Projekt okładki Łukasz Stachniak Fotografia na okładce Daniel Jaroszek Opieka redakcyjna Krzysztof Chaba Adiustacja Ilona Turowska Korekta Maria Zając Irena Gubernat Opracowanie ilustracji i łamanie Piotr Poniedziałek
Copyright © by Łukasz Stachniak © Copyright for this edition by SIW Znak Sp. z o.o., 2020
ISBN 978-83-240-7829-5 Znak Horyzont www.znakhoryzont.pl
Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37 Dział sprzedaży: tel. (12) 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl Wydanie I, Kraków 2020. Printed in EU
Spis treści Uriel Pincer . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 11 Ciecirada Babel . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 25 Neftali . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 35 Zadar . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 49 Szejma . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 61 Jarema Bury . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 75 Uriel Pincer . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 103 Zadar . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 117 Epifaniusz Kantereit . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 133 Jarema Bury . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 137 Cecyl . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 145 Generał . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 165 Zadar . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 181 Szejma . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 199 Hannahanna . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 213 Gadi Beyzyl . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 229 Achacy Hoppe . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 239
10
Zadar . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 255 Dajan Rafael . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 261 Gadi Beyzyl . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 273 Neftali . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 281 Zadar . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 289 Patron . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 303 Hannahanna . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 315 Generał . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 329 Ciecirada Babel . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 337 Bibliografia . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 349
Uriel Pincer Najmądrzejsi z chwalców1 mawiali, że kiedy nowe życie prosi się na ten świat, malach2 o imieniu Lajlahel zanosi przed oblicze Jedynego kroplę nasienia, pytając o jej dalszy los. Przez następne dziewięć miesięcy dźwiga nad dziecięciem lampę – w ciepłym świetle ukazuje mu wszelką wiedzę o rozległym wszechświecie, na który ono się wybiera. Jednak gdy nadchodzi pora przyjścia i maleństwo dostrzega pierwsze światło dnia, Lajlahel gasi lampę nad jego głową, a na usta kładzie mu palec, by zapomniało o wszystkim, co zdołało z przyjętej nauki zapamiętać. Kiedy Uriel Pincer, kwiat dojrzewający w przytulnym łonie matki, ujrzał pierwszy promień słońca o poranku, czuwający nad nim malach musiał lampę upuścić, gdyż chłopiec zamiast dyskretnej rynienki, pamiątki po łagodnym dotyku anioła, otrzymał wstydliwą 1 2
Chwalcy (hebr.) – „chwalcy Jahwe”, „czciciele Jahwe” – żydzi. Malach (hebr.) – anioł, posłaniec.
12
ozdobę rozpłatanej wargi, rozdarte podniebienie i dokuczliwą niemotę. Stare baby swoim zwyczajem szpetotę niemowlęcia tłumaczyły winą matki, która – brzemienna – miała stąpać po rąbanym drewnie, czego wedle pradawnych guseł w błogosławionym stanie robić nie wolno. Bardziej oświeceni dopatrywali się przyczyny nieszczęścia dziecka raczej w wątpliwej wstrzemięźliwości kobiety i pochłoniętej przez nią zawartości butelek walających się po zaniedbanym mieszkaniu. Nikt głośno tego nie powiedział, lecz wielu z pewnością uważało, że w ten oto bezduszny sposób pragnęła zgasić światło lampy malacha, zohydzić Urielowi piękno dnia i nakłonić go, by na powrót stał się kroplą, którą ona z siebie wydali, jak też czyniła już wiele razy. Jej usilne starania poszły jednak na marne. Pincer wyrósł