Skip to main content

Ujarzmienie

Page 1

T Ł UM ACZE NIE ANNA GR AL AK

KRAKÓW 2014


Tytuł oryginału: Authority AUTHORITY: A Novel by Jeff VanderMeer Copyright © 2014 by VanderMeer Creative, Inc. Published by arrangement with Farrar, Straus and Giroux, LLC, New York Copyright © for the translation by Anna Gralak Opieka redakcyjna: Anna Małocha, Joanna Stryjczyk Opracowanie typograficzne książki: Daniel Malak Adiustacja: Anastazja Oleśkiewicz / Wydawnictwo JAK Korekta: Anna Kopeć-Śledzikowska / Wydawnictwo JAK, Joanna Hołdys / Wydawnictwo JAK Łamanie: Andrzej Choczewski / Wydawnictwo JAK Projekt okładki, ilustracje na okładce oraz motyw graficzny na wyklejkach i rozkładówkach: Patryk Mogilnicki Promocja książki: Marcin Sikorski ISBN 978-83-7515-300-2

www.otwarte.eu Zamówienia: Dział Handlowy, ul. Kościuszki 37, 30-105 Kraków, tel. (12) 61 99 569 Zapraszamy do księgarni internetowej Wydawnictwa Znak, w której można kupić książki Wydawnictwa Otwartego: www.znak.com.pl Wydawnictwo Otwarte sp. z o.o., ul. Kościuszki 37, 30-105 Kraków. Wydanie I, 2014. Druk: Abedik, Poznań


Dla Ann


ZAKLĘCIA


000 W snach Kontrolera jest wczesny ranek, niebo ma głęboki niebieski kolor, rozjaśniony tylko odrobiną światła. Kontroler stoi na klifie i wpatruje się w otchłań zatoki. Za każdym razem jest inaczej. Jego wzrok sięga wiele kilometrów w głąb wody. Widzi pływające tam oceaniczne olbrzymy przypominające łodzie podwodne, dzwoniaste storczyki albo szerokie kadłuby statków, milczące, w ciągłym ruchu. Ich rozmiary sprawiają wrażenie takiej mocy, że nawet stojąc wysoko w górze, czuje zamęt powodowany ich obecnością. Godzinami wpatruje się w te kształty, ruchy, słuchając szeptów, które docierają do niego pod postacią echa... a potem spada. Powoli, zbyt powoli, bezdźwięcznie spada ku ciemnej wodzie, nie powodując plusku, nie marszcząc powierzchni. I spada dalej. Czasami trwa to dłużej niż sam sen, jakby się zagapił, a wtedy cicho powtarza swoje imię, dopóki nie wróci do niego prawdziwy świat.


001. SPADANIE Pierwszy dzień. Początek jego ostatniej szansy.  – To te, które przeżyły? Kontroler stał obok wicedyrektorki Southern Reach za naznaczonym smugami lustrem weneckim i wpatrywał się w trzy osoby siedzące w pokoju przesłuchań. Były to kobiety, które wróciły z dwunastej ekspedycji do Strefy X. Wicedyrektorka, wysoka, chuda, czarnoskóra i po czterdziestce, nie odpowiedziała na jego pytanie, co wcale go nie zaskoczyło. Odkąd zjawił się rano, poświęciwszy poniedziałek na rozpakowanie się, nie zaszczyciła go ani jednym słowem ponad to, co absolutnie konieczne. Nie obdarzyła go nawet nadprogramowym spojrzeniem, nie licząc chwili, w której poprosił ją i resztę personelu, żeby zwracali się do niego per „Kontroler”, a nie „John” czy „Rodriguez”. Wtedy na niego spojrzała i wywołując powściągliwe uśmiechy na twarzach współpracowników, odparła:  – W takim razie mów mi Patience, nie Grace. Zainteresowało go to odejście od prawdziwego imienia w stronę innego, które także coś znaczyło*.  – Nie ma potrzeby  – powiedział.  – Mogę ci mówić po prostu Grace. Był pewny, że jej dopiekł. Odpłaciła mu, nieustannie nazywając go „pełniącym obowiązki” dyrektora. Miała * Patience (ang.)  – cierpliwość; grace (ang.)  – gracja, wdzięk, łaska (wszystkie przypisy pochodzą od tłum.).

