Skip to main content

Ostateczne rozwiązanie

Page 1

ZNAK HORYZONT Kraków 2021


Projekt okładki Sebastian Komorowski Opieka redakcyjna Robert Medina Daniel Natkaniec Redakcja Bożena Sęk Adiustacja Bożena Sęk Korekta Joanna Kłos Bożena Sęk Łamanie Patrycja Pączek

Copyright © by Robert J. Szmidt Copyright ©for this edition by SIW Znak Sp. z o.o., 2021 ISBN 978-83-240-7941-4

Znak Horyzont www.znakhoryzont.pl

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37 Dział sprzedaży: tel. (12) 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl Wydanie I, Kraków 2021. Printed in EU


Część pierwsza ZAMACH Środa, 8 listopada 1939


S

przężony dwutarczowy mechanizm zegarowy tykał obojętnie jak najzwyklejszy budzik, choć jego wskazówki mogły i miały zmienić losy świata. Georg Elser otarł czoło wierzchem drżącej dłoni. Nie pocił się ze zmęczenia, jak każdej nocy spędzonej w mroku monachijskiej Bürgerbraükeller, a było ich, jeśli dobrze spamiętał, ponad trzydzieści. Nie, tym razem wykańczały go nerwy. Od finału wielomiesięcznych przygotowań dzieliły go chwile. Wykuty w filarze otwór kilka dni temu został szczelnie wypełniony laskami wykradzionego z kamieniołomów dynamitu. Pozostało już tylko domknąć obudowę skrzynki kryjącej mechanizm detonatora i zamas­ kować otwór uchylnym panelem boazerii. Wystarczy kilka zdecydowanych ruchów, by… Georg cofnął powoli rozdygotane dłonie. Wyłączył zawieszoną na szyi latarkę i sycząc z bólu, przetoczył się pod ścianę galerii, która górowała nad ogromną salą biesiadną. Kolana miał starte do krwi i tak nabrzmiałe, jakby zbierała się w nich woda. Nic to, ból minie, opuchlizna też zejdzie za kilka dni, a zaschnięte rany przetrze jodyną, gdy tylko wróci do wynajmowanego pokoju. Gorzej ze strachem… Pot spływał mu do oczu. Ręce trzęsły się jak ojcu, gdy wpadał w delirkę. Kark sztywniał po każdym, choćby najcichszym stuknięciu dobiegającym od strony ulicy. Muszę odsapnąć, uznał, przymykając powieki, muszę zebrać myśli, poszukać 9


OSTATECZNE ROZWIĄZANIE

ukojenia, najlepiej w modlitwie. Złożył dłonie, splótł palce mocno, aż do bólu. Ojcze nasz… Bezdźwięczne słowa popłynęły przez półmrok ku wybebeszonej kolumnie, w której wnętrzu spoczywała niewidzialna z dołu, nieuzbrojona wciąż bomba. Nie pomogło. Cała pewność, cała determinacja towarzysząca mu od chwili podjęcia decyzji prysnęła w jednym momencie niczym dźgnięta palcem bańka mydlana. Nie umiał się przemóc. Nie był przecież zimnokrwistym mordercą jak ci, których zamierzał usunąć. Skonstruował bombę, to prawda, ale robił to z myślą o oszczędzeniu cierpień i śmierci niezliczonym rzeszom ludzi, którzy – o tym był święcie przekonany – zginą w rozpoczętej dwa miesiące wcześniej wojnie. Długo tłumiona świadomość, że swoim czynem tak czy inaczej odbierze komuś życie, wyrwała się właśnie spod kontroli; tłamsiła, dręczyła, paraliżowała. Oko za oko, ząb za ząb, czyż nie tak mówi Biblia? Nie, nie i jeszcze raz nie, powtarzał sobie w myślach, przymknąwszy powieki i zacisnąwszy dłonie na pokrytych potem skroniach. To nie będą ludzie, tylko bestie. Pozbawione krzty sumienia łotry, bo tylko tacy odszczepieńcy mogą spijać godzinami słowa wypluwane przez oszalałego z nienawiści Führera. Nie ma innego rozwiązania, to jedyny sposób na zakończenie tego szaleństwa, na uniknięcie wojny, w której ukochane Niemcy poniosą niewyobrażalną klęskę. Oko za oko, ząb za ząb. Bóg na to zezwala. Bóg to pochwala. Hitler musi umrzeć, musi zniknąć z powierzchni ziemi. Czyż ta piwiarnia, w której rozpoczął marsz po władzę, nie jest wymarzonym miejscem na zakończenie jego plugawego żywota? Przy odrobinie szczęścia w niebyt stoczy się cała szemrana elita Trzeciej Rzeszy. Do Bürgerbraükellera na rocznicowe obchody puczu monachijskiego ściągną przecież 10


