Skip to main content

Stolica Hitlera. Życie i śmierć w wojennym Berlinie

Page 1


PRZEKŁAD JAN WĄSIŃSKI

Tytuł oryginału

Berlin at War. Life and Death in Hitler’s Capital, 1939–45

Copyright © Roger Moorhouse 2010

Projekt okładki

Tomasz Majewski

Fotografia na pierwszej stronie okładki

© Culture Club/Hulton Archive/Getty Images (góra)

© James Jarche/Popperfoto via Getty Images (dół)

Fotografia autora na skrzydełku

Daniel Malak

Opieka redakcyjna

Maciej Gablankowski

Natalia Hońca (2026)

Urszula Ilnicka-Gębarowska (2026)

Adiustacja

Bogumiła Gnyp / Wydawnictwo JAK

Korekta

Maria Armata / Wydawnictwo JAK

Barbara Gąsiorowska / Wydawnictwo JAK

Joanna Kłos (2026)

Indeks

Bogumiła Gnyp / Wydawnictwo JAK

Łamanie

Andrzej Choczewski / Wydawnictwo JAK

Copyright © for the translation by Jan Wąsiński

© Copyright for this edition by SIW Znak sp. z o.o., 2026

ISBN 978-83-8427-558-0

Znak Horyzont www.znakhoryzont.pl

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl

Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37

Dział sprzedaży: tel. (12) 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl

Wydanie II, Kraków 2026. Printed in EU

Spis treści

Podziękowania 9

Wprowadzenie 11

Prolog

POGODA DLA FÜHRERA 17

Rozdział 1

WIARA W WODZA 31

Rozdział 2

MROCZNA KONIECZNOŚĆ 56

Rozdział 3

UMIARKOWANY OPTYMIZM 76

Rozdział 4

NIEDOBORY REGLAMENTOWANE 105

Rozdział 5

KAMIENIE SKĄPANE WE KRWI 138

Rozdział 6

NIEPOŻĄDANI CUDZOZIEMCY 159

Rozdział 7

PRZEDSMAK NADCHODZĄCYCH DNI 182

Rozdział 8

SPOŁECZNIE UŚMIERCENI 212

Rozdział 9

WAKACJE Z HITLERJUGEND 240

Rozdział 10

PRZYJACIEL LUDU 264

Rozdział 11

NĘKAJĄCY I NĘKANI 285

Rozdział 12

W CIENIU NEKROLOGÓW 318

Rozdział 13

WROGOWIE PORZĄDKU PUBLICZNEGO 342

Rozdział 14

NA PRZEKÓR WSZYSTKIEMU 364

Rozdział 15

SPODZIEWANA NAWAŁNICA 391

Rozdział 16

ZACIĄG STARCÓW I DZIECI 427

Rozdział 17

WYMARŁE MIASTO 454

Epilog

PROMYKI NADZIEI 486

Wybrana bibliografia 495

Indeks nazwisk 505

Spis ilustracji 511

Pogoda dla Führera

N a czwartek 20 kwietnia 1939 roku zapowiadano słoneczną, bezchmurną pogodę – w nazistowskich Niemczech taką pogodę określano mianem Führerwetter. Mieszkańcy Berlina, kiedy tylko rano otworzyli oczy, nie mogli się doczekać wydarzenia, które było jedną z głównych atrakcji całego roku. Przypadająca tego dnia okrągła, pięćdziesiąta rocznica urodzin Adolfa Hitlera, niemieckiego Wodza i kanclerza Wielkiej Rzeszy, miała zostać uczczona licznymi uroczystościami, defiladami i przyjęciami. Z tej okazji ogłoszono dzień wolny od pracy i zapowiedziano zorganizowane z wielką pompą imprezy, co w połączeniu z prognozą pięknej pogody wprawiło wszystkich w szampański nastrój.

W całym Berlinie tysiące zwykłych mieszkańców przygotowywały się do spędzenia dnia na świeżym powietrzu. Weterani pierwszej wojny światowej zadbali o wypolerowanie orderów do połysku, aby następnie przypiąć je z dumą do piersi, panie zaś pomyślały o wygodnych butach, a także o zabraniu żakietu, jak również małej przekąski dla rodziny, na przykład kanapek z wędliną. Bardziej zapobiegliwi nie zapomnieli o rozkładanym krześle bądź o taborecie, a niektórzy wzięli z sobą nawet lornetkę, aby wszystko dobrze zobaczyć. Przedstawiciele młodego pokolenia – z reguły należący do Hitlerjugend lub pokrewnych organizacji młodzieżowych – włożyli nienagannie wyprasowane mundurki, wypolerowali sprzączki przy paskach i upewnili się, czy odznaki są w komplecie. Chłopcy przyczesali włosy grzebykiem, dziewczynki starannie zaplotły warkocze. Każdy mieszkaniec stolicy czuł, że ten poranek jest wyjątkowy.

Przed wyruszeniem do śródmieścia na uroczystości dobrze było zapoznać się z oficjalnymi instrukcjami zamieszczonymi we wszystkich dziennikach. Radzono, by podczas parady nie zbliżać się zbytnio do pojazdów gąsienicowych oraz trzymać się w odpowiedniej odległości od koni. Przypominano, że polecenia wydawane przez policjantów oraz funkcjonariuszy partyjnych należy wykonywać niezwłocznie i bez szemrania. Fotografowanie w trakcie parady zostało surowo zabronione1. Równie starannie jak o regulamin zadbano o stronę organizacyjną wszystkich wydarzeń. Administracyjne centrum miasta zostało wyłączone z ruchu już o siódmej rano, podobnie jak znajdujący się na trasie uroczystego przemarszu dworzec kolejowy Tiergarten. Jadącym do śródmieścia uczestnikom obchodów zalecono opuszczenie środków lokomocji możliwie najbliżej zamkniętej strefy i udanie się dalej na piechotę. Ze względu na przewidzianą na popołudnie defiladę lotniczą także przestrzeń powietrzna nad centrum Berlina miała pozostawać przez cały dzień zamknięta dla podniebnego ruchu2. Sporej części uczestników oraz zaproszonych gości należało zapewnić nocleg w stolicy. Spośród mniej więcej 50 000 mundurowych, którzy mieli brać bezpośredni udział w pochodzie, większość można było zakwaterować w koszarach w Lichterfelde, Poczdamie bądź w innych obiektach wojskowych w okolicach Berlina. Ważne osobistości i honorowi goście mieli zatrzymać się w dwóch najlepszych hotelach stolicy – Adlonie i Kaiserhofie, gdzie czuwała nad nimi esesmańska warta3. Tysiące zwykłych gości, którzy przybyli z całej Rzeszy oraz z zagranicy, przy odrobinie szczęścia mogły znaleźć pokój w którymś z pośledniejszych hoteli bądź pensjonatów. Na najbiedniejszych czekały rozliczne parki miejskie, gdzie bez kłopotu można było rozbić namiot.

