przekład TOMASZ KŁOSZEWSKI
Wydawnictwo Znak Kraków 2017
Tytuł oryginału Swing Time Copyright © Zadie Smith 2016 Projekt okładki oryginalnej gray318 Projekt polskiej wersji okładki Monika Klimowska Opieka redakcyjna Dorota Gruszka Redakcja Anna Skucińska Korekta Barbara Gąsiorowska Barbara Wójcik Opracowanie typograficzne Irena Jagocha Łamanie Piotr Poniedziałek Copyright © for the translation by Tomasz Kłoszewski © Copyright for this edition by SIW Znak sp. z o.o., 2017 ISBN 978-83-240-4979-0 (oprawa twarda) ISBN 978-83-240-5013-0 (oprawa broszurowa)
Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37 Dział sprzedaży: tel. (12) 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl Wydanie I, 2017. Printed in EU
Jeden
Gdyby wszystkie soboty 1982 roku dało się potraktować jak jeden dzień, nie miałabym kłopotu z datami, uznałabym po prostu, że pierwszy raz spotkałam Tracey o dziesiątej rano w sobotę. Szłyśmy po wysypanej drobnym żwirem przykościelnej alejce i trzymałyśmy nasze matki za ręce. I chociaż było tam jeszcze wiele innych dzieci, z oczywistych przyczyn zwróciłyśmy na siebie uwagę, dostrzegając – jak to dziewczyny – zarówno podobieństwa, jak i różnice. Nasza skóra miała identyczny odcień – jakby wykrojono nas z jednego kawałka jasnobrązowego materiału – byłyśmy podobnego wzrostu, a i nasze piegi układały się w takie same wzory. Co prawda, ja miałam grube rysy i dość melancholijny wyraz twarzy, wydatny nos, smutne oczy i opadające w dół kąciki ust, a Tracey wesołą okrągłą buzię – wyglądała jak ciemniejsza wersja Shirley Temple. Tylko jej nos był równie niezgrabny jak mój. Dostrzeg łam to od razu – idiotyczny nos, zadarty jak u małego prosiaka, uroczy i jednocześnie nieprzyzwoity, do którego każdy mógł zajrzeć. W nosach był remis, ale włosami biła mnie na głowę. Miała długie, opadające na plecy spiralne loki, zaplecione w dwa grube warkocze. Błyszczały natłuszczone jakąś oliwką, związane żółtymi kokardami z atłasu. Żółte atłasowe kokardy były osobliwością nieznaną mojej matce. Moje kręcone włosy matka ściągała w jeden 17
pęk i spinała czarną gumką. Matka była feministką. Na idealnie sklepionej czaszce miała krótkie (na pół cala) afro, nigdy się nie malowała i zawsze ubierała się z największą prostotą. Kiedy wyglądasz jak Nefretete, nie musisz przejmować się fryzurą. Nie potrzebowała makijażu, sztucznych rzęs, biżuterii ani drogich ubrań, dlatego jej sytuacja materialna, poglądy polityczne i gusta były doskonale – i bardzo świadomie – zgrane. Wszelkie dodatki tylko ograniczały jej styl, a zaliczała się do nich – przynajmniej wtedy tak czułam – krocząca u jej boku siedmiolatka z końską twarzą. Patrząc na Tracey, zdiagnozowałam odwrotny problem. Jej matka była biała, otyła i miała trądzik, a rzadkie blond włosy bardzo mocno ściągała do tyłu – moja matka nazywała to „liftingiem z przedmieścia”. Jedynym ratunkiem był urok Tracey – to ona