Część pierwsza. ZAMACH

niemal wszyscy poplecznicy szalonego wodza, by oddać cześć poległym przed piętnastu laty towarzyszom broni. I tu sczez­ ną, by miliony innych ludzi, wartościowszych, mogły dożyć starości, nie zaznawszy koszmaru następnej wojny. Oko za oko, ząb za ząb. Za noc kryształową, za Dachau, za Austrię, Czechy i Polskę. W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Żarliwa modlitwa, zmówiona pospiesznie w kompletnych ciemnościach, uspokoiła Georga. Rozedrganie słabło z każdym pomyślanym słowem. Strach nie znikł całkowicie, o nie, ale umysł przejął nad nim pełną kontrolę. Elser zamarł na kilka sekund, zrobił głębszy wdech, potem drugi. Był gotowy do wypełnienia misji, której poświęcił ostatni rok życia. Zapalił latarkę i nie zważając na pieczenie w opuchniętych kolanach, uklęknął ponownie przed kolumną. Teraz albo nigdy, bo jeśli skrewi, nie będzie kolejnej szansy. Drugi raz może nie zapanować nad nerwami. Przesunął palcem wskazówkę na górnej tarczy mechanizmu. Dwudziesta pierwsza trzydzieści, pół godziny po rozpoczęciu przemówienia, które powinno potrwać do jedenastej, jak przed rokiem i wcześniej. Suczy syn uwielbia się przecież nurzać w nazistowskim ścieku, a to cuchnące piwskiem bagno należy do jego ulubionych. Georg przytaknął kolejnej myśli. Ludzkie odpady, które zbiorą się tutaj wkrótce, nie zasługują na tyle szczęścia, zdecydował. Dłuższa wskazówka została cofnięta na dwudziestą pierwszą dziesięć. Nie, to zbyt mały margines błędu, uznał po chwili zastanowienia. Ta pora, zaraz po dziewiątej, była zbyt ryzykowna. Bomba nie może przecież wybuchnąć za wcześnie, zanim Hitler wejdzie na ustawiony pod kolumną podest, z drugiej jednak strony im krócej będzie przemawiał, tym lepiej. Mniej jadu wsączy w łby nazistów, którzy przeżyją zamach. Mniej wspomnień pozostanie im po ukochanym wodzu. 11


OSTATECZNE ROZWIĄZANIE

Dla pewności dodał kolejne dziesięć minut. Mechanizm detonatora okazał się bardzo dokładny. Przez cztery dni, które upłynęły od poprzedniego ustawienia go, nie spóźnił się nawet o ćwierć minuty, powinien więc zadziałać ze szwajcarską precyzją. Ósmego listopada tysiąc dziewięćset trzydziestego dziewiątego roku o dwudziestej pierwszej dwadzieścia – plus minus kilka sekund – odrażająca bestia nazizmu zostanie pogrzebana pod gruzami bawarskiej piwiarni, z której wypełzła szesnaście lat wcześniej, i nie zdoła rozpętać wojny, której Niemcy nie mają szans wygrać. Jeden zdecydowany ruch obu rąk i obita korkiem obudowa detonatora została zespolona w zamkniętą całość. Drugi ruch i zdemontowana boazeria trafiła na miejsce. Georg dobił lekko przyniesione gwoździe, blokując ją na dobre. Na koniec posprzątał po sobie, dokładnie jak zawsze, składając ostrożnie chustę, na którą sypał się pył z wyżłobionego wcześniej otworu. Zawiniątko trafiło do skrytki w podwójnym dnie walizeczki. Rozgrzanej latarki i reszty narzędzi nie musiał tam chować. Zanim ukrył się na zapleczu, przyjrzał się raz jeszcze tonącej w półmroku sali biesiadnej, z której usunięto wszystkie stoliki prócz jednego, okrągłego, zastępując je morzem krzeseł otaczających ciasno wysepkę podestu i umieszczoną na niej prostą mównicę. Drgnął nerwowo, gdy z zewnątrz dobieg­ ło stłumione szczekanie. Czas znikać, zanim leniwy dozorca zacznie kolejny obchód. Na szczęście psy nie miały wstępu do części restauracyjnej, na której zapleczu nocował po pracy.

