EMILY
GIFFIN
Sto dni po ślubie
tłumaczenie Martyna Tomczak
Kraków 2014
Tytuł oryginału: Love the One You’re with Copyright © 2008 by Emily Giffin. All rights reserved Copyright © for the translation by Martyna Tomczak Pierwsze wydanie w języku polskim: Wydawnictwo Otwarte, Kraków 2008 Projekt okładki: Eliza Luty Fotografia na okładce: © Dimitri Otis / Getty Images Fotografia autorki: © Deborah Feingold Grafika na okładce: Olka Osadzińska, www.aleosa.com Opieka redakcyjna: Arletta Kacprzak Opracowanie typograficzne książki: Daniel Malak Adiustacja, korekta i łamanie: Zespół – Wydawnictwo PLUS ISBN 978-83-7515-320-0
www.otwarte.eu Zamówienia: Dział Handlowy, ul. Kościuszki 37, 30-105 Kraków, tel. (12) 61 99 569 Zapraszamy do księgarni internetowej Wydawnictwa Znak, w której można kupić książki Wydawnictwa Otwartego: www.znak.com.pl
Mojej kochanej Harriet
Rozdział 1
Zdarzyło się to dokładnie sto dni po moim ślubie z Andym. Niemal co do minuty sto dni po ceremonii, która zaczęła się o wpół do czwartej. Nie, nie jestem jedną z tych nadgorliwych młodych żon, które wychwytują każdy trywialny moment znaczący jakoś upływ czasu w związku. Cierpię po prostu na łagodną odmianę nerwicy natręctw, która zmusza mnie do liczenia różnych mało ważnych rzeczy, na przykład: kroków od mojego mieszkania do najbliższej stacji metra (trzysta czterdzieści jeden w wygodnych butach, tuzin więcej na obcasach); momentów, gdy w programie Kawaler do wzięcia padają słowa „cudowne porozumienie” (zawsze dwucyfrowa liczba); facetów, z którymi całowałam się w ciągu trzydziestu trzech lat mojego życia (dziewięciu). Albo – jak w tamto deszczowe, zimne styczniowe popołudnie – dni, które minęły od mojego ślubu, gdy nagle zobaczyłam go na samym środku przejścia dla pieszych, na skrzyżowaniu Jedenastej i Broadwayu. Z zewnątrz, na przykład dla taksówkarza obserwującego pieszych ścigających się, by zdążyć przed czerwonym światłem, była to zwykła scenka z życia miasta: dwoje, wydawałoby 7
się, obcych sobie ludzi – których na pierwszy rzut oka nie łączyło nic poza tym, że oboje mieli dość liche czarne parasole – minęło się na przejściu, wymieniło przelotne spojrzenia i sztywne, a jednak przyjazne powitanie, po czym odeszło każde w swoją stronę. Z mojego punktu widzenia sytuacja wyglądała zupełnie inaczej. Uczucia kłębiły się we mnie, gdy niemal bez tchu dotarłam na drugą stronę ulicy i znalazłam schronienie w świecącym pustkami barze przy Union Square. „Jakby zobaczyła ducha” – przyszedł mi do głowy jeden z tych zwrotów, które słyszałam tysiące razy, jednak nigdy wcześniej nie zdawałam sobie w pełni sprawy z ich znaczenia. Złożyłam parasolkę i rozpięłam płaszcz. Serce wciąż waliło mi jak oszalałe. Obserwując fachowe ruchy kelnerki wycierającej stolik, zastanawiałam się, czemu to spotkanie tak mnie zaskoczyło, skoro było w nim coś nieuniknionego. Nieuniknionego w ten cichy, uparty sposób, w jaki niedokończone sprawy narzucają nam się wbrew naszej woli. Po chwili, która wydała mi się bardzo długa, kelnerka zorientowała się, że stoję przed napisem „Proszę poczekać na wskazanie miejsca”. – Ojej, nie zauważyłam pani – powiedziała. – Powinnam była to zdjąć, kiedy minęła pora lunchu. Zapraszam, proszę usiąść, gdzie pani ma ochotę. Dziwna empatia w jej twarzy tak mnie uderzyła, że przez chwilę zastanawiałam się, czy nie dorabia przypadkiem jako wróżka i czy się jej nie zwierzyć. Zamiast tego osunęłam się na czerwone winylowe siedzenie w tylnej części baru i obiecałam sobie nigdy nie mówić o tym, co się wydarzyło. Opowiedzenie o spotkaniu przyjaciółce byłoby nielojalnością wobec Andy’ego. Zwierzenie się mojej starszej, cynicznej siostrze Suzanne mogłoby wywołać lawinę złośliwych uwag na temat małżeństwa i monogamii. Z kolei opisanie tego w pamiętniku nadałoby zdarzeniu ważność, której nie chcia8
