Skip to main content

Dżentelmen w Moskwie

Page 1

Prawdziwe bogactwo nosimy w sobie

DzENTELMEN w MOSK wIE AuTOR „DOBREgO wYChOwANIA”

AMOR TOwLES


Amor Towles

Dżentelmen w Moskwie

tłumaczenie Anna Gralak

Kraków 2017


Tytuł oryginału A Gentleman in Moscow Copyright © 2016 by Cetology, Inc. Copyright © for the translation by Anna Gralak Ilustracja na okładce i projekt okładki Melissa Four Adaptacja oryginalnego projektu okładki Maria Gromek Opieka redakcyjna Alicja Gałandzij Adiustacja Magdalena Matyja-Pietrzyk Korekta i łamanie d2d.pl ISBN 978-83-240-3753-7

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37 Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl Wydanie I, Kraków 2017 Druk: Colonel


Moskwa około 1922 roku ur rsb ete t P km nk 00 Sa 7 g

Dworzec Petersburski

BULW

Główny Dom Literatów

ka ers Tw ul.

piekarnia Filipowa •

•

AROW

E KOŁ

•

O

Łubianka

•

• plac Teatralny

Moskiewskie • Konserwatorium Państwowe

plac Czerwony•

Arbat

Kreml •

park Aleksandrowski •

plac Teatralny 76 m • TsUM

Teatr Wielki

•

Główny Powszechny Dom Towarowy • Teatr Mały

• Dom Związków

hotel Metropol *


Tak dobrze pamiętam Przyszedł do nas pieszo jako gość I trochę wśród nas zabawił Melodia pod postacią górskiego kota. A gdzie jest teraz sens naszego życia? Tak jak na wiele pytań I na to odpowiadam Odwracając wzrok przy obieraniu gruszki. Z ukłonem mówię dobranoc I wychodzę tarasowymi drzwiami Ku prostym wspaniałościom Kolejnej powściągliwej wiosny. Ale wiem jedno: Nie zagubił się wśród jesiennych liści na placu Piotra Wielkiego. Nie ma go w popiele z popielniczek w Ateneum. Nie ma go w błękitnych pagodach waszej pięknej chinoiserie. Nie ma go w sakwach Wrońskiego Ani w pierwszej zwrotce Sonetu XXX, Ani na dwudziestu siedmiu czerwonych… Gdzie on teraz jest? (wersy 1–19) hrabia Aleksander Iljicz Rostow 1913


Q

21 czerwca 1922 WYSTĄPIENIE HRABIEGO ALEKSANDRA ILJICZA ROSTOWA PRZED KOMISJĄ NADZWYCZAJNĄ LUDOWEGO KOMISARIATU SPRAW WEWNĘTRZNYCH Przewodniczą: towarzysze W.A. Ignatow, M.S. Zakowski, A.N. Kosariew Prokurator: A.I. Wyszyński PROKURATOR WYSZYŃSKI: Proszę się przedstawić. ROSTOW: Hrabia Aleksander Iljicz Rostow, odznaczony Orderem Świętego Andrzeja, członek Jockey Clubu, mistrz ceremonii łowieckiej. WYSZYŃSKi: Możecie zachować swoje tytuły, nikomu innemu nie są potrzebne. Ale dla porządku: czy jesteście Aleksandrem Rostowem urodzonym w Sankt Petersburgu dwudzieste­go czwartego października tysiąc osiemset osiemdziesiąte­­go dziewiątego roku? ROSTOW: Tak, to ja. WYSZYŃSKI: Zanim zaczniemy, muszę wyznać, że chyba nigdy nie widziałem marynarki zapinanej na tak wiele guzików. – 11 –


ROSTOW: Dziękuję. WYSZYŃSKI: To nie miał być komplement. ROSTOW: W takim razie żądam satysfakcji. Śmiech. SEKRETARZ IGNATOW: Cicho tam na galerii! WYSZYŃSKI: Pod jakim adresem obecnie mieszkacie? ROSTOW: W apartamencie trzysta siedemnaście w hotelu Metropol w Moskwie. WYSZYŃSKI: Od jak dawna? ROSTOW: Od piątego września tysiąc dziewięćset osiemnastego roku. Od blisko czterech lat. WYSZYŃSKI: A czym się trudnicie? ROSTOW: Trudnienie się nie leży w naturze dżentelmena. WYSZYŃSKI: Dobrze. W takim razie jak spędzacie czas? ROSTOW: Na posiłkach, dyskusjach. Lekturze, rozmyślaniu. Na zwyczajnych zajęciach. WYSZYŃSKI: I piszecie wiersze? ROSTOW: Jestem znany z tego, że władam piórem. WYSZYŃSKI (podnosząc pamflet): Czy jesteście autorem tego długiego wiersza zatytułowanego Gdzie on teraz jest? z tysiąc dziewięćset trzynastego roku? ROSTOW: Przypisuje mi się jego autorstwo. WYSZYŃSKI: Dlaczego go napisaliście? ROSTOW: Domagał się, żeby ktoś to zrobił. Tak się po prostu złożyło, że pewnego ranka siedziałem przy pewnym biurku, gdy akurat postanowił wysunąć swoje żądania. WYSZYŃSKI: A gdzie konkretnie to było? ROSTOW: W południowym salonie w Leniwejgodzinie. WYSZYŃSKI: W Leniwejgodzinie? ROSTOW: To posiadłość Rostowów w Niżnym Nowogrodzie. WYSZYŃSKI: A tak. Oczywiście. Jakże trafna nazwa. Skupmy się jednak na waszym wierszu. W czasie, w którym powstał – w spokojniejszych latach po nieudanej rewolucji w tysiąc – 12 –