Hitler tymczasem nie musiał się martwić o takie drobiazgi jak dach nad głową. Tego ranka zerwał się z łóżka wyjątkowo wcześnie. Jego pokojowiec Heinz Linge wspominał później: „Führer włożył swój strój partyjny koloru brunatnego (...) [i] jako najwyższy dowódca Wehrmachtu założył złocisty pas od generalskiego munduru galowego. Sterczał w nieskończoność przed lustrem w sypialni, napawając się swoim widokiem i bez przerwy poprawiając marynarkę”4. Podlegli mu członkowie personelu, stojący na baczność w marmurowych korytarzach

1 „Deutsche Allgemeine Zeitung”, 19 kwietnia 1939, s. 11.

2 „Deutsche Allgemeine Zeitung”, 18 kwietnia 1939, s. 2.

3 „Der Angriff”, 20–21 kwietnia 1939, s. 5.

4 The Hitler Book, red. H. Eberle, M. Uhl, London 2005, s. 43.

gmachu Kancelarii Rzeszy, również byli odświętnie ubrani. Linge nie omieszkał opisać także ich wyglądu:

stali przy drzwiach w przepysznych mundurach ze srebrnymi felcechami i orderami przypiętymi do piersi (...), adiutanci i oficerowie łącznikowi stali w jednym szeregu z członkami obstawy Hitlera oraz pilotami z jego osobistej eskadry. Dalej znajdowali się żołnierze Leibstandarte w czarnych esesmańskich mundurach z paskami nawiązującymi do ubioru gwardii przybocznej kajzera Wilhelma. Oficerowie Leibstandarte, podobnie jak oficerowie Wehrmachtu, mieli srebrne pendenty oraz pasy od mundurów galowych5.

O ósmej rano grupa esesmanów z Leibstandarte dała krótki występ w ogrodach Kancelarii Rzeszy, intonując Deutschland, Deutschland über Alles oraz Horst Wessel Lied. Stojąc u stóp eleganckiego, zgrabnego portyku utrzymanego w klasycystycznym stylu, Hitler uważnie słuchał, po czym podziękowawszy wykonawcom, wrócił do środka, aby przyjrzeć się ogromnej liczbie otrzymanych podarunków, rozłożonych teraz na prostokątnych stołach negocjacyjnych. Już wcześniej, o północy, odebrał pierwsze upominki od wąskiego grona najbliższych współpracowników, zdecydowaną większość prezentów miał jednak obejrzeć dopiero rano. Christa Schroeder, jedna z sekretarek Führera, napisała w owym tygodniu w liście do przyjaciela:

liczba i wartość prezentów oszałamia. Obrazy (Defregger, Waldmüller, Lenbach, a nawet wspaniały Tycjan), dalej piękne miśnieńskie figurki z porcelany, srebrne podstawki na stół, wspaniałe książki, wazy, szkice, dywany (...). I naturalnie modele samolotów, statków i tym podobne wojskowe zabawki, które najbardziej cieszą Hitlera6.

Oprócz tych wspaniałych upominków, jakie do Kancelarii Rzeszy napłynęły od politycznych towarzyszy i zwolenników, Hitler otrzymał również niezliczoną ilość skromniejszych podarków od zwykłych obywateli niemieckich. Były wśród nich ogromne ciasta, pudełka słodyczy

5 Tamże.

6 Ch. Schroeder, Byłam sekretarką Adolfa Hitlera, tłum. M. Podwysocka, Warszawa 1999, s. 83.

i regionalne przysmaki, wyroby rękodzielnicze, poduszki i kołdry z wyhaftowanymi swastykami. Schroeder zauważyła: „Wiele pracy i myśli entuzjastycznych wielbicielek pochłonęły te robótki”7.

Mniej więcej godzinę później, tuż po niewielkim śniadaniu, Hitler opuścił gmach Kancelarii, aby na Wilhelmstrasse dokonać przeglądu oddziałów gotujących się do defilady. Dywizje SS Leibstandarte i Totenkopf oraz batalion policjantów prewencji (Schutzpolizei) przemaszerowały w nienagannym szyku przy akompaniamencie głośnych dźwięków orkiestry wojskowej. Przystrojone swastykami i zapełnione zwolennikami narodowego socjalizmu ulice dawały wspaniały przedsmak tego, co miało jeszcze tego dnia nastąpić. Kolejna godzina upłynęła na przyjmowaniu powinszowań od szacownych gości, delegacji i przedstawicieli innych mocarstw. Pierwszy ustawił się w kolejce nuncjusz papieski, który przekazał najlepsze życzenia od niedawno wybranego zwierzchnika Kościoła katolickiego Piusa XII. Drugi był prezydent Protektoratu Czech i Moraw Emil Hácha oraz prezydent Republiki Słowackiej Jozef Tiso. Potem Führer otrzymał gratulacje od rządu Trzeciej Rzeszy, delegacji wysokich oficerów Wehrmachtu oraz przyjął berlińskiego burmistrza Juliusa Lipperta. Nie zabrakło depesz gratulacyjnych, między innymi od brytyjskiego króla Jerzego VI oraz od amerykańskiego przemysłowca Henry’ego Forda. W końcu dwadzieścia po dziesiątej kanclerz Rzeszy otrzymał z rąk gdańskiego gauleitera Alberta Forstera honorowe obywatelstwo Wolnego Miasta.

Tuż przed wybiciem jedenastej Hitler ponownie wsiadł do swojej odkrytej limuzyny Mercedes Tourer i został zawieziony na Oś Wschód-Zachód, niemal pod samą trybunę, z której miał odebrać defiladę. Ową niewielką odległość Führer przebył na stojąco, niewzruszenie trzymając wyprostowane prawe ramię w geście pozdrowienia w stronę mijanych po drodze niezliczonych kolumn żołnierzy oddelegowanych do wzięcia udziału w defiladzie.

