Skip to main content

Ucieczka od bezradności

Page 1

Tomasz Stawiszyński Ucieczka od bezradności


Tomasz Stawiszyński potrafi mówić filozofią tak, że w zwyczajny i zrozumiały sposób dotyka tego, co dla nas dziś najistotniejsze, a przed czym wytrwale ucieka­ my. Autor błyskotliwie rozpoznaje ucieczkowe strategie współczesnego człowieka i pokazuje, że naszą bezradność może ukoić tylko akceptacja rozpaczy, na którą nie ma, nie może ani nie powinno być lekarstwa. Agnieszka Holland Neoliberalna ideologia mówi nam dziś, że nie ma takiej straty, której nie dałoby się w ostateczności przerobić na zysk. Ale w naszym życiu, jak przekonuje autor Ucieczki od bezradności, najbardziej realna jest ta strata, której nie da się cofnąć. Zderzenie tych dwóch postaw – „przerób stratę na zysk” oraz „przeżyj stratę jako nieodwracal­ ną” – określa aktualny moment zbiorowej egzystencji. Według Stawiszyńskiego, aby nie utracić prawdziwego życia, musimy stawać po stronie utraty. Aby prawdzi­ wiej żyć, musimy stać się antykapitalistyczni. Przemysław Czapliński To książka, z którą będziecie się spierać, tak jak ja sama wciąż to robię. Będzie zadawała nowe pytania tam, gdzie mogło się wydawać, że mamy odpowiedzi. Będzie podwa­ żała to, co znane i wygodne. Nie zaoferuje antidotum na stracone złudzenia. A przecież prędzej czy później każdy i każda z nas skonfrontuje się ze złożonością i niejedno­ znacznością świata, które zgniotą nasze iluzje w kul­ kę i wyrzucą do śmieci. I właśnie dlatego warto tę książkę przeczytać. Olga Drenda


Tomasz Stawiszyński

Ucieczka od bezradności

Kraków 2021


Copyright © by Tomasz Stawiszyński Projekt okładki i wyklejek Magda Kuc Fotografia autora na wyklejce © Dyba&Lach Redaktorka inicjująca Bogna Rosińska Redaktorka prowadząca Dominika Kardaś Redakcja Dominika Kardaś Opracowanie tekstu i przygotowanie do druku Wydawnictwo JAK

ISBN 978­83­240­7313­9

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl Społeczny Instytut Wydawniczy Znak ul. Kościuszki 37, 30­105 Kraków Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e­mail: czytelnicy@znak.com.pl Wydanie I, Kraków 2021 Druk: CPI Moravia Books s.r.o.


spis treści

11 podziękowania 15 wstęp 23 67 111 155

rozdział 1. rozdział 2. rozdział 3. rozdział 4.

bezradność wobec śmierci bezradność wobec straty bezradność wobec smutku bezradność wobec (nad)odpowiedzialności 199 rozdział 5. bezradność wobec nieznanego 247 rozdział 6. bezradność wobec (własnej) przemocy 293 rozdział 7. ucieczka od bezradności 331 zakończenie 337 książki cytowane 343 przypisy


wstęp


Od wielu lat jednym z największych intelektualnych odkryć pozostaje dla mnie zdanie, które kiedyś – już nie pamiętam, gdzie dokładnie – przeczytałem u Carla Gustava Junga. Brzmiało ono mniej więcej tak: za każdym idzie jego cień, a im mniej jest on zespolony ze świadomością, tym jest ciemniejszy i większy. To zdanie, w sposób lapidarny i obrazowy wy­ rażające podstawowe rozpoznanie psychoanalizy, mówi w gruncie rzeczy coś oczywistego: nasze „ja” to nie wszystko, jest jeszcze cały wielki obszar nie­ świadomości, która działa na nas tym mocniej, im mniej zdajemy sobie sprawę z jej istnienia. A jednak właśnie o tej pozornej oczywistości wciąż zdajemy się zapominać – co skądinąd doskonale potwierdza trafność tej intuicji. Istotnym czynnikiem wzmacniającym tę naszą skłonność do zapominania bywa kultura – system wstęp | 17