dziewięćset piątym – wielu uznało go za wezwanie do działania. Zgodzilibyście się z taką oceną? ROSTOW: Cała poezja jest wezwaniem do działania. WYSZYŃSKI (zaglądając do notatek): I wiosną następnego roku wyjechaliście z Rosji do Paryża…? ROSTOW: Chyba pamiętam kwiaty na jabłoniach. Zatem tak, najprawdopodobniej była wiosna. WYSZYŃSKI: Dokładniej mówiąc, szesnasty maja. Rozumiemy powody waszej dobrowolnej emigracji, a wydarzenia, które skłoniły was do ucieczki, budzą w nas nawet odrobinę współczucia. Niepokoi nas jednak wasz powrót w tysiąc dziewięćset osiemnastym. Nasuwa się pytanie, czy nie wróciliście z zamiarem chwycenia za broń, a jeśli tak, to czy zamierzaliście jej użyć w imię rewolucji, czy przeciwko niej. Rostow: Obawiam się, że czasy, w których mogłem chwycić za broń, miałem już wtedy za sobą. WYSZYŃSKI: Dlaczego zatem wróciliście? ROSTOW: Z tęsknoty za klimatem. Śmiech. WYSZYŃSKI: Hrabio Rostow, chyba nie zdajecie sobie sprawy z powagi sytuacji. I nie okazujecie szacunku należnego zgromadzonym przed wami ludziom. ROSTOW: W swoim czasie caryca miała do mnie podobne pretensje. IGNATOW: Towarzyszu prokuratorze, jeśli wolno… WYSZYŃSKI: Proszę, towarzyszu sekretarzu. IGNATOW: Hrabio Rostow, nie wątpię, że wiele osób na galerii jest pod wrażeniem waszego uroku, ale dla mnie nie jest on żadnym zaskoczeniem. Historia pokazuje, że urok to szczyt ambicji klasy próżniaczej. Zaskakuje mnie raczej to, że autor rzeczonego wiersza stał się mężczyzną, którego życie najwyraźniej straciło sens. – 13 –


ROSTOW: Żyję w przekonaniu, że sens życia człowieka znany jest jedynie Bogu. IGNATOW: Otóż to. Dla was to pewnie bardzo wygodne. Komisja wychodzi na dwunastominutową przerwę. IGNATOW: Aleksandrze Iljiczu Rostowie, biorąc pod uwagę wasze zeznania, możemy jedynie uznać, że chwacki duch, który napisał wiersz Gdzie on teraz jest?, uległ nieodwracalnemu zepsuciu właściwemu swojej klasie i stwarza teraz zagrożenie dla tych samych ideałów, które niegdyś wyznawał. W związku z tym bylibyśmy skłonni wyprowadzić was z tej sali i postawić pod murem. Na wyższych szczeblach partii są jednak tacy, którzy zaliczają was do bohaterów przed­rewolucyjnej sprawy. Dlatego w opinii tej komisji powinniście wrócić do hotelu, w którym tak się wam podoba. Pamiętajcie jednak: jeśli jeszcze kiedykolwiek wychylicie nos z Metropolu, zostaniecie zastrzeleni. Następna sprawa. Dokument opatrzony podpisami W.A. Ignatowa M.S. Zakowskiego A.N. Kosariewa


