Skip to main content

Ślepak

Page 1

Projekt okładki Łukasz Piskorek Redaktorka nabywająca Dorota Gruszka Redaktorka prowadząca Aleksandra Pietrzyńska Opieka redakcyjna Anna Szulczyńska Korekta Artur Czesak Katarzyna Onderka Łamanie Irena Jagocha Copyright © by Anna Sobolewska, 2022 Copyright © for this edition by SIW Znak sp. z o.o., 2022 ISBN 978-83-240-6496-0

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37 Dział sprzedaży: tel. (12) 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl Wydanie I, Kraków 2022. Printed in EU


Wyjście z domu

Ostatnie cztery lata przed wojną mieszkałam na Filtrowej 55 w domu z ogródkiem. Matka, ojciec, brat architekt, ja i gruba służąca Marylka. Kiedy tam zamieszkaliśmy, miałam szesnaście lat. W pierwszych dniach wojny mój brat Jaś wyruszył na Wschód. Po zajęciu Warszawy przez Niemców wrócił spoza granicy radzieckiej. Nie mógł znieść niepewności i rozłąki z nami. 18 stycznia 1940 roku gestapowcy zabrali Jasia jako zakładnika. Szukaliśmy go po więzieniach, ale ślad po nim zaginął. Najprawdopodobniej został kilka dni później z całą grupą zakładników rozstrzelany w więzieniu mokotowskim. Listopad, ogłoszenie o getcie. Niewiadoma. Zaskoczenie bardziej niż strach. Paniczny lęk Niemców przed tyfusem. Może naprawdę? Dotychczas byliśmy całkiem legalni. I nawet nie przyszło nam do głowy, że moglibyśmy zmienić tożsamość i zostać po aryjskiej stronie. Rodzice wynaleźli mieszkanie na Krochmalnej. Było duże. Mieliśmy je zająć razem z rodziną P. (on coś tam robił w gminie żydowskiej) i dwiema siostrami pani P. My mieliśmy zabrać mojego dziadka. Zamieszkał u nas. To był sympatyczny 21


staruszek. Uwielbiał historyczne książki, takie jak Napoleon Ludwiga. I to, czego nie wolno mu było jeść – boczek, grochówkę. Musieliśmy przenieść się na Krochmalną chyba do połowy listopada. Niemcy dali, zdaje się, dwa tygodnie czasu. Nie pamiętam dokładnie. Przenosiliśmy i przewoziliśmy stopniowo nasze graty i ciuchy. Stefan, kolega ze studiów, pomagał mi. Wędrowaliśmy objuczeni z Filtrowej na Krochmalną. Tam już były meble. Największa szafa – ta biała z łazienki. Upychaliśmy do niej ładunek i wracaliśmy spacerem. Obowiązywały już opaski – białe płócienne z niebieską sześcioramienną gwiazdą Syjonu. Ale ja nie nosiłam. Dopiero w czasie tego przeprowadzania się wkładałam na terenie dzielnicy żydowskiej, w jakiejś bramie. A kiedy opuszczaliśmy getto, zdejmowałam ją. Schowałam raz opaskę do rękawiczki. Rękawiczkę niosłam w ręce i razem z opaską zgubiłam na ulicy. Przenosiliśmy dziwne rzeczy, na przykład mnóstwo słoi z korniszonami. Mama zrobiła przed wojną te marynaty. A teraz żal jej było zostawić. To było pod koniec przeprowadzki. Z jednego słoika ocet wylał się na podłogę. Mieszkanie było ponure. Ciemne, brudne tapety. Pluskwy. Stefan wtedy wyszedł i wrócił z doniczką fiołków alpejskich. Postawił ją na stole obok korniszonów. I kochaliśmy się w tym obcym, brzydkim pokoju, który miał być sypialnią moich rodziców. Tego dnia Stefan zaproponował, żebyśmy się pobrali. Chciał mnie uchronić od getta. Nie mogłam sobie tego wyobrazić. Ślub. Dobrze. Ale na razie zostanę z rodzicami. – To nie ma sensu – powiedział. Cała rozmowa wydała mi się nie na serio. Moje rzeczy wisiały już w białej szafie obok sukienek mamy i ubrań ojca. Zawsze byliśmy razem. A teraz? 22


