Skip to main content

Historia filozofii po góralsku

Page 1

ks. jรณzef

historia filozofii po gรณralsku

Wydawnictwo Znak Krakรณw 2018


Projekt okładki Michał Pawłowski www.kreskaikropka.pl Redakcja Wojciech Bonowicz Opieka redakcyjna Kinga Janas Korekta Barbara Gąsiorowska Barbara Wójcik Łamanie Ryszard Baster

Copyright © by the Estate of Józef Tischner © Copyright for this edition by SIW Znak sp. z o.o., 2018

ISBN 978-83-240-5401-5

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37 Dział sprzedaży: tel. (12) 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl Wydanie III, 2018. Printed in EU


Bedym teroz opowiadoł, jak było naprowde z tymi mędrolami. Cystóm prowde bede godoł. Niby, jaki byk mioł interes, coby śklić? Piersy mędrol nazywo się w ksiązkach Tales, ale naprowde nazywoł się on

Stasek Nędza nie z Miletu, ino z Pardałówki Jego ociec chowoł owce i kupcył kóniami. To casym broł syna do miasta, coby wozu strzóg. Ale Stasiowi kotwiyło się tak siedzieć na wozie i siedzieć. A siedzieć było trza. To z totyk nudów nawiedziyło go myślenie. I zostoł się jako ten mędrol. Stasek Nędza z Pardałówki, dlo niepoznaki zwany Talesem z Miletu, się nie ozyniył. Kie go matka ­nagabywała: „zeń się”, to jej godoł: „jesce nie cas”. A kie jesce prógowała, to jej pedzioł: „juz nie cas”. Tak to nie było casu na głupstwa. Kie go roz ftosi spytoł, cymu ni mo dzieci, odpedzioł: „bo jo kochóm dzieci”. Ale byli i tacy, co się ś’niego prześmie­wali. Razu jednego wyseł w nocy na grape, co by się napatrzyć na gwiazdy, i wpod do dołu. Uwidziała to Kaśka z Nędzówki i ozbębnieła po całyj wsi: „He, jaki mi ś’niego mędrol, nie widzi tego, co pod nogami, a chciołby wiedzieć, co na niebie”. Baby na wsi nie sanujóm niezyniatyk. Cheba ze księdza. Dziś nawet małe dzieci ucóm się w skole „twierdzenia Talesa”, a rzeke Staska Nędzy z Pardałówki. A było 7


z tym „twierdzeniem” tak. Kie budowali wieże kościelnóm w ­mieście, to się im skóńcyła miara i nie wiedzieli, cy trza juz kóńcyć wieże, cy jesce nie. I kieby nie Stasek, byłaby z tego drugo wieża Babel. Bo budorze byli robotni, nie tacy jako dziś. Dopiero Stasek wyśpekulowoł, że trza po­ miyrzyć wysokość budowy przez pomierzanie jej słonkowego cienia wte, kie cień chłopa ma takóm samóm długość jak ­wysokość chłopa. Pomierzali. Nei wtedy Stasek pedzioł: „chłopy, dość”. No i tak ta wieża stoi do dziś dnia. Stasek mioł jednak głowe. Roz w zimie, kie była ćma i duse cyścowe podchodziyły pod okno, Stasek pedzioł: „Smierzść się w nicym nie róźni od zycio”. Ftosi mu dogodoł: „No to cymus nie umieros?”. On na to: „No tymu. Kieby się róźniyła, to byk moze i umar, a tak to co bedym umieroł”. Taki to był Stasek Nędza z Pardałówki, co z nudów wynaloz myślenie.