Księga pierwsza Q


1922

Q Ambasador

21 czerwca 1922 roku o wpół do siódmej, gdy eskortowano hrabiego Aleksandra Iljicza Rostowa przez bramę Kremla na plac Czerwony, było pięknie i chłodno. Hrabia wyprężył pierś i nie zwalniając kroku, wciągnął powietrze w płuca jak ktoś, kto właśnie skończył pływać. Niebo miało dokładnie ten odcień błękitu, na którego tle kolory kopuł cerkwi Wasyla Błogosławionego prezentowały się najlepiej. Ich róż, zieleń i złoto połyskiwały, jakby jedynym sensem religii było wiwatowanie na cześć Najświętszego. Nawet młode bolszewiczki rozmawiające przed witrynami Państwowego Domu Towarowego zdawały się wystrojone dla uczczenia ostatnich dni wiosny. –  Witaj, dobry człowieku – zawołał hrabia do Fiodora na skraju placu. – Widzę, że jeżyny wcześnie obrodziły w tym roku! Nie dając zdumionemu sprzedawcy owoców czasu na odpowiedź, hrabia z nawoskowanymi wąsami rozpostartymi niczym skrzydła mewy żwawo poszedł dalej. Mijając bramę Rezurekcyjną, odwrócił się plecami do bzów w parku Aleksandrowskim i ruszył w stronę placu Teatralnego, gdzie hotel Metropol stał w pełni swojej chwały. Gdy hrabia dotarł do progu, puścił oko do Pawła, popołudniowego portiera, i z wyciągniętą ręką odwrócił się do dwóch idących za nim żołnierzy. – 17 –


–  Dziękuję, panowie, że bezpiecznie odeskortowaliście mnie z powrotem. Nie będę dłużej potrzebował waszej pomocy. Obaj żołnierze byli rosłymi chłopami, lecz aby spojrzeć hrabiemu w oczy, musieli unieść głowy i wyjrzeć spod czapek, gdyż – podobnie jak dziesięć pokoleń Rostowów – hrabia mierzył aż metr dziewięćdziesiąt. –  Idźcie dalej – powiedział ten o bardziej zbirowatym wyglądzie, kładąc rękę na kaburze karabinu. – Mamy was zaprowadzić do pokoju. W holu hrabia wykonał zamaszysty gest, by jednocześnie pomachać niewzruszonemu Arkademu (który obsługiwał recepcję) i uroczej Walentynie (odkurzającej właśnie posążek). Choć pozdrawiał ich w ten sposób już ze sto razy, obydwoje wytrzeszczyli oczy ze zdumienia. Był to ten rodzaj powitania, jakiego można się spodziewać, zjawiając się na balu bez spodni. Minąwszy dziewczynkę mającą słabość do żółtego koloru, która czytała jakiś magazyn, siedząc w swoim ulubionym fotelu w holu, hrabia gwałtownie zatrzymał się przed palmami w donicach i zwrócił do swojej eskorty. –  Windą czy schodami, panowie? Żołnierze spojrzeli po sobie, a potem na hrabiego i z powrotem na siebie, najwyraźniej nie potrafiąc się zdecydować. Jak żołnierz ma przetrwać na polu bitwy, zastanawiał się hrabia, skoro nie jest w stanie podjąć decyzji w kwestii sposobu dostania się na piętro. –  Schodami – wybrał w ich imieniu, po czym zaczął przeskakiwać po dwa stopnie naraz, jak to miał w zwyczaju od ukończenia akademii. Na trzecim piętrze ruszył korytarzem wyłożonym czerwoną wykładziną ku swojemu apartamentowi składającemu się z sypialni, łazienki, jadalni i okazałego salonu z dwuipółmetrowymi oknami wychodzącymi na lipy na placu Teatralnym. I tam czekała na niego największa przykrość, jaka miała go spotkać tego dnia. Przed otwartymi drzwiami jego apartamentu stał bowiem kapitan straży razem z Paszą i Pietią, dwoma boyami hotelowymi. – 18 –