Większość Berlińczyków, teraz tłumnie zgromadzonych na trasie defilady, miała za sobą nieco mniej urozmaicony poranek. Być może słuchali radia albo – korzystając z okazji, jaką stwarzał dzień wolny od obowiązków zawodowych – zjedli śniadanie bez zwykłego pośpiechu. Ci, którzy zamierzali udać się do śródmieścia, zapewne głośno się zastanawiali, z którego miejsca będzie najlepszy widok. Inni, planujący pozostanie w domu, mogli przysłuchiwać się sprawozdaniu z uroczystości,

7 Tamże, s. 81.

siedząc wygodnie w fotelu – opisywaniem wydarzeń owego dnia zajmował się cały zespół spikerów radiowych, przy czym relacja od czasu do czasu miała być przerywana nastrojowymi utworami muzycznymi. Bardziej wyrobieni słuchacze zapewne rozpoznawali zwyczajową aranżację muzyczną – na przykład żwawy Badenweiler-Marsch zwiastował rychłe pojawienie się Führera.

Wydania nadzwyczajne magazynów informacyjnych były pełne ilustracji przedstawiających sceny z życia i momentów chwały Hitlera. Prasa codzienna również uczciła ten dzień, przygotowując numery specjalne. Wszystkie pisma zamieściły przemówienie gratulacyjne wygłoszone przez Josepha Goebbelsa, który zachęcał poprzedniej nocy: „żaden Niemiec, czy to w ojczyźnie, czy w jakimkolwiek innym miejscu na świecie, nie może odmówić sobie największej, najserdeczniejszej przyjemności współuczestniczenia. Jest to święto narodu i właśnie jako takie chcemy je obchodzić”8.

Większość dzienników nie omieszkała również wydrukować wielu spośród nadesłanych do redakcji listów gratulacyjnych i okazjonalnych wierszy. „Das Schwarze Korps”, tygodnik oddziałów SS, cytował czytelników, dla których hitlerowski „cud” stanowił powód do „wiecznej dumy”, lub sławiących Berlin jako „epicentrum wydarzeń w tej doniosłej chwili”9. W takim samym tonie pisała inna gazeta: zamieściła ona wątpliwej jakości poetyczne refleksje osiemdziesięcioletniego czytelnika, dla którego, jak głosił, „rozkoszą było dożyć takich czasów”10. „Der Angriff”, stołeczny organ prasowy Goebbelsa, popadł w ckliwe wręcz tony, cytując powinszowania od „trzech anonimowych Berlińczyków”: policjanta, gospodyni domowej oraz członka SA11.

Tych, którzy podjęli wysiłek udania się tego ranka do centrum stolicy, czekała nagroda w postaci wyjątkowego widowiska. Każdy Niemiec był zobowiązany w tak ważnym dniu wywiesić flagę z hakenkreuzem i doprawdy niewielu odważyło się zignorować ten nakaz. Mało tego, wielu mieszkańców Berlina poszło o wiele dalej, niż wymagały tego odgórne zarządzenia. Niezliczona liczba balkonów na przedmieściach stolicy została przyozdobiona flagami, zdjęciami i misternymi girlandami. Nie żałowano środków na przebogate udekorowanie śródmieścia.

8 J. Goebbels, Die Zeit ohne Beispiel, München 1941, s. 102.

9 „Das Schwarze Korps”, 20 kwietnia 1939, s. 16.

10 „Deutsche Allgemeine Zeitung”, 20 kwietnia 1939, s. 12.

11 „Der Angriff”, 20–21 kwietnia 1939, s. 15.

W dzielnicach handlowych właściwie każdą wystawę i okna wszystkich biur zdobiły fotografie lub popiersia Hitlera w otoczeniu kwiatów i wieńców. Ministerstwa i przedsiębiorstwa państwowe prześcigały się wręcz w okazywaniu swego oddania. Działacze NSDAP ograniczyli się do wywieszenia portretów i chwytliwych sloganów na murach siedzib partyjnych. Główne ulice stolicy zmieniły się nie do poznania, zwłaszcza w granicach głównego okręgu administracyjnego. Na przykład Wilhelmstrasse, przy której znajdował się gmach Kancelarii Rzeszy, przemieniła się w morze łopocących swastyk, również Unter den Linden oraz Friedrichstrasse zostały przyozdobione flagami, chorągiewkami i odświętnymi girlandami. Jedno z wydawnictw postanowiło zdystansować konkurencję i wywiesiło niemal ośmiometrowy, podświetlony i udekorowany flagami portret Hitlera z wypisanymi słowami: „Nasza wierność naszym podziękowaniem”.

Główną areną uroczystości była Oś Wschód-Zachód, czyli nowo wybudowany siedmiokilometrowy bulwar odchodzący od Bramy Brandenburskiej w stronę zachodnią. Tego dnia po obydwu stronach arterii ustawiono „pomalowane na biało, błyszczące miniaturowe świątynie z drewna (...), z każdej strony udekorowane purpurowo-biało-czarnymi flagami ze znakiem swastyki. (...) W innych dobrze widocznych miejscach stały szpalery masztów, na których łopotały flagi wszystkich okręgów Wielkich Niemiec”12. Amerykański korespondent William Shirer nie potrafił ukryć wrażenia, jakie zrobiła na nim wtedy arena głównych wydarzeń: „Nigdy nie widziałem takiego nagromadzenia flag, sztandarów, złotych orłów, podświetlonych słupów ani tylu lśniących mundurów, tylu żołnierzy, tylu karabinów. Ani też tylu ludzi na czyimkolwiek przyjęciu urodzinowym”13.

Podekscytowanie Amerykanina jest całkowicie zrozumiałe. W największej publicznej uroczystości w okresie nazistowskich rządów wzięło udział 50 000 defilujących żołnierzy i aż 2 000 000 widzów. Najwięksi szczęśliwcy – a raczej ci, którzy mieli najlepsze układy – zapewnili sobie miejsca siedzące na jednej z olbrzymich trybun przylegających do podwyższenia, z którego Hitler miał odbierać defiladę. Po obydwu stronach Osi Wschód-Zachód, na wysokości berlińskiej politechniki, przygotowano dwie wielkie trybuny. Ta znajdująca się na południowym skraju bulwaru została otwarta dla publiczności, północna zaś miała VIP-owski sektor, przeznaczony dla zaproszonych przez Hitlera

12 „The Daily Telegraph”, 20 kwietnia 1939, s. 13.