10


rację: między jej zarządzaniem a objęciem przez niego stanowiska ziała przepaść, dolina czasu i formularzy do wypełnienia, procedur do wykonania, poszukiwań i zatrudniania personelu. Na razie kwestia władzy pozostawała niejasna. Kontroler wolał nie kojarzyć wicedyrektorki ani z cierpliwością, ani z gracją czy łaską. Wolał ją traktować jak abstrakcję, jeśli nie obstrukcję. Zmusiła go do obejrzenia starego filmu szkoleniowego poświęconego Strefie X, choć z pewnością wiedziała, że nagranie zawiera tylko podstawowe, nieaktualne informacje. Wyraźnie dała do zrozumienia, że ich stosunki będą oparte na wrogości. Przynajmniej z jej strony.  – Gdzie je znaleziono?  – spytał ją teraz, mimo że tak naprawdę chciał spytać, dlaczego nie trzymają ich osobno. Ponieważ brakuje tu dyscypliny, ponieważ twoją agencję od dawna zjadają szczury? Są w piwnicy i gryzą, co popadnie.  – Przeczytaj akta  – powiedziała, wyraźnie dając do zrozumienia, że powinien już je znać. Potem wyszła z pokoju. Zostawiła Kontrolera sam na sam z teczkami na stole  – i z trzema kobietami za szybą. Oczywiście przeczytał akta, lecz liczył na to, że uda mu się przeniknąć przez mury obronne wicedyrektorki, a może nawet poznać jej myśli. Zresztą przeczytał też część jej kartoteki, lecz wciąż nie mógł jej rozgryźć, mógł ją oceniać tylko po tym, jak na niego reagowała. Chociaż minęły zaledwie cztery godziny jego pierwszego dnia pracy, Kontroler już czuł się skażony obskurnym, dziwnym budynkiem ze zniszczoną zieloną wykładziną i przestarzałymi opiniami innych 11


poznanych członków personelu. Wszystko przenikała jakaś martwota, nawet naturalne światło, które niemrawo przeciskało się przez wysokie, prostokątne okna. Jak zwykle miał na sobie czarną marynarkę i wizytowe spodnie, białą koszulę z błękitnym krawatem i czarne, wypastowane rano buty. Zastanawiał się, po co zadał sobie tyle trudu. Nie lubił takich myśli – bo przecież schludność nic go nie kosztowała  – tyle że trudno je było stłumić. Kontroler długo obserwował trzy kobiety, choć ich wygląd niewiele mu mówił. Dostały identyczne uniformy, trochę przypominające wojskowe mundury, a trochę fartuchy woźnych. Ogolono im głowy, jakby dotknęła je jakaś plaga, na przykład wszawica, a nie coś bardziej tajemniczego. Ich twarze miały identyczny wyraz, choć równie dobrze można by powiedzieć, że w ogóle były pozbawione wyrazu. Lecąc samolotem, powtarzał sobie, że nie powinien używać ich imion i nazwisk. Na początku chciał na nie patrzeć wyłącznie przez pryzmat ich funkcji. Reszta przyjdzie później. Tylko że nigdy nie potrafił zachować dystansu. Lubił się zagłębiać, szukać poziomu, na którym szczegóły ukazują się wyraźnie, nie oślepiając jednak swoim światłem. Geodetkę znaleziono w jej domu, siedziała na krześle na tarasie. Antropolożka zapukała do drzwi gabinetu męża. Biolożka była na zarośniętej działce kilka przecznic od domu, wpatrywała się w zniszczony mur z cegły. Podobnie jak członkowie wcześniejszych ekspedycji żadna z kobiet nie pamiętała, jak przeszła przez niewidzialną granicę i wydostała się ze Strefy X. Żadna z nich nie wiedziała, jak ominęła blokady, płoty 12


