Skip to main content

Ukryte na widoku. 101 opowieści o sztuce w przestrzeni publicznej

Page 1


dla mojego dziadka, którego ciekawość świata jest dla mnie nieustającym źródłem inspiracji

Pierwszym impulsem do powstania tej książki był materiał o mozaikach na dworcu Warszawa-Śródmieście. Wrzuciłem film na social media i natychmiast pojawiły się dziesiątki, a potem setki komentarzy. Ludzie byli zachwyceni, ale znacznie bardziej zdumieni –wspominali, że codziennie tamtędy przechodzą, ale nigdy nie zwrócili uwagi, że mijają dzieło jednego ze swoich ulubionych artystów, Wojciecha Fangora – jedynego polskiego twórcy docenionego indywidualną wystawą w nowojorskim Muzeum Guggenheima. Okazało się, że mamy na wyciągnięcie ręki, w ogólnodostępnej przestrzeni, ikonicznego artystę, ikoniczne dzieło, o którego istnieniu wie tylko wąski krąg profesjonalistów. A co, gdyby to nie był wyjątek? Gdyby się okazało, że fascynującej sztuki w przestrzeni publicznej wcale nie brakuje, tyle że jej nikt nie widzi? Nie widzi, bo codziennie przechodzi obok i przestaje zwracać na nią uwagę. Albo się przyzwyczaja do jej powtarzalności, aż staje się ona niewidzialna – faceci na koniach ciągle w tych samych pozach, narodowi herosi na takich samych postumentach i identyczny papież obok identycznego papieża tuż za identycznym papieżem.

Głównym kryterium przy wyborze obiektów i miejsc, będących bohaterami i bohaterkami tej książki, nie była dla mnie ich

popularność, wielkość ani rozpoznawalność – właściwie wręcz przeciwnie. Im bardziej nienarzucające się i mniej dosłowne, tym bardziej mnie ekscytowały. Kiedy myślę o idei stojącej za tym wyborem, wraca do mnie Pomnik neurotyków. Jeśli nie wiesz o jego istnieniu i idziesz Alejami Ujazdowskimi, a nad tobą świeci słońce – za nic go nie zauważysz. Ale wystarczy, żeby spadło choć trochę deszczu, a z gładkiej równości chodnika wyłania się idealnie okrągła kałuża, na jakieś trzy centymetry głęboka. To cały pomnik. Unikat w bezkałużowym, elegancko odnowionym centrum miasta. Jedna z najbardziej niezwykłych i poetyckich realizacji, każdego dnia mijana przez tysiące nieświadomych osób.

Przewrotnie najtrudniejszym przeciwnikiem w odbiorze sztuki może się tutaj okazać rutynowe i rytualne odwiedzanie muzeów i galerii. Mamy przecież całą tę skomplikowaną choreografię zachowań: szeptów, powolnego przemieszczania się od obrazu do obrazu, a wreszcie – w momencie bezpośredniej konfrontacji z dziełem artysty – przybierania konkretnych póz i min. Kiedy dotknąłem tematu sztuki w przestrzeni publicznej i postanowiłem go zgłębić, zależało mi na tym, żeby porzucić konwenanse. Skupić się na samych dziełach i relacji, jakie możemy

z nimi budować. Nie fetyszyzować ich, tylko pokazać różne sposoby obcowania z nimi. Pracę nad książką rozpocząłem w grudniu 2024 roku. Pamiętam, że towarzyszyło mi wtedy przekonanie, że mój gust artystyczny jest dość ugruntowany i mniej więcej wiem, co lubię. Kiedy kończyłem pisać w grudniu 2025, byłem już absolutnie pewien, że niczego nie mam ugruntowanego. Namacalnym dowodem była lista miejsc, która zmieniała się w zabójczym tempie aż do ostatniego dnia pracy. W tym sensie ta książka jest dla mnie opowieścią o wstydzie i tego wstydu przełamywaniu. Bo nagle odkryłem, że większość moich wyborów artystycznych… nie była do końca moja. Była jakimś zbiorowym konsensusem środowiska, w którym się obracałem. Dopiero kiedy zacząłem jeździć po Polsce, odwiedzać większe i mniejsze miejscowości, rozmawiać z lokalnymi artystami i artystkami, dotarło do mnie z całą mocą, w jak ciasnej bańce do tej pory funkcjonowałem. Zorientowałem się, że sztuka była czymś, przez co sam siebie definiowałem, a jednocześnie w jakimś stopniu bałem się mieć własny gust.

