Skip to main content

Sztuka mówienia. Spraw, żeby cię słuchano – sekrety speechwritera Białego Domu

Page 1


PRZEKŁAD MAGDALENA KUNZ

Tytuł oryginału

SAY IT WELL: Find Your Voice, Speak Your Mind, Inspire Any Audience

Copyright © 2024 by Terry Szuplat

Projekt okładki oryginalnej

Joanne O’Neill

Adaptacja okładki oryginalnej

Tomasz Majewski

Redaktor nabywający

Krzysztof Chaba

Redaktorka prowadząca

Magdalena Kowalewska

Opieka promocyjna Maciej Pietrzyk

Koordynatorka procesu wydawniczego

Agata Błasiak

Redaktorka językowa

Agnieszka Mąka

Adiustacja

Adam Osiński

Korekta

Magdalena Wołoszyn-Cępa

Łamanie

Dariusz Ziach

Copyright © for the translation by Magdalena Kunz

Copyright © for this edition by SIW Znak sp. z o.o., 2026

ISBN 978-83-8367-835-1

Znak Horyzont www.znakhoryzont.pl

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl

Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl

Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37

Dział sprzedaży: tel. (12) 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl

Wydanie I, Kraków 2026. Printed in EU

Wstęp. Jak mówimy

Spis treści

DASZ RADĘ

Rozdział 1. Pokochaj swoją niepowtarzalną historię 25

Rozdział 2. Powiedz to, co tylko ty potrafisz 47

Rozdział 3. Czym naprawdę jest przemowa 69

Rozdział 4. Reguła 50–25–25

WSTĘP

Rozdział 5. Przekonaj ich na dzień dobry

Rozdział 6. Bądź tym, kto łączy 137

Rozdział 7. Odwołaj się do wartości 161

ROZWINIĘCIE

Rozdział 8. Przemawiaj z głębi serca… i trafiaj do serc 187

Rozdział 9. Mów po ludzku 215

Rozdział 10. Niech twoje słowa wybrzmią 233

ZAKOŃCZENIE

Rozdział 11. Mów prawdę 255

Rozdział 12. Przekuj słowa w czyny 279

Rozdział 13. Jedyny sposób na zakończenie przemówienia 301

PRZEDSTAWIENIE CZAS ZACZĄĆ

Rozdział 14. Zrób to lepiej 325

Rozdział 15. Wygłoś swoje przemówienie

Epilog. Gdy umilkną oklaski 373

Podziękowania 379

Pokochaj swoją niepowtarzalną

historię

Może wszystko, co straszne, jest w głębi bezbronne i oczekuje od nas pomocy.

– Rainer Maria Rilke (przeł. J. Nowotniak)

Pierwszym krokiem na drodze do wygłoszenia dobrego przemówienia czy przeprowadzenia wartościowej prezentacji – przy którym, jak sądzę, większość z nas się potyka – jest uwierzyć, że da się radę. Potrzebna jest pewność, że nasz głos ma znaczenie i że zasługujemy na to, by nas wysłuchano. Wielu z nas często w to nie wierzy. Odrzucamy samych siebie – chowamy się w cieniu i nie zabieramy głosu – żeby ochronić się przed odrzuceniem ze strony innych.

Kiedy rozważałem, czy przyjąć propozycję wygłoszenia przemówienia w Finlandii, zdałem sobie sprawę, że właśnie to od dawna robię.

Nie zawsze odczuwałem lęk przed wystąpieniami publicznymi. Dorastałem w Falmouth w stanie Massachusetts, w nadmorskim miasteczku na Cape Cod, w którym domy pokryte są szarą dachówką, a na urokliwej głównej ulicy zawsze wpada się na

kogoś znajomego. Moi rodzice i nauczyciele w szkole publicznej od dziecka zachęcali mnie do zabierania głosu. I robiłem to z przyjemnością.

Swoje pierwsze „przemówienie” wygłosiłem w czwartej klasie w ramach referatu z lektury, przebrany za prezydenta Johna F. Kennedy’ego. Powiedziałem coś w rodzaju: „Nie pytaj, co twoja klasa może zrobić dla ciebie, zapytaj, co ty możesz zrobić dla swojej klasy!”. (Uroczy, choć całkowicie nieoryginalny pomysł). Wziąłem udział w konkursie krasomówczym w miejscowym klubie weteranów, czytałem z promptera teksty do cotygodniowego szkolnego programu informacyjnego, a jako przewodniczący samorządu uczniowskiego prowadziłem apele z udziałem kilkuset uczniów.

Potem wyjechałem na studia do Waszyngtonu i przez kilka kolejnych dekad nie wygłosiłem ani jednego przemówienia.

Co się stało?

To, co przydarza się wielu z nas – być może także tobie.