i inne przeszkody umieszczone wokół granicy przez wojsko. Żadna nie miała pojęcia, co się stało z czwartą członkinią ekspedycji  – psycholożką, która tak naprawdę była także dyrektorką Southern Reach i lekceważąc głosy sprzeciwu, poprowadziła ekspedycję incognito. W zasadzie w ogóle niewiele pamiętały. Tamtego ranka, jedząc śniadanie w zakładowej stołówce, Kontroler spojrzał przez olbrzymie okno na dziedziniec z mnóstwem kamiennych stolików, a potem na ludzi przesuwających się powoli w kolejce  – miał wrażenie, że jest ich zbyt mało jak na tak wielki budynek.  – Dlaczego nikt się nie cieszy z powrotu ekspedycji?  – spytał Grace. Zmierzyła go przeciągłym zbolałym spojrzeniem, jakby miała do czynienia z wyjątkowo tępym uczniem na zajęciach wyrównawczych.  – A jak myślisz, Kontroler, dlaczego?  – Zdołała już nadać jego przezwisku sarkastyczne brzmienie, więc czuł się tak, jakby utopił jedną z wędek dziadka, skazując ją na utkwienie w szlamie na dnie jeziora.  – Już raz przez to wszystko przechodziliśmy. Mimo dziewięciu miesięcy zadawania pytań nie zdołaliśmy się niczego dowiedzieć. A oni cały czas umierali. Jak byś się czuł? Długie miesiące dezorientacji, a potem śmierć wskutek wyjątkowo złośliwej odmiany raka. W odpowiedzi powoli pokiwał głową. Oczywiście miała rację. Jego ojciec umarł na raka. Kontroler nie wziął pod uwagę, jaki wpływ mogło to wywrzeć na personel. Dla niego to wciąż była abstrakcja, jedynie słowa w raporcie przeczytane podczas lotu. 13


Wykładzina w stołówce była ciemnozielona, opatrzona stylizowanym wzorem w jasnozielone strzałki prowadzące na dziedziniec.  – Dlaczego tu jest tak ciemno?  – spytał.  – Gdzie się podziewa całe światło? Ale na razie Grace miała dość jego pytań. Gdy jedna z trzech kobiet  – biolożka  – lekko podniosła głowę i spojrzała na szybę, jakby go widziała, Kontroler odwrócił wzrok, czując coś w rodzaju zawstydzenia. Interesowały go tylko jako elementy zagadki do rozwikłania i traktował je raczej bezosobowo, lecz być może one odbierały to inaczej, może czuły, że są obserwowane. Nikt go nie uprzedził, że pierwszego dnia pracy będzie przesłuchiwał zdezorientowane kobiety, które wróciły ze Strefy X, ale przecież musiał się tego domyślać, gdy zaproponowano mu to stanowisko. Od znalezienia uczestniczek ekspedycji minęło prawie sześć tygodni, a przed przysłaniem ich do Southern Reach przez miesiąc poddawano je badaniom w placówce na północy. Dokładnie w tym samym czasie Kontrolera skierowano do Centrali na dwutygodniowe szkolenie obejmujące całe dni, które odeszły w niepamięć, gdyż nic się w ich czasie nie działo, jakby na tym polegał plan. Później wszystko przyspieszyło i odtąd Kontrolera nie opuszczało wrażenie pośpiechu. Odkąd przyjechał, te i inne szczegóły budziły w nim coś w rodzaju daremnej irytacji. Głos, jego najważniejszy kontakt na najwyższym szczeblu, sugerował na początku szkolenia, że z uwagi na przeszłość Kontrolera to będzie łatwa misja. Southern Reach zmieniło się w zacofaną, zaściankową agencję strzegącą 14