13 W.L. Shirer, This Is Berlin, London 1999, s. 39.

gości honorowych, a także dla różnej rangi przedstawicieli wojska i partii nazistowskiej. Trybuny mogły pomieścić po 5000 widzów. Z obu stron podtrzymywały je potężne filary, z których każdy był zwieńczony pozłacanym orłem dzierżącym w szponach swastykę. Ci, którzy zdołali zająć miejsca siedzące, mogli być z siebie naprawdę zadowoleni, bo mieli komfortowe warunki do śledzenia popołudniowych uroczystości.

Szczególnie dumny ze swego sprytu mógł być młody podporucznik Wehrmachtu Alexander Stahlberg. Jak wynika z jego pamiętników, żeby sobie zapewnić wygodne miejsce na jednej z trybun, wystarczyło uciec się do niewielkiego podstępu:

Dowiedziałem się, że tysiące biletów miało trafić tylko i wyłącznie do członków NSDAP oraz prominentnych osobistości, więc (bez pozwolenia przełożonych) włożyłem swój nowy, szyty na miarę mundur galowy, przytroczyłem do boku szablę kirasjerów pasewaldzkich i skierowałem się w stronę [trybun]. Potem po prostu poszedłem za znakami prowadzącymi ku wolnym miejscom na trybunie. Uznałem, że największe szanse mam na wejście do oznaczonego literami „CD” sektora dla korpusu dyplomatycznego, i w mgnieniu oka znalazłem się w doborowym towarzystwie attaché wojskowych z innych krajów14.

Większość widzów nie miała jednak tyle szczęścia i stała wzdłuż trasy planowanego pochodu, niekiedy mając jeszcze przed sobą dziesiątki innych osób. Gdy kolejni Berlińczycy dołączali do ludzkiego mrowiska, dochodziło do ostrych przepychanek, napór tłumu był bowiem z przodu hamowany przez kordon bezpieczeństwa złożony z trzymających się pod ramię uśmiechniętych funkcjonariuszy SS i SA. Niektóre dzieci szybko się zmęczyły i nieustannie dręczyły starszych pytaniami, kiedy wreszcie przyjedzie Führer. Inni malcy przedostawali się do pierwszych szeregów i wyglądali zza nóg policjantów stojących w szpalerze. Gdy tłum mocniej napierał, niektórzy stłoczeni widzowie mdleli i konieczna była wtedy pomoc pielęgniarek Czerwonego Krzyża. Inni zlekceważyli groźby oraz złorzeczenia służbistów i aby lepiej widzieć, odważnie wspięli się na zewnętrzne parapety budynków bądź na wciąż jeszcze pozbawione liści drzewa w Tiergarten. Mimo ogólnego rozgorączkowania i trudów ludzie byli w znakomitych humorach. William

14 A. Stahlberg, Bounden Duty, London 1990, s. 98–99.

Shirer określił panującą atmosferę jako „całkowicie świąteczną (...).

Urodziny Führera stały się świętem państwowym, wskutek czego młodzież stolicy zajmowała teraz przednie rzędy (...) ramię w ramię z najstarszymi, a pozostali członkowie rodzin – ojcowie i matki, wujkowie i ciotki – zazwyczaj wspólnie stali za ich plecami”15.

Zebrany w stolicy tłum był nazistowskimi Niemcami w miniaturze: obok Berlińczyków znajdowali się w nim mieszkańcy każdego okręgu, prowincji i obwodu partyjnego Rzeszy. W mrowisku ludzi słyszało się regionalne akcenty i dialekty, przybysze z Nadrenii stali razem z Sasami, Bawarczycy – z Fryzami, a Niemcy sudeccy – z mieszkańcami Prus Wschodnich. Widziało się wszystkie rodzaje mundurów, jakie istniały wtedy w państwie niemieckim – od ciemnobrunatnych uniformów Służby Pracy Rzeszy (Reichsarbeitdienst) przez krótkie spodenki młodzieży z Hitlerjugend po szare eleganckie mundury paradne Wehrmachtu. W godzinach poprzedzających główną część uroczystości oczekujący tłum mógł słuchać muzyki wojskowej, która dobiegała z porozstawianych wzdłuż drogi głośników. Była to też znakomita okazja do wymiany informacji – chętnie chwalono się tym, ile kto razy widział Führera na własne oczy, a niewykluczone, że po cichu wyrażano zaniepokojenie napiętą sytuacją międzynarodową. Niemniej jednak większość najpewniej po prostu chłonęła świąteczny nastrój i cieszyła się, że może być w tym miejscu i uczestniczyć w niezapomnianym wydarzeniu. Kiedy Hitler w końcu się pojawił, jadąc autem w kierunku trybuny honorowej, gawiedź momentalnie się uciszyła, by po chwili zgotować mu potężną owację.

W tłumie nie zabrakło również ludzi, którzy nie popierali nazizmu, lecz przyszli do Tiergarten tylko po to, by zobaczyć – jak słusznie przewidywali – widowisko o znaczeniu historycznym. Jedna z mieszkanek Berlina, zaliczająca się do takich właśnie osób, zapamiętała, że gdy tłum się ożywił, chcąc powitać Hitlera owacją, wraz ze swym towarzyszem schroniła się w bocznej uliczce w obawie przed oskarżeniami o niewłaściwy stosunek do ustroju:

Za naszymi plecami tłum wyprężył się w geście „niemieckiego salutu”. Dobiegały do nas okrzyki: Sieg Heil! Sieg Heil! . Każdy, kto nie podniesie wyprostowanej ręki, zostanie zatrzymany. Kiedy jednak rozejrzeliśmy się wokół, dostrzegliśmy jakieś piętnaście, może dwadzieścia osób, które podobnie jak my zdołały

15 W.L. Shirer, This Is Berlin, dz. cyt., s. 39.

wydostać się z tłoku i pośpiesznie umknęły w zaciszny zaułek.

„Dzień dobry” – odezwaliśmy się, przechodząc obok. „Dzień dobry” – brzmiała uprzejma odpowiedź. Jedna z tych osób z uśmiechem uchyliła nawet kapelusza16.