Co wóm powiym, to wóm powiym, ale wóm powiym, ze Hipokrates po prowdzie to się nazywo

Wincenty Galica z Biołego Dunajca A to był doktor, co lecył z chorób. Piyrsy doktor na Podholu. A było tak. Ludziska lecyli się, jako mogli. Wierzyli, że chorość przichodzi od złych duchów. Moze tyz przyjść, jak fto ruci urok. Carownica przypatrzy się złym okiem na ciebie i już cujes: w głowie ci się mąci i na wy­ mioty biere. Wte trza trzy razy poźreć na ziem i na niebo, na ziem i na niebo, na ziem i na niebo, to car zniknie. Chłopy z Lędaku do dziś dnia wiązóm kónióm z boku cyrwone kiście, coby zły wzrok przyciągały i kónie nie dostawały ochwatu. Dopiero Wincenty Galica piersy wzión chorobe na rozum. Z chorobóm mo się rzec tak, jakby ci fto fałszowoł w muzyce. Ty ciągnies prym, a drugi ciągnie sekund. Ciąg­ nie źle. Całe granie na nic. Tak samo z basami. Prym – dajmy na to – dobry, sekund dobry, a basista przysypio. Cołkiym źle. Chorość to jest rozestrojenie w naturze. Jakby taki zgrzyt, jaz mrówki idóm po pocierzu. A doktor, co lecy, to jest stroiciel natury. Chyci kołek od struny, tu popuści, tam podciągnie, popuko, posłucho i... juz gro! Tak samo zrobi z cłekiem. Artysta! Ino ze od ludzi. 9


Ród Galiców był dwojaki. Jedna gałąź rodowa wojówała. Ka się ino jako wojna tocyła, to Galice juz hań byli. Galice kozdóm bitwe mieli wygranóm, ino pote cesarzowie przegrywali wojny. A drugo gałąź rodowa to były muzykanty. Ci jak nie grali, to stroili, a jak mieli juz nastrojone, no to grali. Mały Wicuś Galica wzión się z totyj sprzec­ności. Kie jedni się bijóm, a drudzy grajóm, to dziecku nie zostaje nic, ino lecyć. A lycył tak, jakby chorego do góralskiej muzyki przysposobić. Coby i w nim sytko grało. Ej Boze, on i zęby targoł, jak było trza. Nawet ze znieculeniem. Mioł taki stołecek z dzióróm, a pod ­stołeckiem, pod dzióróm sydło było, zaś pod śpicym sydła łapka. Kieś siadoł na stołecku, to Galica klesce przykładoł do zęba, zniedobocka prziciskoł nogóm łapke, sydło się wbijało ­wysyj łydka, ej, kie cie nie dziubnie, toś zabacowoł o ­zębie i... fyrt, juz po nim. Roz Galica wyrwoł bolący ząb ­babie z ­Bańskiej, to pedziała: „Wiedziałak, ze mo korzenie, ale ze telo ­długie?”. Wincenty Galica z Biołego Dunajca wymyślył przysięge, co jóm zwióm „przesięgom Hipokratesa”. Jak óna moze się tak zwać, kie Hipokratesa wcale nie było, ino był w Biołym Dunajcu Wincenty Galica, co się pote przeniósł do Zokopanego i tam, jak się robił wiater holny i ludzi brało takie jakiesi rozestrojenie, ze nic ino się wiesali, to ón ik odrzynoł, dobrym wiatrem ik nadymoł i tak przywracoł im ducha. Ta nie sytkim przywróciył, ba, ino to tym, co nie wystygli. Ej ta, wystygniętymu to nawet muzyka nie pomoze.