na krzepkiego młodzieńca i mimo krępującego piętna odnalazł swoje miejsce na świecie pośród surowych ruder niszczejącej Warszawy. Wynaturzone miasto takich jak Pincer przyjmowało z otwartymi ramionami. Znajdowali tam schronienie i zajęcie wśród podobnych sobie, nikt nie marnował uwagi na ich przywary. Uznawani, odwdzięczali się stolicy tym samym. Nie bacząc na gangrenę toczącą arterie jej ulic, współżyli z nią wytrwale. Procesu gnicia zepsutego miasta żadną siłą nie dało się zatrzymać. Dni na warszawskiej ziemi stawały się nie mniej niebezpieczne niż noce. Kto z przyzwoitych mieszczan nie musiał wychodzić z domu, bez żalu w nim pozostawał. Spotkanie na swojej drodze takiego Pincera, czy też podobnych mu oprychów, przybierało zazwyczaj oczywisty obrót. Uczciwi obywatele w miarę możliwości kisili się we własnym sosie, ci drudzy tak samo. Uriel jednego kolegę stawiał ponad
13
innymi – i wyglądało na to, że z wzajemnością. Szeptaj – bo tak czule ów przyjaciel i sąsiad do małomównego niemoty Pincera się zwracał – miał w zwyczaju walić w drzwi mieszkania byłego todreśnika3 z każdą niecierpiącą zwłoki sprawą. Tej styczniowej nocy nie było inaczej. – Kiego chuja niesie?! – rozległo się gromkie i uprzejme zapytanie zza ciemnobrązowych drzwi, opisanych ręcznie nazwiskiem „Lajzer” oraz numerem „19”. Za podobną grzeczność wykolejeniec Pincer zwykle nie chował urazy. Pierwszy raz pod jego adresem padła pięćdziesiąt lat wcześniej, kiedy to matka pijaczka zrozumiała, dlaczego – choć powinna – od wielu tygodni nie krwawi. – T… t… to ja, Sz… Sz… Sze… Szept… Pincer – rzucił w kierunku drzwi, niegłośno, by drugiego piętra, albo i całej kamienicy, pośrodku nocy na nogi nie postawić. Ciężkie drzwi uchyliły się nieznacznie, tyle, ile Odolan Lajzer potrzebował miejsca, by głowę na klatkę wystawić. Przyglądając się jego zaspanej twarzy, od razu można było spostrzec, że czuwając nad nim, malach Lajlahel był uważniejszy i podczas gaszenia lampy trzymał ją mocno w garści. Przystojny był Lajzer, choć bez przesady. Wiecznie niedogolony i w oku miał jakąś – niedruzgocącą – wadę. Jak każdy nie brzydszy od wiadra pomyj rówieśnik Pincera, mógł stanowić dla niego źródło kompleksów, ale nie stanowił. Szeptaj już dawno oswoił się ze swoim lustrzanym odbiciem. Jedyne, z czym nie mógł się pogodzić, to młodzieńcza głupota, której 3
Todreśnik – człowiek zajmujący się todresem, tj. przemytem towaru. Todreśnicy jeszcze w XIX w. przemycali do Warszawy herbatę, alkohol i tytoń. Byli dobrze zorganizowaną szajką, mieli swoich kapitanów i generałów.
14
przykre konsekwencje ponosił na stare lata. Zły był na siebie, że jako podrostek rozmiłował się w podkładaniu ognia pod wszystko, co palne. Pewnego razu poparzył sobie dolną, tę przyciągającą przeszyte wstrętem spojrzenia, część twarzy i choćby bardzo chciał wrodzoną skazę zarostem przysłonić, marne miał na to szanse. – W… w… Płaszcz weź – poprosił kolegę nie bez trudu. A trzeba wiedzieć, że płaszcz Lajzera był pod wieloma względami wyjątkowy. Długi i sztywny, szyty ze skóry nerpy bajkalskiej4, przez co nieprzemakalny i na pewno drogi. Na całej swojej powierzchni skrywał niezliczoną ilość kieszeni, by pomieścić jak najwięcej przemycanego w nich towaru. To właśnie w takich płaszczach pod osłoną mglistych nocy todreśnicy z Wilczej Wyspy przeprawiali się na prawy brzeg czarnej Wisły, spiesząc na ratunek spragnionym mieszkańcom Warszawy. Silny przemytnik potrafił w swoim płaszczu przenieść za jednym kursem do dwudziestu butelek bimbru, a tak się składało, że – przyuczany do fachu przez najwybitniejszych specjalistów Królestwa Kongresowego – Lajzer był silny, i to bardzo. Takiego specjalisty, i takiego płaszcza, tej nocy Pincer potrzebował. Warszawskie zimy, jeśli łagodne, zawsze paskudne były, mokre i ponure. Zima tysiąc dziewięćset piątego roku nie inaczej zapadła w pamięć. Przepaście czarnego błocka, okrytego z wierzchu cienkim całunem brudnego śniegu, przysłaniały trotuary i bruk pokiereszowany szynami tramwajów konnych. Pincer z Lajzerem wyszli przed budynek, w którym obaj od lat mieszkali, i natychmiast przystanęli 4
Nerpa bajkalska – foka bajkalska.