Najbardziej mnie to uderzyło przy Żelaznym człowieku Zbigniewa Frączkiewicza. Znałem tę rzeźbę od dawna – totalnie niedzisiejsza forma gloryfikująca fizyczną siłę, wtórna wizualnie i na moje oko zbyt dosłowna. Tak mi się wydawało. Kiedy jednak spotkałem w Szklarskiej Porębie samego autora i poznałem historię tej realizacji wraz z całą narosłą wokół niej mitologią, natychmiast zmieniłem zdanie. Objawił mi się szalony, wielowątkowy fenomen kulturowy. Ludzie z siekierami próbujący odrąbać rzeźbie penisa. Wywózka na śmietnik i rychły powrót w chwale superbohatera. Czekoladowe smakołyki w kształcie Żelaznego człowieka produkowane jako pamiątki. Mogę się odnajdywać w tej estetyce albo wcale nie, ale znacznie ważniejsze jest dla mnie, że nagle staje przede mną coś absolutnie żywego i elektryzującego, przeciwieństwo arcydzieł zmumifikowanych w muzealnych magazynach, co mnie wypycha poza moją

strefę komfortu. Mówię zarówno o samej rzeźbie, jak i o wszystkich kontekstach i lokalnych emocjach, które stają się jej częścią.

Otwiera się zupełnie nowy obszar, którego nie znam, ale na który nie chcę się zamykać tylko dlatego, że nie pasuje do mojego wyobrażenia o „nowoczesności”.

Z tego właśnie powodu nie chciałbym w żadnym wypadku, żeby ta książka w czymkolwiek przypominała skostniały kanon – to raczej raport ze stoczonej walki. Notatnik z pola bitwy między różnymi, ewoluującymi gustami, a zarazem zachęta do tworzenia własnych list i hierarchii.

Chciałem też od razu zaznaczyć, z jakiego miejsca to wszystko piszę. Nie jest to narracja ani historyka sztuki, ani dziennikarza, ani krytyka. Piszę z perspektywy osoby, która nie ma w tej dziedzinie żadnego formalnego wykształcenia – kończyłem wpierw finanse i rachunkowość, a potem filozofię – ale dla której sztuka współczesna stała się absolutną obsesją. Początkowo jako odskocznia od regularnej pracy, a potem – poprzez kanał filmowy Solo Show, który prowadzę – jako absolutne centrum mojego życia zawodowego. To ona od prawie dekady wyznacza dobowy rytm mojego funkcjonowania i pochłania większość myśli. Piszę z perspektywy kogoś, kto nie posiada teoretycznych narzędzi do rozkładania dzieł na czynniki pierwsze, ale ma całkiem sporą wiedzę praktyczną, zdobytą podczas setek, może nawet tysięcy wizyt na wystawach i jeszcze większej liczby rozmów z twórcami i twórczyniami.

Łatwo mi to wszystko pisać z dzisiejszej perspektywy, ale początki pracy nad tą książką wyglądały zupełnie inaczej. Przez pierwsze kilka miesięcy próbowałem udawać, że mogę się przebranżowić i wystąpić w roli znawcy i profesjonalisty. Gdzieś w maju 2025 – pięć czy sześć miesięcy po rozpoczęciu prac – dotarło do mnie, że to nie ma sensu. To nie jestem ja. Nie napiszę analizy porównawczej dzieła Zbigniewa Frączkiewicza i  Dawida Michała Anioła. Najlepsze, co mogę zrobić, to pójść tym samym tropem, którym podążam na Solo

Show – ominąć hermetyczny język i z osobistej perspektywy opowiedzieć o tym, co w sztuce wydaje mi się najciekawsze i najbardziej poruszające. Bez żalu porzuciłem wówczas chłodny, naukowy ton i z błogosławieństwem mojej redaktorki Olgi Święcickiej zacząłem wszystko od nowa.