Widzieliście wy kiedy pola w Chyźnym na Orawie, ka teroz jest granica ze Słowieńskiem? Jest hań dziś jedna wielgo łąka, a za łąkom las, dopiero zzo lasa widać – Tatry. Zył przed wiekami mędrol, co go zwali z grecka Anaksymandrym, a po prowdzie nie był to nikt inksy, ino sóm

Stefek Łaciok z Chyźnego Tyn dopiero śpekulowoł! Ludzie góniyli za dutkami, harowali przy sianie, uwijali się koło bydła, a on – śpekulowoł. Wychodził z rana zza chałupe, patrzoł, jak gmły ku niebu z ziemi idą, wiater od Babiej Góry ku Tatróm ciągnie, i dziwowoł się światu. Fto się dziwuje, ten się wydziwu­ je. Stefek Łaciok z Chyźnego pytoł sóm siebie: co było na pocątku? I naloz! Na pocątku była pustać. Jakbyś siedzioł w Chyźnym, to byś tak samo godoł. Nie wiem, cy wiecie, co to „pustać”? Pustać to jest jakby pół nicego. To się ciągnie, ciągnie i nie kóńcy. Jak te pola między Jabłonkom a Chyźnym. Spróguj chycić kose i kosić. Idzies krok po kroku i nic ci nie ubywo. Pierwej umres, jako dokosis do końca. Pustać to jest jakby te wanty w Dolinie Waksmundzkiej w Tatrak. Wanta przi wancie, z jednej strony takie białawe, z drugiej cyrniawe a syćkie takie jakiesi ślepe i głuche. Godóm wóm – pustać, pół nicego. 11


Pustać – to jest casym i chłop dlo baby. Kie chłop babe domierzi, to baba do niego: „ty pół nicego!” Cy z takiego moze powstać co dobrego? Moze się co urodzić? Z takiej chłopskiej pustaci? To dopiero pytanie! Ale Stefek Łaciok z Chyźnego wiedzioł, ze z pustaci ro­ dzi się sama niesprawiedliwość. Bo dajmy na to, ze urodzi się kamień. Juz tyn kamień przepycho się i rozpycho, łokaciami robi, coby inkse kamienie od sie odsunąć i samemu ino być na tym świecie. Abo niech się narodzi trowa. Juz ta jedno trowa drugóm trowe od się odpycho, coby jej rosy nie wypiyła. Niech się narodzi robocek, na tyn przykłod pająk. Juz tyn pająk sieć zastawio, coby mucha do sieci wpadła. Nieg-ze się narodzi owca. Juz na tóm owce ceko wilk. Zbójeckie prawo rządzi światem. Owca gryzie trowe, wilk owce, wilka pchły zrejóm, a nad syćkim wisi pustać. Świat stoi zbójeckim prawem. Pamięć o myślach Stefana Łacioka z Chyźnego jest je wse zywo. Ludziska zabacują, fto pedzioł, ale wiedzóm, co pedzioł. A nobardziej siedzi im w głowie ta pustać, to pół nicego, nicość, to takie nic. Leonowi Korkosowemu z Łopus­ nej ukozało się toto we flasce. Powiem więcej: ono wysło z flaski. Chłopi przi gorzołce medetowali, co by to miało być to „nic”. Leon im pedzioł: „to jest pół litra na dwók”. Myśli mądrych ludzi wiecnie zywe.


Byliście kie na Marusynie? Jag-eście nie byli, to idźcie. Na Marusynie zył przed rokami mędrol, co się znoł ze Stefkiem Łaciokiem, orawskim Anaksymandrym, a nawet godoł do niego „stryku”, a nazywoł się nie Anaksymenes, jako pisóm, ale zwycajnie

Józek Staszel z Marusyny Óni oba się spotykali, kie śli z miasta z jarmaku. A na Orawe chodziyło się wtedy koło wody. To siadowali se nad wodóm, a kie się im jeść chciało, to łapali ryby, piekli na ogniu i furt sami siebie pytali: „Co było na pocątku?”. Kie Stefek Łaciok pedzioł, ze „pustać”, to mu Józek zaprzecył: „Nijakim prawym, stryku, nie jest to pustać, bo z pustaci moze się wziąć ino samo nic”. To Anaksymander, rzeke Stefek Łaciok, na to: „No to co?”. Józek – niby Anaksymenes, wywodziył tak:  – Na pocątku był dych. Z dychu biere się w-dych, wy-dych, od-dych. Jak się dych skupi, to rodzi się dusa. Dusa trzymo cłeka w kupie. Bo jakby nie trzymała, to byście-sie ozlecioł, na amen. Dych rozmaicie duje. Kie wyjdzies na wierch Marusyny, to go dobrze cujes. Cujes, jak w ciepły dzień miełośnie 13