uśpionej tajemnicy, którą chyba już nikt się nie przejmował, gdyż teraz skupiano się na terroryzmie i zniszczeniu środowiska naturalnego. Głos, jak zwykle szorstko, opisał cel misji słowami: „aklimatyzacja, ocena, analiza, a następnie dogłębne poznanie”, co od jakiegoś czasu nie wchodziło w zakres obowiązków Kontrolera. Kontroler zaczynał karierę, która  – co tu kryć  – miała potem lepsze i gorsze chwile, jako agent działający w terenie: zajmował się obserwowaniem komórek terrorystycznych w kraju. Później przeniesiono go do syntezy danych i analizy organizacji  – rozpracował co najmniej dwadzieścia spraw, banalnie podobnych, i nie wolno mu było o nich rozmawiać. Sprawy niewidoczne dla opinii publicznej: tajna historia niczego. Coraz częściej zajmował się jednak bezpośrednim rozwiązywaniem trudnych zadań, przede wszystkim dlatego, że chyba lepiej wychodziło mu określanie konkretnych problemów innych ludzi niż radzenie sobie z własnymi, ogólniejszej natury. W wieku trzydziestu ośmiu lat słynął właśnie z tego  – o ile w ogóle z czegokolwiek słynął. Nie musiał śledzić spraw od początku do końca, ale teraz właśnie na tym mu najbardziej zależało: na dogłębnym poznaniu. Tyle że nikt tak naprawdę nie lubi ludzi rozwiązujących problemy  – „Hej, pokażę ci, co robisz źle”  – zwłaszcza jeśli wszyscy uważają, że ten, kto je rozwiązuje, powinien najpierw uporać się z własnymi. Początki zawsze wyglądały dobrze, ale z końcami bywało różnie. Głos nie wspomniał, że Strefa X leży za granicą, która wciąż, po przeszło trzydziestu latach, stanowiła zagadkę. Kontroler odkrył to dopiero podczas 15


przeglądania akt i oglądania niepotrzebnego filmu szkoleniowego. Nie wiedział też, że wicedyrektorka znienawidzi go za zajęcie miejsca zaginionej dyrektorki. Choć tego powinien był się akurat domyślić. Strzępy informacji w kartotece Grace wskazywały na to, że jej rodzice należeli do niższych warstw klasy średniej, najpierw uczyła się w szkole publicznej, a potem musiała się starać bardziej niż inni, żeby zdobyć obecną pozycję. Natomiast Kontroler przynależał do pewnej tajemniczej dynastii, co oczywiście rodziło niechęć. Nie sposób jednak zaprzeczać faktom, nawet jeśli z bliska ta dynastia bardziej przypominała dziedziczoną franczyzę.  – Są gotowe. Chodźmy. Znowu zjawiła się Grace, rozkazując mu od progu. Wiedział, że istnieje wiele różnych sposobów, by złamać opór współpracownika albo jego wolę. I że prawdopodobnie będzie musiał wypróbować je wszystkie. Sięgnął po dwie z trzech teczek leżących na stoliku i nie odrywając wzroku od biolożki, czując opór stawiany palcom, przedarł je na pół, po czym wyrzucił do kosza. Za plecami usłyszał coś w rodzaju zduszonego okrzyku. Dopiero teraz się odwrócił  – i stanął oko w oko z całą niemą złością wicedyrektorki. W jej oczach zauważył jednak także ostrożność. Dobrze.  – Grace, dlaczego wciąż korzystacie z papierowych akt?  – spytał, robiąc krok naprzód.  – Polecenie dyrektorki. Czemu je podarłeś? Zignorował pytanie.  – Grace, dlaczego mówiąc o Strefie X, boicie się używać takich słów jak „obcy” czy „istoty pozaziemskie”? 16