* * * Kwadrans po zniknięciu Elsera na zamaskowaną skrytkę padł podwójny cień. Mężczyźni, którzy weszli po schodach na galerię, poruszali się równie ostrożnie, lecz znacznie ciszej od 12


Część pierwsza. ZAMACH

samotnego zamachowca. Buty na kauczukowych podeszwach tłumiły odgłosy stawianych kroków, czarne spodnie i golfy pozwalały wtopić się w mrok. Równie ciemne chusty i kaszkiety kryły twarze po oczy i zasłaniały włosy jaśniejsze od dojrzałego zboża. Gdy zamierali na moment, przystając pod kolejnymi kolumnami, stawali się niewidzialni. Przebywali w tym budynku równie długo jak Elser, ale mieli nad nim jedną ogromną przewagę – wydano im komplet kluczy pozwalających na otwarcie każdych drzwi, dzięki czemu zdołali się przyczaić na dole w saloniku, z którego obserwowali skrycie drzwi łączące restaurację z częścią biesiadną. Tam właśnie czekali spokojnie, aż śledzony przez nich człowiek zakończy pracę i wróci do własnej kryjówki, na tyle odległej i wyciszonej, żeby nie mógł ich ani zauważyć, ani usłyszeć. Dotarcie na galerię zajęło im niespełna minutę, za to otwarcie skrytki musiało potrwać dłużej, ponieważ obserwowany przyłożył się do ostatniego etapu pracy. Obluzowany panel boazerii został na koniec przybity nieco dłuższymi gwoździami, przez co nie dało się ich wydłubać jak poprzednio, podważając paznokciem główki. Ludzie w czerni byli na to przygotowani, gdyż spodziewali się podobnych działań po systematycznym rzemieślniku, jakim niewątpliwie był Elser. Mieli przy sobie niezbędne narzędzia, czasu też nie powinno im zabraknąć… Niższy z agentów, skupiony na podważaniu ostatniego gwoździa, zamarł w pół ruchu, gdy poczuł na ramieniu dłoń towarzysza. W tym samym momencie przez wnętrze przestronnej sali prześlizgnął się snop jasnego światła, budząc do życia fantazyjne cienie i wyławiając z mroku czarne jak sama noc swastyki, którymi ozdobiono liczne sztandary. Mężczyźni zareagowali instynktownie. Pierwszy przylgnął plecami do kolumny, w której spoczywała bomba, drugi przypadł do 13


OSTATECZNE ROZWIĄZANIE

podłogi. Błyskawicznie wtopili się w ciemne tło i znikli z pola widzenia dozorcy, który przeklinając pod nosem, mocował się właśnie z zamkiem głównego wejścia.  – Wynocha! – Mężczyźni zmartwieli, gdy do ich uszu dotarło gardłowe warknięcie. Niższy odsunął połę marynarki, sięgając po broń, ale następne słowa padły, zanim lufa lugera zdążyła opuścić kaburę. – Do budy, powiedziałem! Skargi odprawionych psów przycichły, gdy szerokie drzwi zamknęły się z budzącym echa trzaskiem. Agenci odczekali chwilę, wsłuchując się w nierówny stukot kroków utykającego starca. Mieli szczęście, przynajmniej na razie, ponieważ robiący obchód dozorca nie skręcił na schody, lecz wybrał łącznik prowadzący do części restauracyjnej. Rozejrzeli się pospiesznie, szukając miejsca, w którym mogliby się ukryć. Nie mieli jednak wielkiego wyboru – na zewnątrz ganiały wciąż rozszczekane psy, a cieć nieświadomie zablokował drogę powrotną do saloniku, w którym spędzili większą część nocy, położonego w części restauracyjnej. Wyższy wskazał palcem stojący tuż obok stolik osłonięty od strony wejścia stosem poskładanych krzeseł. Zgarnęli narzędzia i wsunęli się zwinnie pod podłużny blat. Ściągnąwszy mocniej obrus na zewnętrzną stronę, osłonili częściowo nową kryjówkę. To powinno wystarczyć, o ile stary dureń nie zechce sprawdzić galerii dokładniej. Czas mijał, a oni czekali w napięciu, nasłuchując stłumionych dźwięków dobiegających od strony restauracji. W końcu z dołu doszło do nich charakterystyczne skrzypnięcie drzwi i następujący po nim coraz głośniejszy stukot grubych podeszew o posadzkę. Stuk-puk, utykający mocno cieć maszerował w głąb sali biesiadnej, oświetlając drogę latarką. Zatrzymał się na dole dokładnie naprzeciw ukrytych mężczyzn, moment później usłyszeli głuche stuknięcie, odbijający się setnym echem zgrzyt przesuwanego krzesła i nieco 14