ogarnio świat. A jak się zezłości, to Jezus Maryjo! Piere śniegiem, siece dyscym, łómie drzewa, chałupy przenosi z miejsca na miejsce. Bosko moc. Jak się dych rozrzedzi, to z tego powstaje ogień. Widzicie go? Kie je rzodki, robi się gorący i ucieko ku niebu. I z tego powstajom gwiozdy. A kie zgęstnieje, to staje się wiatrym, a kie jesce barzej zgęstnieje, to robi się chmura, a z chmury leci woda – bo woda to tyz powietrzny dych, ino ze mokry. Mokry dych wsiąko w ziem i rodzi kamienie. A pote to juz powstaje cało reśta. Syćko gęstnieje i się rozrzydzo, i zaś gęstnieje, i się rozrzydzo. Pedzioł byś, ze pulsuje. Jako ta krew. Tu jest pocątek. Stefek Łaciok nie doł się przekabacić. Starsy był i nie pasowało ustępować młodsymu. I tak się ozchodzili: jedyn ze swoim powietrznym dychym, a drugi ze swojóm pustaciom. Ale po Józku Staszlu, podhalańskim Anaksymenesie, i tak cosi ostało. Bo ón jesce do tego syćkiego był muzykantym. Co robióm muzykanty? Muzykanty rządzóm wiatrym. Chytajóm powietrzny dych w smycki i przekładajóm go na struny. A grajóm tak. Prym gro nute: „... Ej tam od Tater, od ciemnych Tater, ej poduhuje halny wiater...”. A sekund zaś mu wtóruje: „A-nie-pustać, a-nie-pustać, a-nie-pustać...”. I w tyj muzyce słychać, jako się nad potokiem Rogoźnikiem, niedaleko marusyńskiej Skałki, w pogodny letni dzień spierajóm po jarmaku Józek-Anaksymenes ze Stefkiem-Anaksymandrem.


Tyn, co go nazwali Heraklitem z Efezu, naprowde nazywoł się

Jędrzkiem Chmurom z Pyzówki Był to cłek honorowy i nosiył się wysoko. Musiołeś go było długo pytać, coby się do cie obezwoł. Spytołeś się, cymu cicho siedzi, odpowiadoł: „cobyście wy godać ­mogli”. Cały Jędrek. Ociec jego był bacóm w dolinie Jarząbcej. Kie Jędruś był mały, to mu ociec kazowoł ognia w kolebie pilnować. I w ogniu ukozała się Jędrusiowi prowda. Bo ogień jest taki: ciśnies do ognia gałązke, on jom obłapi jak miełośnik jaki, a gałązka się cało gnie i cyrwiyni. Kie juz jóm na syćkie stróny wyobłapio, to z gałązki zostaje sóm popiół, a reśta w góre ku niebu leci. Jędruś zapatrzowoł się w ogień i we świat. Wycuł, ze w tym jest rozumno myśl. Wycuł, a duzo nie godoł: „syćko z ognia i bez ogień”. Tak pedzioł. Casym cuć ogień w sobie – we wnuku. Cujes, jak cie poli. Cujes go w zozdrości. Cujes w zolu. Cujes w tęskno­ cie. I w miełości tyz. I wte zyjes jakby sobie samemu na sprzycność. Ogień tardze cie na dwie połówki. Jedna chciałaby się przyblizyć do watry, a drugo od watry ucieko. Takiś jakbyś był ćmóm i wilkiem naroz. Ćma do ­ognia ciąg­nie. Wilk od ognia ucieko. A casym takiś, jakbyś był dymem i popiołym. Jedno cie w góre ciągnie, a drugie w dół. 15