Lęk przed wystąpieniami publicznymi to jedna z najczęściej występujących fobii na świecie. Niektóre badania sugerują, że boimy się ich bardziej niż węży, latania samolotem i – jak podejrzewam – jeszcze bardziej niż węży na pokładzie samolotu.

Jeden z moich znajomych przez lata przed każdym wystąpieniem miał odruch wymiotny. Jako autor przemówień pracowałem ze światowej sławy aktorkami i aktorami, którzy niejednokrotnie występowali wcześniej nago na ekranie, ale kiedy mieli wygłosić przemówienie na żywo (w ubraniu), oblewał ich zimny pot. Organizacja Toastmasters International, która zajmuje się szkoleniem mówców, ma swoje oddziały w niemal stu pięćdziesięciu krajach. Trudność z publicznym zabieraniem głosu jest po prostu rzeczą ludzką.

Żeby zrozumieć, dlaczego tak jest, skontaktowałem się z Centrum Zaburzeń Lękowych i Pokrewnych przy Uniwersytecie Bostońskim, gdzie skierowano mnie do doktor Ellen Hendriksen, psycholożki klinicznej, która zajmuje się leczeniem osób zmagających się z lękiem społecznym, w tym z paraliżującym strachem przed wystąpieniami publicznymi. „Wszyscy jesteśmy istotami społecznymi”, powiedziała mi doktor Hendriksen. „Potrzebujemy poczucia bezpieczeństwa, miłości i przynależności”. Lęk przed odrzuceniem przez odbiorców, wyjaśniła, może mieć swoje korzenie w naszych pierwotnych instynktach przetrwania. „W dawnych czasach odrzucenie bywało śmiertelnie niebezpieczne. Osobę wykluczoną z rodziny czy plemienia rzucano wilkom na pożarcie. Dosłownie skazywano ją na śmierć”. Dziś „odrzucenie społeczne może się nam kojarzyć z błyskawicznym unicestwieniem”1 .

Powoli zaczynałem rozumieć własne, przeżywane w dorosłym życiu lęki związane z przemawianiem publicznym. Jako dziecko doświadczyłem w domu rodzinnym poczucia bezpieczeństwa, miłości i przynależności, o których wspominała doktor Hendriksen. W Waszyngtonie nawiązałem wspaniałe przyjaźnie i otrzymałem wiele szans, które powinny były wzmocnić moją pewność siebie. Pierwsze przemówienie prezydenckie – dla Billa Clintona – miałem okazję napisać jeszcze jako student podczas stażu w Białym Domu 2 . Kilka lat później

1 Niektórzy badacze uważają nawet, że lęk przed wystąpieniami publicznymi może mieć podłoże genetyczne. Firma zajmująca się testami genetycznymi 23andMe poinformowała, że zidentyfikowała „ponad 800 markerów genetycznych związanych z lękiem przed wystąpieniami publicznymi”. Doktor Alisa Lehman, biolożka pracująca dla 23andMe, powiedziała mi, że niektórzy z nas „mogą być genetycznie predysponowani do odczuwania lęku przed wystąpieniami publicznymi”. W momencie pisania tej książki firma nie przeprowadziła jeszcze szczegółowej analizy danych, ale niewykluczone, że przyszłe badania rzucą na tę kwestię więcej światła.

2 Harmonogram dnia prezydenta do dziś wisi na mojej ścianie oprawiony w ramkę: „Wizyta prezydenta w Kijowie, 11 maja 1995: przywitanie w ambasadzie,

dostałem pierwszą pracę jako autor przemówień – w Pentagonie, a potem zostałem głównym autorem przemówień sekretarza obrony. Zakochałem się w Mary Abdelii, wyjątkowej, bystrej, dowcipnej i czułej kobiecie i mojej najlepszej przyjaciółce, z którą wziąłem ślub. Zostaliśmy rodzicami dwojga cudownych dzieci, Jacka i Claire; kiedy pracowałem w domowym gabinecie nad przemówieniami, wsadzały drobne paluszki pod drzwi, żeby zwrócić na siebie uwagę, i wsuwały karteczki („Kjedy konczyrz?”).

Wszystko układało się pomyślnie.

Jako trzydziestosześciolatek, kilka miesięcy po objęciu urzędu przez Baracka Obamę, zostałem jednym z autorów jego przemówień dotyczących polityki zagranicznej. Nigdy nie zapomnę dnia, w którym go poznałem. Brałem udział w odbywającym się w Zachodnim Skrzydle spotkaniu zespołu w biurze Davida Axelroda, jednego z najbliższych doradców prezydenta. Obama rezydował w Białym Domu dopiero od kilku miesięcy, a ja pracowałem nad jego pierwszym przemówieniem, które miał wygłosić podczas ceremonii rozdania dyplomów w Akademii

Marynarki Wojennej.

„Gdzie ten nowy?” Obama wpadł do biura Axe’a, podrzucając piłkę futbolową. „Dobra robota z tym przemówieniem”, powiedział i uścisnął mi dłoń.