Niewiele rzeczy pozostało już do zabrania z Filtrowej. Oprócz Stefana pomagał nam Mietek, żydowski tragarz, komunista. Wytrzasnęłam go tuż przed wojną w jakiejś knajpie podczas jednej z naszych zakrapianych studenckich dyskusji. Przyłączył się wtedy do nas. I pozostał. Rudy. Barczysty. Łagodny. Przyjechał na tę przeprowadzkę ze swoim ręcznym wózkiem. Potem nie spotkałam go więcej. Jeżeli był w getcie do powstania, na pewno brał w nim udział. Rodzice krzątali się na dole. My poszliśmy zlustrować strych. Rzadko tam bywałam. Teraz wśród rupieci ogarnęła mnie dziecinna emocja. Zdawało mi się, że za chwilę znajdę skarby. Ale to był tylko moment. Nie ma skarbów. A najdalej za kwadrans strych także zniknie. Staliśmy we troje w milczeniu, skuleni pod niskimi wiązaniami dachu. Mietek położył ostrożnie wielką czerwoną rękę na moim ramieniu. – Trzymaj się – powiedział. Na strych prowadziły strome i kręte schodki. Obok nich w łazience było okno, okrągłe jak w kajucie. Nie pamiętam, czy takie zastaliśmy, czy mój brat zaprojektował. Dlatego mój dom przypominał mi statek. Wprawdzie za tym oknem był orzech włoski, ale to nie przeszkadzało. Kochałam morze. I kiedy w ogródku szumiały drzewa, nietrudno było wyobrazić sobie, że jest tuż obok. Więc staliśmy na górnym pokładzie statku, który za chwilę trzeba będzie opuścić na zawsze. Miałam tę instynktowną, choć nieuświadomioną pewność, że nigdy tam nie wrócę. Zostawiłam ich i weszłam do mojego pokoju. Zamknęłam za sobą drzwi. Udało nam się mieszkanie wynająć z resztkami wyposażenia. Dlatego wszystko pozostało niemal bez zmian. Ściany były bladoniebieskie. Tiulowe firanki o ton ciemniejsze. Z sufitu zwisała mleczna kula. Szaroróżowe meble – te same od dzieciństwa. Dywan z jednym rogiem nadgryzionym przez Puka. 23


Narzuta poplamiona atramentem. Na blacie biurka kobieca główka, którą Jaś wyrysował wiecznym piórem. Z szafy i z szuflad zabrałam wszystko, co mogłam i chciałam zabrać. Została dekoracja. Stałam i czekałam. Myślałam, że będę płakać. Ale nie było łez. Nagle dekoracja ożyła. Pokój ogarnął mnie na moment mocą dobra, które w nim tkwiło. Byłam zbyt młoda, żeby zrozumieć, że ta chwila to skarb, którego szukałam na strychu mojego domu. Że to ładunek, który nie zatonie. I którym nadzieja będzie się karmiła przez wszystkie złe lata. Podeszłam do okna. Topola już naga. W ogródku i na tarasie trochę zwiędłych liści. Dokoła domu biegnie chodnik. Płytki są małe i luźno ułożone. Między nimi rośnie trawa. To pomysł Jasia. Tam nie pójdę. Wychodzę z mojego pokoju. Właściwie opuściłam go kilka sekund wcześniej. Jeszcze zanim położyłam dłoń na klamce. Na podeście schodów wisi ogromne malowidło: Adam i Ewa w raju. Znam ten obraz od dziecka. Nie mogę zrozumieć, jak przelazł przez drzwi. Mój ojciec nie zna się na sztuce. To kicz. A utopił w nim na pewno masę pieniędzy. Nasi prarodzice leżą objęci w wyjątkowo nienaturalnej pozycji. Goleń Adama, niesamowicie długa i chuda, przypomina kość na haku rzeźnickiego sklepu. A pucołowate aniołki – szpetne odpustowe lalki. Ale to jest raj mojego dzieciństwa. I pozostanie dla mnie obrazem raju. Na dole już się szykowali. Weszłam do ubikacji. Zawsze wyobrażałam sobie, że jak drzwi się zatrzasną, będzie można wyleźć przez okienko do kuchni. Na kuchennym stole leży cerata w grochy, jak muchomor. Kiedy w niedzielę zostawaliśmy z Jasiem sami w domu, tam jedliśmy kolację. Jaś przypiekał grzanki i parzył herbatę. Potem szliśmy do jego pokoju. Nastawiał muzykę. Kreślił. Ja czytałam książkę. 24


Albo gadaliśmy. Tapczan Jasia stoi już na Krochmalnej. Będę na nim spała. Potem były tylko gesty. Bo wyszło się z tego domu trochę wcześniej niż w rzeczywistości. Jak w czasie pogrzebu, kiedy pod koniec ceremonii nie wystarcza już skupienia. Komuś oddano klucze. Ktoś wyszedł ostatni i zatrzasnął furtkę. I my, wychodźcy, ruszyliśmy na północ za wózkiem popychanym przez żydowskiego tragarza do żydowskiej dzielnicy.