15
w mroźnej brei, nasłuchując potężnych eksplozji, niosących się echem pomiędzy domami Powiśla, płynących znad wiślanej skarpy. Niemal jednocześnie spojrzeli ku górze. Niebo, zasnute pochmurną szmatą uwitą z gęstych szarych łat, co chwila przeszywał strzelisty płomień, wydobywający się jakby z czeluści pogrążonego w chaosie miasta. Po chwili ciszy przeraźliwy ptasi skowyt zawisł nad stromym zboczem, i jeszcze bardziej pociemniało. Przepłoszone licznymi wybuchami czarne ptactwo z dzikim wrzaskiem zlatywało nad Wisłę z całej Warszawy. Szeptaj pociągnął kolegę za rękaw z foczej skóry i pokazał, że już pora, by właśnie w tamtą stronę ruszali. Ulicą Tamką wdrapali się do Śródmieścia, gdzie rozpętało się piekło. Wiedzieli, że nie są to byle rozruchy wywołane przez oponentów carskiej władzy. Kilka godzin wcześniej doszły do stolicy straszne wieści o tym, jak w Petersburgu pokojowy pochód robotniczy został ostrzelany przez wojsko przed pałacem cara, wskutek czego zginęło kilkuset demonstrantów. Zamieszki, których Uriel i Odolan byli właśnie świadkami, wisiały w powietrzu od dawna, czekając jedynie na impuls, na sygnał, dany im teraz przez żołnierską salwę z odległego pałacowego placu. Szeptaj biegł ile sił w nogach. Lajzer niemal cały czas dotrzymywał mu kroku, grzęznąc sporadycznie pod ciężarem płaszcza w okowach ulicznego osadu. Porozbijane lampy, postawione przed kilkoma tygodniami na niebosiężnych pastorałach, skąpiły ulicom światła. Czarne sylwety zabudowań zlewały się w jedną plamę. Z każdej strony dobiegały odgłosy kamieni, młotków czy siekier obijających obuchami sklepowe witryny, żaluzje i kraty. Fruwające wokół tłuczone szkło mieniło się w blasku kolejnych eksplozji niczym
16
gwiazdy, których na posępnym niebie tej nocy brakło. Zwinny Pincer slalomem omijał porozrzucane przez anonimowych wandali sklepowe towary, Lajzer deptał wszystko, co leżało. Kiedy dobiegli w okolice dzielnicy chwalców, zobaczyli monopole płonące przy Marszałkowskiej, Grzybowskiej, Senatorskiej i dalej. Ten pierwszy bez zastanowienia odpuścili, widząc, jak zebrana pod nim zgraja przepędza właśnie przybyłą na alarm straż pożarną. Lajzer złapał się za głowę i z nieudawaną trwogą wymamrotał: – Wódkę, kurwa, wódkę palą. Potężny huk sprawił, że od razu zapomniał o uczuciu goryczy i oprzytomniał. Spojrzał na Uriela, który – wpatrzony w najwyższy dotychczas słup ognia – popadł w zaskakująco szczenięcą ekstazę. Płomień wabił go jak ćmę, mamił niespotykanym powabem. Po chwili ruszyli dalej, roztropnie w stronę Senatorskiej, skąd błyskało najrzadziej. Do płonącego sklepu wskoczyli przez rozbitą witrynę. Od razu zauważyli wokół siebie grono trzeźwych, ponurych rewolucjonistów, podkładających ogień pod magazynowe regały i rozbijających butelki o gorejącą błękitną poświatą posadzkę. Niewiele mieli czasu. Pincer przywołał Lajzera do siebie i zaczął upychać mu po kieszeniach płaszcza tyle flaszek, ile tylko się dało. Sam pod pazuchę i do worka wyjętego z zanadrza ładował ile wlezie. Policji ani wojska nie było nigdzie, ratował, co mógł, by się nie zmarnowało. Nagle jeden z awanturniczych abnegatów doskoczył w ich stronę, wymachując pięściami. – Won stąd, złodzieje! – wrzasnął przy akompaniamencie trzaskających żagwi i szkła pękającego od żaru. – Koniec z monopolem caratu!