Czułem się, jakbym zdobył właśnie najwyższy szczyt świata. Im dłużej jednak mieszkałem w Waszyngtonie – mieście, w którym liczą się przede wszystkim pochodzenie, władza i pieniądze – tym mocniejsze było moje poczucie, że nie dorównuję innym.

Uprzywilejowane pochodzenie rodzinne? Nie w przypadku Szuplatów. Rodzice mojego ojca, Ukraińcy, byli więźniami

wizyta w hali sportowej Ambasady Stanów Zjednoczonych w Kijowie, Uwagi: Terry Szuplat”. Jako dwudziestodwuletni młokos, a do tego Amerykanin ukraińskiego pochodzenia, musiałem się uszczypnąć, żeby się upewnić, że nie śnię.

obozu pracy w nazistowskich Niemczech podczas drugiej wojny światowej. Kiedy mój tata, Stach, był jeszcze dzieckiem, wyemigrowali do Stanów Zjednoczonych i zamieszkali w przemysłowym miasteczku Amsterdam w stanie Nowy Jork. Tata, który w dzieciństwie nierzadko korzystał z talonów żywnościowych, wstąpił do marynarki wojennej, a potem zakochał się w mojej mamie, Peggy, najstarszej córce z wielodzietnej irlandzkiej, katolickiej rodziny z Bostonu, która pracowała jako sekretarka, i wziął z nią ślub.

Majątek? Nie posiadaliśmy żadnego. Zaraz po ślubie moi rodzice zamieszkali w umeblowanej przyczepie na obrzeżach rodzinnego miasta taty. Kiedy przyszedłem na świat, przenieśliśmy się do niewielkiego, znajdującego się na drugim piętrze mieszkania w Roslindale, robotniczej dzielnicy Bostonu. Tata pracował jako pomocnik hydraulika; rodzice żyli od wypłaty do wypłaty. „W piątki”, wspominał ojciec po latach, „zostawało nam akurat na sześciopak piwa i pizzę”.

Kiedy ojciec dostał nową pracę, przeprowadziliśmy się do miasteczka Falmouth na półwyspie Cape Cod. Choć powszechnie uważane jest za letni kurort dla sławnych i bogatych, zamieszkują je dumni, twardo stąpający po ziemi miejscowi, którzy przez cały rok ciężko pracują na utrzymanie swoich rodzin. Falmouth, jak każde miasto, nie było wolne od nierówności. „West Falmouth to fortuny rodowe”, powtarzali żartobliwie mojej mamie lokalni mieszkańcy, gdy przeprowadziliśmy się tam w latach siedemdziesiątych. „North Falmouth to nowy kapitał, a East Falmouth to bieda”.

My zamieszkaliśmy w East Falmouth. Wprowadziliśmy się do jednego z setek domów przy ciągnącym się kilka kilometrów bulwarze. Większość z nich stanowiła domy pod letni wynajem, a tata każdego ranka kręcił śrubokrętem w stacyjce, żeby odpalić swojego starego Chevroleta Bel Air. Kiedy ja i moje dwie młodsze siostry szykowaliśmy się do college’u, ojciec brał dodatkowe

zlecenia jako hydraulik, a mama zatrudniła się w moim liceum jako kucharka, potem podjęła pracę sekretarki w szkole wieczorowej, a później pracowała też w bibliotece miejskiej.

Dzięki grantom dla wyróżniających się studentów, stażom i stypendiom, a także pieniądzom zaoszczędzonym przy koszeniu trawników i pracy w sklepie „Wszystko za dolara” mogłem podjąć studia na świetnej uczelni American University w Waszyngtonie. Wykładali tam światowej sławy profesorowie, a ja dostałem życiową szansę odbycia stażów w Białym Domu, w senacie USA, a później w ramach semestru za granicą także w parlamencie brytyjskim.

Na każdym etapie kariery miałem jednak wrażenie, że niemal wszyscy, z którymi pracuję, skończyli najbardziej prestiżowe uczelnie Ligi Bluszczowej. Waszyngton przypomina pod wieloma względami prowincjonalne miasteczko zarządzane przez absolwentów najbardziej elitarnych szkół w kraju. Prędzej czy później w rozmowie pada pytanie o college, który ukończył rozmówca, i uczelnię, na której zdobył dyplom magistra (ja go nie mam). Kiedy odpowiadałem, czułem na sobie pogardliwy wzrok, który odsyłał mnie na moje dalekie miejsce w szeregu.