Zmiana tonu wpłynęła też na sposób, w jaki zacząłem myśleć o całym projekcie. Publikacja, która na początku miała być zbiorem „perełek”, zestawem najciekawszych dzieł w przestrzeni publicznej, poszła w kierunku moich bardzo subiektywnych fascynacji. Kluczem stała się ekscytacja płynąca z odkrywania nowych miejsc i podróżowania po Polsce – postanowiliśmy z redaktorką postawić na formułę przewodnika, praktycznego narzędzia do zawierania bliższej znajomości ze sztuką współczesną. Z czasem do listy obiektów zaczęły dołączać również niektóre galerie. Pomyślałem, że jeśli ktoś już dotrze do Zakopanego i odkryje fenomenalne rzeźby Henryka Burzca i Władysława Hasiora, byłoby nieodżałowaną stratą, gdyby choć na moment nie zaszedł do galerii Antoniego Rząsy, miejsca, które nauczyło mnie więcej niż niejedna książka – a właściwie zupełnie odmieniło moje spojrzenie na sztukę. Chciałem, żeby to były raczej instytucje mniej znane, które często – mimo skromnej skali – wychodzą poza klasyczny galeryjny i muzealny model i go redefiniują. Starałem się poprzez ich losy opowiedzieć historie znacznie szersze niż tylko o nich samych. Tak było, kiedy na przykład dotarłem do BWA Zielona Góra, które z dala od dużych miast robi dla sztuki więcej niż niejedna wielka instytucja ze sporo większym budżetem, a mnie posłużyło jako świetny pretekst do opowiedzenia o niezwykle udanym projekcie sieci lokalnych Biur Wystaw Artystycznych tworzonych w czasach PRL-u. I nagle wszystkie elementy same zaczęły się układać w całość. Dzwoniłem do jednej osoby, ona mnie odsyłała do następnej, odwiedzałem kolejną miejscowość, a potem ktoś trzeci wspominał mi o miejscu, o którym nigdy nie słyszałem, więc od razu tam jechałem. To były jedne z najpiękniejszych

chwil podczas pracy nad tą książką. Zaczynając ją, usilnie próbowałem nieco zdecentralizować narrację o sztuce współczesnej. Chciałem uciec z Warszawy, z Krakowa, nawet z Wrocławia i Łodzi, żeby pokazać, że sztuka jest nie tylko w dużych miastach. I nagle zobaczyłem, że to się naprawdę może udać. Najdobitniej poczułem to, kiedy zdzwaniałem się z kuratorką z Muzeum Narodowego w Poznaniu Anną Borowiec i nagle ona, zanim skończyłem referować swój pomysł na książkę, po prostu stwierdziła, że muszę jechać do Konina zobaczyć aluminiowe rzeźby z plenerów w latach 70. i 80. Nigdy o nich nie słyszałem, nikt w mojej bańce o nich nie mówił, a tam czekało na mnie wszystko to, co mnie najbardziej kręciło – ciekawa sztuka, wielkie nazwiska, a jednocześnie lokalny kontekst, bardzo specyficzna sytuacja, nigdzie indziej nie do zaobserwowania. Huta aluminium rok po roku, w czasach, w których prawie nikt w naszym kraju jeszcze nie pracował z tym materiałem, zapraszała do współpracy artystów wizualnych. Dzisiaj ich prace stoją w przestrzeni publicznej, dla wielu zupełnie nieistotne, ale kiedy znasz historię ich powstania, cieszysz się na spotkanie z nimi jak na obietnicę wypatrzenia megarzadkiego ptaka w jego naturalnym środowisku. I jedziesz przez pół Polski z przyjaciółmi, żeby się wspólnie napawać tym widokiem. Zaczynałem tę książkę z poczuciem lęku, że nie uda mi się jej całej wypełnić interesującą treścią. Regularnie dzwoniłem do mojej redaktorki i subtelnie podpytywałem, czy pomysł, żeby to było aż 101 miejsc, jest na pewno dobry, może trochę mniej, może nie mówmy o konkretnej liczbie. Bałem się, że nie starczy mi pomysłów. A teraz zamykam ten projekt z poczuciem kompletnie odwrotnym, zdumiony, niemal przygnieciony obfitością. Okazuje się, że tych obiektów – czasem zaniedbanych, czasem wymagających opieki – jest w Polsce mnóstwo. Pozostaje tylko (albo aż) je dostrzec. Mam wielką nadzieję, że dzięki tej książce staną się dla was trochę mniej „ukryte”, a trochę bardziej „na widoku”.

Pierwsze wrażenie jest oszałamiające. Zdjęcia w internecie nie oddają skali ani proporcji, więc nic nie zapowiada tego, co czeka nas na miejscu. Auto zostawiamy niedaleko kopalni Izer Granit i ruszamy pieszo. Las jest gęsty, ścieżka zarośnięta, a ja co chwila sprawdzam mapę, czy na pewno idziemy w dobrym kierunku. Pod koniec droga zaczyna piąć się w górę, rzeźbę do ostatniego zakrętu zasłaniają drzewa. Nagle – pośrodku opuszczonego kamieniołomu Wiciarka –wyrasta on: stutonowy głaz wsparty na czterech granitowych nogach. Rzeźba Zbigniewa Frączkiewicza.