symboli, znaczeń i instytucji, które kształtują sposób postrzegania siebie i świata, sposób przeżywania, myślenia i odczuwania. Kultura bowiem sprzyja albo nie sprzyja pewnego rodzaju doświadczeniom, pro­ muje albo tłumi określone przekonania, wartości czy przeżycia. Stwarza przestrzeń, w której można mierzyć się z rozmaitymi aspektami życia i umie­ rania, albo tę przestrzeń odbiera. Moim zdaniem współczesna kultura zachodnia ma na sumieniu wiele przemilczeń, wyparć i negacji. W tej książce przyglądam się nieodłącznym składowym ludzkiej egzystencji, od których systematycznie kultura ta odwraca wzrok. O których woli nie wiedzieć albo które – w momencie, kiedy ich istnienia nie da się już ukryć (bo przecież niczego, co jest nieodłączną składową ludzkiej egzystencji, nie da się na dłuż­ szą metę ukryć) – stara się za wszelką cenę zdepre­ cjonować. Albo zamienić w patologię wymagającą takiej czy innej – farmakologicznej albo terapeu­ tycznej – interwencji. Klasycznym przykładem współczesnego wyparte­ go jest oczywiście śmierć. O tym, że stała się ona we współczesnej kulturze tym, czym był seks w epoce wiktoriańskiej – wielkim tabu – pisał już w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku amerykański an­ tropolog Geoffrey Gorer, częsty gość na kartach tej książki. Współcześnie jednak – traktuje o tym 18


pierwszy rozdział, ta książka bowiem, parafrazując Hitchcocka, zaczyna się od śmierci, a potem napię­ cie już tylko rośnie – negacja śmierci przebiega we­ dle schematu zupełnie innego niż pół wieku temu. Niegdyś po prostu o niej milczano i skrywano ją za szpitalnymi parawanami. Dzisiaj – w pozornym ge­ ście ponownego zaproszenia na salony – usiłuje się z niej zrobić kolejną fantastyczną szansę na osobisty rozwój, wzmocnienie i „ubogacenie” życia tu i teraz. Ponieważ współczesny człowiek nie umiera, a jeśli już umiera, jest to dlań doświadczenie ekscytujące i rozwojowe, nie zaś przerażające i nieodwracal­ ne – kultura nie przewiduje także zbyt wiele miejsca na doświadczenie żałoby. No, chyba że – jak stanowi opublikowana w 2013 roku piąta edycja klasyfikacji DSM1, przygotowana przez Amerykańskie Towa­ rzystwo Psychiatryczne – trwa ono nie dłużej niż… dwa tygodnie. Po upływie dwóch tygodni żałobę (czy raczej towarzyszące temu procesowi dyskomfort i trudności) można już bowiem uznać za jednostkę chorobową. O żałobie właśnie traktuje rozdział drugi. Brak miejsca na przeżywanie żałoby wiąże się ze zjawiskiem o szerszym zasięgu, a mianowicie z deprecjonowaniem i patologizowaniem smutku. To uczucie – jak staram się pokazać w rozdziale trze­ cim – jest dla współczesnego kapitalizmu bez mała tym, czym acedia (specyficzna mieszanina smutku wstęp | 19


i nudy) była dla teologów katolickich w pierwszych wiekach chrześcijaństwa: grzechem ciężkim. Ace­ dia neguje bowiem wspaniałość świata stworzone­ go przez bóstwo, podobnie jak smutek neguje dziś wspaniałość późnego kapitalizmu. Pod znakiem za­ pytania stawia sensowność wszelkich naszych zaan­ gażowań i inwestycji. Czyni nas bezproduktywnymi. A to w świecie zdominowanym przez rynek jest bodaj największą możliwą zbrodnią. Nad tym rynkiem unosi się widmo. Widmo ko­ wala własnego losu. Słyszymy zewsząd, że wszyst­ ko jest w naszych rękach i wyłącznie od nas zależy. Zarówno sukces, jak i porażka, a ostatnio także los planety. Trudno się dziwić, że doświadczamy prze­ ciążenia skrajnym indywidualizmem. I poszukujemy jakichś alternatywnych narracji, opowieści, które uwolniłyby nas od tego nieznośnego ciężaru. Jedną z takich opowieści – a zarazem jednym z powraca­ jących triumfalnie po latach mitów – jest astrologia. Starożytna sztuka czytania z gwiazd, która jednost­ kowe życie i kosmos widzi jako integralną, prze­ nikającą się, dynamiczną całość. Czwarty rozdział jest właśnie próbą opisania przyczyn, dla których coraz liczniejsze rzesze ludzi szukają dziś ukojenia w astrologii – a więc w micie. We współczesnym świecie czujemy się samotni i niezrozumiani. Tracimy poczucie kontroli nad 20