Dwaj młodzieńcy z zakłopotaniem spojrzeli hrabiemu w oczy, gdyż najwyraźniej zwerbowano ich do zadania, które uważali za odrażające. Hrabia zwrócił się do oficera. –  Kapitanie, co to ma znaczyć? Kapitan, który wydawał się lekko zaskoczony pytaniem, był jednak wystarczająco dobrze wyszkolony, by utrzymać emocje na wodzy. –  Jestem tu, by pokazać wam waszą kwaterę. –  To jest moja kwatera. –  Obawiam się, że już nie – odpowiedział kapitan, zdradzając radość ledwie zauważalnym uśmieszkiem. Zostawiwszy Paszę i Pietię z tyłu, kapitan poprowadził hrabiego i jego eskortę ku schodom dla personelu schowanym za niepozornymi drzwiami w sercu hotelu. Słabo oświetlone, ostro skręcały co pięć stopni, przywodząc na myśl dzwonnicę. Pokonali nimi trzy piętra i otworzywszy drzwi, znaleźli się w wąskim korytarzu prowadzącym do łazienki i sześciu pokoi przypominających klasztorne cele. Początkowo na strychu miały się mieścić kwatery lokajów i służących gości hotelu Metropol, lecz gdy zwyczaj podróżowania ze służbą wyszedł z mody, nieużywane pokoje zostały podporządkowane kaprysom codziennych naglących potrzeb – od tego czasu były składowiskiem przeróżnych gratów, zepsutych mebli i innego śmiecia. Tego dnia rano z pokoju znajdującego się najbliżej schodów wyniesiono wszystko oprócz łóżka z kutego żelaza, komody na trzech nogach i dekady kurzu. W kącie obok drzwi stała mała szafa, bardziej przypominająca budkę telefoniczną, dorzucona jakby po namyśle. Podążając za pochyłością dachu, sufit stopniowo opadał w miarę oddalania się od drzwi, tak że jedynym miejscem przy zewnętrznej ścianie, w którym hrabia mógł stanąć prosto, była lukarna z szybą wielkości szachownicy. Gdy dwaj gwardziści z zadowoleniem zajrzeli do środka, miły kapitan wyjaśnił, że wezwał boyów hotelowych, by pomogli – 19 –


hrabiemu przenieść część dobytku, która zmieści się w jego nowej kwaterze. –  A reszta? –  Stanie się własnością ludu. A więc tak pogrywają, pomyślał hrabia. –  Doskonale. Zbiegł po wąskich schodach, a gwardziści popędzili za nim, stukając karabinami o ścianę. Na trzecim piętrze przemaszerował korytarzem i wszedł do swojego apartamentu, gdzie dwaj boye hotelowi przywitali go zbolałymi minami. –  Wszystko w porządku, chłopcy – zapewnił ich hrabia, a potem zaczął pokazywać przedmioty. – To. Tamto. I to. Wszystkie książki. Spośród mebli hrabia wybrał do nowej kwatery dwa fotele z wysokim oparciem, orientalny stolik do kawy należący niegdyś do jego babki oraz jej ulubiony komplet porcelanowych talerzy. Wybrał też dwie lampy stołowe z nóżkami w formie hebanowych słoni i portret swojej siostry Heleny namalowany przez Serowa podczas jego krótkiego pobytu w Leniwejgodzinie w 1908 roku. Nie zapomniał o skórzanej walizce, którą zaprojektował ­specjalnie dla niego Asprey w Londynie i którą jego dobry przyjaciel Miszka bardzo trafnie ochrzcił ambasadorem. Ktoś okazał się na tyle uprzejmy, by zanieść do sypialni jedną z waliz podróżnych hrabiego. Dlatego gdy boye hotelowi taszczyli na górę wspomniane przedmioty, hrabia wypełnił ją ubraniami i różnymi rzeczami osobistymi. Zauważywszy, że gwardziści popatrują na dwie butelki brandy na konsoli, je także wrzucił do walizy. A gdy zaniesiono ją na górę, wskazał biurko. Dwaj boye hotelowi w błękitnych uniformach, już poplamionych wskutek wysiłku, złapali biurko za rogi. –  Przecież ono waży z tonę – powiedział jeden do drugiego. –  Fortecą króla jest zamek – zauważył hrabia – a fortecą dżentelmena jego biurko. Gdy boye hotelowi wytaszczyli mebel na korytarz, zegar dziadka Rostowa, któremu było pisane zostać w apartamencie, – 20 –


smętnie wybił ósmą. Kapitan już dawno wrócił na posterunek, a gwardziści, zamieniwszy buńczuczność na znudzenie, stali oparci o ścianę, strząsając popiół z papierosów na parkietową podłogę. Do okazałego salonu wpadało niesłabnące światło moskiewskiego letniego przesilenia. Hrabia z tęsknym spojrzeniem podszedł do okien w północnym rogu apartamentu. Ile godzin przed nimi spędził? Ile razy rano, ubrany w szlafrok i z kawą w ręku, patrzył, jak nowi przybysze z Sankt Petersburga wysiadają z taksówek, zmęczeni i znużeni nocną podróżą pociągiem? Przez ile zimowych wieczorów obserwował padający powoli śnieg i jakąś samotną postać, tęgą i niską, przechodzącą pod uliczną latarnią? W tej chwili na północnym krańcu placu jakiś młody oficer Armii Czerwonej wbiegał po schodach Teatru Wielkiego, przegapiwszy pierwsze pół godziny wieczornego spektaklu. Hrabia uśmiechnął się na wspomnienie młodości, w której także wolał się zjawiać entr’acte. Zdecydowanym tonem zapowiadał w English Clubie, że może zostać jeszcze tylko na jednego drinka, po czym zostawał na trzy. Potem wskakiwał do czekającego powozu i gnał przez miasto, wbiegał po legendarnych schodach i tak jak ten młodzieniec wślizgiwał się do środka przez złote drzwi. Baletnice tańczyły z wdziękiem na scenie, a on szeptał „excusez-moi”, zdążając na swoje stałe miejsce w dwudziestym rzędzie, z którego miał doskonały widok na damy w lożach. Spóźnianie się, pomyślał hrabia i westchnął. Cóż za rarytas młodości. Potem się odwrócił i zaczął krążyć po apartamencie. Najpierw podziwiał wspaniałe rozmiary salonu i jego dwóch żyrandoli. Podziwiał malowaną boazerię w małej jadalni i wymyślny mosiężny mechanizm umożliwiający zamknięcie dwuskrzydłowych drzwi sypialni. Krótko mówiąc, oglądał wnętrze całkiem jak potencjalny kupiec odwiedzający te pokoje po raz pierwszy. Gdy znalazł się w sypialni, przystanął przed stolikiem z marmurowym blatem, na którym stały różne bibeloty. Wybrał spośród – 21 –