Początkowo pisanie przemówień było dla mnie czymś w rodzaju „planu B”. W college’u chciałem zostać prawnikiem i wyobrażałem sobie czasem, jak wygłaszam mowę przed Sądem Najwyższym podczas rozpraw w sprawach, które miały wkrótce przejść do historii. Na drodze do kariery prawnika stanęło jednak słodko-gorzkie wydarzenie. Nie dostałem się na studia prawnicze. Nie przyjęła mnie żadna z uczelni. (Nigdy nie wypadałem najlepiej w standaryzowanych testach, a moje wyniki z egzaminu wstępnego na prawo były – by ująć to językiem prawniczym – niedostateczne).

Kiedy przygotowywałem się do drugiego podejścia, zostałem zatrudniony jako autor przemówień w Pentagonie. Okazało się, że praca mi się podoba, i stopniowo moje pragnienie, by zostać

prawnikiem, ustępowało marzeniu o tym, że być może pewnego dnia będę pisał przemówienia dla prezydenta i dołożę swoją cegiełkę do misji, by opowiedzieć światu historię Ameryki. Moje marzenie się spełniło.

Ale wciąż robiłem to, co robi wielu z nas. Zamiast czerpać pewność siebie z tego, kim jestem, skupiałem się przede wszystkim na tym, kim nie jestem. Dobrze się maskowałem. Ale nigdy nie opuszczała mnie myśl, że inni – bardziej doświadczeni, lepiej wykwalifikowani i wykształceni – bardziej zasługują na moje stanowisko.

To była moja historia – a przynajmniej taką jej wersję sobie opowiadałem.

Żeby dodać mi odwagi, moja siostra Erica, utalentowana artyst ka z Cape Cod, przysłała mi w prezencie Wojnę sztuki autorstwa Stevena Pressfielda, pisarza i scenarzysty. Pressfield opisuje przeszkody, które podkopują naszą pewność siebie i tłamszą naszą kreatywność, przestrzega też przed ocenianiem siebie poprzez porównywanie się z innymi. „Jednostka, która definiuje się na podstawie swojego miejsca w porządku dziobania”, sugeruje Pressfield, „ocenia poziom swojego szczęścia/sukcesu/osiągnięć na podstawie swojej pozycji wewnątrz hierarchii” 3 .

Zrozumiałem, że właśnie to robiłem przez większą część swojego życia zawodowego. „Głos zwątpienia” nigdy mnie nie opuszczał, a najgłośniej odzywał się wtedy, gdy chciałem stanąć przed innymi ludźmi i coś powiedzieć.

Nie nadajesz się do tego.

Na pewno coś schrzanisz.

Nie zostawią na tobie suchej nitki.

3 S. Pressfield, Wojna sztuki, przeł. N. Lubiejewska, Wydawnictwo OSMPOWER, Warszawa 2020, s. 166.

Słyszałem ten głos nieustannie, kiedy rozważałem, czy przyjąć zaproszenie na konferencję w Finlandii. Przypomniałem sobie na szczęście inny głos – głos prezydenta Obamy, który swego czasu opowiadał mi o swoich zmaganiach zarówno z własną tożsamością, jak i rolą mówcy. Opowiedział mi także o tym, jak te trudności pokonał.

„PO

PROSTU MNIE ZATKAŁO”

W 1981 roku studenci Occidental College w Los Angeles zorganizowali protest przeciwko brutalnej polityce apartheidu, czyli segregacji rasowej w Republice Południowej Afryki. Obama, dziewiętnastoletni wówczas student drugiego roku, przemawiał na wiecu jako pierwszy. Zdołał powiedzieć zaledwie kilka zdań, kiedy na scenę wbiegło dwoje studentów przebranych za członków południowoafrykańskiej służby bezpieczeństwa i siłą ściągnęło go ze sceny – był to rodzaj teatru politycznego, który miał zwrócić uwagę na represje wobec działaczy antyapartheidowych.

„Wszystko było farsą”, wspominał po latach Obama, „a szczególnie moje jednominutowe »przemówienie«”4 .

„Ostatni raz występuję publicznie”, oświadczył koledze. „Nie mam prawa zabierać głosu w imieniu Czarnej społeczności”.

Wiele lat później zapytałem go, co miał wtedy na myśli. Jego zmagania z tożsamością rasową – pochodząca z Kansas matka była biała, ojciec, Kenijczyk, Czarny, a jego biali dziadkowie odegrali dużą rolę w jego wychowaniu – „składały się”, jak wyjaśnił, na jego ówczesne odczucia. Większą rolę odgrywały jednak wątpliwości co do własnej przynależności oraz niepewność, czy jego głos może przyczynić się do rzeczywistej zmiany.