stanowiła dla matki najbardziej atrakcyjny dodatek. Styl tej rodziny, chociaż całkowicie sprzeczny z gustem mojej matki, urzekał mnie: koszulki z nadrukami, metalowe bransolety i wielkie kolczyki – wszystko obsypane cyrkoniami – i drogie tenisówki, jakie moja matka uważała za kompletną bzdurę: „To nie są buty” – mówiła. Jednak pomimo pozorów nie było między nami większych różnic. Mieszkałyśmy w blokach i nie przysługiwały nam żadne świadczenia społeczne. (Powód dumy mojej matki i oburzenia mamy Tracey, która tyle razy próbowała – bez powodzenia – „załapać się na niepełnosprawność”). Właśnie dlatego moja matka przywiązywała wagę do z pozoru nieistotnych drobiazgów, kwestia smaku była dla niej istotna. Ubierała się w oczekiwaniu przyszłości, która jeszcze nie nadeszła, miała dopiero się ziścić. Dlatego nosiła proste białe płócienne spodnie, marynarskie podkoszulki w biało-niebieskie pasy i postrzępione espadryle, dlatego wybrała tę surową i piękną afrykańską fryzurę – wszystko jak najbardziej zwyczajne, powściąg liwe, na przekór duchowi naszych czasów i miejscu, w którym żyłyśmy. Pewnego dnia „wyniesiemy się stąd”, ona dokończy studia, zostanie kobietą naprawdę radykalną, rzecz jasna, z klasą, być 18
może jej nazwisko będą wymieniać jednym tchem obok Angeli Davis i Glorii Steinem… Buty na słomianej podeszwie były częścią tej przebojowej wizji, wskazywały, bardzo subtelnie, że osoba, która je nosi, ma wyższe cele. Ja też byłam dodatkiem, bo skromność, z jaką mnie ubierano, świadczyła o godnym podziwu matczynym umiarze. W kręgach, do których matka aspirowała, córkę wystrojoną jak mała kurwa uznano by za przejaw złego gustu. Tracey była bezwstydnym odbiciem pragnień swojej matki, jej awatarem, jedyną radością, z tymi fascynującymi żółtymi kokardami, w szeleszczącej wielowarstwowej spódniczce i krótkiej bluzeczce odsłaniającej kilka cali dziecięcego brązowego brzucha, i kiedy tłoczyłyśmy się razem z innymi rodzinami w wąskich drzwiach kościoła, obserwowałam z uwagą, jak matka Tracey ustawia córkę przed sobą – i przed nami wszystkimi – jak chroni ją własnym ciałem, odpycha nas masywnymi ramionami i w końcu wkracza do sali zajęć panny Isabel z wyrazem dumy i zaniepokojenia na twarzy, gotowa na chwilę oddać swój drogocenny skarb w obce ręce. Moja matka zachowywała się zupełnie inaczej: przybrała pozę znużonej, na wpół ironicznego poświęcenia, uważała kurs tańca za idiotyzm, miała ważniejsze sprawy na głowie i po kilku sobotnich zajęciach – podczas których siedziała przygarbiona na jednym z plastikowych krzeseł ustawionych pod ścianą i z trudem ukrywała pogardę dla naszych ćwiczeń – doszło do zamiany, stery przejął mój tata. Czekałam, że to samo uczyni ojciec Tracey, ale tak się nie stało. Okazało się – matka od razu się tego domyśliła – że nie ma żadnego „ojca Tracey”, przynajmniej nie w konwencjonalnym „ślubnym” znaczeniu. To też było w złym guście.