Mimo skali i spektakularności tej realizacji trudno znaleźć o niej dokładniejsze informacje. Frączkiewicz kojarzony jest przede wszystkim jako autor Żelaznego człowieka (zob. s. 184) – dzieła w zupełnie innym tonie i wykonanego z innego materiału. Czuję się zdezorientowany, nie wiem, jak to ugryźć, stąd decyzja, żeby spróbować nawiązać kontakt z artystą i osobiście go odwiedzić.

Spotykamy się w jego domu w centrum Szklarskiej Poręby. Jest sierpień, miasto kipi od turystów. Frączkiewicz ma prawie 80 lat, porusza się powoli, narzeka na samotność i zdrowie, ale gdy rozmowa schodzi na sztukę – jakby odmłodniał o jakieś trzy albo cztery dekady.

Dowiaduję się, że rzeźba stanęła dokładnie tam, gdzie w latach 80. artysta zobaczył kamień po raz pierwszy. Spotkanie z wielkim blokiem granitu wspomina jako doświadczenie niemal mistyczne – mówi, że natychmiast nawiązał z nim bardzo osobistą, emocjonalną relację. Od tamtego momentu głaz stał się jego obsesją: choć idea wydawała się kompletnie nierealna, zapragnął uczynić z niego dzieło sztuki. Trzeba pamiętać, że maszyny w okolicznych kopalniach ledwo radziły sobie z ciężarem dziesięciu ton, a tu mowa o stu – i to w miejscu niedostępnym dla ciężkiego sprzętu, w gęstym i słabo skomunikowanym lesie. Rzeźba niemożliwa. Co ciekawe, nikt dokładnie nie wie, skąd ten głaz właściwie się wziął. Zwykle wydobywano tu znacznie mniejsze bloki. Artysta

podejrzewa, że mógł być przygotowany w latach 50. z myślą o Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie. Część dekoracji Pałacu –a dokładniej pomniki Mickiewicza i Kopernika przed głównym wejściem – wykonano właśnie z granitu. Możliwe, że gigantyczny blok kamienia miał być przeznaczony na jeszcze bardziej spektakularną rzeźbę – nigdy niezrealizowany pomnik Stalina przy trybunie honorowej. Projekt monumentalnej figury zgłosił między innymi Xawery Dunikowski, jednak nie zdążono wprowadzić pomysłu w życie. Z perspektywy czasu śmiało można powiedzieć, że dobrze się stało. Na spełnienie swojego największego artystycznego marzenia Frączkiewicz musiał czekać prawie pół wieku. Udało się dopiero w 2018 roku, dzięki wspólnym staraniom polskich i czeskich władz. Wizja artysty była wyjątkowa: zamiast – jak robi to większość klasycznych rzeźbiarzy – kształtować, obrabiać, podporządkowywać sobie materię, uznał, że kamień jest doskonały taki, jaki jest. Jedyny gest artystyczny Frączkiewicza polegał na osadzeniu głazu na czterech stopach. Jedną parę wykonali polscy rzeźbiarze, drugą – czescy. Wszystko oczywiście pod okiem Frączkiewicza. Artysta pozostawił im sporą dowolność, dlatego nogi mocno się od siebie różnią.

Podczas odsłonięcia mówił, że rzeźba jest „rodzajem gigantycznego ołtarza, kamieniem magicznym zaistniałym w hołdzie tym, którzy od wieków mozolnie wydobywają granit, często płacąc za trudną i niebezpieczną pracę własnym życiem”1. Dziś 100 Ton stanowi finał granitowego szlaku w Szklarskiej Porębie. Szlak zaczyna się od mniejszej rzeźby Frączkiewicza – Kamienia dla Kamienia – i prowadzi między innymi obok Kościoła św. Maksymiliana Kolbego, Sowich Skał i kopalni Izer Granit, gdzie do dziś wydobywa się ten sam rodzaj skały, z którego powstało dzieło.