4 B. Obama, Dreams from My Father: A Story of Race and Inheritance, Three Rivers Press, New York 1995, s. 107–108.

„Myślę, że pierwszym krokiem na drodze do opanowania sztuki przemawiania – przynajmniej dla mnie, ale też dla większości osób, które uważam za przekonujących mówców – jest zadanie sobie pytania, czy wiemy, kim jesteśmy i w co wierzymy”, stwierdził. „Byłem żółtodziobem”, wspominał swoje wystąpienie na wiecu, „który wciąż szukał odpowiedzi na to pytanie. Miałem dziewiętnaście lat i zastanawiałem się: »Czy zasługuję na to, by znaleźć się w centrum uwagi? Czy mam na ten temat coś istotnego do powiedzenia, skoro sam wciąż próbuję zrozumieć, kim jestem i jakie wartości są mi bliskie?«”. Protest był dla niego szansą, by zabrać głos. Ale kiedy wspominał swoją młodość, przyznawał: „Nie byłem na to gotowy”.

Po studiach przyszły prezydent borykał się niekiedy z odwrotnym problemem – doskwierał mu nie tyle brak wiary w siebie, ile jej nadmiar. Przez kilka lat współpracował z kościołami w południowej części Chicago jako animator lokalnej społeczności. „Na tamtym etapie przywykłem już do publicznego przemawiania”, wspominał. „Stres nie leżał w mojej naturze”. Tak było do dnia, w którym jego pewność siebie obróciła się przeciwko niemu. Słyszałem tę historię po raz pierwszy.

„Bardzo dobrze to pamiętam”, opowiadał. Miał dwadzieścia cztery lata i przedstawiał swoją inicjatywę grupie filantropów w sali konferencyjnej w wieżowcu w centrum Chicago. „Czułem się pewnie”, wspominał. „Nie spisałem treści przemówienia. Wydawało mi się, że mogę po prostu wejść do sali i improwizować. Okazało się, że to był zły pomysł”. Obama rozpoczął prezentację. „Wszyscy w garniturach”, opowiadał. „Ja byłem nieodpowiednio ubrany i wyglądałem trochę niechlujnie. Po czterech czy pięciu minutach po prostu zacząłem zastygać. Straciłem wątek”. „Dlaczego?”, zapytałem. „Byłem w obcym otoczeniu, wśród obcych ludzi, a stawka była wysoka”. Chodziło o pozyskanie pieniędzy na kontynuowanie jego działalności społecznej. „Wypadłem fatalnie”, przyznał. „Poczułem,

jak pot występuje mi na kark, zacząłem się jąkać, zacinać i mówić bez ładu i składu”. Zapytałem go, czy pamięta uczucie, które mu wtedy towarzyszyło. „Takie rzeczy wymazuje się z pamięci”, zażartował, ale zaraz spoważniał. „Czułem się…”, zawiesił głos, szukając odpowiednich słów. „Czułem się głupio i było mi wstyd”.

Jak zatem Obama stał się dobrym mówcą? Wyznał, że cztery miejsca ukształtowały „filary” jego stylu jako mówcy.

„KAŻDY MA SWOJĄ WYJĄTKOWĄ OPOWIEŚĆ”

Po sytuacji w sali konferencyjnej Obama kontynuował swoją działalność społeczną i tak trafił do pierwszego z miejsc, w których nauczył się, jak skutecznie przemawiać. Były to podziemia kościoła. „Czasami przychodziło dwanaście osób”, wspominał. „Ale przemawianie do większych grup sprawiało, że stopniowo nabierałem niezbędnej swobody w komunikacji z ludźmi”. Przy okazji nauczył się jednej z najważniejszych lekcji komunikacji: zanim zaczniesz mówić, wysłuchaj innych.

W piwnicach kościoła prowadził „prezentacje, które były jednocześnie rozmową” z mieszkańcami i lokalnymi liderami. „Najlepsi mówcy prowadzą rozmowę ze swoją publicznością. Nie mówią do niej, ale rozmawiają z nią – a więc słuchają również, co jest ważne dla ludzi, z którymi się komunikują”.

Te rozmowy, wyjaśnił, „pomogły mi zrozumieć, że każdy z nas tworzy własną opowieść o swoim życiu – o tym, co jest dla nas ważne, skąd przychodzimy i dokąd zmierzamy, jak ta droga kształtuje nasze wartości, a także jakie przeżywamy lęki i rozczarowania”.

„Każdy z nas ma swoją wyjątkową opowieść”, kontynuował Obama, „która dotyka jego ja. Słuchanie opowieści innych pomogło mi zrozumieć własną”.

W tym samym czasie, w drugim z miejsc – przy kościelnej kazalnicy – również uczył się, jak być lepszym mówcą. „Wiesz, kto był dla mnie świetnym nauczycielem?”, zapytał. „Wszyscy Czarni pastorzy, których spotykałem w kościołach. Pastor miejscowego, przyulicznego kościółka, który w tygodniu pracuje w zajezdni autobusowej, a w soboty staje przed setką wiernych i opowiada im historię. Kryje się w tym potężna tradycja, szczególna historia przekazywana z ust do ust, umiejętność snucia opowieści. Kazno dzieje wiedzą, jak głosić kazania. Słuchałem, przyglądałem się i chłonąłem to wszystko”. Spośród wszystkich miejsc, w których Obama uczył się przemawiać, kościoły w Chicago, gdzie mógł przysłuchiwać się tamtejszym pastorom, były, jak stwierdził, „najbardziej wartościową przestrzenią”.