Dwa
Chcę teraz opisać kościół i pannę Isabel. Skromny dziewiętnastowieczny budynek miał fasadę wyłożoną wielkimi piaskowymi płytami, dość podobnymi do pospolitych elewacji brzydkich kamienic – chociaż materiał musiał być całkiem inny – solidną spiczastą wieżę i proste wnętrze przypominające stodołę. Kościół był pod wezwaniem Świętego Krzysztofa. Wyglądał dokładnie jak konstrukcja, którą układaliśmy z własnych palców, śpiewając dziecięcą rymowankę: Oto jest nasz kościół A to jego wieża Otwórzmy podwoje Wejdźmy tam oboje
Witraż przedstawiał świętego Krzysztofa, który przenosi na ramionach Dzieciątko Jezus przez rzekę. Robota była kiepska: święty wyglądał na okaleczonego, jakby miał tylko jedno ramię. Stary witraż stłukł się podczas wojny. Naprzeciwko kościoła znajdowało się blokowisko o złej reputacji, i tam właśnie mieszkała Tracey. (Moje osiedle przy sąsiedniej ulicy było ładniejsze, z niską zabudową). Wzniesione w latach sześćdziesiątych blokowisko zastąpiło rząd 20
wiktoriańskich kamienic zniszczonych podczas tego samego bombardowania, w którym ucierpiał kościół, i tu kończyły się wszelkie związki pomiędzy tymi dwoma miejscami. Parafia nie potrafiła zainteresować mieszkańców z naprzeciwka Bogiem, więc podjęła pragmatyczną decyzję, by rozszerzyć działalność na inne pola. Przykościelne przedszkole, nauka angielskiego dla obcokrajowców i kursy na prawo jazdy od dawna cieszyły się powodzeniem, natomiast kurs tańca w sobotnie ranki był nowością i nikt nie wiedział, co o tym sądzić. Uczestnictwo w zajęciach kosztowało dwa i pół funta, ale matki były zaniepokojone pogłoskami o cenach baletek: jedna słyszała coś o kwocie trzech funtów, inna o siedmiu, niektóre zarzekały się, że baletki można dostać jedynie u Freeda w Covent Garden, gdzie z miejsca zdzierają za nie dziesięć funciaków – a co z obuwiem do stepowania i tańca nowoczesnego? Czy baletki też się do tego nadają? Co to znaczy „taniec nowoczesny”? Nie było kogo zapytać, nikt się na tym nie znał, to był trudny orzech do zgryzienia. Nieliczne matki zdobywały się na odwagę i dzwoniły pod numer podany na porozwieszanych w okolicy ulotkach domowej roboty. Wiele dziewcząt, które mogłyby zostać dobrymi tancerkami, nigdy nie skorzystało z tej szansy z obawy przed niebudzącym zaufania ogłoszeniem. Moja matka była inna, ulotki jej nie przerażały. Miała niesamowite wyczucie obyczajów klasy średniej. Na przykład wiedziała, że giełda rzeczy używanych, które sprzedaje się prosto z samochodowych bagażników, choć nie wygląda zbyt zachęcająco, jest miejscem, gdzie można spotkać ludzi lepszej kategorii, oferujących książki w miękkich okładkach (najczęściej wydawnictwa Penguin, rzadziej Orwella), stare porcelanowe puzderka, popękaną ceramikę z Kornwalii czy zużyte koła garncarskie. Nasze mieszkanie było pełne takich przedmiotów. Żadnych plastikowych kwiatów lśniących od sztucznej rosy, żadnych szklanych figurek. To była część przemyślanego planu. Wszystko, czego nie lubiłam – jak espadryle 21