nich nożyczki, cenione niegdyś przez jego siostrę. Miały kształt czapli białej, ich długie srebrne ostrza były ptasim dziobem, a mała złota śrubka na sworzniu – ptasim okiem. Całość miała tak niewielkie rozmiary, że z trudem wsuwał w otwory kciuk i palec wskazujący. Spoglądając z jednego końca apartamentu na drugi, hrabia przeprowadził szybki inwentarz wszystkiego, co miało tam pozostać. Rzeczy osobiste, meble i objects d’art, które przyniósł do tego apartamentu przed czterema laty, były przedmiotami ocalałymi z pierwszej wielkiej selekcji. Gdy bowiem do hrabiego doszła wieść o egzekucji cara, natychmiast wyruszył z Paryża do Rosji. W ciągu dwudziestu dni przebył ziemie zamieszkiwane przez sześć narodów i ominął osiem batalionów walczących pod pięcioma różnymi sztandarami, by wreszcie 7 sierpnia 1918 roku dotrzeć do Leniwejgodziny, mając jedynie plecak na plecach. Wieś była na skraju wrzenia, a dom w rozpaczy, lecz jego babka hrabina zachowała typowe dla siebie opanowanie. –  Sasza – powiedziała, nie wstając z krzesła – jak dobrze, że wróciłeś. Pewnie umierasz z głodu. Zjedz ze mną podwieczorek. Gdy wyjaśnił babce konieczność opuszczenia kraju i przedstawił jej plan podróży, hrabina zrozumiała, że nie ma innego wyjścia. Zrozumiała, że choć każdy członek jej służby jest gotów jej towarzyszyć, wolno jej zabrać tylko dwie osoby. Zrozumiała także, dlaczego jej wnuk i jedyny spadkobierca, którego wychowywała, odkąd skończył dziesięć lat, nie może pojechać razem z nią. Gdy hrabia miał zaledwie siedem lat, mieszkający po sąsiedzku chłopiec tak srodze ograł go w warcaby, że nie obyło się bez łez i przekleństw, a pionki rozsypały się po podłodze. Tym brakiem sportowego ducha młody Aleksander zasłużył sobie na ostrą reprymendę ze strony ojca i poszedł spać, nie zjadłszy kolacji. Kiedy jednak pogrążony w rozpaczy ściskał koc, odwiedziła go babcia. Siadając w nogach łóżka, hrabina wyraziła odrobinę współczucia: „O przegrywaniu nie można powiedzieć nic miłego – zaczęła – a chłopak Obołeńskich to idiota. – 22 –