17
Pincer stanął z nim twarzą w twarz, oparł czołem o czoło, splunął lekceważąco na bok i warknął coś niezrozumiale. Raz jeszcze spróbował się odezwać, wyszło niestety tak samo. Jak to zwykle z podobnymi ułomnościami bywa, podenerwowany, dostał ataku niemoty w najmniej sprzyjającym czasie, pośrodku płonącego sklepu, bez ochoty na przewlekłe konwersacje. Ogarnęła go straszna niemoc, lecz szybko przerodziła się we wściekłość. Postępujący grymas rozbawienia na ryju adwersarza rozeźlił Pincera do żywego. Już miał się zamachnąć – a parę w pięści miał godną uwagi – kiedy przepchnął go Lajzer i z zimną krwią, w pełni kontrolując sytuację, pouczył pewnego siebie rewolucjonistę: – Bierzemy je w opiekę. Na dźwięk tych słów wyrywnemu zrzedła mina. Zwłaszcza jedno z nich – opieka – przemówiło mu do rozsądku. W stolicy znaczyło ono więcej niż tysiąc innych słów, każde drzwi otwierało. Opieka, będąca syndykatem chwalców, trzymała miasto w garści, za pysk trzymała, a wchodzący w jej szeregi opiekunowie tylko innym opiekunom się kłaniali. Nie było takiego występku, którego nie mogliby sobie przypisać. Do krawędzi prawa nawet się nie zbliżali, żyli i pracowali daleko poza jego granicami. Kto im zaszedł za skórę, próżno ratunku na policji czy w modlitwie szukał. Utrwaliło się wśród ludzi przekonanie, że i na najwyższej górze muszą mieć nie byle układy, bo jeszcze nie trafił się taki, co by go boska ręka przed ich wyrokiem uchroniła. Płacili im wszyscy, od dziwek po tragarzy. Przemysłowcy i żebracy. Wszyscy bez wyjątku, wszyscy, co tylko jakiś grosz wypracowali. Wprawdzie Pincer, jako opiekun i poborca, dostał pod swoje baczenie Pociejów – ropiejącą odleżynę na zbolałym
18
organizmie miasta, najbiedniejszy z warszawskich bazarów – niemniej jednak w ulicznej hierarchii stał wysoko ponad pospolitymi obywatelami. Zerwały się przepalone stropowe belki i uderzyły z hukiem o podłogę, wzbijając w powietrze chmurę popiołu czarnego jak szlaka. Żar był nie do zniesienia, żółte światło wypalało oczy, parzyło już ubranie. Krewki rewolucjonista posłuchał głosu rozsądku i odstąpił od zwady. Zauważył kątem oka, że grupa jego towarzyszy, dokończywszy dzieła, już inny sklep obrała za obiekt przeznaczony do likwidacji. Ukłonił się i nie ukłonił, jakieś to było niezgrabne. Szybko znikł zezłoszczonemu Pincerowi z pola widzenia. Obładowawszy siebie i kolegę w pojemnym płaszczu tyloma butelkami, że aż obydwu kolana zaczęły się uginać, Szeptaj machnął ręką na znak, że już wystarczy, bo i tak więcej miejsca nie mają. Wyszli z lokalu ostatni, tą samą witryną, przez którą się wdarli. Pojawił się jednak problem, o którym nie pomyśleli zawczasu. Niosąc taką ilość szkła, tylko we dwóch robili więcej hałasu, niżby kościelna procesja z dzwonkami maszerowała. Wielce wątpliwe było, czy dadzą radę dotrzeć na Powiśle przez nikogo niezauważeni, niemalże zaś pewne, że po drodze z wycieńczenia padną. Ale gdyby jakimś cudem w swoje strony dotarli, bez dwóch zdań brzdękiem butelek obudziliby ciecia, który mieszka w ich bramie i składa regularne raporty carskiej ochranie. Musieli znaleźć miejsce składu gdzieś niedaleko, najlepiej w rejonie zamieszek, gdzie nie będą tak wyraźnie słyszani. Pincer pomyślał wpierw o Pociejowie, wszakże z Senatorskiej, przecinając Królewską i wprost na Bagno, gdzie stragan się znajdował, nieodległy jawił się spacer.