Kilka lat później dostał swoją pierwszą wielką szansę, by pokazać, czego się nauczył.

Miał dwadzieścia osiem lat, był studentem prawa na Harvardzie i właśnie został wybrany na prezesa organizacji studenc kiej Law Review. Do jego obowiązków należało wygłoszenie mowy podczas dorocznej kolacji Law Review i przedstawienie tegorocznego gościa honorowego, ikony ruchu praw obywatelskich, kongresmena Johna Lewisa. „Był jednym z moich bohaterów z dzieciństwa”, wyznał Obama. „Chciałem mieć pewność, że oddam mu sprawiedliwość”.

„Po raz pierwszy wygłaszałem poważne przemówienie publiczne przed dużą grupą nieznanych mi słuchaczy, w ważnych dla mnie okolicznościach i na istotny dla mnie temat. Poświęciłem dużo czasu na przemyślenie tego, co chcę powiedzieć. Napisałem przemówienie. Nauczyłem się go na pamięć. A potem je wygłosiłem”. Było to krótkie, trwające nie więcej niż pięć do siedmiu minut, wystąpienie przed kilkuset osobami.

Obama pamiętał, że poruszył wówczas temat znaczenia rządów prawa i złożył hołd prawnikom, profesorom i studentom, którzy stoją na ich straży. Jako pierwszy Afroamerykanin

wybrany na prezesa Law Review opisał swoją własną drogę. Wyraził głęboki szacunek wobec Lewisa, który za swoją odwagę do walki o prawa obywatelskie doświadczył brutalnej przemocy i spędził kilkadziesiąt dni w więzieniu. To dzięki poświęceniu Lewisa Obama miał teraz możliwość stanąć na podium. Przemówienie okazało się sukcesem.

„Po raz pierwszy poczułem wtedy, że przykułem uwagę słuchaczy, poruszam ich, opowiadam historię, która do nich trafia”, wspominał. Wszystko doskonale się ze sobą zgrało – „temat, chwila, sposób wygłoszenia mowy”5.

Obama powoli odnajdywał własny głos. Przez kolejne dziesięć lat szlifował swój styl między innymi w trzecim miejscu, w którym nauczył się przemawiać: w sali wykładowej. Nawet jako senator stanu Illinois wykładał na wydziale prawa University of Chicago, gdzie prowadził zajęcia z prawa konstytucyjnego, praw obywatelskich i praw wyborczych. „Staję przed salą pełną studentów i myślę: »Nie zawalę tego«”, wspominał. „To właśnie tam nauczyłem się swobodnie prowadzić długi dialog z rozmówcami”.

Obama kontynuował ten dialog w czwartym z miejsc, gdzie miał szansę szlifować swoje zdolności komunikacyjne – podczas swoich pierwszych kampanii politycznych. Wygłaszał mowy na spotkaniach z wyborcami w ratuszach miejskich i kościołach, przemawiał w senacie stanowym w Springfield, a w 2000 roku ubiegał się o miejsce w Kongresie – były to w jego życiu jedyne wybory, które przegrał. „Kiedy pierwszy raz wystartowałem do Kongresu”, opowiadał, „miewałem skłonność, by w pewnych sytuacjach, takich jak debata czy spontaniczne wystąpienia, wyliczać punkty programu, ciekawostki i cele polityczne, zamiast opowiadać historie. Mówiłem zbyt abstrakcyjnie, brzmiałem jak

5 Przemowa wygłoszona przez Obamę podczas tamtej kolacji przepadła niestety na dobre. Nie zachował notatek, a przedstawiciele Law Review nie dysponują zapisem żadnej mowy wygłoszonej tamtego wieczoru.

kujon i w rezultacie zanudzałem publiczność. Miałem po prostu za mało wprawy”. Brakowało mu praktyki. „Musiałem się nauczyć, jak wygłaszać skuteczne, spontaniczne przemówienia przed większymi grupami nieznanych mi osób, kiedy jestem pod presją”.

Cztery lata później, mając zdecydowanie więcej wprawy, Obama wykorzystał całą zebraną dotąd wiedzę podczas przygotowań do najbardziej stresującego wystąpienia w swoim dotychczasowym życiu.