łam mu nadawać. Gdybym zaś powiedziała Andy’emu, postąpiłabym głupio i skrzywdziła nas oboje. Nie chciałam mieć przed nim tajemnic, wydawało mi się, że to skaza na naszym świeżym małżeństwie, jednak zdecydowałam, że tak będzie najlepiej. – Co podać? – zapytała kelnerka. Na jej identyfikatorze widniało imię „Annie”. Miała kręcone rude włosy i kilka piegów na nosie. Skojarzyła mi się z sierotką z musicalu Annie. Jak to leciało? „Jutro wstanie nowy dzień...” Miałam ochotę tylko na kawę, ale sama byłam kiedyś kelnerką i pamiętałam, jakie to uczucie, kiedy klient zamawia tylko coś do picia, nawet poza godzinami posiłków, poprosiłam więc jeszcze o bajgla z serem i makiem. – Proszę bardzo – skinęła przyjaźnie głową. Uśmiechnęłam się i podziękowałam. Gdy odeszła w stronę kuchni, zamknęłam oczy, powtarzając sobie w myślach, jak bardzo kocham Andy’ego. Kochałam w nim wszystko, nawet rzeczy, które kogoś innego by drażniły. Ujmowało mnie, jak przekręcał imiona ludzi (zawsze mówił o moim szefie Fred zamiast Frank) i słowa piosenek, nawet tych najbardziej znanych. Nie złościło mnie nawet to, że codziennie od niemal roku w Bryant Park wręczał dolara temu samemu włóczędze, który najprawdopodobniej był przebranym oszustem, posiadaczem land-rovera – kręciłam tylko głową i uśmiechałam się. Kochałam Andy’ego za zrozumienie i zaufanie, jakimi mnie obdarzał. Za pogodny charakter tak pasujący do jego blond włosów, niebieskich oczu i urody chłopca z sąsiedztwa. Czułam się szczęśliwa, bo byłam z facetem, który po czterech latach związku wciąż podnosił się z krzesła, gdy wracałam do stolika, i rysował urocze, choć nieudolne serduszka na zaparowanym lustrze w naszej łazience. A przede wszystkim Andy kochał mnie i nie wstydzę się powiedzieć, że był to najważniejszy z powodów, dla których byliśmy razem. – Bajgiel ma być na ciepło? – zapytała Annie zza lady. 9
– Dobrze – odpowiedziałam, choć naprawdę było mi wszystko jedno. Moje myśli odpłynęły do wieczoru, kiedy Andy oświadczył mi się w Vail. Udał, że upuścił portfel, schylił się, by go podnieść, i nagle zobaczyłam, że klęczy przede mną. Pamiętam, jak piliśmy szampana, mój pierścionek połyskiwał w świetle ognia z kominka, a ja myślałam: To jest to. Chwila, o której marzy każda dziewczyna. Chwila, o której i ja zawsze marzyłam, którą planowałam i na którą liczyłam. Annie przyniosła mi kawę. Objęłam dłońmi gorący, ciężki kubek. Podniosłam go do ust, upiłam spory łyk i pomyślałam o naszym trwającym rok narzeczeństwie. Był to rok przyjęć, prezentów i gorączkowych przygotowań do ślubu, rozmów o tiulach i smokingach, walcach i torcie z białej czekolady. A wszystko to prowadziło do jednego magicznego wieczoru. Przypomniałam sobie nasze romantyczne ślubne przysięgi. Nasz pierwszy taniec do What a Wonderful World. Błyskotliwe i pełne ciepła toasty wznoszone na naszą cześć, pełne banałów, które w naszym przypadku były prawdą: „idealna para...”, „prawdziwa miłość...”, „przeznaczenie...”. Przypomniałam sobie także nasz lot na Hawaje następnego ranka – jak trzymaliśmy się za ręce, siedząc w kabinie pierwszej klasy, i śmialiśmy ze szczegółów, które poszły nie tak: „Czy kamerzysta naprawdę nie zrozumiał, co to znaczy: wtopić się w tło?”, „Czy już nie mogło bardziej lać w drodze na wesele?”, „A twój brat James chyba nigdy w życiu tak się nie upił”. Pomyślałam o naszym miodowym miesiącu, o spacerach w świetle zachodzącego słońca, kolacjach przy blasku świec, a także o jednym poranku, który szczególnie zapadł mi w pamięć. Andy i ja wylegiwaliśmy się na Lumahai, opuszczonej plaży w kształcie półksiężyca na północnym brzegu wyspy Kauai. Otaczały nas miękki biały piasek i czarne wulkaniczne skały sterczące z turkusowej wody; był to najbardziej zapierający dech w piersiach krajobraz, jaki kiedykol10
wiek widziałam. W pewnej chwili, gdy podziwiałam ten niezwykły widok, Andy odłożył książkę Stephena Ambrose’a na nasz wielki plażowy ręcznik, ujął moje dłonie w swoje i pocałował mnie. Oddałam mu pocałunek, zatrzymując ten moment w pamięci. Odgłosy fal rozbijających się o brzeg, chłodny powiew morskiej bryzy, zapach cytryn zmieszany z kokosowym olejkiem do opalania. Powiedziałam mu wtedy, że nigdy w życiu nie byłam równie szczęśliwa. I była to prawda. Ale to, co najlepsze, przyszło już po ślubie, po miesiącu miodowym, po tym jak rozpakowaliśmy prezenty w naszym małym mieszkanku na Murray Hill. Najlepsza okazała się nasza małżeńska codzienność. Zwyczajna, prosta i prawdziwa. Każdy poranek, gdy piliśmy kawę i rozmawialiśmy, szykując się do pracy. Jego imię pojawiające się co kilka godzin w mojej skrzynce odbiorczej. Wieczory, gdy grzebaliśmy w stercie ulotek, zastanawiając