Ale Saszo, mój drogi, dlaczego, na litość boską, dałeś mu tę satysfakcję?”. W takim samym duchu hrabia rozstał się z babcią w dokach Peterhofu – nie roniąc łez. Potem wrócił do rodzinnej posiadłości, by nadzorować zamykanie okiennic. Później nastąpiło pospieszne zamiatanie kominków, opróżnianie spiżarni i przykrywanie mebli. Zupełnie jakby rodzina wyjeżdżała na sezon do Sankt Petersburga, tyle że psy wypuszczono z kojców, konie ze stajni, a służących zwolniono ze służby. Następnie, wypełniwszy jeden wóz częścią najwspanialszych mebli Rostowów, hrabia zaryglował drzwi i wyruszył do Moskwy. Zabawne, pomyślał Aleksander Iljicz, szykując się do opuszczenia apartamentu. Od najmłodszych lat musimy uczyć się żegnać z przyjaciółmi i rodziną. Żegnamy się z rodzicami i rodzeństwem na dworcu, odwiedzamy kuzynów, uczęszczamy do szkół, trafiamy do pułku, bierzemy ślub albo wyruszamy za granicę. To nieodzowny element ludzkiego doświadczenia, że nieustannie bierzemy jakiegoś drogiego nam człowieka w objęcia i życzymy mu wszystkiego dobrego, pocieszając się myślą, że wkrótce się z nami skontaktuje. Rzadziej jednak się zdarza, by doświadczenie uczyło nas, jak mówić adieu swojemu najukochańszemu dobytkowi. A nawet jeśliby uczyło? Nie bylibyśmy uszczęśliwieni taką edukacją. Bo ostatecznie najukochańszy dobytek staje się nam bliższy niż przyjaciele. Przenosimy go z miejsca na miejsce, często kosztem znacznych wydatków i niewygody. Odkurzamy i polerujemy powierzchnie, besztamy dzieci, gdy za bardzo dokazują w pobliżu – i jednocześnie pozwalamy, by wspomnienia nieustannie podnosiły ich wartość. Ta zbroja, wspominamy ochoczo, to ta sama, w której chowałem się jako mały chłopiec. Te srebrne kandelabry stały na naszym stole w Wigilię Bożego Narodzenia. To właśnie tą chusteczką wytarła kiedyś oczy, i tak dalej, i tak dalej. W końcu zaczyna nam się wydawać, że te starannie przechowywane przedmioty mogą nam przynieść prawdziwą pociechę w obliczu utraty towarzysza. – 23 –


Jednak, rzecz jasna, przedmiot to tylko przedmiot. Dlatego też, wsuwając siostrzane nożyczki do kieszeni, hrabia jeszcze raz spojrzał na pozostałe ruchomości, po czym na zawsze wyrzucił je z zasmuconego serca.

…

Godzinę później, gdy hrabia dwa razy podskoczył na swoim nowym materacu, żeby określić tonację sprężyn (G‑dur), spojrzał na upchane wokół meble i przypomniał sobie, jak w młodości marzył o wyprawach parowcem do Francji i nocnym pociągiem do Moskwy. A dlaczego marzył właśnie o tych podróżach? Dlatego że na parowcach i w pociągach są bardzo wąskie posłania! Jakże był zachwycony, odkrywszy stolik, który składał się i znikał bez śladu, szuflady wbudowane w podstawę łóżka oraz przymocowane do ściany lampki akurat takiej wielkości, żeby oświetlić kartkę. Taka ergonomia była muzyką dla jego młodego umysłu. Świadczyła o pragmatycznej precyzji i zapowiadała przygodę. Z pewnością właśnie tak wyglądały bowiem kwatery kapitana Nemo podczas dwudziestu tysięcy mil podwodnej żeglugi. Czy każdy młody chłopiec mający choć odrobinę odwagi nie zamieniłby z ochotą stu nocy w pałacu na jedną na pokładzie Nautilusa? No cóż. Jego marzenia wreszcie się spełniły. Poza tym połowa pokoi na drugim piętrze chwilowo służyła bolszewikom do niestrudzonego wystukiwania dyrektyw na maszynach, a na szóstym piętrze można było przynajmniej usłyszeć własne myśli*. * W apartamencie znajdującym się bezpośrednio pod apartamentem hrabiego Jakow Swierdłow, pierwszy przewodniczący Wszechrosyjskiego Centralnego Komitetu Wykonawczego, zamknął Komisję do spraw Opracowania Projektu Konstytucji, przysięgając, że nie obróci klucza z powrotem, dopóki jej członkowie nie skończą pracy. Maszyny do pisania terkotały