własnym życiem, nie rozumiemy ani siebie, ani świata dookoła. Media społecznościowe parcelują rzeczywistość na drobne kawałki, czy raczej drob­ ne bańki, żerując w ten sposób na naszej potrzebie wspólnoty i bliskości. I podsuwają kolejne narracje, za których sprawą chaos staje się kosmosem, a przy­ padek i bezwład zostają wprzęgnięte w doskonale naoliwioną logiczną maszynę pojęciową. Rozdział piąty opowiada o rosnącej popularności teorii spi­ skowych, nowych wielkich narracji, przepastnych światopoglądów, dzięki którym na nowo czujemy się częścią większej całości. Uzyskiwane takimi metodami poczucie wspólnoty ma jednak – jak wskazuję w rozdziale szóstym – wy­ soką cenę. Jest kruche, trzyma się na glinianych nogach, łatwo je rozproszyć. Istnieje ryzyko, że się ulotni, kiedy tylko dopuścimy do siebie jakąś inną perspektywę, inny punkt widzenia, inne argumenty. Stąd właśnie z taką intensywnością kultywujemy dziś przekonanie, że tylko my – oraz ci, którzy my­ ślą to samo i tak samo – jesteśmy dobrzy i uczciwi, a wszyscy, którzy nie podzielają naszych przeko­ nań, są źli i zdeprawowani. My jesteśmy urodzonymi aniołami, a tamci to urodzeni mordercy. Tymczasem skłonność do przemocy – pisał o tym między innymi francuski antropolog René Girard – jest powszech­ na, a strony konfliktu z czasem nieuchronnie się wstęp | 21


do siebie upodabniają. O tym właśnie nie chcemy wiedzieć – że jesteśmy do naszych wrogów podobni. W tym wszystkim – w niezgodzie na śmierć, ża­ łobę i smutek, w pragnieniu wspólnoty, ślepocie na własną przemoc i potrzebie mitu, który nada nasze­ mu doświadczeniu jakiś sens – odzywa się jednak coś jeszcze bardziej pierwotnego. Fundamentalnego. A mianowicie – lęk przed bezradnością. Ucieczka przed bezradnością. Przed tym, że przemijamy, sta­ rzejemy się, umieramy, że nie potrafimy uratować tych, których kochamy, że nieustannie tracimy to, co pragnęlibyśmy na zawsze zachować. O bezrad­ ności wobec bezradności, a także o różnych fanta­ zjach jej przezwyciężenia – między innymi modnym dziś transhumanizmie – opowiada rozdział siódmy. I ostatni. A tak naprawdę opowiada o niej cała książka.


rozdział 1 bezradność wobec śmierci


Jeśli w ogóle cokolwiek idealnie spełnia definicję viralu – informacji, która w piorunującym tempie (a często także z zupełnie niewiadomych powodów) rozprzestrzenia się w internecie – jest to z pewnością ten niewielki, ale niesłychanie wprost nośny wpis. Skąd się wziął? Jak to często bywa w podobnych sytuacjach, właściwie z przypadku. Jego autorka, Bronnie Ware, australijska pielęgniarka, która przez wiele lat pracowała w hospicjach, postano­ wiła któregoś dnia ująć w skondensowanej formie sumę wszystkich mądrości, jakie przekazywali jej umierający. Obcując z setkami terminalnie chorych, dostrzegła w pewnej chwili, że ich myśli, fantazje i emocje układają się w kilka zasadniczych wzor­ ców czy raczej krążą wokół zaskakująco podob­ nych wątków i tematów. A może jeszcze inaczej: wyrażają smutek i żal z tych samych powodów i za pomocą niemal identycznych słów oraz związków bezradność wobec śmierci | 25


składniowych. W 2009 roku Ware zasiadła do kom­ putera, spisała je wszystkie po kolei, a następnie umieściła na blogu, który – bez jakichś specjalnych sukcesów – prowadziła już od dłuższego czasu. Nie spodziewała się oczywiście – bo któż by się spodzie­ wał – że odzew będzie aż tak potężny. Tymczasem dobra nowina momentalnie rozniosła się po naj­ odleglejszych zakątkach wirtualnej rzeczywistości. Pojawiły się setki tysięcy udostępnień, komenta­ rzy, emotikonów i rekomendacji. Entuzjastyczne omówienia i dyskusje ciągnące się kilometrami komentarzy. W jednej chwili z postaci zupełnie anonimowej Bronnie Ware zamieniła się w interne­ tową, a potem także telewizyjną celebrytkę. Zewsząd zaczęły się pojawiać oferty wystąpień, warsztatów i pogadanek. Wywiady i teksty, w których dzieliła się swoją życiową filozofią, cieszyły się ogromnym wprost powodzeniem. Trzy lata później Ware opublikowała książkę Cze‑ go najbardziej żałują umierający, która momentalnie stała się bestsellerem i została przetłumaczona na kilkadziesiąt języków, w tym także na polski1. Sta­ nowi ona rozwinięcie głównych tez legendarnego wpisu, ale – poza licznymi anegdotami i scenkami rodzajowymi – nie wnosi doń nic nowego. Głów­ nych żalów jest w książce pięć, tych samych, co we wpisie. Czego więc najczęściej żałują umierający? 26