Wyjście z getta

Zamieszkaliśmy na Krochmalnej kilka dni przed zamknięciem getta. Blisko Żelaznej. Zaraz za naszym domem był mur. Potem szedł tam handel – przerzucanie żywności. W pokoju, który dzieliłam z dziadkiem, był balkon. Kamienny. Wszystko wąskie. Szare. Podbite kocimi łbami. Rzadkie latarnie (chyba gazowe). Nerwowy szwargot. Meble. Tłumoki. Walizki. Przed wojną tylko raz byłam na Krochmalnej. Wiosną trzydziestego dziewiątego roku. Przeczytałyśmy z Hanką Kiedy znów będę mały i poszłyśmy do Domu Sierot zaproponować Korczakowi naszą pomoc. Jego oczy – niebieskie. Czyste do dna. – Pokażę paniom naszą republikę – powiedział. Te dzieciaki. Rozświergotane. Czarnookie. Czarnowłose. Egzotyczne. Wiem, że ten Prezydent Republiki Dziecięcej nie mógł opuścić swojego ludu. Musiał z nim zginąć. Zwiedzałyśmy republikę. Ale na tym się, niestety, skończyło. Wakacje. Potem wojna. A jednak wtedy na tym balkonie świadomość, że Korczak jest z nami, na tej samej ulicy, dodała mi otuchy. 26


Była krzątanina, żeby się oswoić i wymościć sobie jakiś kącik. Dziadek rozsiadł się w swoim fotelu sprowadzonym od wuja Marcina. Niedawno przeszedł operację katarakty. Widział tylko na jedno oko. Pod grubymi szkłami było wielkie i mądre jak oko sowy. Teraz zagłębił się w Ludwigu. Matka z panią P. i z tymi ciotkami znosiły do kuchni mąki, ryże, makarony i korniszony – na wspólny wikt. Ojciec w sypialni wyjmował klepki z podłogi. Żeby w razie rewizji te parę drobiazgów… Ja skuliłam się na tapczanie. To tapczan ­Jasia. Nad nim wisi jego portretowe zdjęcie. Tu najbliżej brata. On był zawsze moim opiekunem i powiernikiem. Teraz muszę radzić sobie sama. Z boku tapczana jest szafka. Tam moje najcenniejsze. Wyciągam brulion – pensjonarski pamiętnik. Jaki śmieszny jest ten pamiętnik z okresu, kiedy łudziłam się, że jestem podobna do Marleny Dietrich. Same sentymentalności. A na marginesach piosenki i dopisek Jurka: „To ta pierwsza miłość tak się zaczyna. To ta pierwsza miłość jest ta jedyna”. Pionowo w dół. Po trzy słowa, bo wąski margines. Dalej: „Uliczkę znam w Barcelonie, na której kwitną jabłonie. Bardzo lubię chodzić po niej, gdy mnie już znuży śródmieścia gwar”. Nie. Nie jabłonie, to były przecież drzewa-bukiety drobnych ciemnoróżowych kwiatów. Wzdłuż domków na Filtrowej. A niżej dopisek Jurka: „Jak nie zdam matury, rzucę się z Prudentialu”. Zdał. Ledwo. Ale zdał. Potem to się rozleciało. W pudełku po czekoladkach są listy z Liége. On tam teraz mieszka. Ale nie chce mi się do tego wracać. Nie wychodziłam na razie do miasta. Ani tu, ani tam. Obiad był w jadalni. Przy długim stole. Nas siedmioro. Wielka waza z zupą. – Mańciu, daj mi dolewkę – prosi dziadek. 27


Mama tłumaczy, że lepiej nie, za ciężka. Fasolowa. Ale jest jej przykro. Dziadek pomyśli, że mu się żałuje. Przed wieczorem przyszedł Stefan. Pogadaliśmy trochę, co ze mną. Ale ni tak, ni siak. Trudno od razu. Może za jakiś czas. Może wyrobić fałszywe papiery. Godzina policyjna w getcie była znacznie wcześniejsza. Kiedy Stefan wychodził, ulice pustoszały. A po tamtej stronie – ruch. Ta pierwsza granica sprawiała mi przykrość. Następnego dnia wyszłam. A potem już codziennie. Oswajałam się z widokiem żydowskich milicjantów, zgiełkliwego tłumu, mostu nad Chłodną, pod którym przeprawiali się aryjscy mieszkańcy miasta. Tłoczyli się i popychali. Wyglądali jak mrówki tam w dole na ulicy. Stefan proponował mi dalsze spacery. Ale nie miałam ochoty. Kiedy wychodziliśmy z getta, zdejmowałam opaskę i szliśmy do kawiarenki na Chłodnej. Tego dnia, kiedy zamknęli getto, Stefan nie przyszedł. Nie mieliśmy w mieszkaniu telefonu. Ale był u sąsiada Kohena, który pracował z panem P. w gminie żydowskiej. Nazajutrz Stefan zatelefonował i umówiliśmy się trzeciego dnia rano obok wachty na Chłodnej przy Wroniej. Wartownik był pucołowaty. Dobroduszny. Pozwolił nam porozmawiać. Ja stałam po jednej stronie drutów w opasce. Stefan po drugiej. Miał zniszczony kapelusz i jesionkę. Wyglądał jak chłopak, który coś przeskrobał. A mnie było głupio. I wstyd. Przez druty kolczaste nieraz się przełaziło. A tu co innego – wartownik ma karabin. – Genug – powiedział. To było jak koniec więziennego widzenia. – Zatelefonuję o trzeciej – rzucił szybko Stefan. – Chcę stąd wyjść! – wybuchnęłam zupełnie dla siebie niespodziewanie. I ruszyłam w kierunku Krochmalnej. 28