Wyjdzies na wierch, fciołbyś skocyć w przepaść. Stois na dole, fciołbyś wyjść na wierch. Wse ześ taki jakisi niedzisiejsy. Płomienie sie z ciebie dobywajom. Cłek zyje sobie samemu na sprzycność. Niby Grecy nazwali to „dialektykom”. Tyz piyknie. „Dialektyke” mozes uwidzieć gołym okiem, kie Jasiek, Władek i Józek sóm jest przynapici. Kie sie Jasiek przynapije, to go gorzołka ciągnie w dół. Kie sie Władek przynapije, to gorzołka ciągnie go na bok. A Józka zaś gorzołka ciągnie do zadku. Kie sie nojdóm syćka pijani, to sie poobłapiajom i trzymajóm sie wroz. Tak se idóm. I choć kozdy z osobna ni moze się na nogach utrzymać, to razem się trzymajom. Idom śpiewa­jęcy sobie samym na sprzycność. I to się nazywo „pojednaniem w sprzycności”. Jędrek z Pyzówki tyz to wywiód jako tyn Heraklit. Podobnie z chłopym i babóm. Tu dopiero sprzycność! Ogień dzieli, ogień łący. Sprzycność i jednanie, jednanie i sprzycność. Całe zycie. Juz się nie wyprzągnies, jaz nogi wyciągnies. Jędrek z Pyzówki – niby Heraklit z Efezu – po próźnicy się nie obzywoł. A jak juz mioł co przepedzieć, to zacynoł tak: „Nie bede wóm duzo godoł, bo i ni ma do kogo”. Pote wywodziył krótko, a nie długo: „Wiedź-cie se, ze syćko płynie. Nie zstąpis dwa razy do tej samej wody”. Wtoz ta wiy, co mioł na myśli? Wto ta wie, co mo na myśli stary cłek, kie jako dziecko w ogień sie zapatrzy?


Po wnikliwyk badaniak podhalańskik uconyk okazuje się, ze Diogenes ze Synopy to naprowde jest

Józek Bryjka z Ochotnicy Godali o nim: „głupi, ale swój rozum mo”. To był taki, co mu nie zalezało. Zjy to zjy, nie zjy tyz dobrze, wypije to wypije, a nie wypije tyz dobrze. Mozeście o nim słyseli, bo to ón przesiadowoł w becce. A było to w mieście. Bec­ ka była nie mało, po winie, troche ozeschnięto. Miescany radzi go widzieli, bo im wse dobrze radzieł. Ale dopiyc tyz umioł. Roz cosi go nazłościyli, wzión do gorzci latarnie, seł przez miasto i kogo spotkoł, to mu świecieł w gębe. „Coz robis?” A ón: „Wypatrujym cłeka”. Cłeka nie było. Godoł tyz: „Kiebyk mioł takóm gębe jako ty, to byk jóm w portkach nosiył”. Bryjkóm się Józek ostoł bez to, ze razu jednego przyseł ku niemu pón ze zomku z Niedzicy. A był to straśnie poński pón. Kie uwidzioł takiego biedoka, to fcioł go cymsi obdarować, ale nie barz wiedzioł, cego Józkowi trza. To rada w rade i się pyto Józka: „Cego byś fcioł?”. A ón: „Jednego, cobyście mi panie słónka nie zasłanioł”. Ale pón jesce prógowoł. Posłoł ku niemu dworzanina. A dworzanin widzi, ze Józek warzy na ogniu bryjke, takom dość mizernóm, to mu pado: „Kiebyś ty Józek umioł troche karku 17