Część pierwsza. ZAMACH

tylko cichsze westchnienie ulgi. Sala miała doskonałą akustykę, czyż nie dlatego nowi przywódcy tak bardzo uwielbiali w niej przemawiać? Niższy z mężczyzn posłał koledze pytające spojrzenie. Ten skinął głową, choć niepewnie i nie od razu. Wychynęli spod stołu bardzo wolno, zachowując najwyższą ostrożność. Zatrzymali się w pewnej odległości od balustrady, skąd mogli dostrzec, co robi dozorca, który siedział wygodnie rozparty przy jedynym stoliku. Lewą dłoń wsunął za poluzowany pas, prawą zacisnął na uchwycie kamionkowego kufla. Popijał ciepłe niespienione piwo skąpymi łyczkami, nie odrywając wzroku od osobistego sztandaru Führera, którym przystrojono skromną mównicę. Kiwał wolno głową, zapewne do padających w jego myślach słów, uśmiechał się lubieżnie do wizji rodzonych w niezbyt wybujałej wyobraźni. Tylko takim sposobem mógł uczestniczyć w wydarzeniach dnia następnego. Ktoś tak mało znaczący jak on, ubogi krewny szeregowego uczestnika puczu, nie miał co liczyć na wysłuchanie rocznicowego przemówienia Adolfa Hitlera. Nie zostanie wpuszczony na salę biesiadną, pomimo że był etatowym pracownikiem Bürgerbräukellera. Przy odrobinie szczęścia przywódcy Trzeciej Rzeszy migną mu w tłumie na ulicy albo za bramą główną, gdy będą przechodzili przez ogródek piwiarni. Tej nocy stał się jednak kimś, naprawdę wielką szychą. Rozpierał się niczym pasza na krześle zarezerwowanym dla Rudolfa ­Hessa. Właśnie zerknął w lewo z ustami rozciągniętymi w rozanielonym uśmiechu, jakby wymieniał zadowolone spojrzenia z Himmlerem, Goebbelsem, Bormanem. Agenci drgnęli, gdy od strony uchylonych drzwi toalety dobiegł ciąg mechanicznych kaszlnięć zakończonych cichnącym z wolna szumem. Automaty spuszczały wodę całą dobę mniej więcej co dziesięć minut. Właśnie dzięki nim Elserowi udawało się maskować odgłosy kucia i wiercenia. Teraz dźwięki te posłużyły za tło 15


OSTATECZNE ROZWIĄZANIE

totalnie odmiennego działania. Uniesiony do ust kufel wylądował z trzaskiem na stole, a cieć zerwał się na równe nogi z zadziwiającą jak na jego stan sprawnością.  – Sieg heil! – wrzasnął, prężąc się w nazistowskim salucie. – Sieg heil! Sieg heil! – kontynuował, dołączając do wrzawy, która poza jego głową dobywała się z napełnianych przez automaty spłuczek. Trzeba było piętnastu sekund, zanim pod sklepieniem sali biesiadnej na powrót zapanowała cisza. Zadowolony z siebie dozorca zarechotał pod nosem, po czym dopił resztkę ciep­ łego piwa i odwrócił się chwiejnie, jakby zamierzał odejść. Po krótkim wahaniu zawrócił jednak, by wytrzeć rękawem blat. Wypucował go dokładnie, przyświecając sobie latarką, a gdy po jego wyimaginowanym uczestnictwie w spotkaniu z Führerem nie pozostał ślad, pokuśtykał smętnie w kierunku restauracji, by umyć i odstawić opróżniony kufel. Chwilę później opuścił piwiarnię, nucąc pod nosem trudną do rozpoznania, ale bez wątpienia patriotyczną melodię. Ludzie w czerni odczekali w bezruchu pełną minutę, po czym wrócili do przerwanych oględzin skrytki. Wyjęte gwoździe trafiły na chustkę, panel boazerii został ostrożnie zdjęty, a skrzynka kryjąca mechanizm zegarowy rozsunięta najciszej jak się dało, co nie znaczy, że bezgłośnie. Elser nie mógł tego jednak słyszeć, choćby nadstawiał ucha. Znajdował się piętro niżej, na przeciwległym krańcu sporego przecież budynku, za trojgiem szczelnie zamkniętych drzwi. Niższy z mężczyzn się odsunął, robiąc miejsce towarzyszowi. Obaj przyjrzeli się uważnie mechanizmowi zegarowemu i nowemu ustawieniu wskazówek.  – Dobrze, że nie odpuściliśmy – wyszeptał wyższy, dając znak, że można zamknąć obudowę. Gwoździe nie trzymały tak dobrze, jak powinny, więc wsunęli do otworów kilka drzazg odciętych od wewnętrznej strony 16


Część pierwsza. ZAMACH

panelu. To pomogło, boazeria nawet nie drgnęła, gdy niższy naparł na nią palcami. Szczotką do ubrań zmietli nieliczne drobiny pyłu i tynku, które podczas oględzin wypadły z wykutej wnęki. Zadbali o najdrobniejsze szczegóły, ponieważ tak postąpiliby prawdziwi zawodowcy, którymi mieli nadzieję już wkrótce zostać. Schodzili do kryjówki uśmiechnięci, pewni czekających w najbliższej przyszłości awansów i nagród. Wierzyli, że ich rola w rozpracowaniu zamachu nie zostanie pominięta ani umniejszona.