SŁONECZKO

ZOFIA POCIŁOWSKA -KANN 1979

PARK RUSINOWA, WAŁBRZYCH

Kiedy się czyta publikacje poświęcone Zofii Pociłowskiej-Kann albo przygląda się jej najsłynniejszym realizacjom, można zauważyć, że lekkość i radość nie należą do jej znaków rozpoznawczych. Trudno więc uwierzyć, że to właśnie ona stworzyła jedno z najbardziej promiennych i radosnych dzieł w całej książce. Początkowo studiowała polonistykę, ale jej życie całkowicie odmieniła II wojna światowa. Działała w konspiracji jako kurierka. Ze wszystkich, nawet najtrudniejszych, misji zawsze udawało jej się wychodzić cało. Wpadła dopiero, gdy pod koniec 1940 roku doniósł na nią gospodarz domu. Trafiła na Pawiak, potem na Zamek w Lublinie i w końcu do obozu koncentracyjnego Ravensbrück. To tam zajęła się rzeźbą. Jej pierwsze prace powstawały na drewnianych trzonkach od szczoteczek do zębów. „Pierwszego wyrzeźbiłam prosiaczka. Udało się i zaczęłam szaleć. Dziewczyny dawały szczoteczki i zrobiłam setki kupidynków, słoników, medalików. Po wojnie pokazywały moje rzeźby oprawione w złoto i w srebro”2. Twórczość była dla tej artystki sposobem, by wśród obozowego terroru utrzymać się na powierzchni i nie stracić kontaktu z rzeczywistością.

W Ravensbrück wielokrotnie ocierała się o śmierć, ale nie chciałbym skupiać się wyłącznie na tym wątku. Wystarczy już, że prawie wszystkie publikacje zatrzymują się tylko na nim. Opuściła obóz w kwietniu 1945 roku i postanowiła rozwijać nową pasję. Nie wróciła na polonistykę – wybrała rzeźbę w Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie.

Dojrzała twórczość Pociłowskiej-Kann jest najczęściej kojarzona z wojną. Jej prace znajdują się między innymi na Pawiaku i w polskim pawilonie muzeum w Ravensbrück. Stała się niejako specjalistką od nadawania formy temu, co najbardziej bolesne i nieuchwytne. To jednak tylko część prawdy o jej sztuce. Z rozmów z jej rodziną dowiaduję się, że w prywatnej twórczości artystki wojna i cierpienie wcale nie odgrywały głównej roli. Znacznie mocniej zaznaczały się tematy przyrody, miłości, erotyzmu czy zabawy.

Do Wałbrzycha przyciągnęły ją najpewniej okoliczne wytwórnie ceramiki. Twórcy chętnie korzystali z ogromnych pieców działających w lokalnych zakładach, a Pociłowska-Kann na przestrzeni lat wypaliła w nich kilka swoich pomnikowych realizacji. W ten sposób poznała lokalne środowisko i w latach 70. została zaproszona do współtworzenia Wałbrzyskiej Galerii Rzeźby Plenerowej. Słoneczko jest najlepszym dowodem, że twórczość artystki znacznie wykraczała poza tematykę doświadczeń obozowych. Rzeźba powstała jako część założenia parkowego, w którym sztuka miała odpowiadać na potrzeby zarówno dorosłych, jak i dzieci –przeznaczona do dotykania, wspinania się i zabawy. Wykonana jest z kamionki, czyli szczególnie twardej oraz gęstej i odpornej na uszkodzenia ceramiki. Pierwotnie miała w centralnej części jeszcze soczewkę – skupiającą światło i tworzącą świetlisty krąg –która po pewnym czasie jednak zniknęła. Rzeźba dość szczęśliwe przeszła okres transformacji ustrojowej, kiedy większość obiektów artystycznych w Wałbrzychu dewastowano i niszczono, upatrując w nich symbolu poprzedniej epoki. Do dzisiaj znajduje się w tym samym miejscu, gdzie pierwotnie stanęła 50 lat temu – na wzniesieniu, z którego roztacza się urokliwy parkowy krajobraz. Takiego szczęścia zabrakło niestety drugiej rzeźbie Pociłowskiej-Kann, czyli Starodziejom. Realizacja, składająca się z 13 ceramicznych płaskorzeźb ilustrujących dzieje Polski, ma liczne uszkodzenia i dopomina się o natychmiastową konserwację.