zginać, to byś ty na zómku w Niedzicy móg nie takie jedzenie mieć”. A Jó­zek mu na to: „Kiebyś ty umioł takóm bryjke warzyć, to byś nie musioł przed panami kark giąć”. Bryjka Józek z Ochotnice – nas podhalański Diogenes – był cłekiem ślebodnym. Nie doł se dusy przywiązać przez ziemskie bogactwa. Jak nojmniej mieć, a jak nojbardziej być. Bo to, co mos, mo i ciebie. Mos pole, juz-eś przywiązany do pola. Mos las, juz-eś przywiązany do lasa. Mos babe, juz-eś przywiązany do spodnicy. A jak cie tak to syćko powiąze, to ani się spostrzezes, ze ni mos juz siebie. A wte takiś jak ten cień. Wse nie swój. Wse cudzy. A na Pana Boga winy nie składoj. Roz Józka przewiedło. Pasterze namówieli go, coby siod do koryta, a oni go spuscom Dunajcem dołu, to dopłynie do Krościenka, ka sóm jest jesce lepse becki. I Józek sie złakomiył. Roz w zyciu. Coz kie koryto sie przekopyrtło i Józek o mało co, a byłby sie utopiył. Narzykoł potym na Pana Boga, ze go z opieki swojej wypuścił. Ale pasterze mu pedzieli: „Ty na Pana Boga nie narzekoj, bo Pón Bóg ci nie winowaty, inoś se sóm winowaty, boś se źle siod”. Tak to bywo: źle se siednies, a pote krzycys, ze Pon Bóg winien. Józek Bryjka z Ochotnicy umar w Jurgowie i hań go pochowali. Dziś juz mało fto wie, kany jego grób. Ale przepis na dobróm bryjke po Józku zostoł. A ze kozdy górol umie bryjke przysposobić, to tyz nie musi przed nikim kark giąć. Hej.


Spis treści Wstęp . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Tales z Miletu – Stasek Nędza z Pardałówki . . . . . . . . . . . Hipokrates – Wincenty Galica z Biołego Dunajca . . . . . . . Anaksymander – Stefek Łaciok z Chyźnego . . . . . . . . . . . . Anaksymenes – Józek Staszel z Marusyny . . . . . . . . . . . . . Heraklit z Efezu – Jędrzek Chmura z Pyzówki . . . . . . . . . Diogenes ze Synopy – Józek Bryjka z Ochotnicy . . . . . . . . Pitagoras – Jędruś Waksmundzki z Ostrowska . . . . . . . . . Pitagoras – Jędruś Waksmundzki z Ostrowska . . . . . . . . . Parmenides – Józek Zatłoka z Cyrwiennego . . . . . . . . . . . Zenon z Elei – Zenek z Dunajca . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Empedokles – Tadeusz Zachwieja ze Szczawnicy . . . . . . . . Anaksagoras z Kladzomen – Wojtek Gąsienica-Byrcyn ze Zokopanego . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Demokryt z Abdery – Sobek Walczak z Ryniasu . . . . . . . . Protagoras – Józek Klamerus od Sowy z Łopusznej . . . . . . Gorgiasz – Jasiu Antoł z Bańskiej . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Sokrates – Jędruś Kudasik z babóm swojóm Wandóm, to jest Ksantypóm . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Sokrates – Jędruś Kudasik o tym, co worce wiedzieć . . . . . –  robi przecyscynie dusne jednemu politykowi . . . . . –  radzi, jak wychowywać . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Ksantypa – Wanda, baba Jędrzka Kudasika . . . . . . . . . . . Antystenes – Stasek Szewczyk z miasta . . . . . . . . . . . . . . . Arystyp z Cyreny – Zygmunt Kuchta z Bukowiny Tatrzańskiej . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Euklides z Megary, Eubulides z Miletu, Stilpon – Jędrek Kilanowicz, Władek Mrugała, Jędrek Pitek . . Platon – Władek Trebunia-Tutka z Biołego Dunajca . . . . . Platon – Władek Trebunia-Tutka o tym, co znacy „udziałowiec” . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