* * * Opuścili Bürgerbraükellera chwilę po Elserze, podobnie jak on unikając spotkania z przebierającymi się w szatni pracownikami porannej zmiany. Tylnym wyjściem wymknęli się na zagracone podwórze, skąd klucząc między komórkami, wyszli na Kellerstrasse. Minęli spokojnym krokiem pustą bramę, gdzie czatowała chwilę wcześniej druga para zespołu, która przejmowała śledzenie stolarza, kiedy ten opuszczał piwiarnię. Już tylko kilka kroków dzieliło ich od zakonspirowanego lokalu. Nie mieli czasu na odpoczynek. Wbrew opinii przełożonych ich działania wcale nie dobiegły końca. Zamachowiec wrócił, by dokonać może niewielkiej, ale jednak bardzo istotnej zmiany w ustawieniu detonatora. Zapewne ostatniej, ponieważ do planowanej przez niego akcji zostały już tylko dwie doby, a następnego wieczora nie da się już niepostrzeżenie wejść na galerię, gdyż Bürgerbräukeller będzie pucowana i szykowana na obchody rocznicy. W mieszkaniu agenci skorzystali z toalety, potem umyli się kolejno nad miską w rogu kuchni. Zjedli też skromne śniadanie, popijając czerstwy pumpernikiel na wpół wystyg­łą kawą zbożową. Na nic innego nie mogli sobie tego dnia pozwolić, 17


OSTATECZNE ROZWIĄZANIE

ponieważ zużyli cały zapas węgla, jaki znaleźli w komórce na dole. Po posiłku zajęli łóżko i kanapę, by rozprostować obolałe plecy. Nie byli senni, ponieważ w nocy czuwali na zmiany poza tym krótkim momentem, gdy zakradli się na galerię. Czekali teraz wygodnie rozciągnięci, w milczeniu snując domysły, co będzie dalej. Nie mogli złożyć meldunku, dopóki nie otrzymają informacji od Uliego i Fritza. Gdyby złamali choć jedną z licznych zasad bezpieczeństwa, przełożeni ukręciliby im łby. W tej grze stawka była niewyobrażalnie wysoka, wyższa nawet, niż gdyby szło tylko o ich życie, o czym przekonali się na własne oczy, gdy po raz pierwszy ujrzeli bombę konstruowaną przez Elsera. Napięcie rosło z chwili na chwilę, krew buzowała w żyłach, ale musieli stłumić emocje i leżeć bezczynnie, czekając na powrót któregoś z kolegów. Obserwację zamachowca prowadzili od ponad miesiąca. Nie wiedzieli, jak ich przełożeni wpadli na trop tego szaleńca, czy ktoś go zadenuncjował czy sam popełnił o jeden błąd za dużo, zwracając na siebie uwagę tajnej policji. Robili swoje, nie pytając o nic, jak na wzorowych członków SS przystało. Stali się czterema nieodłącznymi cieniami stolarza z Königsbronn, byli przy nim przez całą dobę, niewidzialni, niesłyszalni. Aczkolwiek nie była to trudna robota, ponieważ cel prowadził bardzo ustabilizowane życie, poświęcając większość wolnego czasu na konstruowanie detonatora i wykuwanie wnęki w kolumnie piwiarni. Jedno musieli mu przyznać: był cholernie sumiennym i dokładnym fachowcem. Niby prosty człowiek, małomiasteczkowy rzemieślnik, który książek nawet kijem nie tykał, a udało mu się dokonać rzeczy niebywałych. Co najdziwniejsze, przygotowywał ten zamach na własną rękę, bez niczyjej pomocy. Tego akurat obserwujący byli stuprocentowo pewni, ponieważ 18