I czego z najwyższym prawdopodobieństwem prę­ dzej czy później żałować będziecie także wy, Czy­ telniku i Czytelniczko, nad którymi, podobnie jak nad piszącym te słowa, wisi przecież perspektywa nieodwołalnego końca? Po pierwsze więc, żałować będziemy, że nie mie­ liśmy odwagi żyć tak, jak chcieliśmy, a nie tak, jak tego od nas oczekiwali inni. Po drugie – że za dużo pracowaliśmy. Po trzecie – że baliśmy się okazywać uczucia. Po czwarte – że traciliśmy, czasami bezpow­ rotnie, kontakty z przyjaciółmi. I po piąte, że sami sobie nie pozwoliliśmy być szczęśliwi. Oto właśnie pięć grzechów głównych, za które czeka nas sroga kara – zgon w poczuciu niespełnienia, żalu i frustra­ cji. Pięć zaniechań, które nasze życie uczynią nieau­ tentycznym i ubogim, jego koniec natomiast – ze wszech miar godnym ubolewania. Czy jednak jesteśmy bezwarunkowo skazani na ten mizerny los? Czy nie ma ratunku? Czy śmierć, która nieuchronnie nas spotka, ze stuprocentową pewnością przyjdzie w towarzystwie dojmującej świadomości życia przeżytego źle i niewystarczają­ co? Otóż nie, skąd, nic podobnego. Dobra nowina jest wszak taka, że – przynajmniej dopóki żyjemy – mo­ żemy dokonać odpowiednich reparacji i zabezpie­ czeń. Odkąd bowiem poznaliśmy już tę naukę, tę prawdę, tę radosną ewangelię w pięciu odsłonach, bezradność wobec śmierci | 27


w zasięgu naszych rąk znalazł się komplet narzę­ dzi niezbędnych do tego, żeby nasze życie stało się szczęśliwe, śmierć natomiast przemieniła się w jego nieledwie ekstatyczne zwieńczenie. Jak tego dokonać? Nic prostszego. W największym skrócie: wystarczy żyć tak, jak chcemy, a nie tak, jak tego od nas oczekują inni; nie pracować za dużo, tylko w sam raz; zawsze okazywać uczucia; podtrzymywać kontakty z przyjaciółmi, no i oczywiście, last but not least, pozwolić sobie na bycie szczęśliwym bądź szczęśliwą. Wszystko jest w two­ ich rękach – uśmiecha się z okładki Bronnie Ware. Jeśli jednak masz jakiekolwiek wątpliwości albo prześladuje cię uporczywy niepokój, ponieważ z różnych powodów nie będziesz umiał osiągnąć postulowanej biegłości w sztuce szczęśliwego ży­ cia i umierania – zaleca ci się skorzystać z bogatej oferty, jaką autorka Czego najbardziej żałują umiera‑ jący przygotowała specjalnie dla ciebie. Abstrahując od lektury samej książki – co jest sprawą naturalną i oczywistą – możesz się wybrać na prelekcję albo wziąć udział w specjalnych warsztatach, na któ­ rych uzupełnisz arsenał swoich technik egzysten­ cjalnych wszelkimi brakującymi elementami. „Chcesz żałować czy się cieszyć?”. To pytanie wita każdego, kto odwiedza stronę internetową Bronnie Ware. Odpowiedź jest oczywista. „Wskakuj” więc, na co czekasz? Ostatecznie rękojmią skuteczności 28


proponowanych przez autorkę programów jest – jak przekonuje nas zdanie następne – „ponad milion odmienionych żyć”. Żyć, które z pełną odpowie­ dzialnością można określić hasłem pojawiającym się niemal we wszystkich poradnikowo­coachingowo­ ­warsztatowych przedsięwzięciach charyzmatycznej Kanadyjki: „żyć wolnych od żalu!”2. *** Inna niezwykle popularna książka, a mianowicie The Five Invitations (Pięć zaproszeń) Franka Ostaseskie­ go3, również wylicza dokładnie pięć fundamental­ nych prawd, których – jak głosi podtytuł – „śmierć może nauczyć nas o życiu pełnią życia”. Ostaseski to nauczyciel buddyzmu z wielo­ letnim stażem i postać pod wieloma względami niezwykła. Założyciel – jeszcze w latach siedem­ dziesiątych – pierwszego w Stanach Zjednoczonych buddyjskiego hospicjum Zen Hospice Project4, dzia­ łającego w ramach największej na Zachodnim Wy­ brzeżu amerykańskiej organizacji zen. Wolontariusz, który – jak sam podkreśla – towarzyszył w umieraniu co najmniej paru tysiącom ludzi. Zarówno instruk­ torom i instruktorkom medytacji zaawansowanym w praktykach duchowych, jak i ubogim, bezdomnym czy uzależnionym, którzy nie przemedytowali w ży­ ciu nawet minuty. Biznesmenom, aktorkom i po­ tentatom finansowym oraz szarym obywatelkom bezradność wobec śmierci | 29