Pracowałem wolontariacko jako autor przemówień na konwencji Partii Demokratycznej w Bostonie w 2004 roku i doszły mnie pogłoski, że senator stanowy z Illinois, o którym nigdy wcześniej nie słyszałem, a który miał wygłosić przemówienie programowe, jest naprawdę dobrym mówcą. Zadbałem więc o to, żeby o czasie znaleźć się w sali głównej wśród licznych delegatów odzianych w czerwień, biel i granat 6 . Barack Obama wszedł na scenę z uśmiechem, klaskając w dłonie i machając do tłumu, poprawił mikrofon i rozpoczął przemówienie od przedstawienia się zgromadzonym na sali oraz milionom widzów zasiadających przed telewizorami.

Mój ojciec był zagranicznym studentem, urodzonym i wychowanym w małej kenijskiej wiosce. W dzieciństwie pasał kozy i chodził do szkoły pokrytej dachem z blachy falistej. (…) W trakcie studiów w Ameryce poznał moją mamę. Urodziła się w małym miasteczku po drugiej stronie świata, w Kansas. (…) Rodzice nadali mi afrykańskie imię – Barack – które oznacza „błogosławiony”, wierzyli bowiem, że w tolerancyjnej Ameryce imię nie stanowi przeszkody na drodze do sukcesu.

Otaczający mnie tłum wiwatował.

6 Barwy Stanów Zjednoczonych – przyp. tłum.

Stoję tu dziś wdzięczny za różnorodność swojego dziedzictwa. Stoję przed wami świadom, że moja historia jest częścią większej historii Ameryki, że jestem dłużnikiem wszystkich, którzy byli tu przede mną, i że w żadnym innym kraju na świecie moja historia nie miałaby szansy się ziścić.

Wtedy jeszcze nie zdawałem sobie sprawy, że w kolejnych szesnastu minutach mowy Obamy zawarta była cała zdobyta przez niego przez lata wiedza dotycząca wygłaszania przemówień. Dzielił się historiami ludzi, których miał okazję wysłuchać w swoim rodzinnym Illinois. Momentami jego mowa nabierała rytmu kazań wygłaszanych z ambon przez pastorów, którym niegdyś się przysłuchiwał. Nie mówił do nas, ale rozmawiał z nami – prowadził dialog, konwersację. Zamiast recytować listę suchych danych i ciekawostek, snuł głębszą opowieść o tym, kim jesteśmy jako kraj, jakie wyznajemy wartości, skąd pochodzimy i dokąd zmierzamy:

Wciąż jednak istnieją tacy, którzy starają się nas poróżnić. (…) Mam im dziś do powiedzenia jedno: nie ma Ameryki liberalnej i Ameryki konserwatywnej – są Stany Zjednoczone Ameryki.

Nie ma Ameryki Czarnych, Ameryki Białych, Ameryki Latynosów i Ameryki Azjatów – są Stany Zjednoczone Ameryki.

Nigdy dotąd nie słyszałem kogoś, kto przemawia w ten sposób – kto z takim przekonaniem mówi o różnorodności nie jako słabości, którą można cynicznie wykorzystać do celów politycznych, ale jako sile, którą należy pielęgnować i kultywować; kto nie tylko oddaje tej różnorodności głos, ale ją uosabia, nazywając siebie „chudym dzieciakiem o dziwacznym imieniu, który wierzy, że w Ameryce jest miejsce także dla niego”.

„Nie ma wątpliwości”, powiedział mi po latach jego doradca David Axelrod, „że Obama nie mógłby wygłosić tego przemówienia,

gdyby nie mierzył się przez lata z pytaniami o własną tożsamość. Wiedział, kim jest, i dobrze rozumiał, jak jego historia go ukształtowała”.

Był skutecznym mówcą, bo wiedział, kim jest.

Pomyślałem o drodze, którą przebył Obama, gdy wciąż rozważałem, czy przyjąć zaproszenie do wygłoszenia przemówienia w Finlandii. Im dłużej zastanawiałem się nad tym, jak Obama rozwijał się jako mówca, jak początkowo zmagał się z trudnościami i jak nad sobą pracował, tym mocniej wierzyłem, że i ja mogę stać się lepszy.

Inspiracją okazał się dla mnie również ktoś, kogo zobaczyłem w telewizji – chłopiec imieniem Brayden.

„TWOJE

NIEDOSKONAŁOŚCI

SĄ TWOIM DAREM”

Pewnego letniego dnia 2020 roku trzynastoletni Brayden Harrington odebrał telefon i przez chwilę nie mógł uwierzyć w to, co usłyszał.

Zaproszono go do wygłoszenia przemówienia. W telewizji krajowej. Przed milionami widzów.

„Byłem w szoku”, wspominał później.

Brayden dorastał w małym miasteczku Boscawen w New Hampshire i był zupełnie zwyczajnym dzieciakiem. W wolnym czasie grał w piłkę z kolegami albo oglądał w telewizji mecze Boston Celtics. Jego ulubionymi przedmiotami w szkole były angielski i przyroda, z których dostawał dobre stopnie.