się, co zjemy na kolację, i obiecując sobie, że któregoś dnia w końcu użyjemy naszej nowej kuchenki. Najlepsze przychodziło z każdym masażem stóp, z każdym pocałunkiem, za każdym razem, gdy rozbieraliśmy się w ciemności. Trenowałam umysł w rejestrowaniu wszystkich tych momentów, które składały się na pierwsze sto dni naszego małżeństwa. A jednak gdy Annie dolewała mi kawy, myślami byłam z powrotem na tamtym przejściu dla pieszych, a moje serce znów waliło jak szalone. Zdałam sobie nagle sprawę z tego, że choć szczęściem napawa mnie myśl o spędzeniu reszty życia z Andym, nieprędko zapomnę o tej chwili, o moim ściśniętym gardle, gdy znów ujrzałam j e g o... Mimo że tak bardzo chciałam o tym zapomnieć. Z mieszanymi uczuciami spojrzałam na swoje odbicie w lustrzanej ścianie. Nie powinno było mieć dla mnie znaczenia to, jak wyglądam, a tym bardziej nie powinnam poczuć wewnętrznego triumfu, gdy odkryłam, że pomimo całodziennego biegania w deszczu moje włosy prezentowały się wyjątkowo 11
dobrze. Miałam również lekko zaróżowione policzki, ale powiedziałam sobie, że to z zimna. Tylko i wyłącznie. I wtedy właśnie zadzwonił mój telefon i usłyszałam jego głos. Po raz pierwszy od ośmiu lat i szesnastu dni. – To naprawdę byłaś ty? – jego głos był głębszy, niż zapamiętałam, ale pod każdym innym względem jakbym cofnęła się w czasie. Jakbyśmy kończyli rozmowę rozpoczętą zaledwie parę godzin wcześniej. – Tak – odpowiedziałam. – A więc masz wciąż ten sam numer. Następnie, po dłuższej chwili ciszy, przed której wypełnieniem uparcie się wzbraniałam, dodał: – Widocznie są rzeczy, które się nie zmieniają. – Tak – potwierdziłam. Choćbym nie wiem jak bardzo nie chciała tego przyznać, była to prawda.
Rozdział 2
Gdybym miała wskazać mój ulubiony film, wybrałabym chyba Kiedy Harry poznał Sally. Uwielbiam go z wielu powodów – dlatego że wywołuje nostalgię za latami osiemdziesiątymi, z powodu specyficznej chemii pomiędzy Meg Ryan a Billym Crystalem i dla sceny orgazmu w restauracji. Ale najlepszy moment to ten, gdy siedzące na kanapie pary staruszków z błyszczącymi oczami opowiadają, jak się poznały. Kiedy po raz pierwszy zobaczyłam ten film, miałam tylko czternaście lat, nigdy jeszcze się nie całowałam i nie spieszyło mi się do chłopaków. Dorastając, obserwowałam moją siostrę Suzanne i zauważyłam, że częstotliwość jej miłosnych zawodów była większa niż częstotliwość moich wizyt u ortodonty (a nosiłam aparat na zęby, który trzeba było wciąż dopasowywać). Nic więc dziwnego, że nie wydawało mi się to przesadnie kuszące. Pamiętam jednak, jak siedziałam w zbyt mocno klimatyzowanej sali kinowej i zastanawiałam się, gdzie w tym momencie znajduje się mój przyszły mąż – jak wygląda, jaki ma głos. Czy trzyma właśnie dziewczynę za rękę na pierwszej randce? A może jest już studentem, bywałym w świecie i doświadczonym 13
w sprawach kobiet? Czy jest głównym rozgrywającym i gwiazdą drużyny futbolowej, czy raczej doboszem w studenckiej orkiestrze dętej? Spotkam go podczas lotu do Paryża? W sali posiedzeń wielkiej firmy? W sklepie spożywczym w moim rodzinnym mieście? Wyobrażałam sobie nas, opowiadających historię naszego spotkania, trzymających się za ręce ze splecionymi palcami, jak te urocze pary staruszków na ekranie. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że prawdziwe życie rzadko przypomina anegdotę z filmu. Okazało się, że w podobnych historiach niemal zawsze pozostaje miejsce na małą licentia poetica, że z biegiem czasu stają się one znacznie bardziej romantyczne, lecz mniej odpowiadające prawdzie. I że, z nielicznymi wyjątkami, na drodze do tego wspaniałego związku zazwyczaj znajdują się ludzie i wydarzenia, o których wolałoby się zapomnieć. Dlatego lepiej przykleić efektowną etykietkę z napisem „Przeznaczenie”. Albo wierzyć, że o naszym losie zadecydował przypadek, jeden z wielu jakich w życiu przecież nie brakuje. Nieważne, jak to nazwiemy, każda para ma dwie historie – tę na pokaz i tę prawdziwą, której lepiej nie rozpamiętywać. Tak też było ze mną i Andym. Jednak obie nasze historie miały wspólny początek. Początkiem tym był list, który przyszedł pewnego parnego letniego popołudnia. Skończyłam właśnie liceum i tylko kilka krótkich tygodni dzieliło mnie od wyjazdu z rodzinnego Pittsburgha na Uniwersytet Wake Forest – była to piękna szkoła z czerwonej cegły, którą wybrałam z katalogu college’ów, kiedy ofiarowano mi hojne stypendium. List zawierał wiele ważnych informacji dotyczących programu nauczania, zakwaterowania w akademiku i spraw organizacyjnych. Ale co najważniejsze, zawierał również, czytelnie wydrukowane w osobnej linijce, oczekiwane przeze mnie z niecierpliwością nazwisko przydzielonej mi współlokatorki: Margaret „Margot” Elizabeth Hollinger Graham. Przez długi czas wpatrywałam 14