Część pierwsza. ZAMACH

nie tracili go z oczu nawet na moment, z wyjątkiem nocek spędzanych w piwiarni. Anioła stróża miał nawet w kamienicy, w której wynajmował pożydowską suterynę. Za dnia podsypiał albo kręcił się po sklepach w poszukiwaniu potrzebnych części, co dwa, trzy dni chadzał do Bürgerbraükellera, gdzie zjadał skromny robotniczy posiłek, zamawiając zawsze to samo danie i popijając je jednym piwem. Potem wyczekiwał odpowiedniego momentu, a gdy nikt nie patrzył, przemykał na zaplecze. Nie mogli zakraść się tam za nim, nie ryzykując dekonspiracji, dlatego poprosili Berlin o pomoc. Szef zaakceptował plan Rolfa i tydzień później stosowny urząd zlecił kontrolę lokalu, którą przeprowadzono pod osobistym nadzorem trzęsącego miastem brigadeführera Webera. W skład komisji weszło rzecz jasna dwóch członków zespołu obserwującego stolarza. Dzień później agenci otrzymali komplet kluczy, dzięki którym mogli korzystać z prywatnych saloników w części restauracyjnej, skąd dyskretnie nadzorowali postępy prac Elsera. Każdego dnia około wpół do szóstej nad ranem, gdy słońce dopiero wstawało, a zamachowiec spał w najlepsze na zapleczu kuchni, ludzie w czerni zakradali się na galerię, aby dokonać szybkiej inspekcji. Kilka razy zdarzyło im się usunąć ślady kucia przeoczone przez zbyt zmęczonego stolarza. Raz był to odcisk brudnej dłoni na bocznej ścianie kolumny, w miejscu, w którym Georg się podparł, wstając. Innym razem przeoczył grudkę gruzu, która potoczyła się aż pod krzesła za jego plecami. W ciemności rozświetlanej tylko snopem światła z przesłoniętej niebieską chustką latarki miał prawo ich nie zauważyć, dlatego czuwali zgodnie z rozkazem, choć z początku nie rozumieli, dlaczego przełożeni każą im chronić tak odrażającego bandytę. Z czasem zaczęli się domyślać, że Berlin chce uniemożliwić zamach w ostatniej chwili, gdy wszystko 19


OSTATECZNE ROZWIĄZANIE

będzie gotowe, aby pokazać Niemcom i światu, że SS i Gestapo są wszystkowiedzące i nieomylne. Gdy zobaczyli, jak silny jest ładunek, zyskali pewność, że sprawa odbije się głośnym echem. Czas upływał zabójczo powoli, choć odliczali go na innym zegarze niż ten, który tykał we wnętrzu piwiarnianej kolumny. Minęła godzina, potem druga, w końcu zza drzwi wejściowych dobiegł znajomo brzmiący stukot. Moment później Ulrich, najstarszy z ich czwórki, stanął zdyszany w progu pokoju.  – Zegarmistrz spakował graty i poszedł na dworzec. Przed kwadransem kupił bilet do Friedrichshafen – zameldował. – Fritz wsiadł za nim do pociągu.  – Czyżby uciekał? – Heinz spojrzał pytająco na wyższego od niego kolegę.  – Na to wygląda… – Rolf podszedł do telefonu. Do rozpoczęcia obchodów rocznicowych pozostało niespełna półtorej doby. Zamachowiec wrócił na miejsce zbrodni. Przesunął po raz kolejny wskazówki detonatora, dokonując korekty pory wybuchu niespodziewanej, ale już ostatecznej, jak się zdawało. Jego wyjazd z miasta mógł oznaczać tylko jedno: gdy dojdzie do eksplozji, zamierzał być jak najdalej od Bürgerbräukellera. Friedrichshafen… Drań pożegna się z siostrą, a potem pryśnie za granicę. Czas złożyć meldunek, uznał Rolf, sięgając po słuchawkę.  – Frau Keller, słucham – usłyszał po trzecim sygnale znajomy damski głos.  – To ja, ciociu – rzucił rozradowanym tonem. Kazano im posługiwać się ustalonym szyfrem, jakby przełożeni żywili obawy, że członkowie zespołu także mogą być podsłuchiwani. Kto, u licha, miałby szpiegować agentów SD? Nie protestowali jednak, gdy otrzymali takie rozkazy. Brali udział w bardzo niebezpiecznej grze, więc robili, co im 20


Część pierwsza. ZAMACH

kazano, wychodząc z założenia, że doświadczeni funkcjonariusze aparatu bezpieczeństwa Rzeszy znają się na rzeczy.  – Rolfi, mein Schatz, czy coś się stało? – W jej głosie wyczuł nutę autentycznego niepokoju.  – Nic takiego, ciociu. Tata pojechał właśnie z Fritzem do Friedrichshafen.  – Mam wyjść im na spotkanie?  – Ucieszą się na pewno, jeśli zostaną odpowiednio powitani.  – Nic się nie martw. A co tam słychać w domu? Wszyscy zdrowi?  – Tak, ciociu, wszystko w najlepszym porządku. Przepraszam, ale nie mogę za długo rozmawiać. Szef prosił, żebym przyszedł do pracy dziesięć minut wcześniej niż zwykle. Nie wiem, o co mu chodzi, ale na wszelki wypadek wolę się nie spóźnić… – zawiesił znacząco głos.  – No tak, rozumiem. O ojca się nie martw, Rolfie. I uważaj tam na siebie, mein Schatz.  – Już nie jestem dzieckiem, ciociu – żachnął się, nie wychodząc z roli.  – Tak tylko się droczę. – Rozmówczyni także była doskonałą konspiratorką. – Pędź już do tej swojej pracy. Gdybym ja była twoją szefową, już dawno dałabym ci solidną podwyżkę albo awans.  – Już żałuję, że nie mam u cioci pełnego etatu – zaśmiał się.  – Tschüss, mein Schatz.  – Tschüss, Tante Irma. Słuchawka opadła z trzaskiem na widełki. Rolf nie odszedł jednak od stoliczka z ciężkim aparatem. Nie musiał długo czekać. Przenikliwe brzęczenie wyrwało go z zadumy niecałą minutę później.  – Niedermayer, słucham – rzucił pospiesznie.  – Cieszę się, że cię złapałem, chłopcze. – Sapiący głos należał do starszego mężczyzny. 21