Inni, którzy nie uciekli ze strachu, zauważyli oznaki jawnego sprzeciwu. Jeden z naocznych świadków tamtych wydarzeń zapisał: „Jakiś szczupły, nieogolony robotnik w niebieskim uniformie mechanika siedział na kuchennej drabinie w samym środku tłumu. Spokojnie patrzył na przejeżdżające kolumny ciężarówek. »Że też naprawdę w to wierzycie – usłyszeliśmy jego mruknięcie – a to ino szmelc jest«. Wszyscy wokół spojrzeli na niego ze zgrozą. Skoro jednak nikt nie zaprotestował, pozwolili sobie na porozumiewawczy uśmiech”17.

Większość widzów zapewne nie zwróciłaby uwagi na taki pojedynczy gest sprzeciwu. Ludzie napawali się wyjątkowością chwili i możliwością patrzenia na „swojego Führera” z tak bliska, zarażając się euforią, jaką kipiał tłum. W 1939 roku kult otaczający Hitlera miał już solidne fundamenty, a cały nazistowski obrządek był skrupulatnie wyreżyserowany, tak aby wywołać zachwyt i uwielbienie publiczności. Tego dnia wielu uczestników berlińskich wydarzeń musiało poczuć wzruszenie przypominające religijną ekstazę.

Pojawienie się Hitlera i przejazd kawalkady samochodów wzdłuż Osi Wschód-Zachód wywołały ożywienie, gdy jednak Führer znalazł się już na swojej trybunie, w tłumie zapanowała cisza. Podporucznik Stahlberg tak zapamiętał tę chwilę: „W końcu nadszedł ten wspaniały moment, kiedy jubilat przejechał wzdłuż szpaleru ludzi, stojąc w swoim Mercedesie z siedmiolitrowym silnikiem. Doborowe towarzystwo, w które udało mi się wmieszać, powstało z miejsc, tak jak jest w zwyczaju w chwili przybycia głowy państwa, i zasalutowało w milczeniu”18. Tam, po przeciwnej stronie ciężkiej wilhelmińskiej fasady gmachu berlińskiej politechniki, Hitler wysiadł z auta i pokonał kilka stopni prowadzących na podest, gdzie czekało na niego pozłacane krzesło obite szkarłatem. Nad nim rozpięto osobisty sztandar Wodza, z tyłu zaś, tuż za trybuną, ustawiono olbrzymiego pozłacanego orła, a po jego bokach – sześć chorągwi ze swastyką. Hitler przywitał zaproszonych gości. Miejsca po jego lewej stronie zajmowali przedstawiciele niedawno

16 R. Andreas-Friedrich, Der Schattenmann, Frankfurt am Main 2000, s. 54–55.

17 Taż, Berlin Underground, 1938–1945, New York 1947, s. 41.

18 A. Stahlberg, Bounden Duty, dz. cyt., s. 99.

przyłączonego terytorium – „protektor” Czech i Moraw Konstantin von Neurath oraz marionetkowy prezydent Emil Hácha, który smutno wyglądał w cylindrze i eleganckim ciemnym garniturze. Po prawej ręce zasiadali prezydent i minister spraw zagranicznych świeżo powstałej Republiki Słowackiej, a także szef dyplomacji Trzeciej Rzeszy Joachim von Ribbentrop. Za plecami Führera ustawili się obwieszeni orderami dowódcy niemieckich sił zbrojnych: marszałek Göring z Luftwaffe, admirał Raeder z Kriegsmarine oraz generałowie Brauchitsch i Keitel z Wehrmachtu. Z tyłu, w dużym sektorze dla VIP-ów, w zwartych szeregach stali wysocy rangą oficerowie. Na tle ich szarych mundurów wyróżniały się czarne naszywki oficerów marynarki wojennej i białe, lśniące w słońcu czapki. Za plecami oficerów oraz po lewej i po prawej stronie znajdował się kolejny sektor pełen innych gości honorowych, w tym przedstawicieli zagranicznych mocarstw (attaché wojskowych, ambasadorów i konsulów), a także gromady pomniejszych przedstawicieli NSDAP i urzędników państwowych w towarzystwie małżonek o wyszukanych fryzurach. Wszyscy razem tworzyli – z perspektywy przeciętnego widza, który wraz z innymi zdołał dostać się na którąś z dwóch trybun lub stał gdzieś na bulwarze – nader imponujący widok. Po krótkiej chwili ciszy uroczystość rozpoczęła się od prezentacji niemieckiej potęgi w powietrzu. Berlińczycy zadzierali głowy ku niebu, gdzie w zwartej formacji przeleciały eskadry bombowych Heinkli oraz myśliwskich Messerschmittów. Pokaz okazał się sukcesem – Hitler kiwał głową z zadowoleniem i mówił coś do Göringa.

Podniebny występ był tylko przygrywką do głównej części defilady. Najpierw przewinęło się około trzystu wojskowych barw i sztandarów reprezentujących wszystkie pułki uczestniczące w paradzie, a trzymający je żołnierze przemaszerowali w takt orkiestry wojskowej złożonej z członków Leibstandarte. Potem dywizje piechoty lądowej i morskiej w równych szeregach mijały trybuny defiladowym krokiem. Kiedy pojawiły się maszerujące w zwartym szyku oddziały powietrznodesantowe w kombinezonach maskujących, wśród zgromadzonych zrobiło się gwarno, rzadko kto bowiem miał wcześniej sposobność ujrzenia na własne oczy tych nowoczesnych, elitarnych jednostek.

Następnie pojawiły się oddziały zmechanizowane – najpierw grenadierzy pancerni w ciężarowych oplach, które przetaczały się przed trybunami po cztery w rzędzie. Za nimi nadciągnęły jednostki na motocyklach z bocznym wózkiem; każdemu z tych trzyosobowych pojazdów precyzyjnie przypisano miejsce w defiladzie w kolejności zależnej od numeru bocznego. Potem pojawiły się oddziały samochodów pancernych,

a za nimi pojazdów służących do prowadzenia rozpoznania oraz kompanie reflektorów przeciwlotniczych. Jak widać, w defiladzie nie omieszkano zademonstrować wszelkiego dostępnego, najnowocześniejszego wyposażenia. Następnie nadciągnęły oddziały pancerne – niektóre sunęły z chrzęstem po jezdni, naruszając jej dopiero co położoną nawierzchnię, inne zostały załadowane na pojazdy niskopodwoziowe, a ich załogi, znakomicie prezentujące się w czarnych beretach i mundurach, jechały obok w furgonetkach. Jeden z młodszych widzów wpadł w szczególny zachwyt – gdy obserwował przesuwające się kolumny żołnierzy i sprzętu wojennego, uderzyła go pedantyczna kolejność, w jakiej poustawiano wojskowe szeregi, a także niespotykana dyscyplina wśród maszerujących i przejeżdżających przed trybuną, z której Hitler dokonywał przeglądu: „Była to istna uczta dla oka – wspominał później –i owacjom nie było końca”19.