Wygłoszenie przemówienia do widzów w całym kraju dla każdego byłoby szalenie stresującym zadaniem. Brayden był tylko dzieckiem. „Nie byłem zbyt pewny siebie”, przyznał. Chłopiec mierzył się z dodatkową trudnością: jąkał się.

W rzeczywistości właśnie z tego powodu otrzymał zaproszenie od organizatorów letniej konwencji Partii Demokratycznej.

Kilka miesięcy wcześniej poznał Joe Bidena, który prowadził wówczas kampanię prezydencką w New Hampshire. Nagranie z ich spotkania, podczas którego dwie osoby borykające się z wadą wymowy nawiązują porozumienie oparte na wspólnym doświadczeniu, obiegło internet.

Brayden był rozdarty. Czuł się zaszczycony, że zaproponowano mu wygłoszenie przemówienia podczas tak ważnego wydarzenia. Nosił w sobie jednak bolesne wspomnienia ze szkoły, kiedy jego wada wymowy wzbudzała chichot innych uczniów. „Czasem mnie przedrzeźniali”, wspominał. Obawiał się, że występ w telewizji okaże się jeszcze gorszym doświadczeniem. „Bałem się, co ludzie o mnie pomyślą”.

Przez następnych kilka dni Brayden zastanawiał się, co zrobić. Im dłużej o tym myślał, tym częściej w jego głowie pojawiała się myśl: „Mogę zainspirować wiele osób”.

Postanowił, że wygłosi przemówienie.

Przez kilka kolejnych tygodni Brayden z pomocą rodziny pracował nad treścią wystąpienia, a autor przemówień delegatów konwencji pomógł mu zredagować tekst. Brayden włączył też do swojej mowy zaproponowane przez jego młodszą siostrę, Annabelle, zdanie: „Wszyscy chcemy, żeby świat czuł się lepiej”. Ćwiczył czytanie przemówienia na głos – pewnego dnia wygłosił je ponad dwadzieścia razy. Ale kiedy nadszedł dzień wystąpienia, presja go przerosła.

„Nie byłem w stanie wykrztusić ani słowa”, wspominał. „Wybuchłem płaczem”.

Rodzice zapewnili go, że nie musi występować. Ale Brayden był zdeterminowany. „Chciałem, żeby inne dzieci, które mają tę samą wadę wymowy, uwierzyły w siebie”.

Wreszcie podczas tygodniowej konwencji, która z powodu pandemii COVID-19 odbywała się wirtualnie, Brayden i jego bliscy zebrali się w jego sypialni, gdzie ustawiona była kamera.

Jego młodszy brat, Camden, wygłupiał się i stroił zabawne miny, żeby pomóc Braydenowi trochę się rozluźnić.

Brayden, trzymając w ręce kartkę z tekstem, wziął głęboki oddech, wyprostował się i rozpoczął swoje przemówienie. Zająknął się. Zaczął od początku. Znów się zająknął. Zaczął więc jeszcze raz. Zrobił sobie przerwę, wrócił do pokoju i spróbował ponownie. Potrzebował kilku podejść, ale w końcu mu się udało. Kilka dni później jego twarz pojawiła się na ekranach w całym kraju.

„Cześć. Mam na imię Brayden Harrington i mam trzynaście lat”, zaczął, błyskając odsłoniętym w uśmiechu aparatem na zębach. Siedząc w różowym T-shircie na tle biurka i podręczników szkolnych, opowiadał o swoim spotkaniu z Bidenem, który powiedział mu, że obaj są „członkami tego samego klubu”.

„My…”, zaczął Brayden, wziął głęboki oddech i spojrzał na trzymaną w dłoni kartkę z tekstem. Ale słowa utknęły mu w gardle.

Spuścił wzrok. Wydał z siebie krótkie „s” i zamknął oczy, jakby próbował wyciągnąć z ust potrzebne słowo. Nic. Wziął kolejny oddech.

Wreszcie słowo się pojawiło.

„…się jąkamy”.

Co kilka zdań jakieś słowo stawało mu w gardle. Ale za każdym razem ruszał dalej. „Wszyscy chcemy, żeby świat czuł się lepiej”, powiedział, a siedząca na drugim końcu pokoju Annabelle uśmiechnęła się z dumą. „Wszyscy potrzebujemy świata, który czuje się lepiej”.

Przemówienie Braydena składało się zaledwie z około dwustu słów. Trwało niecałe dwie minuty. Ale „było to najbardziej przerażające zadanie, jakie wykonałem w życiu”, wyznał mi, gdy kilka lat później zapytałem go, jak udało mu się tego dokonać. Odwagę pomogły mu znaleźć słowa jego mamy: „Twoje niedoskonałości są twoim darem”.

Turn static files into dynamic content formats.

Create a flipbook
Sztuka mówienia. Spraw, żeby cię słuchano – sekrety speechwritera Białego Domu by SIW Znak - Issuu