19
Wepchnęliby flaszki do jednej z drewnianych bud, a rano osobiście Uriel powiadomiłby jej właściciela, że wszystkie co do jednej ma policzone i zniknięcie choćby kapsla zaraz zauważy. Problem jednak polegał na tym, że choć odległość bazaru sprzyjała, to po ludziach chodzą wypadki. Jeśliby tylko, odpukać, jakie nieszczęście Pincera dopadło, dzień później na jego miejsce nowy opiekun się pojawi i nikt pomocnemu Lajzerowi jego części nie wyda. Co to to nie. Bandyta, bo bandyta, ale człowiek z Uriela był uczciwy i jak z todreśnikiem spółę uwił, to wszystko miało działać sprawnie. Niestety na tym jego pomysły się skończyły. Złote miał serce, słowa dotrzymywał, wiele pięknych cech posiadał, lecz lotnością umysłu nie mógł się pochwalić. Na szczęście Lajzer poszedł po rozum do głowy i zauważył, że omijając park Saski, wyjdą naprzeciw Bioscopu, jedynego kina w Warszawie. Tam, na zapleczu eleganckiego budynku przy Marszałkowskiej 114, w drewnianej przybudówce mieszkał znajomy Lajzera, Gadi Beyzyl, taper. Zaledwie pięć minut później załomotali podrdzewiałą antabą o drzwi niepozornego baraku, lecz na odpowiedź gospodarza przyszło im czekać tyle samo. Odgłosy przesuwanych rygli zdawały się nie mieć końca. Miejsce wyglądało na bezpieczne. Ku zdziwieniu Pincera drzwi otworzyły się same. Dopiero gdy spojrzał niżej, gdzieś na wysokość klamki, dostrzegł podstarzałego lokatora, przykutego do wózka z ogromnymi kołami. – Kto nie uczy syna rzemiosła, uczy go złodziejstwa5 – zażartował z przybyłych Gadi Beyzyl, widząc, jacy są obładowani. 5
Przysłowie żydowskie.
20
– Niepodobna odmówić okazji. – Uśmiechnięty Lajzer nonszalancko wzruszył ramionami. Taper odjechał wózkiem do tyłu, robiąc tym samym przejście dla gości. Odolan wszedł pierwszy, Szeptaj podążył tuż za nim. Od środka barak wyglądał na większy, niż z zewnątrz mu się wydawało. Wrażenie robiło zwłaszcza jedno pomieszczenie, naprawdę przestronne, z licznymi eksponatami ustawionymi pod wschodnią ścianą, na której namalowane było modrawe niebo upstrzone białymi obłoczkami. Wśród nich Pincer zauważył makiety starożytnych konstrukcji i zdobień, ale też tapczan, ławę oraz niezliczoną ilość kostiumów czy zasłon. – T… T… Teatr? – zapytał zaspanego Beyzyla, który pomału podjechał do niego. – Sztuka, tak, lecz innego rodzaju. – Gospodarz uśmiechnął się, odsłaniając przy tym uzębienie wymagające bezzwłocznej sanacji. Niewiele z niejasnej odpowiedzi Szeptaj zrozumiał, zwrócił jednak uwagę na dziwną skrzynkę ustawioną na trzech regulowanych nogach pośrodku pojemnego pawilonu. Podszedł do niej i zaczął przyglądać się uważnie. Pierwszy raz w życiu widział takie urządzenie, niczego znajomego mu nie przypominało. – Pleograf – oznajmił z dumą taper. – Delikatnie – za znaczył. – Kiedy Gadzina nie przygrywa u Krzemińskich6, robi na ich sali własne pokazy – wytłumaczył koledze Lajzer. – Podejdź – zaprosił. 6
Władysław i Antoni Krzemińscy – właściciele pierwszego w Warszawie kina o nazwie „Bioscop”.