Sam też wolał ich nie używać. Odkąd poznał prawdę, czasami czuł, jak w jego wnętrzu otwiera się wielka, pusta otchłań wypełniona jedynie jego własnym wołaniem i okrzykami niedowierzania. Ale nikomu o tym nie powiedział. Od kochanek, członków rodziny, a nawet od obcych ludzi słyszał, że jego twarz jest stworzona do gry w pokera. Miał jakieś sto osiemdziesiąt centymetrów wzrostu. Był opanowany. Zwarte, umięśnione ciało upodabniało go do sportowca. Mógł przebiec wiele kilometrów i w ogóle tego nie odczuwał. Szczycił się swoją zdrową dietą i tym, że dość często uprawia sport, choć lubił też whisky. Grace pozostała nieugięta.  – Brakuje nam pewności. Nie wolno niczego przesądzać.  – Nawet po tylu latach? Chcę przesłuchać tylko jedną z nich.  – Co?  – zdziwiła się. Siła w dłoniach zmieniła się w siłę w rozmowie.  – Nie potrzebuję pozostałych akt, wystarczy mi rozmowa tylko z jedną z nich.  – Musisz przesłuchać wszystkie. Jakby jeszcze nie rozumiała. Odwrócił się i sięgnął po trzecią teczkę.  – Nie. Potrzebuję tylko biolożki.  – To błąd.  – Siedemset pięćdziesiąt trzy to nie błąd  – powiedział.  – Podobnie jak siedemset dwadzieścia dwa. Zmrużyła oczy.  – Coś z tobą nie tak.  – Każ zostać biolożce  – powiedział, ignorując ją, lecz naśladując jej ton. „Wiem o czymś, o czym ty nie wiesz”.  – Pozostałe odeślij do kwater. 17


Grace wpatrywała się w niego, jakby był gryzoniem, i nie mogła się zdecydować, czy czuje obrzydzenie, czy litość. Po chwili jednak sztywno pokiwała głową i wyszła. Odprężył się, wypuścił powietrze. Musiała wykonywać jego polecenia, lecz jeszcze przez kilka następnych tygodni, których potrzebował na pełne wdrożenie się, miała sprawować kontrolę nad podwładnymi i mogła go przetestować na tysiąc sposobów. To alchemia czy prawdziwa magia? Czyżby się mylił? I czy to w ogóle miało znaczenie? Przecież nawet jeśli się mylił, wszystkie trzy kobiety były dokładnie takie same. Owszem, to miało znaczenie. To była jego ostatnia szansa. Tak mu powiedziała matka, zanim tu przyjechał.

Matka często kojarzyła się Kontrolerowi z błyskiem światła na dalekim nocnym niebie. Była i znikała, znikała i była, i wciąż o niej pamiętał. Czasami się zastanawiał, co wywoływało ten błysk. Tylko że tak naprawdę nie sposób się tego dowiedzieć. Jackie Severance była jedynaczką i poszła w ślady ojca: zaczęła służbę i osiągnęła w niej doskonałe wyniki. Zaszła w tej pracy znacznie wyżej niż jej ojciec Jack Severance, a przecież on też był wielce zasłużonym agentem. Jack wychował ją na twardą, zorganizowaną kobietę, stała się typem przywódczyni. Z tego, co wiedział Kontroler, dziadek zmuszał małą Jackie do 18


pokonywania wyczerpujących torów przeszkód i dźgania bagnetem worków z piaskiem. Niewiele było rodzinnych albumów ze zdjęciami, w których można by to sprawdzić. Jakkolwiek wyglądał ten proces, ojciec zaszczepił jednak córce także rodzaj zwyczajnego okrucieństwa, dążenie do doskonałych wyników i wyrachowanie mogące przyjmować postać pozornej obojętności na los innych ludzi. Kontroler bardzo ją podziwiał. Podążał za tym dalekim błyskiem światła, choć na znacznie mniejszej wysokości. Jako matka, nawet gdy była w pobliżu, okazywała się jednak zawodna: nie zjawiała się na czas, żeby go odebrać ze szkoły, nie pamiętała o drugim śniadaniu i nie pomagała mu w lekcjach  – rzadko bywała konsekwentna w jakichkolwiek ważnych sprawach szarej rzeczywistości po tej stronie przepaści. Ale też zawsze go wspierała, gdy na oślep rzucił się w wir służby, i potem  – gdy ją odbywał. Z kolei dziadek Jack nigdy nie wydawał się zadowolony z tego pomysłu. Pewnego dnia spojrzał na wnuka i powiedział: „chyba brakuje mu do tego temperamentu”. Taka ocena zdruzgotała szesnastoletniego chłopca, już zdecydowanego obrać ten kurs, lecz z drugiej strony wywołała w nim jeszcze większą determinację, jeszcze mocniej skupił się na celu, zwrócił bardziej ku niebu, w stronę światła. Później pomyślał, że być może właśnie dlatego dziadek to powiedział. Jack miał nieprzewidywalny, ognisty temperament, podczas gdy matka Kontrolera przypominała płomień błękitny jak lód. Kiedy Kontroler miał osiem albo dziewięć lat, po raz pierwszy pojechali do letniego domku nad jeziorem  – matka nazywała go prywatnym szpiegowskim 19