Na zakończenie przedefilowały też wszystkie rodzaje wojsk artyleryjskich, przy czym nie zabrakło sprzętu żadnego typu – od najskromniejszych haubic polowych zaprzężonych w konie po 88-milimetrowe armaty przeciwlotnicze i potężne działa K.3 kaliber 238 mm, transportowanych przez równie masywne, osiemnastotonowe pojazdy „Famo” –półgąsienicowe ciągniki artyleryjskie. Wspaniałą uroczystość zwieńczył zbiorowy powrót pochodu barw pułkowych pod trybunę, z której Führer oglądał przemarsz wojsk. Na rozkaz dowódcy, który ryzykując upadek, dosiadał narowistego siwka, uroczyście zasalutowano poprzez opuszczenie sztandarów.

Między sygnałem rozpoczynającym defiladę a ostatnią owacją upłynęło niemal pięć godzin. Gdyby sprzęt i żołnierzy uczestniczących w paradzie ustawić gęsiego, utworzyliby łańcuch o długości przekraczającej sto kilometrów20. W czasach pokoju nigdy nie odbyła się demonstracja siły wojskowej na porównywalną skalę. Defiladę pułków i dywizji Hitler odbierał w pozycji, która stała się jego znakiem rozpoznawczym: lewa ręka oparta na sprzączce paska, prawa – wyprostowana w rzymskim pozdrowieniu. Jedynie w krótkich chwilach, kiedy akurat następowała przerwa w pochodzie, siadał na krześle i zamieniał kilka słów z otaczającymi go osobami, poza tym przez cały czas stał z beznamiętnym wyrazem twarzy, przyglądając się pochodowi podległych mu wojsk. Wódz Rzeszy lubił się chwalić, że jeśli chodzi o długotrwałe stanie na

19 Klaus U., korespondencja z autorem, październik 2006.

20 V. Ulrich, Geburtstagsparade: Berlin, 20. April 1939, Kiel 2004, s. 128.

baczność i salutowanie, to żaden z nazistowskich towarzyszy mu nie dorówna21. Tego dnia mógł udowodnić, że tak jest w istocie. Christa Schroeder jako jedna z wielu nie mogła się nadziwić wytrzymałości Hitlera: „Zawsze się dziwię, skąd on ma tyle siły – zapisała. – Bo przez cztery godziny stać i pozdrawiać to potwornie wyczerpujące. Byłyśmy niesamowicie zmęczone od samego przyglądania się, przynajmniej ja”22. W rzeczywistości jednak tłum nie czuł zmęczenia militarystycznym widowiskiem – wręcz odwrotnie. Przeciwnicy nazistowskich rządów oraz osoby, które nie akceptowały tego typu chełpienia się potęgą wojskową, z reguły trzymali się z daleka od głównych wydarzeń, w rezultacie przytłaczająca większość uczestników spektaklu czuła przede wszystkim, jak wzbiera w niej duma z widocznego gołym okiem odrodzenia niemieckiej wielkości oraz – jak to postrzegali – niemieckiego honoru. Reagowali z entuzjazmem i zdumieniem, a momentami również z wesołością. Kawaleryjskie szwadrony zostały powitane radosnymi okrzykami, przy czym dziki wzrok niektórych koni dodawał uroczystościom atrakcyjności i nieobliczalności. Poza tym sam ogrom, złożoność i nowoczesność zaprezentowanego na defiladzie wyposażenia wojskowego wydobywały z ludzkich gardeł okrzyk niedowierzania. Któryś z dziennikarzy donosił, że często dało się słyszeć zwrot Neee... sowat! , który w wolnym tłumaczeniu znaczy „niebywałe!”23. Przebieg uroczystości został, rzecz jasna, skwapliwie wykorzystany do celów propagandowych. Oficjalni fotografowie stali na całej trasie, sumiennie uwieczniając każdą godną uwagi scenę. Wiele z owych zdjęć pojawi się później w pamiątkowych albumach, które powinna mieć każda niemiecka kawiarnia na każdym stoliku. Oprócz zastępu fotografów Goebbels pomyślał o wyznaczeniu tuzina operatorów filmowych, którzy mieli nagrać defiladę. Ich zadanie zostało jasno określone:

Wykraczając poza teraźniejszość, należy stworzyć historyczny dokument na przyszłość, oddać za pomocą projekcji, w sposób jasny dla wszystkich, znaczenie tego dnia. Defilada ma się stać modelowym przykładem reportażu filmowego. Nie chodzi tu tylko o zewnętrzną formę. Należy również uchwycić nastrój chwili, atmosferę panującej wśród szeregów dyscypliny i emanującej z nich

21 R.G.L. Waite, The Psychopathic God: Adolf Hitler, New York 1977, s. 49.

22 Ch. Schroeder, Byłam sekretarką..., dz. cyt., s. 83.

23 „Deutsche Allgemeine Zeitung”, 20 kwietnia 1939, s. 9.

potęgi. Każdy moment tego wydarzenia musi zostać uwieczniony takim, jaki był wówczas24

Filmowcy nie zawiedli Goebbelsa. W sumie zużyli ponad osiem kilometrów taśmy25, tworząc materiał, który przy stosownych dźwiękach muzyki wojskowej zostanie wykorzystany w kronice filmowej poświęconej tamtemu dniu.