się w to nazwisko, a także w towarzyszące mu numer telefonu i adres w Atlancie w stanie Georgia, z uczuciem onieśmielenia i podziwu. Wszystkie koleżanki z mojego państwowego ogólniaka nosiły całkiem zwyczajne imiona, jak Kim, Jen czy Amy. Nie znałam nikogo, kto nazywałby się Margot (zwłaszcza nieme „t” na końcu robiło na mnie wrażenie), a już na pewno nie znałam nikogo o trzech imionach. Byłam pewna, że moja nowa współlokatorka będzie jak te piękne dziewczęta ze zdjęć w lśniących broszurkach uniwersyteckich, które na mecze futbolowe chodzą w perłowych kolczykach i kwiecistych letnich sukienkach od Laury Ashley (ja na imprezach sportowych pojawiałam się zawsze w dżinsach i bluzach z kapturem). Z pewnością miała chłopaka, z którym chodziła całe liceum, i wyobrażałam sobie, jak bezlitośnie zrywa z nim pod koniec semestru, by związać się z członkiem którejś z korporacji studenckich – jednym z tych wysokich, chudych, bosonogich młodzieńców, którzy w tych samych broszurkach grają we frisbee na uczelnianym dziedzińcu. Pobiegłam z listem do mojej starszej siostry. Suzanne była wówczas obiecującą studentką przedostatniego roku na Uniwersytecie Stanowym Pensylwanii i miała już doświadczenie ze współlokatorkami. Zastałam ją w jej pokoju; malowała właśnie oczy błękitną metaliczną kredką, słuchając na cały regulator Wanted Dead or Alive Bon Jovi. Odczytałam jej na głos pełne nazwisko Margot, po czym przybierając akcent jak z filmu Stalowe magnolie, będącego dla mnie kwintesencją południowego stylu życia, podzieliłam się z nią moimi przypuszczeniami. Nie omieszkałam przy tym wspomnieć o pełnych służby domach z białymi kolumnami i Scarlett O’Harze. I choć były to żarty, poczułam przypływ niepokoju, że wybrałam nie tę szkołę. Że powinnam była pójść na któryś z lokalnych uniwerków, jak reszta dzieciaków z mojego liceum. Że nie będę pasować do Wake Forest i już na zawsze pozostanę jankeskim odmieńcem. 15
Suzanne odwróciła się od wysokiego lustra, ustawionego pod takim kątem, by w jak najmniejszym stopniu przypominało właścicielce o kilku dodatkowych kilogramach, które przybyły jej jeszcze na pierwszym roku, i spojrzała na mnie. – Beznadziejnie ci wyszedł ten akcent, Ellen, jakbyś była z Anglii, nie z Atlanty. A poza tym... może byś tak dała dziewczynie szansę? Chcesz, żeby ona też myślała stereotypami? Że jesteś tylko nudziarą z Pensylwanii, która nie zna się na modzie? Chociaż co do tego akurat miałaby rację – roześmiała się. – Bardzo zabawne – odparłam urażona, choć jednocześnie nie mogłam powstrzymać uśmiechu. Jak na ironię, moja humorzasta siostra najsympatyczniejsza była wtedy, kiedy mi dokuczała. Suzanne, rozbawiona, przewinęła kasetę i zaczęła wyśpiewywać na cały głos. Nagle przerwała i dodała: – A tak poważnie, ta dziewczyna może być nawet córką farmera, nie wiesz tego. Może się polubicie. – Tak? Myślisz, że córka farmera miałaby trzy imiona? – zapytałam z przekąsem. – Nie wiadomo – odrzekła Suzanne, przybierając mentorski ton starszej siostry. – Nigdy nie wiadomo. Jednak moje przypuszczenia się potwierdziły, gdy kilka dni później dostałam od Margot list napisany pięknym, dorosłym pismem na bladoróżowej papeterii z bardzo ozdobnym srebrnym monogramem. Ton listu był wylewny (w sumie osiem wykrzykników), choć z drugiej strony – zaskakująco rzeczowy. Pisała, że nie może się już doczekać naszego pierwszego spotkania. Kilka razy próbowała się do mnie dodzwonić, ale niestety, nie udało jej się (w tym momencie zawstydziłam się, że nie mieliśmy automatycznej sekretarki ani opcji połączeń oczekujących). Pisała, że przywiezie ze sobą małą lodówkę i wieżę stereo (odtwarzającą płyty kompaktowe, gdy tymczasem ja wciąż jeszcze byłam na etapie kaset). Miała nadzieję, 16
