała łódka .......................................................................................... 408 Polskie święcone.......................................................................................... 423 Żywcem pogrzebani..................................................................................... 431 Opowiadanie sierżanta Ryszarda Góreckiego............................................... 444 Niespodzianki dobre i złe ............................................................................ 457 Rytm oceanu .............................................................................................. 465 Zakończenie................................................................................................ 475
OGIEŃ NAD CHINAMI ................................................................................. 479 Od Autora .................................................................................................. 481 Blaski i cienie .............................................................................................. 483 Niedekorowanym........................................................................................ 492
Spis treści
703
Bitwa o Wielką Brytanię ............................................................................. 499 Nowe drogi ................................................................................................ 506 Waszyngton ................................................................................................ 513 Start w nieznane.......................................................................................... 520 Wyspa Wniebowstąpienia ........................................................................... 527 Sahara 1943 ................................................................................................ 533 Sari .......................................................................................................... 539 Samobójstwo .............................................................................................. 544 Kunming .................................................................................................... 550 Przejściowy barak ....................................................................................... 556 W zwarciu .................................................................................................. 562 Wiercipięta i tygrysy ................................................................................... 567 Przeznaczenie .............................................................................................. 578 Pojedynek nad Hongkongiem ..................................................................... 584 Pustelnik z Jiujiang ..................................................................................... 594 Chińska Warszawa ...................................................................................... 601 Dwa za jedno .............................................................................................. 609 Barwa i czerń .............................................................................................. 615 Bambusowy most ....................................................................................... 623 Dama z herbem .......................................................................................... 632 Śmierć i cisza .............................................................................................. 643 Dwaj dostojni mężowie .............................................................................. 652 Chongqing ................................................................................................. 669 Cyganka z Budapesztu ................................................................................ 676 Ważniejsze opracowania, z których korzystał Autor tej książki ............................... 687 Źródła ilustracji ................................................................................................... 689 Wykaz lotów bojowych i zwycięstw Witolda Urbanowicza w czasie bitwy o Anglię..... 690 Dywizjon 303 w czasie bitwy o Anglię. Dzień po dniu ........................................ 693