Gdy defilada dobiegła końca, a Hitler powrócił do gmachu Kancelarii Rzeszy, by przyjąć zagraniczne delegacje w prywatnym salonie, zgromadzony na trybunach oraz wzdłuż Osi Wschód-Zachód tłum zaczął się rozchodzić. Część zapewne udała się tam, gdzie miały się odbyć kolejne uroczystości, innych, którzy przybyli z dziećmi, pochłonęły postawione na osi czołgi, ich załogi bowiem pozwalały młodym rozemocjonowanym ochotnikom wdrapać się na pojazd, a nawet zerknąć do środka. Większość jednak po prostu wracała do domu albo szukała miejsca w którymś z zatłoczonych śródmiejskich barów lub restauracji. Oberże rychło zapełniły się klientami różnorakiego autoramentu; oczywiście część z nich wytoczyła się potem na ulice, śpiewając i tańcząc przez całą noc, hamowana jedynie przez kordony rozweselonych esesmanów i policjantów, których zadaniem było utrzymanie płynności ruchu na głównych arteriach miasta. Dla wielu hulaków święto miało dobiec końca dopiero wraz z brzaskiem następnego dnia.

Nastroje wśród świętujących były optymistyczne – tego popołudnia została wszak w całej okazałości zademonstrowana niemiecka potęga wojskowa i polityczna. Jakże wiele zmieniło się od czasów wersalskiej hańby, politycznego chaosu lat dwudziestych oraz chudych lat wielkiego kryzysu. Wszystko wskazywało na to, że Hitler dotrzymał składanych obietnic, przywracając Niemcom szacunek i pewność siebie. Tego popołudnia zgromadzonym Berlińczykom musiało się wydawać, że Führer doprowadził do spełnienia swojej przepowiedni z Mein Kampf : „Być obywatelem Rzeszy, nawet jeżeli jest się tylko zamiataczem ulic, musi być uważane za większy honor niż bycie królem w obcym kraju”26. Zapewne zgodziłby się z tym nawet William Shirer, któremu przecież daleko było do wielbienia czy choćby popierania nazistów. Jak zapamiętał amerykański korespondent, tego popołudnia „odnosiło się wrażenie,

24 Nazism 1919–1945, red. J. Noakes, G. Pridham, t. 2, Exeter 1984, s. 412.

25 R.G. Reuth, Goebbels, New York 1994, s. 247.

26 A. Hitler, Mein Kampf, tłum. I. Puchalska, P. Marszałek, Kraków 1992, s. 170.

że zgromadzonym na ulicach ludziom faktycznie odpowiada rozwój wydarzeń i że są z niego dumni. Zdawali się mieć poczucie, że jako naród doszli do czegoś, a osiągną jeszcze więcej”27.

Ten optymizm miał podstawy – wiosną 1939 roku hitlerowskie Niemcy znajdowały się u szczytu potęgi. W tygodniach poprzedzających jubileusz swojego Wodza niemieckie oddziały wkroczyły do Pragi, podbijając pozostałości po Czechosłowacji, a także zaanektowały kosztem Litwy sporne terytorium – Memelland (okręg Kłajpedy). Wydarzenia te doprowadziły, rzecz jasna, do napięć w stosunkach międzynarodowych, niemniej jednak przytłaczająca większość Niemców gorąco wierzyła, że w zamierzeniu Hitlera leży pokój i że uda mu się zażegnać konflikty oraz nieporozumienia na drodze negocjacji. Tak oto Wielkie Niemcy stały się faktem, a zarazem – co miało zasadnicze znaczenie dla niemieckiej opinii publicznej – powstały bez toczenia wojen. Mocarstwo rozciągające się od Morza Północnego po dorzecze Dunaju oraz od wschodniej części Bałtyku po Ren stanowiło największe i najludniejsze państwo na kontynencie europejskim, o ogromnych wpływach wykraczających poza granice terytorialne. Pod rządami Führera zdołano przezwyciężyć najdotkliwsze skutki wielkiego kryzysu: niemiecka gospodarka kwitła przy pełnym zatrudnieniu i wciągała coraz większe połacie Europy Środkowej w swoją strefę wpływów. W tym okresie niemiecki model polityczny stawał się bardzo atrakcyjny dla narodów, które czuły się sparaliżowane przez ustrój demokratyczny, zmagając się z ustawicznymi niepokojami oraz politycznymi ekstremizmami. Nawet nieskrywany militarystyczny charakter hitleryzmu nie studził entuzjazmu. Tego dnia jeden ze sprawozdawców zauważył, że tłum zgromadzony z okazji defilady „nie sprawiał wrażenia myślącego o wojnie – mimo że oglądał ludzi i wyposażenie, które w razie czego znalazłoby zastosowanie w konflikcie zbrojnym”28. Nie dziwi zatem, że wielu Berlińczyków widziało przyszłość w różowych barwach.

27 W.L. Shirer, This Is Berlin, dz. cyt., s. 41.

28 Tamże, s. 40.

Wiara w Wodza

1września 1939 roku rozpoczął się tak jak inne dni pogodnego końca lata. Trawa lśniła od rosy, a od północy, od strony Bałtyku, wiała lekka bryza. Wcześniej wstający Berlińczycy odsuwali zasłony i przygotowywali się do codziennych obowiązków. Był to piątek i dzieci rozpoczynały nowy rok szkolny, a dorośli szykowali się do pracy. Należało zrobić poranną toaletę, ubrać się odpowiednio, a także pospieszyć dzieci, by nie marudziły przy codziennych czynnościach. Kolejnym punktem programu powinno być śniadanie: zaparzenie kawy, staranne pokrojenie chleba, przygotowanie półmiska z wędlinami lub serem.

Poranna lektura gazety przy śniadaniu nie pozwalała dowiedzieć się, że trzysta kilkadziesiąt kilometrów dalej na wschód dzieje się coś ważnego. Dopiero później najpoczytniejsze dzienniki naprędce przygotują dodatki nadzwyczajne, które będą krzykliwie zachwalane na śródmiejskich ulicach Berlina. Poranne dzienniki nie zawierały jeszcze sensacyjnych doniesień. Niektóre zamieściły artykuły o tym, że kryzys polityczny w stosunkach z Polską ciągle się nasila, i wyliczały polskie „zbrodnie” popełnione w ciągu ostatnich miesięcy, a także szczegółowo opisywały atak przy użyciu granatu ręcznego na przedstawicieli narodowości niemieckiej za wschodnią granicą 1. Niektóre tytuły z pierwszych stron gazet brzmiały groteskowo – zapewne były rezultatem gorączkowych spekulacji bądź czystym wymysłem przedstawicieli Ministerstwa Propagandy. Jedna z czołówek obwieszczała, że polskie siły zbrojne właśnie uderzają na Litwę i Łotwę2, inna alarmowała,

1 „Völkischer Beobachter”, 1 września 1939, s. 1.