POMNIK CZYNU POWSTAŃCZEGO

1946–1955

GÓRA ŚWIĘTEJ ANNY

XAWERY DUNIKOWSKI

Pomniki często kojarzą się z czymś trwałym i niezmiennym. Sprawiają wrażenie, jakby stały w danym miejscu od zawsze i jakby na zawsze miały tam pozostać. Tymczasem rzeczywistość społeczna i polityczna wskazuje na zupełnie inną prawidłowość. W wirze historycznych zmian to właśnie one często obrywają jako pierwsze – najbardziej podatne na fluktuacje ideologii i dominujących narracji. Jednym z najciekawszych przykładów tego zjawiska są założenia pomnikowe na Górze Świętej Anny – najwyższym punkcie Wyżyny Śląskiej, który naturalnie wyróżnia się z krajobrazu i niemal sam narzuca jako idealna lokalizacja dla wszelkich form upamiętnienia i kultu. Ten potencjał jako jedni z pierwszych dostrzegli franciszkanie, którzy już w XVII wieku założyli tu klasztor. W relacji do religijnego centrum – kilka wieków później – budowę rozpoczęli tu również naziści. W 1938 roku wznieśli amfiteatr na 50 tysięcy miejsc oraz mauzoleum w formie monumentalnej rotundy, przeznaczone na masowe wiece i widowiska propagandowe.

Pomnik upamiętniał Niemców poległych w największej bitwie III powstania śląskiego – w maju 1921 roku. Był to zryw polskich mieszkańców Górnego Śląska, którzy walczyli o przyłączenie regionu do odradzającej się Polski. Potyczka była wyjątkowo zacięta i krwawa. Choć Polakom udało się osiągnąć część celów politycznych, na polu walki zwyciężyły siły niemieckie. Nazistowskie założenie przetrwało II wojnę światową niemal nietknięte. Ale w nowej, powojennej rzeczywistości nie mogło zachować dotychczasowej formy. Władze PRL-u – szczególnie wyczulone na symboliczne znaczenie Śląska – postanowiły całkowicie odmienić obraz tego miejsca. Mauzoleum wyburzono i dokładnie w tym samym punkcie wybudowano nowy pomnik, również sięgający do tematu śląskich powstań. Tym razem jednak zamiast wyłącznie III powstania upamiętniono wszystkie trzy zrywy, a w miejsce niemieckich ofiar poświęcono go Polakom. Za realizację odpowiadał niezwykle już wtedy uznany Xawery Dunikowski.

Pomnik łączy to, co nowoczesne, z tym, co tradycyjne. Patos, a także zmonumentalizowana i radykalnie uproszczona forma spotykają się tutaj z nawiązaniami do przedchrześcijańskich, słowiańskich miejsc kultu (chramów). Tworzą go cztery masywne pylony, każdy wysoki na 15 metrów. Powierzchnię betonowych ścian pokrywają płaskorzeźby, między innymi sceny walk powstańczych oraz postaci symbolizujące różne grupy społeczne mieszkańców Śląska – górnika, hutnika, rolnika i kobiety z dzieckiem.

Chociaż sam jestem miłośnikiem form awangardowych i nieoczywistych, to kiedy pierwszy raz tutaj przyjechałem, musiałem skapitulować. Realizacja, która na reprodukcjach wyglądała surowo i dość zwyczajnie, porwała mnie swoją podniosłą, uroczystą atmosferą. Światło teatralnie wpadające między pylony, monumentalna skala, forma doskonale współgrająca z otaczającą przyrodą. Przez ponad godzinę biegałem zachwycony po całym terenie, patrząc na realizację Dunikowskiego z różnych perspektyw i podziwiając, jak pracuje w przestrzeni i z jakim wdziękiem wpisuje się w krajobraz. Dla mnie – jedno z najbardziej udanych założeń pomnikowych w Polsce.

PS Po okresie transformacji ustrojowej historia znów zatoczyła koło. Tak jak po II wojnie światowej pomnik na Górze Świętej Anny ponownie stał się kłopotliwy. Oprócz scen upamiętniających powstańców Dunikowski umieścił na reliefach również żołnierzy radzieckiej armii i Ludowego Wojska Polskiego, nad którymi powiewają czerwone sztandary z sierpem i młotem.

W świetle ustawy dekomunizacyjnej pomnik formalnie kwalifikuje się do usunięcia. Takie głosy podnosiły się wielokrotnie po 1989 roku. Przed smutnym losem uratowała go – co w sumie dość rzadkie w Polsce –wartość artystyczna. Pojawił się konsensus, że mimo wątków nieakceptowalnych z dzisiejszej perspektywy dzieło (jako całość) się broni i zasługuje na ochronę. Możliwe, że w niedługiej przyszłości skute zostaną jedynie symbole władzy radzieckiej, ale i to nie jest pewne.