że zgodzę się, żebyśmy miały taką samą pościel. Widziała w sklepie uroczy różowo-zielony zestaw od Ralpha Laurena. Zaofiarowała się, że kupi dwa – pomyślałam, że to bardzo miło z jej strony. Gdybym jednak nie przepadała za różowym, są też do wyboru żółto-lawendowe (bardzo ładna kombinacja) lub turkusowo-koralowe (równie przyjemna kolorystyka). Nie przepadała za kolorami podstawowymi w wystroju wnętrz, była jednak otwarta na moje sugestie. Szczerze życzyła mi udanej reszty wakacji. „Łączę serdeczne pozdrowienia, Margot” – w jakiś sposób to zakończenie wydało mi się bardziej eleganckie i wyrafinowane niż serdeczne. Ja zawsze kończyłam listy zwykłym „Pozdrawiam”, ale zanotowałam w pamięci, by wypróbować ten nowy wariant. Była to pierwsza z wielu rzeczy, w których zaczęłam naśladować Margot. Zebrałam się na odwagę i zadzwoniłam do niej następnego dnia, ściskając w dłoni długopis i notes, żeby na pewno nie uronić żadnego szczegółu, na przykład sugestii, by również nasze przybory toaletowe pasowały do siebie i że wszystko, ale to wszystko powinno być utrzymane w pastelowych barwach. Po dwóch dzwonkach usłyszałam w słuchawce męski głos. Doszłam do wniosku, że musi to być ojciec Margot albo ogrodnik, który właśnie wszedł do domu, by napić się świeżo wyciśniętego soku z wysokiej szklanki. Moim najbardziej oficjalnym telefonicznym głosem zapytałam, czy mogłabym rozmawiać z Margot. – Margot gra w tenisa w klubie – odpowiedział głos. Bingo, pomyślałam. My też teoretycznie należeliśmy do klubu, ale tak naprawdę klubem nazywano pobliski nieduży basen w kształcie prostokąta, z bufetem z chipsami z jednej strony i trampoliną z drugiej, a to wszystko otoczone ogrodzeniem z drucianej siatki. Byłam pewna, że klub Margot był zupełnie innego rodzaju. Wyobraziłam sobie trawiaste korty tenisowe, wykwintne kanapki podawane na porcelanowych talerzach, 17
falujące wzgórza pola golfowego porośnięte tu i ówdzie wierzbami płaczącymi, czy jakie tam drzewa rosną w Georgii. – Czy coś przekazać? – zapytał głos z lekkim południowym akcentem. Zawahałam się, zająknęłam delikatnie, po czym nieśmiało przedstawiłam się jako przyszła współlokatorka Margot. – A, cześć. Mówi Andy, brat Margot. Andy. Tak miał na imię mój przyszły mąż. Później dowiedziałam się, że jego pełne imię i nazwisko brzmi Andrew Wallace Graham III. Andy poinformował mnie, że on sam wprawdzie studiuje w Vanderbilt, ale jego najlepszy kumpel z Atlanty jest na ostatnim roku w Wake Forest, więc on i jego koledzy pokażą nam, co i jak, opowiedzą o profesorach i korporacjach, i w ogóle będą mieli na nas oko. Trochę mnie to uspokoiło i podziękowałam mu. – Żaden problem – odrzekł i dodał: – Margot ucieszy się, że dzwoniłaś. Wiem, że chciała pogadać z tobą o jakichś narzutach czy zasłonach... Mam nadzieję, że lubisz różowy. – U w i e l b i a m różowy – moja entuzjastyczna odpowiedź płynęła ze szczerego odruchu serca. O tym niewinnym kłamstewku przypominano mi jeszcze przez wiele lat, znalazło się dla niego miejsce nawet w toaście wygłoszonym na moją cześć przez Andy’ego podczas naszego wesela; rozbawiło to wielce Margot oraz naszych najbliższych znajomych, którzy wiedzieli przecież, że choć nie brak mi kobiecości, nigdy nie byłam typową „różową panienką”. – To super – odparł Andy. – Dogadacie się. Uśmiechnęłam się i pomyślałam, że niezależnie od tego, jak ułoży mi się z Margot, ma ona bardzo miłego brata. Moje przypuszczenia sprawdziły się co do obojga. Andy rzeczywiście był miły, Margot zaś okazała się wszystkim, czym ja nie byłam. Miała drobną, ale zarazem kobiecą figurę, jasną cerę, błękitne oczy i blond włosy. Moje włosy były ciemne, oczy 18