185

5

7 9 11 13 15 17 19 21 23 25 27

29 31 33 36

38 40 42 44 46 48

50 52 54 56


–  objaśnio, co jest świetlistość . . . . . . . . . . . . . . . . . 58 –  prawi dziywcętom o miełości . . . . . . . . . . . . . . . . . 60 –  objaśnio, jak poznawać świat . . . . . . . . . . . . . . . . 62 –  dowodzi, ze my zyli, zakiel my sie urodziyli . . . . . . 64 –  o piyknie i o prowdzie . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 66 –  tłumacy, ze sie śmierzć dusy nie chyto . . . . . . . . . . 68 –  o zyciu pozagrobowym . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 70 –  o władzy . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 72 –  o państwie . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 74 –  ucy Jewcie-królowom Sabe o państwie . . . . . . . . . 76 –  o wspólnocie . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 78 –  osądzo demokracyje . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 80 –  o tyranii . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 82 –  o władzy piniądza . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 84 –  jakie widzynie mioł . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 86 Arystoteles ze Stagiry – Tadek Pudzisz z Grónkowa . . . . . 89 Arystoteles – Tadek Pudzisz z Grónkowa tłumacy ludzióm, co mojóm robić, kie fcóm poznać . . . . . . . . 91  –  tłumacy Staskowi Brodzie, co jest, jak jest . . . . . . 93 –  tłumacy Jasiowi Fornalowi z Łostówki, jako   substancyje i przypadłości do kupy zganiać . . . . . . 95 –  o ruchu i bezruchu . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 97 –  znaloz Piyrsego Porusaca . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 99 –  o dusy ludzkiej . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 101 –  o scęściu . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 103 –  o rozumnym zywobyciu . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 105 –  spotyka sie z Kazkiym Dzielskim . . . . . . . . . . . . . 107 Trza bedzie kóńcyć... . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 109 ANEKS Listy do Lucyny Mikulińskiej –  O tym, jak Arystoteles obalił Platona . . . . . . . . . . –  Świat XX wieku w oczach Arystotelesa . . . . . . . . . Opowieści o Sobku Chowańcu z Jonkówek . . . . . . . . . . . . –  O tym, jak Sobek Chowaniec objaśniył turystke . . . –  O tym, jak Sobek Chowaniec Wojtkowego barana   lycył . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . –  O tym, jak Sobek Chowaniec kolejkóm jechoł . . . . –  O tym, jak Sobek Chowaniec uspokojył panicke   w kolejce . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

186

113 117 123 124 124 125 126


–  Jak Sobek Chowaniec z Wojtkiym z Cyhrle   na wesele pośli . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . –  Jak Sobek z Wojtkiym prosie prześwietlali . . . . . . . –  Jak Sobek ze znieculeniem zęby targoł . . . . . . . . . –  Jak Sobek przed wojnóm po miyso w ogónku   stoł . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . –  Jak Sobek z Wojtkiym przetykali komin . . . . . . . . –  Jak Sobek oznajmiył Wojtkowi niedobrom   nowine . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . –  Jako się Wojtek spowiadać fcioł . . . . . . . . . . . . . . . –  Jako się Sobek rachunków w skole ucył . . . . . . . . . –  Jako Sobek wytłumacył wnukowi to, cego wnuk   nie wiedzioł . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . –  Jako Sobek przyświodcył Jakubkowi   z Lubomierza . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . O podhalańskich widówacach i o tym, co uwidzieli . . . . . .

127 128 128 129 129 130 131 131 133 133 135

Dobrosław Kot, Filozofowie i górale . . . . . . . . . . . . . . . . . . 139 Wojciech Bonowicz, W głąb siebie, czyli jak to było z Historią filozofii po góralsku . . . . . . . . . . . . . . . . . . 167


Turn static files into dynamic content formats.

Create a flipbook
Historia filozofii po góralsku by SIW Znak - Issuu