OSTATECZNE ROZWIĄZANIE

– Właśnie wychodziłem do pracy.  – Zajmę ci tylko minutkę. – Rozmówca uderzył w błagalne tony. – To dla mnie bardzo ważne.  – Słucham.  – Kuzynka dostała mieszkanie w centrum, wiesz, pożydowskie mienie, te sprawy, i potrzebuje pomocy przy wyrzucaniu gratów. Żadna tam ciężka robota, bo to jakiś dentysta był czy okulista, psia jego mać, więc większość mebli może zostać. Dałbyś radę pomóc? Nie za darmo, rzecz jasna.  – Dla Eriki zawsze znajdę czas, panie Kuntze – zaśmiał się Rolf.  – Świetnie. Wpadnę po ciebie po robocie, powiedzmy o dwudziestej drugiej trzydzieści.  – Będę czekał. – Tym razem odłożył słuchawkę bardziej zdecydowanym ruchem, po czym potoczył wzrokiem po twarzach kolegów. – Znikamy dzisiaj zaraz po zamknięciu Bürgerbräukellera. – Przyjęli tę wiadomość w milczeniu, kiwając głowami. – Skoro Elser wyjechał, nie musimy pilnować mieszkania i możemy się skupić na piwiarni. – Sięgnął po notes. – Ulrich, ty idziesz pierwszy, Heinz zmieni cię o czternastej, ja wejdę do akcji o osiemnastej. Jakieś pytania? Nie czekał na odpowiedź. Nie musiał. Wszystko było jasne.

* * * Zdezelowana ciężarówka należąca do jednego z lokalnych browarów zwolniła, ale nie zatrzymała się przy bocznej bramie lotniska. Ktoś musiał uprzedzić strażników o jej przyjeździe. Ktoś wystarczająco ważny, by namówić karnych żołnierzy do otwarcia szlabanu bez skrupulatnej kontroli wjeżdżających. Ryzykowali wiele, wpuszczając cywilny pojazd i nieznanych im ludzi na teren jednego z najważniejszych obiektów wojs­ kowych Bawarii, i to w przededniu wizyty samego Führera, 22


Część pierwsza. ZAMACH

ale uczynili to bez wahania. Rolf wiedział, kim jest człowiek zdolny sprawić taki cud. Poznał go dwa miesiące wcześniej w Berkenbrücku podczas rozmowy kwalifikacyjnej. Wtedy standartenführer, a obecnie oberführer Heinrich Müller zwerbował go prosto ze szkoły SD, podobnie jak pozostałą szóstkę agentów zespołu, mimo że nie otrzymali jeszcze upragnionej promocji. Nie zawiedli go, wykonali zadanie, nie popełniając ani jednego błędu, za co – Rolf był tego pewien – czekała ich teraz nielicha nagroda. Uśmiechnął się pod nosem, gdy obok hangaru, ku któremu zmierzali, dostrzegł charakterystyczną sylwetkę transportowego Ju-52. Silniki maszyny pracowały na wolnych obrotach, drzwi za skrzydłem otwarto na oścież. W jednym z prostokątnych iluminatorów dostrzegł twarz, która wydała mu się znajoma. Moment później zobaczył ją wyraźniej. Anne­lore, ciotka ze Stuttgartu, koordynatorka zespołu. Obok niej w drzwiach pojawił się roześmiany Fritz. Rolf odmachnął mu, zanim zeskoczył z paki na spękany beton. On i jego towarzysze podbiegli do samolotu, nie oglądając się i nie żegnając kierowcy, który przyspieszał już, zawracając w stronę bramy. Wspięli się po schodkach kolejno, witani przez trzeciego pasażera junkersa. Haupsturmführer Wolfgang Engel, ostatni członek zespołu i jego bezpośredni przełożony. To on dostarczał potrzebne materiały, jak na przykład klucze do Bürgerbräukellera, i wszelkie potrzebne informacje. Był także jedynym łącznikiem z górą.  – Wracamy do szkoły? – zapytał Heinz, przekrzykując nabierające obrotów silniki.  – Cierpliwości! – odwrzasnął Engel, nakazując gestem, by Fritz wciągnął trap i zamknął drzwi. – Zaraz dowiecie się wszystkiego! Samolot ruszył, zanim najmłodszy członek zespołu zdołał wykonać rozkaz. Rolf opadł ciężko na najbliższe rozkładane 23