klubem. Tylko on, ona i dziadek. W kącie naprzeciw zniszczonej kanapy stał stary telewizor. Dziadek kazał mu poruszać anteną, żeby był lepszy odbiór. „Jeszcze trochę w lewo, Kontrolerze  – powiedział.  – Jeszcze tylko trochę”. Matka w drugim pokoju przeglądała jakieś odtajnione akta zabrane z biura. I właśnie w taki sposób Kontroler dostał swoje przezwisko, nie wiedząc, że dziadek zapożyczył je ze szpiegowskiego żargonu. Jako dziecko Kontroler uważał tę ksywkę za coś fajnego, coś, czym dziadek obdarował go z miłości. Był jednak wystarczająco bystry, żeby przez lata nie wspominać o niej nikomu oprócz członków rodziny, nawet swoim dziewczynom. Myślały, że to sportowe przezwisko z liceum, gdzie grał jako pomocnik rozgrywającego. „Teraz trochę w prawo, Kontrolerze. Rzuć tę piłkę jak prawdziwy mistrz”. Najbardziej lubił przewidywać, gdzie będą skrzydłowi, i rzucać prosto do nich. Nawet jeśli zawsze był lepszy podczas treningów, czerpał niezmąconą satysfakcję z tego rodzaju precyzji, z geometrii i zdolności przewidywania. Kiedy dorósł, sam wziął sobie „Kontrolera”. Wtedy już czuł pobrzmiewający w tym słowie kąśliwy protekcjonalizm, lecz nigdy nie zapytałby Jacka, co właściwie miał na myśli. Zastanawiał się, czy nie zraził dziadka tym, że podczas pobytu nad jeziorem poświęcał tyle samo czasu na czytanie, ile na wędkowanie. Zatem tak, przeniósł to dziecięce przezwisko na doros­ły grunt, zmienił jego wydźwięk i pozwolił, by do niego przylgnęło. Jednak kiedy po raz pierwszy zdarzyło mu się powiedzieć współpracownikom, żeby nazywali go Kontrolerem, w zasadzie nie potrafił wyjaśnić, dlaczego to zrobił. Po prostu z jakiegoś powodu przyszło mu to 20


do głowy, jakby dzięki temu mógł sobie zapewnić prawdziwy świeży start. „Jeszcze trochę w lewo, Kontrolerze, a może uda ci się złapać ten błysk światła”.

Dlaczego na pustej działce? Zastanawiał się nad tym od rana, odkąd obejrzał nagranie z kamery policyjnej. Dlaczego biolożka wróciła na pustą działkę, a nie do domu? Dwie pozostałe uczestniczki znaleziono w miejscach mających dla nich osobiste znaczenie, w takich, z którymi łączyła je emocjonalna więź. Biolożka spędziła jednak długie godziny na zarośniętej działce, nie zwracając uwagi na to, co działo się wokół. Zwykle po wielu godzinach oglądania nagrań z podejrzanymi Kontroler potrafił wyczuć nawet najbardziej prozaicz­ny nawyk albo tik nerwowy równoznaczny z przesyłaniem sygnału... tylko że na tym filmie niczego takiego nie znalazł. Southern Reach dowiedziało się o powrocie biolożki z raportu lokalnej policji, która wzięła ją za bezdomną: spóźniona reakcja wspomagana aktywnymi poszukiwaniami Southern Reach po znalezieniu dwóch pozostałych kobiet. Do tego dochodziła kwestia zwięzłości. Siedemset pięćdziesiąt trzy. Siedemset dwadzieścia dwa. Marny trop, ale Kontroler czuł, że to zadanie opiera się na szczegółach, na detektywistycznej robocie. Wiedział, że nie będzie łatwo. Nie mógł liczyć na szczęście, 21