Podczas obiadu powiedziałam rodzicom i rodzinie P., że zamierzam wyjść z getta. Tam pomoże mi Stefan. Chyba weźmiemy ślub. Byli przerażeni. Nie chcieli o tym słyszeć. Przedtem Jaś. Teraz ja. Cokolwiek będzie, lepiej razem. Matka była po prostu matką. Kleiła coś w rodzaju gniazda. I tu jedyne pozostałe przy niej dziecko miało znaleźć schronienie. Nie zdołała jeszcze pojąć, że to nie gniazdo, tylko grób. Motywy oporu ojca były bardziej skomplikowane. Kto to jest ten chłopak? Kolega ze studiów. I od tych smarkaczowskich zabaw w politykę. Może i przyzwoity. Ale powierzyć mu swoją jedyną córkę? Mąż. Oparcie. Broń Boże! Nie na to całe życie harował. Ta przeklęta wojna przecież się niedługo skończy. Jeżeli nawet Niemcy coś knują… Nie zdążą. Tylko patrzeć, jak alianci położą Hitlera. Ci dranie jak ognia boją się tyfusu. Wmówili sobie, że Żydzi. Dlatego nas zamknęli. Państwo P. milczeli taktownie. Ale czułam, że są po stronie rodziców. Dziadek dolał sobie zupy. Matka nie zwróciła na to uwagi. Było trochę mięsa i kartofle w chrzanowym sosie. Dłubałam w nich widelcem i nie mogłam nawet podnieść do ust. Czułam się wyrzutkiem. Wyrodną córką. Tchórzem. Chcę uciekać. Zostawić ich. Sprawić im ból. A jednak coś we mnie krzyczało, że tak. Trzeba. Jak im wyjaśnić? Nie mogę. Nie umiem. Pochyliłam głowę nad talerzem. Nie wiem, czy kierował mną instynkt zwierzęcia w pułapce o cal od jej zatrzaśnięcia? Czy także doświadczenie zmarnowanej szansy mojego brata. Milczeliśmy. A potem pan P. zaczął mówić o czymś innym. Ten obiad jedliśmy o drugiej i niewiele czasu upłynęło, gdy ktoś od Kohenów wezwał mnie do telefonu. Aparat wisiał na ścianie w ciasnym i ciemnym przedpokoju. Kręcili się jacyś Żydzi. Pachniało rybami. 29


– To ja – powiedział Stefan trochę niepewnym głosem. – Słyszysz? – Tak. Słyszę. Szum i trzaski na linii. Rozmowa wydawała się nie całkiem realna. – Jeśli chcesz – ciągnął – przyjdź o siódmej do naszej kawiarenki. – Tak – odpowiedziałam. – Przyjdę. Chyba przyjdę… Ale ty… Czy będziesz na pewno? – Będę… – W głosie Stefana zabrzmiała jakby odrobina wahania. Ale dodał stanowczo: – Na pewno. Jakiś Żyd w gorączce rozmowy prawie wytrącił mi słuchawkę. Powiedziałam machinalnie: – Do widzenia – i powiesiłam ją na widełkach. Popołudnie wlokło się. W jadalni ojciec rozmawiał z panią P. Zamierzał zabrać się ze znajomym chemikiem do produkcji sztucznego miodu. Rozważali, jakie to ma szanse. Duże plusy. Chłonny rynek. Można by i na aryjską stronę. Pieniądze w kieszeni. I zajęcie. Nie ma nic gorszego niż siedzenie w domu. Obijało mi się to o uszy. Ale nie bardzo chwytałam sens. Kobiety krzątały się w kuchni. Nie mogłam nic robić. Patrzałam w okno. Szarzało. Padał śnieg. Głos Stefana – świder wiercił mi mózg: – Przyjdź o siódmej do kawiarenki, przyjdź o siódmej do kawiarenki… Dziadek poruszył się w fotelu. Splunął do papierowej tubki, którą nosił w górnej kieszonce bonżurki. Zamknął książkę. Westchnął. – Już nic nie widzę – powiedział. – Trzeba zaciemnić okna. Idę się trochę zdrzemnąć. – I podreptał na swój tapczan. Pomogłam mu okryć się kocem. Był mały i drobny. Zasnął natychmiast i zaczął chrapać. Opuściłam rolety i zapaliłam lampkę na stole. Próbowałam czytać. Potem matka 30