OSTATECZNE ROZWIĄZANIE

krzesło. Siedząca obok Annelore podała mu jeden z pasów uprzęży.  – Dziękuję, ciociu! – Wyszczerzył zęby.  – Arschloch! – Szturchnęła go w żebra mocno, lecz bez złości. Upajali się szczęściem. Wybrano ich spośród setek uczniów kuźni kadr SD, zlecono im ściśle tajną misję, od której powodzenia, jak się okazało, mogło zależeć życie samego Führera. Presja była ogromna, stopień trudności jeszcze większy, zwłaszcza dla tak niedoświadczonych młodzików. Przez ponad miesiąc byli nieodłącznymi cieniami Johannesa Georga Elsera. Nadzorowali każdy jego ruch, każdy krok, czasem nawet pomagali mu z ukrycia, aby zdołał osiągnąć zamierzony cel. Dlaczego kazano im zadbać, by bomba została umieszczona w Bürgerbräukellerze, mogli się jedynie domyślać, ponieważ mówiono im tylko tyle, ile musieli wiedzieć, czyli prawie nic. Nadal też nie rozumieli, dlaczego tak ważną operację zlecono im, żółtodziobom, a nie sprawdzonym asom wywiadu. Liczyli jednak, że teraz, po rozpracowaniu zamachowca i zakończeniu akcji, otrzymają odpowiedzi na wszystkie pytania, które tak rozpaczliwie chcieli zadać. Strach, który poczuli, gdy zrozumieli, z kim i z czym mają do czynienia, minął bezpowrotnie. Z czasem przywykli do świadomości, że w kolumnie piwiarni spoczywa bomba zdolna połowę budynku obrócić w perzynę. Spokój emanujący z głosu i zachowania przełożonego upewnił ich, że niczym nie ryzykują. Planowany przez szalonego cieślę zamach nie ma prawa się powieść. Rozumieli, że muszą ustąpić miejsca temu, kto w ostatnim akcie dramatu wkroczy na scenę i ujawni istnienie spisku, wskazując palcem zamachowca i ujawniając istnienie skonstruowanej przez niego bomby. To wydarzenie musi mieć stosowną rangę i oprawę, aby zszokować cały 24


Część pierwsza. ZAMACH

świat i zapewnić czujnemu zbawcy dozgonną wdzięczność uratowanych w ostatniej chwili elit. Może tym kimś będzie oberführer Müller, może ktoś od niego ważniejszy. Dla Rolfa tożsamość tej osoby nie miała większego znaczenia, liczyło się tylko, że przed nim i jego kolegami, nawet jeśli zostaną pominięci w podręcznikach historii, rysowała się świetlana przyszłość.

* * * Engel rozpiął uprząż, gdy tylko samolot zakończył ostre wznoszenie. Hałas w niezbyt dobrze izolowanym wnętrzu maszyny przycichł na tyle, że pozostali pasażerowie go usłyszą, jeśli odpowiednio podniesie głos.  – Gratuluję sukcesu! – zawołał, chwyciwszy się poręczy nad najbliższym iluminatorem. – Jutro będziecie na ustach całych Niemiec, co ja mówię, cały świat oniemieje, gdy się dowie, czego dokonaliście… – Zamilkł, pozwalając, by pochwała zrobiła swoje. – Tak, meine Herren… und Dame – ukłonił się przesadnie w stronę Annelore. Ona jedyna została zwerbowana poza szkołą SD, pozostali członkowie zespołu nie wiedzieli, kim jest ani skąd Müller ją wytrzasnął, ale nie wnikali w szczegóły, zwłaszcza że pracowała z dala od reszty ekipy, pełniąc rolę łącznika z mocodawcami. – Jeśli myślicie, że najgorsze za wami, to mam dla was bardzo złą wiadomość… – dodał i ponownie zawiesił głos. Zauważył, że w jednej chwili zesztywnieli, nie rozumiejąc, o co może mu chodzić. Zaśmiał się więc w głos. – Teraz dopiero się zacznie. Promocje, odznaczenia, te wszystkie gale i uroczystości wyjdą wam bokiem, możecie mi wierzyć! Zarechotali razem z nim, ponownie rozluźnieni.  – Myśli pan, że mamy szanse na osobiste spotkanie z Führerem? – zapytał niespodziewanie Ulrich. 25


Turn static files into dynamic content formats.

Create a flipbook
Ostateczne rozwiązanie by SIW Znak - Issuu