na tępego amatora podkładającego bomby, uzbrojonego w sztuczny nawóz i jakąś wybrakowaną ideologię, pękającego po dwudziestu minutach w pokoju przesłuchań. Kopie ze wstępnych rozmów przeprowadzonych przed wysłaniem dwunastej ekspedycji wskazywały, że biolożka zdołała wypowiedzieć zaledwie siedemset pięćdziesiąt trzy słowa. Kontroler je policzył. Było wśród nich „śniadanie”, starczające za całą odpowiedź na jedno z pytań. Kontroler podziwiał tę odpowiedź. Wielokrotnie liczył słowa biolożki w czasie długiego oczekiwania, gdy podłączano mu komputer, wydawano identyfikator, przekazywano hasła i kody, i gdy przechodził przez wszystkie pozostałe rytuały, z którymi aż nadto się zaznajomił, przenosząc się do kolejnych agencji i wydziałów. Nalegał na gabinet byłej dyrektorki, mimo że Grace usiłowała go odseparować w upiększonym schowku na szczotki z dala od wszystkich ważnych spraw. Nalegał też, by nie usuwano z gabinetu żadnych przedmiotów jego poprzedniczki, nawet tych osobistych. Grace wyraźnie nie podobała się myśl, że Kontroler będzie mógł grzebać w rzeczach dyrektorki.  – Jesteś trochę dziwny  – powiedziała Grace, kiedy pozostali wyszli.  – Chyba brakuje ci piątej klepki. Tylko pokiwał głową, gdyż nie było sensu zaprzeczać, że jego decyzja jest nieco zaskakująca. Jeśli jednak chciał oceniać i naprawiać, potrzebował lepszego wyobrażenia o tym, jak bardzo wszystko wymknęło się spod kontroli  – a kiedyś usłyszał od pewnego socjopaty w innej agencji, że ryba psuje się od głowy. Ryby psują się wszędzie, rozkład tkanek nie podlega 22


żadnej hierarchii ani systemom kastowym, ale uwaga była słuszna. Kontroler natychmiast zajął miejsce za zniszczoną bryłą biurka, pośród stert niezliczonych teczek, stosów odręcznych notatek i przyklejanych karteczek. Siedząc na obrotowym krześle, miał wspaniały panoramiczny widok na regały pod ścianą upstrzoną tablicami korkowymi, obwieszonymi warstwą różnych kartek, przyczepianych i przenoszonych z miejsca na miejsce, aż upodobniły się do dziwnie delikatnej, lecz chaotycznej instalacji artystycznej. W pomieszczeniu czuć było stęchlizną, z lekką nutą dawno wypalonych papierosów. O przestarzałości gabinetu świadczyły choćby wielkość i ciężar komputerowego monitora oraz to, że nie działał od dziesiątek lat. Pokrywała go gruba warstwa kurzu. Ktoś niedbale odsunął go na bok, dwa jaśniejsze miejsca na podkładce na biurku wskazywały poprzednie położenie monitora i laptopa, którym go widocznie zastąpiono  – choć teraz nikt nie mógł tego laptopa znaleźć. Zanotował w pamięci, żeby spytać, czy przeszukali dom dyrektorki. Kalendarz pochodził z końca lat dziewięćdziesiątych. Czy właśnie wtedy dyrektorka zaczęła gubić trop? Nagle wyobraził ją sobie w Strefie X z dwunastą ekspedycją, jak snuła się w dziczy bez określonego celu: wysoka, krzepka czterdziestolatka, wyglądająca na starszą. Milcząca, targana konfliktami, rozdarta. Poczucie odpowiedzialności trawiło ją tak mocno, aż uwierzyła, że powinna dołączyć do ludzi, których wysyła w teren, że jest im to winna. Dlaczego nikt jej nie powstrzymał? Czyżby nikogo nie obchodziła? Użyła mocnych argumentów? Głos nic na ten temat nie powiedział. 23