orzechowe, a skóra wyglądała na opaloną nawet w zimie; byłam też znacznie wyższa, a sylwetkę miałam bardziej wysportowaną niż kobiecą. Obie byłyśmy atrakcyjne, ale podczas gdy w urodzie Margot było coś miękkiego i kapryśnego, do mnie bardziej pasowało określenie „intrygująca”. Poza tym pochodziłyśmy z dwóch zupełnie różnych światów. Margot mieszkała w wielkim, pięknym domu, na terenie wspaniałej, wysadzanej drzewami posiadłości w najbardziej ekskluzywnej części Atlanty. Ja dorastałam na małym ranczu w robotniczej dzielnicy Pittsburgha. Ojciec Margot był wybitnym adwokatem, zasiadał także w zarządach kilku dużych firm. Mój był sprzedawcą handlującym tak mało ciekawym sprzętem, jak na przykład projektory, służące leniwym nauczycielom w podstawówkach do wyświetlania dzieciom koszmarnie nudnych slajdów. Matka Margot była dawną królową piękności z Charleston, miała doskonałą figurę, ubierała się elegancko i klasycznie, z wyczuciem stylu. Moja była rzeczową i pragmatyczną nauczycielką matematyki w gimnazjum, która umarła na raka płuc, chociaż nigdy nie paliła, dzień przed moimi trzynastymi urodzinami. Margot miała dwóch starszych braci – obu zakochanych w swej małej siostrzyczce. Grahamowie byli południowym odpowiednikiem klanu Kennedych: latem grali w futbol na plażach Sea Island, każdej zimy wyjeżdżali na narty, a święta, przynajmniej raz na kilka lat, obchodzili w Europie. Moja siostra i ja spędzałyśmy wakacje z dziadkami na wybrzeżu Jersey. Nie miałyśmy paszportów, nie wyjeżdżałyśmy za granicę i tylko raz w życiu leciałyśmy samolotem. Margot była czirliderką, brała udział w balu debiutantek i okazywała pewność siebie charakterystyczną dla bogatych, bywałych w świecie dziewcząt z wyższych sfer. Ja zaś byłam nieśmiała, trochę neurotyczna i choć miałam silną potrzebę przebywania z ludźmi, to najlepiej się czułam, stojąc nieco z boku. 19
Jednak pomimo tych wszystkich różnic Margot i ja zostałyśmy przyjaciółkami. A wiele lat później – i to byłaby idealna historia w stylu tych z Kiedy Harry poznał Sally – zakochałam się w jej bracie. Tym, o którym od samego początku wiedziałam, po prostu wiedziałam, że okaże się równie przystojny, jak miły. Ale wiele musiało się jeszcze wydarzyć pomiędzy listem od Margot a moim ślubem z Andym. Między innymi – Leo. Mężczyzna, którego kochałam, zanim pokochałam Andy’ego. Którego znienawidziłam, jednocześnie wciąż go kochając, kiedy mnie porzucił. Ten, o którym w końcu, po długim czasie, udało mi się zapomnieć. I którego po latach ponownie ujrzałam na samym środku nowojorskiego przejścia dla pieszych.
Rozdział 3
– Gdzie jesteś? – głos Leo wyrywa mnie z zamyślenia. Zastanawiam się nad odpowiedzią, oddychając gwałtownie. Przez chwilę wydaje mi się, że jego pytanie jest bardziej filozoficzne i dotyczy tego, na jakim etapie życia się znajduję, więc prawie mówię mu o Andym. O przyjaciołach i rodzinie. O mojej karierze fotograficznej. O tym, że wszystko układa się jak najlepiej. Jeszcze do niedawna, stojąc pod prysznicem czy jadąc metrem, obmyślałam scenariusz naszego spotkania z nadzieją, że nadarzy się okazja, by mu o tym wszystkim opowiedzieć. Chciałam, by wiedział, że żyję normalnie i że jestem teraz znacznie szczęśliwsza. Już mam otworzyć usta, gdy nagle zdaję sobie sprawę, o co naprawdę pyta mnie Leo. On chce dosłownie wiedzieć, gdzie jestem, czy siedzę, stoję, czy idę, i w którym zakamarku Nowego Jorku rozmyślam nad tym, co się właśnie wydarzyło. Jego pytanie porusza mną tak, jak każde niedyskretne, osobiste pytanie, na które wolałoby się nie odpowiadać, ale z kolei odmawiając odpowiedzi, można wyjść na osobę niepewną siebie albo po prostu niegrzeczną. Oczywiście, po jakimś 21
czasie, gdy ponownie odtworzy się sobie w głowie tę samą rozmowę, przychodzi człowiekowi na myśl uprzejma, wymijająca odpowiedź – w tym przypadku mogłaby ona brzmieć na przykład „na mieście”. Niestety, ja w takiej sytuacji zawsze muszę wychlapać prawdę – także tym razem bez zastanowienia podaję Leo nazwę baru. Trudno, myślę. W końcu bezpośredniość to najlepsze wyjście. Odpowiedź wymijająca mogłaby zostać odczytana jako wyraz zawstydzenia albo przeciwnie – jako zachęta do flirtu. Jakbym mówiła: „Gdzie jestem? Zgadnij! Spróbuj mnie znaleźć...”. – Jasne – odpowiada szybko, porozumiewawczym tonem, jak gdyby było to jakieś nasze specjalne, sekretne miejsce spotkań. Albo, co gorsza, jak gdybym była a ż t a k przewidywalna. Potem pyta, czy jestem sama. „Nie twój interes” – mam ochotę odburknąć, jednak moje usta same się otwierają, by wypowiedzieć zwyczajne, proste, zapraszające „tak”. Jestem niczym biały pionek w warcabach, coraz bliżej przysuwający się do podwójnego rzędu czarnych, jakby tylko czekał na zbicie. – OK, nie ruszaj się stamtąd, zaraz tam będę – odpowiada oczywiście Leo. Rozłącza się, zanim jestem w stanie zareagować. Zatrzaskuję klapkę telefonu i wpadam w panikę. Pierwsza myśl: wstać i wyjść. Ale nie, nie będę tchórzem. Mogę się z nim znów zobaczyć. Jestem dojrzałą kobietą, szczęśliwą mężatką. Spotkam się z byłym facetem i przez chwilę uprzejmie z nim pogadam, wielka mi rzecz. Poza tym gdybym uciekła, podjęłabym na nowo grę, którą już dawno przegrałam. Zabieram się do bajgla. Jest bez smaku, ale i tak przeżuwam i połykam, nie zapominając o równoczesnym popijaniu kawy. Nie pozwalam sobie na ponowne zerknięcie w lustro. Nie wyciągam błyszczyka ani nie sprawdzam, czy ziarenko 22