KOLORGANISM 270925 [PAMIĘCI NIEMENA]

2025

ULICA BATALIONU „ZOŚKA” 5, OPOLE

Sorry, Mamo, wiem, że jesteś wielką fanką Pod papugami, ale nie do końca o takiego Niemena artyście tutaj chodzi. To dużo późniejszy Niemen, eksperymentalny Niemen, niedoceniany Niemen. Niemen, który jako jeden z pierwszych polskich artystów kombinował z muzyką elektroniczną i wykorzystywał w utworach syntezatory3. Temat jest trudny również dlatego, że dotyka bardzo drażliwej w świecie sztuki kwestii – tworzenia dzieła na czyjeś zamówienie. Przychodzą do ciebie władze miasta, oferują zazwyczaj nienajgorsze pieniądze i oczekują bardzo konkretnych efektów. Zgadzać się czy nie zgadzać? Próbować przepchnąć swoją wizję czy po prostu traktować zadanie jako

chałturę i szukać kompromisów? W Opolu takie dyskusje trwały prawie trzy lata. Władze miasta od dawna chciały zrobić coś z Sainerem. Było jasne, że zlecenie ma być związane z Krajowym Festiwalem Piosenki Polskiej, ale co by to dokładnie miało być, zupełnie nie było wiadomo. Dla mnie takie sytuacje –właśnie przez swoją nieokreśloność – są najbardziej interesujące, bo widać przy nich jak na dłoni, z jakim artystą lub artystką mamy do czynienia.

No bo oczywiście, wiele osób w swojej niszy potrafi tworzyć niezwykłe rzeczy, jednak prawdziwym wyzwaniem jest zachowanie oryginalności, kiedy pojawiają się wymagania z zewnątrz. A odpowiedzieć na potrzeby

lokalnej społeczności i jednocześnie zrobić coś absolutnie swojego i nowatorskiego –to już wyjątkowa rzadkość.

Kariera Sainera zaczęła się około 2007 roku w Łodzi. Działał wtedy często w duecie Etam Cru z Mateuszem Gapskim zwanym „Bezt”. Wpierw były kameralne graffiti, potem pojawiło się tradycyjne malarstwo, a w końcu doszły do tego większe realizacje w przestrzeni miejskiej. Studiował w Akademii Sztuk Pięknych, a równolegle coraz głębiej zanurzał się w street art. Jego zainteresowanie sztuką uliczną zbiegło się z ogromnym boomem na murale. Etam Cru zaczynało od pustostanów i garaży, a niedługo potem malowało już kilkunastometrowe ściany w centrum miasta. Ich prace były utrzymane w baśniowo-surrealistycznej estetyce. To wtedy powstała między innymi ikoniczna Madame Chicken, którą można do dzisiaj podziwiać w Łodzi przy Alejach Politechniki 16.

Z biegiem lat obaj panowie coraz więcej działali osobno. Sainer stał się rozpoznawalny międzynarodowo, a jego murale zaczęły się pojawiać między innymi w Belgii, Szwecji, Maroku, Finlandii, USA czy Dubaju. I tutaj pora na kolejny w tej książce moment mojego absolutnego zachwytu. Artysta, który ma mocno ugruntowaną pozycję, określony styl i estetykę – kładzie wszystko na szali i w okolicach 2020 roku rusza w zupełnie nowym kierunku. Choć to kontynuacja dotychczasowych działań, zmiana jest drastyczna i natychmiast zauważalna. Sainer porzuca klasyczną figurację i rusza w kierunku sztuki cyfrowej, a żeby tego było mało – najbardziej kręci go malowanie przyrody i krajobrazów. Jak niegdyś impresjoniści, wychodzi w plener, maluje niebo, drzewa, rośliny, wnikliwie studiuje każdy listek, a potem po tysiąckroć przerabia te wizerunki w programach graficznych, nakłada na siebie setki różnych perspektyw i tworzy z tego skomplikowane wielowarstwowe przedstawienia. Artysta wspomina, że pracując nad muralem dla Opola, przez trzy miesiące non stop słuchał kawałków Niemena, czytał teksty i oglądał jego obrazy (bo i takie tworzył).