i obywatelom, którzy wiedli życia najzwyklejsze pod słońcem. Działalność Ostaseskiego nie polegała i nie polega wcale na przekazywaniu ciężko chorym czy umiera­ jącym jakichś specjalnych instrukcji, nakłanianiu ich do zaawansowanych praktyk medytacyjnych albo przeprowadzaniu skomplikowanych rytuałów ro­ dem z Tybetańskiej księgi umarłych. Nic z tych rzeczy. Autor The Five Invitations po prostu ze swoimi pod­ opiecznymi rozmawia, zapewnia im elementarne poczucie bezpieczeństwa, daje – często pierwszą od wielu lat – okazję do opowiedzenia swojej historii w całości i bez obawy przed krytyką. W ten sposób nawiązuje z nimi więź w sytuacji bodaj najtrudniej­ szej ze wszystkich, jakie w ogóle mogą nas spotkać. W sytuacji, w której pojawia się dojmująca świado­ mość, że oto nadeszła wreszcie chwila, której się za­ wsze obawialiśmy; że już naprawdę stoimy na progu nieznanego; że właśnie teraz, już teraz, a nie „za jakiś czas”, nasze życie nieodwołalnie i definitywnie dobiega kresu. W takich momentach Ostaseski i jego współpracownicy dbają o zaspokojenie najprost­ szych, ale zarazem najbardziej fundamentalnych potrzeb: bliskości, towarzystwa, czasami pociesze­ nia. To wszystko. Tę niewątpliwie szlachetną, potrzebną i ważną działalność należy jednak odróżnić od przekazu, 30


który propaguje książka The Five Invitations. Trak­ tuje ona, jak podkreśla Ostaseski, nie tyle o śmierci i umieraniu, ile przede wszystkim o życiu. Dokład­ niej rzecz biorąc – o domniemanym „życiu pełnym”, tym Świętym Graalu rozlicznych duchowych i roz­ wojowych praktyk. Życiu, które – choć nieodwołalnie kończy się śmiercią – cechuje się zarazem niespoty­ kanymi powszechnie jakościami, w szczególności zaś tytułową „pełnią”, o której wprawdzie nic konkret­ nego nie sposób powiedzieć, ale którą przedstawia się tam nieustannie jako obiekt wyjątkowej troski. Niezależnie jednak od braku definicji tego sta­ nu – mającego być wszak naszym horyzontem i ce­ lem – bardzo precyzyjnie i skrupulatnie opisane są symptomy jego braku. W kolejnych opowieściach, które poznajemy na kartach The Five Invitations – po­ dobnie jak w życiorysach bohaterów zaludniających książkę Czego najbardziej żałują umierający – przewija­ ją się wątki głębokich frustracji, latami tłumionych pretensji i agresji, niespełnionych marzeń o sukce­ sach zawodowych i miłosnych, splątanych relacji rodzinnych i przyjacielskich, a także chorób, które atakują w najmniej spodziewanym momencie. Osta­ tecznie i paradoksalnie dopiero śmierć – czy raczej świadomość nieubłaganie zbliżającej się śmier­ ci – potrafi skierować te życiorysy na właściwe tory. I nawet jeśli przestawienie zwrotnicy przychodzi bezradność wobec śmierci | 31


o wiele za późno, bo pędzący pociąg albo już się wy­ koleił, albo pojechał w niedogodnym i nieodwracal­ nym kierunku, to przynosi efekt swoistego katharsis. A przynajmniej sprawia, że ludzie dotąd nieszczęś­ liwi, splątani i zablokowani umierają w poczuciu spokoju czy ulgi. Tym jednak, którzy wciąż są zdrowi i relatywnie młodzi, Ostaseski daje pięć głównych przykazań życia szczęśliwego i spełnionego, które z dużym prawdo­ podobieństwem skończy się śmiercią w poczuciu in­ tensywnego szczęścia i spełnienia, nie zaś frustracji i przegranej. Przykazania te, czyli tytułowe zaprosze­ nia, układają się w swoistą receptę, której zastoso­ wanie – przekonuje autor – jest możliwe i dostępne dosłownie dla każdego, w każdej chwili, od zaraz. Czego zatem śmierć i skończoność uczą nas o ży­ ciu? W jaki sposób skorzystać z tej mądrości i porzucić egzystencję opartą na blokadach, frustracjach, nie­ możnościach, niespełnieniach i cierpieniu? To pro­ ste. Po pierwsze, nie należy czekać, aż coś się stanie, tylko samemu aktywnie spełniać swoje pragnienia i robić to, czego się chce; po drugie, „przyjmować każde doświadczenie i niczego nie unikać”; po trzecie, w każdym momencie życia „być całym sobą, całym swoim ja”; po czwarte, „pośrodku codziennego zamę­ tu odnajdywać zawsze przestrzeń spokoju”; po piąte zaś – „kultywować umysł początkującego”, co znaczy 32