maku nie dostało mi się między zęby. Nawet jeśli, to co? Nie muszę mu niczego udowadniać. I co ważniejsze, nie muszę nic udowadniać sobie. Taka była moja ostatnia myśl, zanim zobaczyłam go przez zalaną deszczem szybę w drzwiach baru. Serce znów wali jak szalone, a noga nerwowo podryguje. Myślę, jak dobrze byłoby mieć teraz przy sobie opakowanie beta-blokerów – tych nieszkodliwych tabletek, które Andy bierze przed wystąpieniem w sądzie, żeby powstrzymać wysychanie gardła i drżenie głosu. Jak twierdzi, tak naprawdę to nie on jest zdenerwowany, tylko jego organizm. Ja też powtarzam sobie, że wcale się nie denerwuję. Po prostu moje ciało zdradza głowę i serce. Zdarza się. Patrzę, jak Leo szybkim ruchem strzepuje parasol, rozglądając się jednocześnie po wnętrzu baru. Przesuwa wzrokiem po Annie, która wyciera podłogę w pobliżu jednego ze stolików. Nie od razu mnie zauważa, co z jakiegoś powodu daje mi niejasne poczucie przewagi. Jednak już po chwili jego spojrzenie napotyka moje. Leo leciutko się uśmiecha, po czym rusza w moim kierunku. Parę sekund później stoi przy moim stoliku i zdejmuje tak dobrze mi znany czarny skórzany płaszcz. Czuję, jak mój żołądek na przemian unosi się i opada. Boję się, że Leo się pochyli i pocałuje mnie w policzek. Ale nie, to nie w jego stylu. Andy całuje mnie na powitanie, Leo nigdy tego nie robił. Swoim zwyczajem, nie zawracając sobie głowy uprzejmościami, osuwa się na siedzenie naprzeciwko mnie, potrząsając głową raz, drugi. Wygląda dokładnie tak, jak go zapamiętałam, jest tylko troszkę starszy i w jakiś sposób wyrazistszy – ma jakby ciemniejsze włosy, potężniejszą budowę, mocniejszą szczękę. Stanowi silny kontrast w stosunku do delikatnych rysów Andy’ego, jego wysokiej, szczupłej sylwetki, jasnej cery oraz jasnych włosów i oczu. Andy jest milszy dla oka. Andy jest po prostu milszy. Tak samo jak miłe 23
są spacer po plaży czy drzemka w niedzielne popołudnie. Element układanki. – Ellen Dempsey – Leo odzywa się w końcu, patrząc mi prosto w oczy. Nie mogłabym wymyślić lepszego początku rozmowy. Chwytam się tej okazji i odwzajemniając spojrzenie jego brązowych oczu, z dumą oświadczam: – Ellen Graham. Leo marszczy czoło, jakby próbując skojarzyć moje nowe nazwisko z konkretną osobą. Powinien być w stanie połączyć je z Margot, moją współlokatorką z czasów, gdy byliśmy parą. Jednak chyba nie potrafi. Nic dziwnego. Leo nigdy nie interesował się zbytnio moimi znajomymi, zwłaszcza Margot. Było to uczucie odwzajemnione. Po mojej pierwszej poważnej kłótni z Leo, tej, która zmieniła mnie w nieszczęsną, rozchwianą, zapłakaną istotę jak postać z filmu Przerwana lekcja muzyki, Margot wzięła jedyną jego fotografię, jaką wtedy miałam, serię czarno-białych zdjęć z automatu, i przedarła je od góry do dołu, w linii prostej poprzez rząd jego czół, oczu, ust, moją uśmiechniętą twarz pozostawiając za każdym razem nietkniętą. – Widzisz? Od razu lepiej wyglądasz bez tego dupka – powiedziała. Prawdziwa przyjaciółka, pomyślałam o niej wtedy i dalej tak myślałam nieco później, gdy ostrożnie na powrót sklejałam twarz Leo taśmą. I znowu wtedy, gdy rozstaliśmy się już na dobre, a ona kupiła mi kartkę z gratulacjami i butelkę dom pérignon. Zachowałam korek, owinięty ową sklejoną serią zdjęć, i wszystko razem, obwiązane gumką, trzymałam w mojej szkatułce na biżuterię – co Margot odkryła kilka lat później, gdy zwracała mi pożyczoną wcześniej parę kolczyków. – A co to ma być? – spytała, obracając korek w palcach. – No... korek od tego szampana od ciebie – odrzekłam zawstydzona. – Kupiłaś mi go, pamiętasz, kiedy Leo... 24