– 24 –


Hrabia wstał i uderzył głową w pochyły sufit. –  Otóż to – powiedział. Odsunąwszy jeden z foteli z wysokim oparciem i przestawiwszy słoniowe lampy bliżej łóżka, otworzył walizę. Najpierw wyjął zdjęcie delegacji i postawił je na jego prawowitym miejscu na biurku. Potem wydobył dwie butelki brandy i bijący dwa razy zegar ojca. Gdy jednak sięgnął po lornetkę teatralną należącą niegdyś do jego babki i położył ją na biurku, jakiś ruch skierował jego uwagę w stronę lukarny. Choć okno miało wielkość zaproszenia na kolację, zauważył gołębia, który przysiadł na miedzianym parapecie. –  O, witaj – powiedział hrabia. – Jak miło, że wpadłeś. Gołąb obrzucił go spojrzeniem prawowitego właściciela. Potem zaszurał pazurkami na blasze i kilka razy szybko stuknął dziobem w szybę. –  Ach, tak – przyznał hrabia. – W tym, co mówisz, jest sporo racji. Już miał wyjaśnić nowemu sąsiadowi powód swojego nieoczekiwanego przybycia, lecz z korytarza dobiegło delikatne chrząknięcie. Hrabia nie musiał się odwracać, by poznać, że to Andriej, maître d’hôtel restauracji Bojarska – Andriej bowiem zawsze zwracał na siebie uwagę w taki właśnie sposób. Skinąwszy do gołębia na znak, że niebawem wrócą do tej rozmowy, hrabia zapiął marynarkę i odwrócił się. Zobaczył, że Andriej nie przyszedł sam. W drzwiach tłoczyło się troje przedstawicieli personelu. Oprócz Andrieja, człowieka o doskonałej postawie i długich, rozważnych dłoniach, przyszli niezrównany hotelowy konsjerż Wasilij oraz nieśmiała i zachwycająca Marina o błądzącym oku, która niedawno awansowała z pokojówki na szwaczkę. Wszyscy całą noc, aż w końcu powstał historyczny dokument, który gwarantował wszystkim Rosjanom wolność sumienia (artykuł 13), wolność słowa (artykuł 14), wolność zgromadzeń (artykuł 15) i możliwość swobodnego cofnięcia każdego z tych praw, jeśli zostaną „wykorzystane na szkodę rewolucji socjalistycznej” (artykuł 23)!

– 25 –


troje mieli te same oszołomione miny, które hrabia zauważył u Arkadego i Walentyny kilka godzin wcześniej, i wreszcie coś sobie uświadomił: gdy rano zabierano go z hotelu, wszyscy myśleli, że już nie wróci. Wyłonił się zza murów Kremla niczym lotnik z wraku samolotu. –  Drodzy przyjaciele – zaczął hrabia – niewątpliwie zaciekawiły was wydarzenia dzisiejszego dnia. Jak być może wiecie, zaproszono mnie do Kremla na tête-à-tête. Tam kilku przedstawicieli obecnego reżimu mających stosowny zarost uznało, iż za zbrodnię polegającą na tym, że urodziłem się arystokratą, powinienem zostać skazany na spędzenie reszty moich dni… w tym hotelu. W odpowiedzi na radosne okrzyki hrabia uścisnął po kolei dłonie swoich gości, za każdym razem wyrażając wdzięczność za ich wsparcie i dziękując im z całego serca. –  Wejdźcie, zapraszam – powiedział. Troje członków personelu przecisnęło się między chybotliwymi wieżami z mebli. –  Niech pan będzie tak miły. – Hrabia podał Andriejowi jedną z butelek brandy. Potem ukląkł przed ambasadorem, zwolnił zatrzaski i otworzył walizkę niczym olbrzymią księgę. W środku spoczywały starannie ułożone pięćdziesiąt dwa kieliszki – lub, ujmując rzecz precyzyjniej, dwadzieścia sześć par kieliszków – każdy ukształtowany zgodnie ze swoim przeznaczeniem, od rozłożystej lampki do burgunda aż po małe, urocze naczynka zaprojektowane z myślą o kolorowych likierach z południowej Europy. Działając stosownie do okoliczności, hrabia sięgnął po cztery kieliszki z brzegu i rozdał je gościom, podczas gdy Andriej, wyjąwszy korek z butelki, czynił honory. Gdy wszyscy trzymali już pełne kieliszki, hrabia wysoko uniósł własny. –  Za Metropol – zaintonował. –  Za Metropol! – odpowiedzieli. Hrabia był poniekąd stworzony do podejmowania gości i przez następną godzinę, tu dolewając brandy, tam zagajając – 26 –


rozmowę, instynktownie rozpoznawał nastroje w pokoju. Mimo powagi właściwej pełnionej przez niego funkcji, tego wieczoru Andriej chętnie się uśmiechał i od czasu do czasu puszczał oko. Wasilij, który wysławiał się z tak wielką precyzją, mówiąc o turystycznych atrakcjach Moskwy, nagle nabrał śpiewnej intonacji człowieka, który niekoniecznie będzie jutro pamiętał, co dziś powiedział. A po każdym dowcipie nieśmiała Marina pozwalała sobie na chichotanie, nie zasłaniając ust dłonią. Tego wieczoru hrabia szczególnie cenił ich dobry humor, lecz nie był aż tak próżny, by przypisywać go wyłącznie wieści o tym, że mu się upiekło. Lepiej niż większość ludzi wiedział, że we wrześniu 1905 roku przedstawiciele rosyjskiej delegacji podpisali w Portsmouth traktat kończący wojnę rosyjsko-japońską. W ciągu siedemnastu lat od tego wydarzenia – nie minęło nawet jedno pokolenie – Rosja wycierpiała wojnę światową, wojnę domową, dwie fale głodu i tak zwany czerwony terror. Krótko mówiąc, miała za sobą epokę gwałtownych zmian, które nie ominęły nikogo. Bez względu na to, czy człowiek skłaniał się ku prawej czy ku lewej stronie, ku czerwonym czy ku białym, czy jego sytuacja zmieniła się na lepsze czy na gorsze, z pewnością przyszła pora, by wypić za zdrowie narodu.