zajrzała i powiedziała, że wychodzą do znajomych. Trzasnęły drzwi. W mieszkaniu było cicho. Państwo P. tkwili w swoich pokojach. Dochodziła szósta. Liczyły się minuty. Rodzice mogą nie zastać tamtych i wrócić. Albo obudzi się dziadek. Wiedziałam, że wtedy wszystko przepadnie. Nie potrafię. Ani dziś. Ani potem. Kiedykolwiek. Nieświadomie usiadłam w fotelu dziadka. Liczyły się minuty. A ja byłam sparaliżowana. Nagle myśl – Stefan nie będzie czekał. Wstałam i zaczęłam przygotowywać się do wyjścia. Włożyłam na siebie dwie zmiany bielizny i dwie pary ciepłych pończoch. Wsunęłam do torebki dowód osobisty, trochę pieniędzy i fildekosowe pończochy. Rodzice… Rozejrzałam się za kartką. Na szafce koło tapczanu leżał zeszyt i ołówek. Lubiłam rysować. To był stary zeszyt sprzed wojny. Ale miał kilka czystych stron. O Boże, te moje mikimausy i królewna Śnieżka z filmu Disneya! Szarpnęłam kartkę. Wyrwała się krzywo. „Moi kochani! Nie gniewajcie się na mnie! Muszę wyjść. Tak będzie lepiej. Zatelefonuję. Postaram się jeszcze dziś. Jadzia”. Kiedy pisałam, mimo napięcia czułam literackość sytuacji. Córka marnotrawna. Ale coś jeszcze kryło się w głębi. Poza instynktem i doświadczeniami mojego krótkiego życia – doświadczenie wieków i przekaz kultury. Był ze mną Feuchtwanger. Jego Żydówka z Toledo. Ci mądrzy Efraimowie, tacy jak mój ojciec i pan P., nie uratowali ani siebie, ani Racheli. Pozostaje tylko ucieczka. Położyłam kartkę na środku stołu i wykradłam się do łazienki. Była wąska jak korytarz. Sedes prawie dotykał blaszanej wanny. Stary gazowy piecyk okryty miedzianą blachą. Okna nie było. Na Filtrowej lubiłam przesiadywać w białej kajucie. Stąd umykałam jak najszybciej. Teraz nie spuszczałam wody, żeby nie robić hałasu, i ostrożnie 31


zamknęłam drzwi. Dziadek spał. Włożyłam futro. Przerobione na mnie, podniszczone karakuły mojej matki z kołnierzem jakby przyprószonym śniegiem. Zawiązałam na głowie chustkę. Szalika nie mogłam znaleźć. Wzięłam jakiś męski. Szafa zaskrzypiała przy zamykaniu. Ale dziadek się nie obudził. Jeszcze opaska na ramię. Torebka. Rękawiczki. Stare, bo te nowe zgubione. Zamknęłam za sobą drzwi pokoju i lekko zatrzasnęłam drzwi frontowe. W sieni czuć stęchlizną. Krochmalna pusta w białej poświacie. Wciąż prószy śnieg. Prawie granatowy płomyk latarni wygląda jak oko magiczne. Na Żelaznej ruch. Idę szybko. Nie zatrzymując się, zsuwam opaskę i chowam do kieszeni. Na Chłodnej im bliżej wachy, tym puściej. Zwalniam. Wacha. Co powiedzieć? Nagle przyszła mi na myśl rozmowa ze Stefanem. Ta przez druty. Papiery. Ślub. Kościół. Kościół w getcie na placu Grzybowskim. Podeszłam do wartownika. – Verzeihen Sie bitte… – zaczęłam i podałam mu mój przedwojenny dowód osobisty. Spojrzał obojętnie. Nawet nie wyciągnął ręki. – Byłam w kościele w sprawie metryki mojego narzeczonego – mówiłam dalej po niemiecku. – Potrzebna do ślubu. Teraz wracam. – Bitte – powiedział i jak dyżurny ruchu wskazał mi aryjską perspektywę Chłodnej. Dochodziła siódma. Nawet nie przyszło mi do głowy, że to dziwna pora na załatwianie formalności w kościele. Spokojnie szłam naprzód. Ciemny masyw kościoła Karola Boromeusza majaczył w białej kurzawie. Blisko niego była ta kawiarenka. Okna zaciemnione. Ledwie znalazłam drzwi. Sala nieduża. Słabe światło. Dym. Stefana nie było. Usiadłam przy wolnym stoliku. Nikt się mną nie interesował. Kilka parek. Jacyś mężczyźni. Pianista grał przedwojenne 32