– I ty go dalej trzymasz? Jąkając się, wyjaśniłam, że traktuję korek tylko i wyłącznie jako symbol naszej przyjaźni. Prawda była taka, że nie byłam w stanie rozstać się z niczym, co choć w najmniejszym stopniu przypominało mi o Leo. Margot uniosła brwi, ale nie drążyła tematu, gdyż z zasady unikała kontrowersji. Widocznie tacy już są ludzie z Południa. A w każdym razie taka jest Margot. Tak więc oznajmiłam właśnie Leo moje nowe nazwisko – jest to akt lojalności wobec Andy’ego. Triumf, i to wcale niemały. Leo unosi głowę i wysuwa do przodu dolną wargę. – Moje gratulacje. – Dzięki – odpowiadam uradowana, ale już za chwilę czuję przypływ wstydu. „Przeciwieństwem miłości jest obojętność”, recytuję w myślach. – Kto jest tym szczęściarzem? – pyta. – Pamiętasz Margot? – Jasne. – Wyszłam za jej brata. Chyba go nawet raz spotkałeś? – tak naprawdę wiem na pewno, że Leo i Andy poznali się kiedyś w knajpie w East Village. Było to krótkie, pozbawione znaczenia spotkanie mojego chłopaka i brata mojej najlepszej przyjaciółki. Krótkie powitanie, może uścisk dłoni. Jak to między facetami. Jednak po latach, gdy długo po rozstaniu z Leo zostałam dziewczyną Andy’ego, zaczęłam ten moment rozkładać w myślach na czynniki pierwsze – jak to kobieta. Przez twarz Leo przebiega błysk rozpoznania. – Ten koleś? Serio? Student prawa? Określenie „ten koleś” w połączeniu z lekko pogardliwym tonem sprawia, że się najeżam. Zastanawiam się, co Leo w tej chwili sobie myśli. Czy utkwiło mu w pamięci coś z ich przelotnego spotkania? Czy po prostu wyraża lekceważenie 25
w stosunku do wszystkich prawników? A może rozmawiałam z nim kiedyś o Andym, dostarczając mu w ten sposób amunicji? Nie. Niemożliwe. Nie było – i nie ma – negatywnej czy kontrowersyjnej rzeczy, którą można by powiedzieć o Andym. Andy nie ma wrogów. Wszyscy go kochają. Tylko nie zacznij się bronić. W ogóle nie reaguj, powtarzam sobie w myślach, patrząc Leo w oczy. Jego opinie nie mają już przecież dla mnie znaczenia. Pewna siebie, spokojnie kiwam głową. – Tak, brat Margot – potwierdzam. – To wspaniale. Układ idealny. – Jestem pewna, że w jego głosie brzmi sarkazm. – Fakt – uśmiecham się szeroko. – Rzeczywiście i d e a l n y. – Jedna, wielka, szczęśliwa rodzina. Ta ostatnia uwaga jest już z całą pewnością sarkastyczna. Spinam się i ogarnia mnie złość. Jest to rodzaj złości, jaką potrafi we mnie wywołać tylko Leo. Patrzę na swój portfel; mam ochotę rzucić na stolik kilka banknotów, wstać i wyjść. Ale nagle słyszę swoje imię wypowiedziane po cichu i czuję, jak jego dłoń dotyka mojej. Zapomniałam już, jakie ma duże dłonie. Jakie ciepłe – zawsze, nawet w środku zimy. Chcę zabrać rękę, ale nie mogę. Dobrze, że lewa jest wciąż bezpieczna, ściśnięta w pięść pod stolikiem. Pocieram kciukiem obrączkę i z powrotem łapię oddech. – Tęskniłem za tobą – mówi Leo. Patrzę na niego, zszokowana tak, że aż brak mi słów. Tęsknił za mną? Niemożliwe – ale przecież kłamstwo nie jest w stylu Leo. On zawsze wolał zimną, bolesną prawdę. – Ellen, przepraszam. – Za co? – pytam, myśląc jednocześnie, że istnieją dwa rodzaje przeprosin. Jeden podszyty żalem za tym, co się utraciło, i ten drugi, prawdziwy: prośba o przebaczenie, bez żadnych podtekstów. – Za wszystko – odpowiada. – Za wszystko. 26
To by się zgadzało, myślę. Rozprostowuję palce lewej dłoni i patrzę na obrączkę. – Było, minęło – szepczę przez ściśnięte gardło. Było, minęło. Naprawdę tak myślę. – Wiem – mówi Leo. – Ale i tak przepraszam. Mrugam powiekami i odwracam wzrok, jednak nie mogę się zmusić do zabrania ręki. – Nie przepraszaj – mówię. – Wszystko jest w porządku. Leo unosi swoje szerokie brwi; mają tak regularny kształt, że kiedyś w żartach oskarżyłam go o to, że je reguluje. – W porządku? Wiem, co sugeruje, więc szybko mówię: – Bardziej niż w porządku. Jest świetnie. Dokładnie tak, jak być powinno. Nagle Leo spogląda na mnie figlarnym wzrokiem, tak jak patrzył w czasach, gdy najbardziej go kochałam i wierzyłam, że nam się uda. Czuję ścisk w sercu. – Wiesz co, Ellen? Skoro wszystko tak świetnie ci się układa, to może spróbujemy zostać przyjaciółmi? Wyliczam w głowie wszystkie argumenty przeciw, ale jednocześnie czuję, jak bezwiednie wzruszam ramionami z udawaną obojętnością i słyszę swoje własne ciche: – Czemu nie? I o chwilę za późno wysuwam dłoń spod jego dłoni.