Najbardziej interesował go Niemen od lat 70. w górę. Muzyk komponował wtedy dzieła odbiegające znacząco od jego najbardziej znanych utworów z lat 60., jak Dziwny jest ten świat albo wspomniane Pod papugami. Był to miks jazzu, progresywnego rocka i muzyki elektronicznej, który u większości dawnych fanów budził niechęć. W tym kontekście żona Niemena, z którą Sainer sporo się konsultował, przytacza anegdotę, że w dzieciństwie artysta wielokrotnie wychodził przed swój dom w niewielkiej wsi w Białorusi, patrzył na horyzont i marzył, że kiedyś przekroczy jego linię. Myślę sobie, że to doskonała metafora jego podejścia do tworzenia. Zamiast robić coś, co już umiał i co świetnie działało, chciał cały czas poszukiwać tego, co nowe i nieznane, cały czas był niezaspokojony. Kiedy rozmawiamy, w głosie Sainera pobrzmiewają ogromy szacunek i podziw dla Niemena. Na jego muralu nie znajdziemy charakterystycznej postaci w czarnym kapeluszu. Jest zdjęcie, ale jakieś takie mało znane, a do tego mnóstwo niemenowskich inspiracji – od związanych z nowoczesnymi technologiami, po pochodzące z natury i folkloru – zmieszanych ze sobą i przefiltrowanych przez wrażliwość Sainera. Jest nawet zarys Układu Słonecznego, którego mapę Niemen miał nad biurkiem. „Chciałem, aby kompozycja tego muralu – może dziwna i nieoczywista – zmotywowała ludzi do poszukania jego źródeł muzycznych, bo dla mnie bardziej niż wizerunek pana Czesława ważna jest jego twórczość i postawa artystyczna”4.

Copyright © by Tomasz Szymański

Projekt okładki Katarzyna Bućko

Na okładce wykorzystano zdjęcie rzeźb Alicji Białej Totemy

Zdjęcie na okładce Szymon Sokołowski

Fotografie

Szymon Sokołowski

Fotografia autora

Piotr Maślanka

Redaktorka inicjująca Olga Święcicka

Redaktorka prowadząca

Katarzyna Homoncik-Gajda

Konsultacja merytoryczna Piotr Policht

Redakcja Magdalena Matyja-Pietrzyk

Adiustacja Katarzyna Homoncik-Gajda

Korekta

Karina Bednarska-Markot

Projekt typograficzny

Katarzyna Bućko

Łamanie

Karolina Korbut | Mimoza

Opieka redakcyjna

Natalia Hipnarowicz-Kostyrka

Opieka promocyjna

Marcin Jarmusz

ISBN 978-83-8367-940-2

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl

Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl

Społeczny Instytut Wydawniczy Znak

ul. Kościuszki 37, 30-105 Kraków

Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl

Wydanie I, Kraków 2026

Printed in EU

Sztuka jest bliżej, niż myślisz! Mijasz ją w drodze do pracy lub osiedlowego sklepu, w dworcowej poczekalni albo na spacerze z psem.

PATRZYSZ NA NIĄ, ALE CZY JĄ WIDZISZ?

Oto 101 opowieści o sztuce ukrytej w twojej codzienności. O pomnikach na osiedlach, mozaikach na dworcach i rzeźbach w parkach, które tylko udają zwyczajność. Tomasz Szymański zatrzyma cię w biegu i pokaże ci wybitne dzieła, które łatwo przeoczyć, bo nie przypominają nam sztuki znanej z muzeów i galerii. Wyrusz szlakiem współczesnych dzieł przez miejsca nieoczywiste, niekiedy dziwne, ale zawsze fascynujące!

* Poznaj twórczość wybitnych artystów i artystek, o których nie przeczytasz w podręcznikach.

* Odkryj zapomniane zaułki, gdzie czekają prawdziwe perełki współczesnej kultury.

* Zasłuchaj się w lokalnych legendach, które sprawią, że nagle zapragniesz pojechać na drugi koniec Polski, by odkryć ich magię!

TOMASZ SZYMAŃSKI

twórca internetowy, autor instagramowego profilu Solo Show, gdzie przedstawia polską sztukę współczesną i ludową bez zadęcia i hermetycznego języka. Odwiedza wystawy, pracownie artystyczne i miejsca, w których sztuka spotyka się z codziennością. Od lat pokazuje, że sztuka nie musi być elitarna ani niezrozumiała – wystarczy opowiedzieć o niej inaczej.

Turn static files into dynamic content formats.

Create a flipbook