…

O dziesiątej hrabia odprowadził gości do schodów dzwonnicy i życzył im dobrej nocy równie uroczystym tonem, jakiego użyłby, stojąc w drzwiach swojej rodzinnej rezydencji w Sankt Petersburgu. Wracając do kwatery, otworzył okno (mimo że miało wielkość znaczka pocztowego), nalał sobie resztę brandy i usiadł przy biurku. Biurko, wykonane w Paryżu za czasów Ludwika XVI, ozdobione pozłacanymi akcentami, ze skórzanym blatem charakterystycznym dla tej epoki, zostawił hrabiemu w spadku jego ojciec chrzestny, wielki książę Demidow. Wielki książę, człowiek o ogromnych białych bokobrodach, bladobłękitnych oczach – 27 –


i złotych epoletach, mówił w czterech językach i czytał w sześciu. Nigdy się nie ożenił, reprezentował swój kraj w Portsmouth, zarządzał trzema majątkami i ogólnie rzecz biorąc, cenił pracowitość wyżej niż dyrdymały. Wcześniej jednak służył razem z ojcem hrabiego jako beztroski kadet w kawalerii. W ten oto sposób wielki książę został czujnym opiekunem hrabiego. A gdy w 1900 roku rodzice hrabiego w odstępie kilku godzin ulegli cholerze, to właśnie wielki książę wziął hrabiego na stronę i wyjaśnił, że Aleksander musi być silny przez wzgląd na siostrę, że nieszczęścia objawiają się pod różnymi postaciami i że jeśli mężczyzna nie jest panem swojego losu, to z pewnością stanie się jego sługą. Hrabia przesunął dłonią po zagłębieniach w powierzchni biurka. Ile słów wielkiego księcia odzwierciedlały te delikatne ślady? To tutaj przez czterdzieści lat powstawały zwięzłe polecenia dla zarządców, przekonujące argumenty dla mężów stanu, wyjątkowe rady dla przyjaciół. Innymi słowy, obok takiego biurka nie można było przejść obojętnie. Opróżniwszy kieliszek, hrabia odsunął krzesło i usiadł na podłodze. Przesuwał ręką po wewnętrznej stronie prawej przedniej nogi biurka, dopóki nie znalazł zapadki. Gdy na nią nacisnął, otworzyły się ukryte drzwiczki, ukazując wyściełane aksamitem zagłębienie, które podobnie jak zagłębienia w trzech pozostałych nogach, wypełniono złotymi monetami.


wszystko przez jeden wiersz… to z jego powodu hrabia rostow musiał zamienić przestronny apartament w metropolu, najbardziej ekskluzywnym hotelu moskwy, na mikroskopijny pokój na poddaszu, z oknem wielkości szachownicy. dożywotnio. taki wyrok wydał bolszewicki sąd. rostow wie, że jeśli człowiek nie jest panem swojego losu, to z pewnością stanie się jego sługą. Pozbawiony majątku, wizyt w operze, wykwintnych kolacji i wszystkiego, co dotychczas definiowało jego status, stara się odnaleźć w nowej rzeczywistości. z pomocą zaprzyjaźnionego kucharza, pięknej aktorki i niezwykłej dziewczynki na nowo buduje swój świat. gdy za murami hotelu rozgrywają się największe tragedie dwudziestego wieku, hrabia udowadnia, że bez względu na okoliczności warto być przyzwoitym. A największego bogactwa nikt nam nie odbierze, bo nosimy je w sobie.

Dżentelmen w Moskwie to przede wszystkim hołd złożony drugiemu człowiekowi, ale też pieśń miłosna o rosji – kraju wielkich artystów i szlachetnych ludzi. Powieść uznana została za jedną z najlepszych książek 2016 roku przez najważniejsze media anglosaskie. od dnia premiery ciągle znajduje się na liście bestsellerów „new york timesa”.

„amor towles pokazuje, jak żyć naprawdę w czasach, gdy już samo przetrwanie jest sztuką. Jego powieść przepełniona jest nostalgią za złotą erą tołstoja i turgieniewa i przypomina czytelnikowi, że choć teraz nadszedł czas Putina, to Puszkina zapamiętamy na zawsze”.

cena 49,90 zł

„O, The Oprah Magazine”


Turn static files into dynamic content formats.

Create a flipbook
Dżentelmen w Moskwie by SIW Znak - Issuu