mniej więcej: zachowywać nieustanną „ciekawość, zachwyt oraz gotowość do zaskoczeń”5. W takiej umysłowej i życiowej architekturze śmierć nas z całą pewnością ani nie weźmie znienacka, ani nie przerazi. Jeśli bowiem zaczniemy każde doświadcze­ nie witać z radością, zamiast się od niego infantylnie odwracać, jeśli posiądziemy umiejętność całkowitego zanurzania się we wszystkim, co nam się przydarza, a na dodatek odnajdziemy w tym zawsze przestrzeń spokoju, w której będziemy mogli wytrwale ćwiczyć się w ciekawości i zachwycie – jeśli tak właśnie wy­ glądać będzie nasza psychologiczna kondycja, śmierć przywitamy z radością, otwartością i ufnością. A po­ nieważ, zgodnie z pierwszym przykazaniem, ni­ czego nie będziemy odkładać na później i z niczym nie będziemy czekać do jakiegoś mitycznego jutra, w momencie definitywnego końca niczego nie po­ żałujemy, bo też i literalnie nie będzie czego żałować. Jak jednak osiągnąć to wszystko? Jak wprząc te doniosłe prawdy w mozolną i często nieefektow­ ną – a w każdym razie odległą od potocznych wy­ obrażeń „pełni” i satysfakcji – codzienność? Dla tych, którym lektura The Five Invitations nie wystarcza, or­ ganizacja prowadzona przez Ostaseskiego – Metta Institute6 – oferuje kilkudniowe warsztaty, gdzie cała zawarta w książce wiedza przekazywana jest w sposób bezpośredni i wysoce skondensowany. bezradność wobec śmierci | 33


*** Na pierwszy rzut oka wydaje się, że zarówno Bronnie Ware, jak i Frank Ostaseski przełamują wielkie kul­ turowe tabu ostatniego stulecia. Oboje podkreślają w swoich wystąpieniach i publikacjach, że śmierć jest niezbywalną częścią życia, że otwarta rozmowa o niej jest nam dzisiaj niezbędna i że z braku tej roz­ mowy cierpimy jeszcze bardziej niż z powodu lęku przed tym, co i tak przecież nieuniknione. Na pierwszy rzut oka zatem Ware i Ostaseski zada­ ją kłam słynnej tezie, którą w latach pięćdziesiątych postawił wspomniany już amerykański antropolog Geoffrey Gorer. W eseju Pornografia śmierci (1955), a dekadę później w książce Death, Grief and Mourning in Contemporary Britain twierdził on, że w dzisiejszej kulturze śmierć zajmuje dokładnie tę samą pozycję, jaką w epoce wiktoriańskiej zajmował seks. Stała się wielką nieobecną, wielkim wypartym, wielkim tabu. Teza ta niewątpliwie wciąż zachowuje aktualność. Bo rzeczywiście o śmierci prawie już dzisiaj nie roz­ mawiamy. Nie konfrontujemy się z nią. Unikamy jej za wszelką cenę. Udajemy, że nie spotka ani nas, ani naszych bliskich. Relegujemy ją nie tylko ze swojego indywidualnego życia, ale także z przestrzeni pu­ blicznej – co oczywiście się ze sobą sprzęga, bo im mniej wyobrażeń i dyskusji o niej do nas dociera, tym mniej sami uświadamiamy sobie jej wszechobecność. 34