21
Gdy tylko Pincer zbliżył się do stołu zawalonego po brzegi skomplikowaną aparaturą i okrągłymi puszkami, Odolan rozciągnął przed nim jedną z leżących błon filmowych. – Przyjrzyj się dokładnie – ponaglił Szeptaja. Tego, co przy odrobinie skupienia zobaczył, Uriel na pewno się nie spodziewał. Klatka po klatce, gołe baby brane po kolei i na zmianę, przez jednego, dwóch, a nawet trzech chłopa w pozycjach wykraczających poza zdrową wyobraźnię. Egzystował do tej pory, utwierdzony w niewinnym przekonaniu, że dupa służy wyłącznie do srania, a tu proszę, takie niespodzianki. Człowiek uczy się całe życie, pomyślał i sięgnął po kolejną taśmę. Trafił na chłopa z chłopem, odłożył więc niemal od razu. Rzucił tylko kątem oka, czy aby na pewno mu się nie zdawało, i z większą ostrożnością wybrał kolejną szpulę leżącą na drewnianym blacie. Każda z następnych była równie frapująca, różniły się jedynie scenografią. Kobiety uległe czy dominujące – Uriel czuł między nogami, jak wzrasta jego ciekawość. Miewał co prawda w swoim życiu kontakty bliskie i bliższe, za każdym razem odpłatne, ale tego, co zobaczył u Beyzyla, żadna z panienek nigdy mu nie zaoferowała. – T… T… To t… t… tak można? – zdziwił się, zmieszany. – Jak komu zdrowie pozwala – rzucił z głębi studia gospodarz, rozbawiony jak rzadko, klepiąc się wymownie dłonią po wychudłych udach, przykrytych grubym kocem w pospolitą kratę. Pincer nie mógł oderwać wzroku od taśmy, a na pewno nie chciał. Dopiero Lajzer postukał go w ramię i powtórzył za jowialnym taperem: – Delikatnie.
22
Proszony, odłożył rulon do blaszanej puszki i skupił się na tym, co go otaczało. Podobnych pojemników było więcej, stały pod każdą ze ścian, nie sposób było oszacować ich liczby ot tak. Nagle Pincer złapał leżące na stole nożyczki i odciął niedługi kawałek jednej z walających się luzem klisz. Z kieszeni spodni wyjął pudełko zapałek, po czym podpalił siarczanym płomieniem odcięty skrawek taśmy. Ten w mgnieniu oka stopił się między jego palcami. – C… Ce… Ce… Celuloid – powiedział, niezadowolony, odwracając się do Lajzera. Na czym jak na czym, ale na tym, co łatwopalne, Uriel akurat się znał. Nie spodobało mu się złożenie butelek z alkoholem w drewnianym baraku pełnym materiałów, które ogień, jak żadne inne, błyskawicznie trawi. Trochę mu to zajęło, zanim na spokojnie przedstawił Odolanowi swoje obawy, ten jednak rozłożył ręce szeroko na znak bezradności i powiedział, że innej propozycji nie ma. Do ich rozmowy włączył się jeszcze Beyzyl, informując Pincera, że sam nie pali i, znając zagrożenie, jakie stanowi ogień dla jego twórczości, innym palić też nie pozwala. Zażartował nawet, że większym od ognia dla ich wódki mieczem Damoklesowym jest on sam, wiecznie niedopity. Inne nieszczęście niż on pod tym dachem – słowo tapera – nie może flaszek spotkać. Po niedługich namowach Pincer dał się przekonać, że depozytowi nic nie grozi. Umówili się z Beyzylem, że w każdej chwili mogą odwiedzić jego studio i sprawdzić, jak się zapasy mają. Wyładowali butelki w niewielkim, zaniedbanym pomieszczeniu, w którym stały jedynie skromny, przykryty kilkoma dziurawymi kocami barłóg oraz lampka nocna. Na sam koniec Szeptaj, pełen podziwu dla jego talentu, wręczył
23
nowo poznanemu Gadiemu jedną z flaszek. Wszyscy trzej pociągnęli z niej po właściwym łyku, po czym Pincer z Lajzerem zniknęli za drzwiami. Odgłosy zasuwanych rygli słyszeli za sobą długo, aż opuścili ponurą bramę. Zamieszki na mieście wciąż miały się w najlepsze, z tym że nie monopole były już celem rozjuszonych mieszczan, a komisariaty.