przeboje… „Si, si, si, to złodziejska serenada. Si, si, si, daj mi za nią choćby grosz”. Strach. Jeżeli Stefan nie przyjdzie… Może coś się stało… A jak nie wziął tej rozmowy serio…? Do getta nie mogę wrócić. Tam zaraz godzina policyjna. Ten wartownik. Drugi raz. Więc co? Podeszła kelnerka. Zamówiłam herbatę i ciastko. Podała mętną lurę. Troszkę cukru w metalowej miseczce. Ciastko dobre. Pewnie domowy wypiek. Wlepiłam oczy w drzwi. Ludzie kręcili się tam i z powrotem. W dymie i słabym świetle widziałam marnie. Mój wzrok, od lat nędzny, teraz sprawiał mi kłopoty. Zwłaszcza wieczorem. Potykałam się. Nabijałam sobie guzy. Błądziłam w tych przeklętych ciemnościach. Szczęście, że śnieg rozjaśniał ulicę. A może napięcie nerwów trzymało mnie. Bo jakimś cudem dotarłam bez potknięcia aż z Krochmalnej. I nie szukałam wejścia. Ktoś chudy i wysoki stanął w drzwiach. Wytężyłam wzrok. Tak. To on. Nareszcie! Machinalnie spojrzałam na zegarek. Dziesięć po siódmej. Powoli podszedł do stolika. Był jakby trochę zaskoczony czy zmieszany. Pewnie nie wierzył, że się zdecyduję. – Nie mogłem wcześniej – powiedział. – Mówili na Srebrnej, że łapanka. Zamówił herbatę. A ja podeszłam do telefonu. Odezwał się stary Kohen. – Tu sąsiadka. Czy mógłby pan poprosić moją matkę albo ojca? – Dobra. Już się robi. Wyczułam, że rodzice już go uprzedzili. Znowu ten szum. – Jadzia! – wykrzyknął ojciec. Czekałam. On też czekał. Muzyka i te trzaski. Zlękłam się, że przerwą. Więc szybko: 33


– W porządku. A mama? Może podejdzie…? – Nie może – powiedział ojciec. – Jest rozbita. Wciąż płacze. Ja: – Bądźcie dobrej myśli. Do jutra. Zadzwonię. Geszefciarze szeptali sobie do ucha. Para obok czuliła się. Boże! Żebyśmy i my tak zwyczajnie! Było mi głupio. Po co tu przyszłam? Jestem dla niego ciężarem. – Niedaleko jest hotelik – powiedział Stefan – tam zanocujesz. A jutro do Zosi. Ja muszę do domu. Będą niespokojni. Szliśmy w milczeniu. Przechodnie przemykali obok nas. Samotna noc w hotelu. Było mi markotno. Portier obojętnie podał nam kartki meldunkowe. Stefan wypełnił je. Potem klucz. Schody. Chodnik. Drzwi. Ciemno. Zimno. Nocna lampka. Umywalnia z miską i dzbankiem. W szafce nocnik. Nie trzeba na korytarz. Pościel śliska od krochmalu. Ściągam pulower i spódnicę. Włażę do łóżka. Czuję wielkie zmęczenie. Stefan stoi przy drzwiach. – Dobranoc – mówi – przyjdę do ciebie o ósmej. Spieszy się. Bo godzina policyjna. Chciałabym go zatrzymać. Chociaż na chwilę. Ale boję się, że nie zdąży. A jak będzie nalot… – myślę. Trudno. Nie ruszam się stąd. – Dobranoc – odpowiadam. Stefan wychodzi. Nie znoszę hoteli do dziś – z powodu tamtej nocy. A przecież nie było nalotu. Na korytarzu panowała cisza. Nie bałam się. Tylko ta samotność… Zosia Reczko, wdowa po Marianie, siedziała jeszcze w swoim przedwojennym mieszkaniu na Kruczej. To był stary dom, gdzieś w okolicy dzisiejszego Grand Hotelu. Zosia miała urodę apatycznej Racheli. Ciężki czarny kok. 34