Przesiedlamy ją na kozetki starannie ukryte za szpi­ talnymi parawanami, zostawiamy lekarzom, me­ dykalizujemy. Jej nadejście traktujemy jak efekt zaniedbań, bolesne memento o konieczności regular­ nych badań i odpowiedniego reżimu treningowego, nie zaś konsekwencję niezbywalnej dyspozycji do nieistnienia wpisanej w nasze indywidualne i ga­ tunkowe DNA. Postrzegamy ją tym samym jako błąd wymagający korekcji, współczesne wcielenie boskiej kary. Z tą jedynie różnicą, że aktualnie w zestawie najcięższych grzechów zamiast pychy czy chciwości znajdują się takie występki, jak palenie papierosów, niedostatek aktywności fizycznej, nieodpowiednia dieta albo złe emocje połączone z nie dość pozytyw­ nym nastawieniem do rzeczywistości. W ten właśnie sposób śmierć wkomponowuje się w układ moralistyczno­racjonalistycznych uzasad­ nień, gdzie funkcjonuje jako możliwe do uniknięcia ogniwo jakiegoś łańcucha przyczyn i skutków, a nie ostateczny horyzont wszelkich ludzkich działań i sta­ rań. Nieuchronny, absurdalny, zawsze niemożliwy do przewidzenia w stu procentach charakter śmierci ulega tutaj specyficznej reinterpretacji czy raczej mistyfikacji. W książce Natural Causes: An Epidemic of Wellness, the Certainty of Dying, and Killing Ourselves to Live Longer (Z przyczyn naturalnych. Epidemia wellness, nieuchronność śmierci oraz wykańczanie bezradność wobec śmierci | 35


się, żeby żyć dłużej) zwróciła na to uwagę Barbara Ehrenreich, świetna amerykańska eseistka i biolożka molekularna. Ehrenreich po osiągnięciu siedemdzie­ siątego piątego roku życia zrezygnowała ze znacznej części badań okresowych rekomendowanych przez współczesną medycynę. „Jestem już wystarczająco stara, żeby umrzeć”7 – zadeklarowała, wskazując przy tym, że całkiem spora część procedur medycz­ nych, których celem jest przedłużanie biologicznej egzystencji, generuje zdecydowanie więcej szkód niż korzyści. A poza tym nosi wyraźne znamiona za­ chowań o charakterze rytualnym – od ich faktycznej wartości diagnostycznej bądź medycznej znacznie istotniejszy jest bowiem komponent psychologiczny: stan świadomości indukowany u kogoś, kto się tym wszystkim działaniom poddaje. W radykalnej medykalizacji śmierci, a także w roz­ wijającej się na Zachodzie od lat siedemdziesiątych kulturze wellness i fitness Ehrenreich dostrzega nowe wcielenie średniowiecznego chrześcijańskiego mo­ ralizmu, w myśl którego nieszczęścia dotykające człowieka zawsze są zawinione, nigdy przypadko­ we. W średniowiecznym uniwersum rządzonym niepodzielnie przez wszechmocne bóstwo nic nie dzieje się bez jego woli, a przynajmniej bez bier­ nego przyzwolenia. Wyznawcy – zobowiązani do przestrzegania określonych reguł i podtrzymywania 36


rytuałów – w obawie przed wieczną karą gorliwie wypełniają swoje powinności. Jeśli dotrzymają zo­ bowiązań i zadowolą bóstwo, mogą nieśmiało liczyć na łaskę, a gdy dotyka ich nieszczęście lub katastrofa, postrzegają to jako konsekwencję własnych zanie­ dbań czy sprzeniewierzeń. Współczesny totalny lęk przed śmiercią oraz idący z nim w parze kult życia i zdrowia generują sytuację w zasadzie analogiczną. Jednostka staje się tu odpowiedzialna za dobrą kondycję swojego ciała dokładnie tak samo, jak kiedyś zobowiązana była troszczyć się o zbawienie duszy. Obawa przed śmiertelną chorobą – absolutnym końcem biolo­ gicznego życia – równa się obawie przed wiecznym potępieniem. W niezauważalny dla współczesnego człowieka sposób (gdybyśmy go bowiem zapytali, ochoczo odżegnałby się od wszelkich religijnych in­ klinacji) doszło więc do specyficznego przemieszcze­ nia w jego świadomości. Troska o duszę – wehikuł do nieśmiertelności w zaświatach – zamieniła się w troskę o ciało, wehikuł do nieśmiertelności tu i te­ raz. W tym sensie wellness i fitness to właściwie nowe religie, zespół doktryn i praktyk mających funkcje transcendentne: przekroczyć immanentny rozpad, uodpornić się na siły entropii. Innym jeszcze modelowym przejawem tego prze­ mieszczenia jest nowa gałąź na pograniczu nauki bezradność wobec śmierci | 37