matki – okazywało się atrakcyjne dla ludzi, których chciałyśmy przyciągnąć, więc nauczyłam się nie kwestionować jej metod, nawet jeśli napełniały mnie wstydem. Tydzień przed początkiem zajęć usłyszałam, jak mama rozmawia z kimś w kuchni tym swoim snobistycznym tonem, a kiedy odłożyła słuchawkę, znała wszystkie odpowiedzi: pięć funtów za baletki – jeśli pojechało się po nie do centrum handlowego, a nie do śródmieścia – a z zakupem butów do stepowania można się wstrzymać. Baletki nadawały się też do tańca nowoczesnego. Co ten termin oznaczał? O to nie spytała. Mogła udawać zatroskaną matkę, ale przenigdy ignorantkę. Po buty wysłała ojca. Skórzane baletki nie były tak intensywnie różowe, jak się spodziewałam, przypominały barwą brzuszek małego kociaka, a podeszwy – szary język dorosłego kocura i niestety, nie miały też długich różowych atłasowych tasiemek do obwiązywania kostek, jedynie żałosne gumowe paski, które ojciec sam musiał przyszyć. Byłam gorzko rozczarowana. Może, podobnie jak espadryle, były umyślnie „proste”, w dobrym guście? Mog łam się tak oszukiwać do chwili, kiedy weszłyśmy do sali, gdzie polecono nam się przebrać w strój do tańca przy rzędzie plastikowych krzeseł, a następnie podejść do drążka przy ścianie. Prawie wszystkie dziewczynki przyniosły różowe atłasowe baletki, nie jakieś skórzane pantofelki w prosięcym kolorze, z jakimi wylądowałam ja, a niektóre – wiedziałam, że nie mają ojców lub ich rodziny są na zasiłku albo wszystko naraz – miały nawet długie atłasowe tasiemki oplatające im kostki u nóg. Tracey – stała obok mnie z lewą stopą wspartą o dłoń matki – miała jedno i drugie: intensywnie różowe baletki i długie tasiemki, a także tutu, choć nikt inny nawet nie pomyślał o takim stroju, przecież nie przychodzi się na pierwszą lekcję na pływalni w piance do nurkowania. Panna Isabel miała miłą twarz i była sympatyczna, ale stara, liczyła sobie chyba ze czterdzieści pięć lat. Co za rozczarowanie! Mocno zbudowana, przypominała bardziej żonę farmera niż baletnicę i była cała 22
w różach i żółcieniach, dosłownie. Miała żółte włosy, nie blond, lecz żółte jak kanarek, a skórę mocno zaróżowioną – chyba cierpiała na trądzik różowaty. Nosiła różowy trykot, różowe spodnie od dresu i moherowy sweter w tym samym kolorze, tylko jej atłasowe baletki były żółte jak jej włosy. O to też miałam żal. Nikt mi nie powiedział, że żółty kolor także wchodzi w grę! Obok niej, w kącie, stary biały mężczyzna w filcowym kapeluszu grał na pianinie Night and Day, piosenkę, którą bardzo lubiłam, i byłam dumna, że ją rozpoznałam. Starych utworów uczyłam się od taty, bo jego ojciec uwielbiał śpiewać w pubach, był typem drobnego złodziejaszka, którego przestępstwa – w co chciał wierzyć tata – w jakimś stopniu rekompensowały mu niezrealizowane ambicje artystyczne. Pianista nazywał się pan Booth. Nuciłam głośno, kiedy grał, i w nadziei, że mnie usłyszy, przesadzałam z vibrato. Lepiej śpiewałam, niż tańczyłam – w ogóle nie potrafiłam tańczyć – chociaż zbytnio się tym szczyciłam, co matka uważała za okropne. Śpiew był dla mnie czyś naturalnym, ale to, co nie sprawiało trudności kobietom, zupełnie nie robiło na niej wrażenia. Jej zdaniem równie dobrze można by się przechwalać, że się oddycha, chodzi lub rodzi dzieci. Matki pomagały nam utrzymać równowagę, służyły za podpórki dla naszych stóp. Opierałyśmy jedną dłoń na ich ramionach, a nogę na ich ugiętych kolanach. Moje ciało już po chwili znajdowało się całkowicie w rękach matki – unosiła mnie gwałtownie i opuszczała, podtrzymywała, prostowała i odsuwała – a ja bez przerwy myślałam o Tracey i o skórzanych podeszwach jej baletek, na których wyraźnie widać było wytłoczony napis „Freed”. Jej stopy o wysokim podbiciu wyglądały jak unoszące się w powietrzu kolibry. Moje były prostokątne i płaskie, stawiałam je topornie, przybierając kolejne pozycje. Czułam się jak przedszkolak, który układa drewniane klocki tak, aby leżały w stosunku do siebie pod kątem prostym. – Macie trzepotać jak ptaki skrzydłami, bardzo dobrze, T racey – mówiła panna Isabel. 23