Irytująco niekompletne akta niczego Kontrolerowi nie wyjaśniły. Wszystko, do czego dotarł, wskazywało na to, że jej zależało, a jednak w ogóle nie dbała o sprawne funkcjonowanie agencji. Lewym kolanem natrafił na obudowę komputera pod biurkiem. Zastanawiał się, czy on też przestał działać w latach dziewięćdziesiątych. Kontroler poczuł, że nie ma ochoty zaglądać do pomieszczeń, w których pracują informatycy, pełnych żałosnych, bezużytecznych zwłok komputerów z minionych dekad, do chaotycznego i niezamierzonego muzeum plastiku, kabli i płytek obwodu drukowanego. A może jednak ryba psuła się od głowy i jedynie dyrektorka uległa rozkładowi? Pozbawiony komputera Kontroler  – jego laptop nie został jeszcze uznany za wystarczająco bezpieczny  – przejrzał zatem zapis wstępnych rozmów z członkiniami dwunastej ekspedycji. Przeprowadziła je była dyrektorka, występując w roli psycholożki. Kontroler uznał, że pozostałe rekrutki były nieokiełznanymi, niepowstrzymanymi gejzerami: wielkimi rozchichotanymi, rozpędzonymi, tryskającymi banałem paplami. Osobami, które nie potrafiły trzymać języka na wodzy... cztery tysiące sześćset dwadzieścia trzy słowa... siedem tysięcy sto pięćdziesiąt cztery... i rekordzistka, językoznawczyni, która wycofała się w ostatniej chwili, osiągnąwszy wynik dwunastu tysięcy siedmiuset czterdziestu trzech słów, obejmujących między innymi heroicznie rozwlekłe wspomnienie z dzieciństwa, „mniej więcej równie zabawne jak kamień nerkowy rozrywający fiuta” (tak brzmiał dopisek na marginesie). Pozostawała zatem 24


tylko biolożka i jej siedemset pięćdziesiąt trzy słowa. Ta samokontrola skłoniła Kontrolera do spojrzenia nie tylko na słowa, lecz także na to, co było między słowami. Na przykład: „lubiłam wszystkie prace w terenie”. A mimo to z połowy z nich ją wyrzucono. Wydawało jej się, że nic nie powiedziała, lecz każde słowo  – nawet „śniadanie”  – tworzyło jakiś wstęp. Biolożka przeżyła w dzieciństwie niemiłe śniadanie. Duch czaił się właśnie tutaj, w zapisie rozmów przeprowadzonych po jej powrocie, błąkał się w stenogramach. To, co ukazywało się między wierszami, zniechęcało Kontrolera do powtarzania słów biolożki na głos, w obawie że z jakiegoś powodu mógłby nie zrozumieć podtekstów i ukrytych odniesień. Obiektywny opis ostu... Wzmianka o latarni morskiej. Kilka zdań na temat światła na grzęzawisku w Strefie X. Żadna z tych rzeczy nie powinna go była poruszyć, lecz jakimś cudem wyczuwał w tym wszystkim biolożkę, jakby spoglądała mu przez ramię. Rozmowy z pozostałymi członkiniami ekspedycji nie budziły podobnych odczuć. Biolożka twierdziła, że pamięta równie niewiele jak jej koleżanki. Kontroler wiedział jednak, że to nieprawda  – albo że to okazałoby się nieprawdą, gdyby skłonił biolożkę do mówienia. Czy chciał ją skłonić do mówienia? Czy była ostrożna, ponieważ w Strefie X stało się coś złego, czy może miała tę ostrożność w naturze? Po biurku dyrektorki przemknął cień. Kontroler poczuł, że już tu kiedyś był, tutaj albo gdzieś niedaleko, że już podejmował takie decyzje i prawie go to złamało  – albo rozerwało. Tylko że klamka już zapadła. 25


Turn static files into dynamic content formats.

Create a flipbook
Ujarzmienie by SIW Znak - Issuu