Ogromne smętne oczy. Ale ciemnoniebieskie. To jakoś ludzi myliło. Nie podejrzewali, że jest Żydówką. Była ode mnie o kilka lat starsza. Znałam ją od dziecka. Na razie miałam u niej zamieszkać. Naradziliśmy się we troje, co i jak. Moje rzeczy. Da się wydostać. Ojciec przyniesie do wachy. A Stefan zabierze jako aryjskie. Najwyżej da się łapówkę granatowemu, a ten podzieli się z Niemcem. Trzeba będzie wykombinować dla mnie metrykę. Bo do ślubu. Stefan wyszedł. Zosia w jadalni przygotowała mi posłanie. Przed wojną jej spaniel wylegiwał się na tej kanapie. Ale przepadł. W mieszkaniu byli jacyś lokatorzy. Więc ja – daleka kuzynka – przyjechałam na krótko z Piaseczna. (Znałam tę dziurę). Potem miałam coś załatwić. Może dla Zosi. Doszłam do Marszałkowskiej. Wsiadłam do tramwaju. Drugi wagon. Dla Polaków. Ścisk. Pogwarki. Wolno sunie Marszałkowską. Jestem spokojna. Bez lęku. Ale coś we mnie narasta. Aż ogarnia całkowicie. Już wiem. Na pewno. Nie chcę. Nie mogę. Muszę tam wrócić. Do getta. Dziś. Teraz. Wracałam nieraz myślą do tamtego przeżycia i było dla mnie zagadką. Co się ze mną wówczas stało? Nie strach. Nie rodzice. Więc co, u licha? I dopiero teraz, po trzydziestu czterech latach, kiedy pisząc, znalazłam się znowu w tym tramwaju – zrozumiałam. Problem tożsamości. Oczywiście. Miałam wprawdzie w torebce mój własny dowód osobisty. Ale żeby żyć poza gettem, musiałam natychmiast zmienić tożsamość. Do dna. Inaczej byłam skazana na potknięcie i wsypę. Ta sama niby Marszałkowska. Ale od teraz nie można jej ufać. To nie ulica rodzinnego miasta. Obca. Wroga. Ludzie w tramwaju ze swojaków przekształcili się nagle w las. Las, który równocześnie chronił i groził. 35


Powiedziałam Zosi, że chcę z powrotem do getta. Nie wyrwało jej to z apatii. Nic nie mogło jej poruszyć, odkąd zabrali Mariana. Ale kiedy przyszedł Stefan, powiedział: – To nie ma sensu, zostaniesz tutaj. On, dotychczas niepewny, teraz zdecydował za mnie. Siatkowe firanki. Kawałek muru. Blaszany parapet. Odwróciłam się od okna. – Dobrze. Zostaję. Zatelefonowałam do getta. Tym razem podeszła moja matka. – Cieszę się, że jesteś u Zosi – powiedziała. Więc przebaczyła. Zrozumiała.


Spis treści Pisanie głosem . . . . . . . . . . . . . . . Z widzących czasów. . . . . . . . . Po stronie wypukłych kropek . Narzędzie doskonałe. . . . . . . . Tracenie wzroku . . . . . . . . . . . . . . Melancholia zmierzchu. . . . . . Mroczne latarnie. . . . . . . . . . . Na skraju widzenia . . . . . . . . .

. . . . . . . .

. . . . . . . .

. . . . . . . .

. . . . . . . .

. . . . . . . .

. . . . . . . .

. . . . . . . .

. . . . . . . .

. . . . . . . .

. . . . . . . .

. . . . . . . .

. 7 . 7 . 8 . 9 . 11 . 11 . 13 . 15

Z CZASÓW OKUPACJI Wyjście z domu. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Wyjście z getta . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Spotkania w getcie . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Stary rękopis. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Wspomnienie Trosa. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Wakacje. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Nonszalancja losu. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Za pięć dwunasta . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Mój okupacyjny dom . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Mieszkanie, ludzie. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Kobieta z dzieckiem . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Kim jestem?. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Lato. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Milczący inżynier. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Strachy i wróżby . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Rodzina Krywickich. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Hanka. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Wyjście rodziców z getta . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Życie uchodźców . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Mieszkanko na Stalowej . . . . . . . . . . . . . . . . . . Zuchwały Julek . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Opowieści Jakuba. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Słowo honoru . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Jeden może być dobry. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Marmolada uratowała mi życie. . . . . . . . . . . . . W kanałach i bunkrach . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Pierwsze powitanie w wyzwolonej Warszawie. .

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

. 21 . 26 . 37 . 41 . 42 . 47 . 54 . 59 . 62 . 62 . 65 . 67 . 67 . 69 . 70 . 72 . 75 . 82 . 89 . 89 . 92 . 96 . 97 . 98 . 100 . 101 . 106

355

. . . . . . . .

. . . . . . . .

. . . . . . . .

. . . . . . . .