2 „Der Angriff”, 1 września 1939, s. 1.

że sąsiad zza Odry miał czelność wysunąć roszczenia terytorialne dotyczące nawet Berlina3.

Jednak z większości artykułów prasowych wyłaniał się obraz miasta, w którym życie właściwie toczyło się zwykłym trybem. Autostrada łącząca stolicę z Dreznem miała niebawem zostać ukończona, a berlińskie zoo ogłaszało, że w następną sobotę i niedzielę dzieci będą miały wstęp za połowę ceny. Kolejne części publikowanych w odcinkach powieści sąsiadowały z ogłoszeniami drobnymi i doniesieniami z giełdy. Znacznie bardziej wyeksponowane zostały zapowiedzi wydarzeń ze świata kultury i rozrywki. Wieczorem w kinie wytwórni UFA na berlińskiej Kurfürstendamm miała się odbyć premiera filmu Die barmherzige Lüge (Kłamstwo z litości) – osobliwej historii trójkąta miłosnego, rozgrywającej się podczas niemieckiej ekspedycji badawczej w Mongolii. W tym samym czasie na scenie Künstlertheater w komedii Aimée miała się pojawić Olga Czechowa, gwiazda niemieckiej kinematografii, a w Operze Narodowej wystawiano Śpiewaków norymberskich Wagnera. Na kolumnach sportowych z kolei wybijała się informacja poświęcona rajdowemu Grand Prix w Belgradzie – z satysfakcją podkreślano, że niemiecki kierowca jadący Mercedesem ustanowił rekord okrążenia4. W którymś jednak momencie każdy musiał zdać sobie sprawę, że ten dzień nie był taki zupełnie zwyczajny. Jedni mieli okazję usłyszeć o tym od sąsiada – niekoniecznie w rozmowie, równie dobrze bowiem mogło do nich dotrzeć tylko głośno wypowiedziane, choć nie do końca zrozumiałe, zdanie rzucone na klatce schodowej. Podniesione głosy z dalszych ulic mogli usłyszeć ludzie będący akurat w śródmieściu. Ciekawość oraz chęć wyjaśnienia skłoniłaby jednych i drugich do włączenia odbiorników radiowych. Na wszystkich falach nadawano ten sam komunikat – oficjalne oświadczenia zawierające masę takich określeń, jak: „incydenty graniczne”, „obrona niemieckiego honoru”, „do ostatniej kropli krwi”, „na przemoc trzeba odpowiedzieć przemocą”5. Günter Grossmann, Berlińczyk z urodzenia, który miał wówczas szesnaście lat, przytacza typową reakcję na zasłyszaną nowinę: Siódma rano, budzę się i włączam volksempfängera, aby wysłuchać porannego koncertu. Tymczasem zamiast muzyki słyszę głos

3 „Völkischer Beobachter”, 1 września 1939, s. 2.

4 „Deutsche Allgemeine Zeitung”, 1 września 1939, s. 6.

5 Obwieszczenie Wehrmachtu z 1 września 1939, cyt. za: M. Domarus, Hitler. Speeches and Proclamations, t. 3, London 1997, s. 1745.

kanclerza Adolfa Hitlera, który w imieniu rządu Trzeciej Rzeszy obwieszcza, że o czwartej nad ranem oddziały niemieckie przekroczyły granicę z Polską i posuwają się w głąb kraju (...). W ten sposób spełniły się nasze najgorsze obawy: To wojna! (...) Budzę rodziców i opowiadam, co usłyszałem. Jesteśmy przerażeni6.

Większość mieszkańców Berlina miała nigdy nie zapomnieć owego wrześniowego poranka. Heinz Knobloch zaskakująco wyraźnie pamięta, w jakich okolicznościach usłyszał nowinę. Kiedy rano przyszedł do szkoły, dowiedział się, że lekcje zostały odwołane, a uczniowie mają wracać do domu. „Wspaniale!” – ucieszył się, chociaż ani on, ani żaden z jego kolegów z klasy nie zapytał o przyczynę7. Po powrocie do domu nadal nie zdawał sobie sprawy z powagi sytuacji i cieszył się na dzień laby, kiedy z piętra wyżej zawołał go znajomy rodziny. „Powinieneś włączyć radio – powiedział. – Stało się coś ważnego. Führer właśnie wygłasza przemówienie”8.

To właśnie wtedy Hitler miał wygłosić jedno z najważniejszych przemówień w życiu. Był źle przygotowany, nie spał zbyt dobrze, wyglądał na wyczerpanego, i to mimo dawki środka pobudzającego wstrzykniętej mu przez osobistego lekarza9. Napięcie towarzyszące poprzednim tygodniom dawało mu się teraz we znaki, poza tym ubiegłej nocy Führer jak zwykle pracował do późna, dyktując swoim sekretarkom tekst przemówienia. Na domiar złego tego poranka odezwały się wszystkie jego dolegliwości: ból głowy i żołądka oraz objawy bezsenności. Jak wspominał jeden z członków hitlerowskiej świty, oddech kanclerza cuchnął tak okropnie, że zgromadzone wokół niego osoby musiały wykazać się ogromną siłą woli, by nie cofnąć się z obrzydzeniem10.

Tuż przed dziesiątą rano Hitler wsiadł do luksusowego Mercedesa i pokonał niewielką odległość, jaka dzieliła Kancelarię Rzeszy od Krolloper (Opery Krolla), w której gmachu zwołano nadzwyczajne posiedzenie Reichstagu. Trasa z Kancelarii wiodła zapewne przez Wilhelmstrasse, potem w lewo na Unter den Linden i do Bramy Brandenburskiej. Humor Hitlera być może uległby poprawie na widok pozdrawiających

6 G. Grossmann, Die sieben mageren Jahren eines jungen Berliners, Berlin 2005, s. 9.

7 H. Knobloch, Eine Berliner Kindheit, Berlin 1999, s. 93.

8 Tamże.

9 The Hitler Book, red. H. Eberle, M. Uhl, London 2005, s. 46.

10 B. Dahlerus, The Last Attempt, London 1948, s. 119.

Turn static files into dynamic content formats.

Create a flipbook
Stolica Hitlera. Życie i śmierć w wojennym Berlinie by SIW Znak - Issuu