i futurologii, czyli immortalizm. Idea niezwykle popularna zwłaszcza wśród wizjonerów z Doliny Krzemowej. Takie postacie, jak biogerontolog i za­ łożyciel Fundacji Matuzalema Aubrey de Grey czy Ray Kurzweil – człowiek zażywający dziennie kilka­ dziesiąt tabletek, żeby doczekać momentu, kiedy uda się przetransportować jego tożsamość na ja­ kiś krzemowy nośnik – inwestują dzisiaj potężne pieniądze, czas i wysiłek w wynalezienie nowo­ czesnego eliksiru nieśmiertelności. I chociaż na­ ukowcy zajmujący się procesami starzenia wprost twierdzą, że są to przynajmniej na razie wyłącznie fantazje i że nie jesteśmy nawet o centymetr bliżej rozwikłania zagadki przemijalności, niż byliśmy, powiedzmy, pięćdziesiąt czy sto lat temu – de Grey i Kurzweil nic sobie z tego nie robią. A rzesze od­ biorców i odbiorczyń ich przekazu (eksponowanego na okładkach czasopism, w witrynach interneto­ wych oraz setkach tysięcy filmików na YouTube) zasypiają codziennie z nadzieją, że podobnie jak całą masę innych problemów tak i ten z pewnością uda się „amerykańskim naukowcom” prędzej czy później rozwiązać. Cóż, jest to właśnie wiara par excellence. Bo też i zapalczywość, z jaką poświęcamy się ćwiczeniom na skomplikowanych urządzeniach do rzeźbienia masy mięśniowej; oddanie, z jakim pokonujemy bie­ giem kolejne kilometry, wypacając litry potu w stanie 38


endorfinowego transu; samozaparcie, z jakim od­ mawiamy sobie różnorakich smakołyków, pilnu­ jąc dietetycznego reżimu, i wreszcie mieszanina zazdrości, wyższości, zawiści i satysfakcji, z którą przyglądamy się tym wszystkim skazanym na potę­ pienie – otyłym, palącym, pijącym i objadającym się bez umiaru – otóż to wszystko niczym istotnym nie różni się od zapalczywości, oddania, samozaparcia, resentymentu i Schadenfreude tak charakterystycz­ nych dla wszelkiej maści fundamentalizmów. *** Sięgnijmy po jeszcze inne przykłady. Ktoś relacjonuje na portalu społecznościowym chorobę i śmierć bliskiej osoby. Po wzruszającym opisie heroicznych zmagań z cierpieniem, momen­ tów ekstremalnej bezradności i ekstremalnej intym­ ności, jaka pojawia się pomiędzy dwojgiem ludzi, kiedy nie ma już żadnej nadziei – następuje nagle emocjonalna filipika przeciwko paleniu papierosów. Oczywiście, jest ona w pewnym sensie zrozumia­ ła – w kontekście przedwczesnej śmierci najbliższej osoby wszystko jest zrozumiałe, każda racjonali­ zacja, każda pretensja do losu. A jednak czuć tu jakiś dysonans, podskórne przekonanie, że zmarły poniekąd sam na siebie sprowadził nieistnienie. Że materia naszych ciał, będących wszakże emana­ cją „świata natury” – kolejnego substytutu bóstwa, bezradność wobec śmierci | 39


Czego obawia się współczesna kultura? Jak poradzić sobie w świecie, w którym nie ma miejsca na bezradność?

Śmierć, żałoba, smutek to tematy, od których społeczeństwo późnego kapitalizmu odwraca wzrok. W zamian oferuje iluzję wspólnoty zbudowanej w bańce social mediów, opartej na ideologiach wzmagających plemienną lojalność albo nowych mitach, które niebezpiecznie zaczynają przypominać teorie spiskowe. Tomasz Stawiszyński, filozof i eseista, z zacięciem badacza odrzucającego łatwe rozwiązania bierze na warsztat wszystko to, co wypieramy, o czym wolimy zapomnieć, a co – paradoksalnie – jest nieodłączną częścią ludzkiej egzystencji. W swojej nowej książce w błyskotliwy sposób mierzy się z tymi problemami i umieszcza je w kontekście zbudowanym zarówno przez ważne teksty współczesnej humanistyki, jak i przez kulturę popularną.

Obowiązkowa lektura dla wszystkich, którym nie wystarczają proste odpowiedzi na trudne pytania

Tomasz Stawiszyński w zwyczajny i zrozumiały sposób dotyka tego, co dla nas dziś najistotniejsze, a przed czym wytrwale uciekamy. Agnieszka Holland

Ten pięknie napisany esej zachwyca i zachęca do bezkompromisowego myślenia. Dawno nie czytałam książki tak przybliżającej mnie do świata i życia. Jestem pewna, że będę do niej wracać wielokrotnie. Mira Marcinów

Patronat medialny:

Cena 44,99 zł


Turn static files into dynamic content formats.

Create a flipbook
Ucieczka od bezradności by SIW Znak - Issuu