. . . . . . . .

. . . . . . . .

. . . . . . . .

. . . . . . . .

. . . . . . . .

. . . . . . . .

. . . . . . . .


SPACERY PRZEZ ŻYCIE Smutek . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Oni i ja . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Co komu nie pisane . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Buty . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Ślepy rybak (Pierwszy reportaż po niewidomemu) . Głupi Jasio esperantysta. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Moje pożegnanie z lękiem . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Mieszkanie . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Stara Gosposia . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Kartofle na metry . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Zapały i zawady . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Kamienna Aniela. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Doprowadzacze. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Podchody . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Ufam ludziom. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Dwoje przedwojennych . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Rodzinny wtorek . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Aldona i Zosia. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Pod soplami między pryzmami . . . . . . . . . . . . . . . . Czerwona boja . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Niedziela ze Stachą . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

MELANCHOLIA Depresja . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Boję się wiosny . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Mozart . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Ucieczka z „Szanghaju” . . . . . . . . . . . . . . . . Czy to moje myśli? . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Tramwajada . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Klasztor naprzeciwko. . . . . . . . . . . . . . . . . . Odkrycie. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Zapiski z depresji 1980 . . . . . . . . . . . . . . . . .

. . . . . . . . .

. . . . . . . . .

. . . . . . . . .

. . . . . . . . .

. . . . . . . . .

. . . . . . . . .

. . . . . . . . .

. . . . . . . . .

. . . . . . . . .

. . . . . . . . .

. . . . . . . . .

. . . . . . . . .

. . . . . . . . .

. 181 . 185 . 188 . 190 . 193 . 195 . 198 . 201 . 204

WE MNIE I DOKOŁA Przypomnienia, wyobrażenia . . . . . . . . . . . . . . Czytanie brajlem. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Dermooptyka nieoczekiwana . . . . . . . . . . . . . . Niespodzianki. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

. . . .

. . . .

. . . .

. . . .

. . . .

. . . .

. . . .

. . . .

. . . .

. . . .

. . . .

. . . .

. 221 . 224 . 227 . 231

356

. . . . . . . . .

111 114 121 125 127 129 132 134 137 143 146 146 148 151 154 157 162 165 169 172 175


Telefon . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Wspomnienie przyjaźni . . . . . . . . . . . Spotkania . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Wczesnym rankiem . . . . . . . . . . . . Wieczór . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Muzyka i poezja . . . . . . . . . . . . . . Ojciec. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Romantyczność. . . . . . . . . . . . . . . Wigilia. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Rozmowy telefoniczne . . . . . . . . . W lecznicy. . . . . . . . . . . . . . . . . . . Moja nieśmiertelna wróżka. . . . . . . . . Wizyty Hartmuta . . . . . . . . . . . . . . . . Kąpielowy piątek z panem Florianem Stare lęki. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Polowanie na mordercę. . . . . . . . . . . . Oborskie impresje. . . . . . . . . . . . . . . . Dotyk dzieciństwa. . . . . . . . . . . . . . . . Ciemność oswojona . . . . . . . . . . . . . . Wieczór i noc . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

. 235 . 238 . 238 . 243 . 245 . 247 . 249 . 252 . 253 . 255 . 258 . 260 . 263 . 266 . 270 . 273 . 275 . 277 . 279 . 281

TAJEMNICE NIEWIDZENIA Widzę we śnie. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Odbitki świata. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Zmysł wyobraźni . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Barwy muzyki. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Tęsknię za widzeniem. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Portret dziewczynki . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

. . . . . .

. . . . . .

. . . . . .

. . . . . .

. . . . . .

. . . . . .

. . . . . .

. . . . . .

. . . . . .

. 287 . 288 . 292 . 298 . 304 . 310

MEDYTACJA Droga do medytacji . . . . . . . . . . . . . . . . . Okno. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Znak . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Śródborów . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Światła . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Wielki słonecznik życia. . . . . . . . . . . . . . . Ścieżka do niebieskiego światła . . . . . . . . Inna rzeczywistość . . . . . . . . . . . . . . . . . .

. . . . . . . .

. . . . . . . .

. . . . . . . .

. . . . . . . .

. . . . . . . .

. . . . . . . .

. . . . . . . .

. . . . . . . .

. . . . . . . .

. 317 . 321 . 323 . 325 . 328 . 330 . 335 . 339

. . . . . . . .

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

. . . . . . . .

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

. . . . . . . .

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

. . . . . . . .

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

. . . . . . . .

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

. . . . . . . .

. . . . . . . .

Anna Sobolewska, Widzenie wyobraźnią. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 341


Turn static files into dynamic content formats.

Create a flipbook
Ślepak by SIW Znak - Issuu