Pod wpływem komplementów Tracey odchylała głowę do tyłu i okropnie wydymała swój świński nosek. Poza tym była doskonała. Patrzyłam na nią w odurzeniu. Jej matka wydawała się równie zauroczona. Zaangażowanie w kurs tańca było jej jedynym realnym wkładem w to, co nazywa się dziś „wychowaniem dziecka”. Przychodziła na zajęcia częściej niż inne matki i niewiele rzeczy mogło odciągnąć jej uwagę od stóp córki. Moja matka koncentrowała się na innych sprawach. Nigdy nie mogła usiąść gdzieś z boku i zwyczajnie czekać, zawsze musiała się czegoś uczyć. Przynosiła – dajmy na to – książkę C.L.R. Jamesa Czarni jakobini i kiedy podchodziłam do niej, żeby zmieniła mi baletki na buty do stepowania, była już sto stron dalej. Ojciec, który po pewnym czasie ją zastąpił, albo spał, albo „szedł na spacer”, co było eufemizmem stosowanym przez rodziców palących papierosy na dziedzińcu kościoła. Na tym etapie Tracey i ja nie byłyśmy przyjaciółkami, wrogami ani nawet znajomymi, prawie wcale ze sobą nie rozmawiałyśmy, zawsze jednak byłyśmy świadome swojej obecności. Połączyła nas niewidzialna nić, która zapobiegała nawiązywaniu większej zażyłości z innymi. Co prawda, ja plotkowałam często z Lily Bingham – chodziłam z nią do jednej klasy – a koleżanką Tracey była żałosna Danika Babić, która mieszkała na tym samym piętrze co ona i nosiła podarte rajstopy. Wprawdzie żartowałyśmy i chichotałyśmy z tymi dziewczynami podczas zajęć i miały prawo uważać, że znajdują się w centrum naszego zainteresowania – sądząc po pozorach, byłyśmy ich najlepszymi przyjaciółkami – ale kiedy na przerwie piłyśmy sok i jadłyśmy herbatniki, Tracey i ja zawsze trzymałyśmy się blisko siebie, niemal mimowolnie, jak dwa opiłki żelaza przyciągane przez magnes. Okazało się, że Tracey zaciekawili moi rodzice, tak jak i jej rodzina zaciekawiła mnie. Tracey dowodziła, że „u nas wszystko jest na odwrót”. Pewnego dnia podczas przerwy maczałam herbatniki w soku pomarańczowym i z zainteresowaniem słuchałam jej teorii. 24
„U wszystkich innych czarny jest tata, a nie mama” – powiedziała, a ponieważ w zasadzie się z nią zgadzałam, żaden komentarz nie przyszedł mi do głowy. „Kiedy ojciec jest biały, to znaczy…”, ale w tym momencie Lily Bingham stanęła obok nas i nie dowiedziałam się, co to znaczy, kiedy ojciec jest biały. Lily była jak tyczka, o trzydzieści centymetrów wyższa niż inne dziewczynki. Miała długie, idealnie proste blond włosy, różowe policzki i wesołe, przyjazne usposobienie, które zarówno mnie, jak i Tracey wydawało się następstwem tego, że jej rodzina posiadała własny dom na Exter Road 29 (zostałam do niego zaproszona, a później ochoczo zdałam relację z tej wizyty – Tracey nigdy tam nie bywała), prywatny ogród, wielki słój na „niepotrzebne drobniaki” i zegar Swatch na ścianie sypialni, ogromny jak dorosły mężczyzna. Były więc sprawy, o których nie należało rozmawiać w obecności Lily Bingham. Tracey zamilkła, jeszcze bardziej zadarła nos i poszła do matki na drugi koniec sali po swoje baletki.
Trzy
Czego żądamy od naszych matek, kiedy jesteśmy dziećmi? Całkowitego oddania. No tak, to bardzo ładnie, racjonalnie i przyzwoicie twierdzić, że kobieta ma pełne prawo do własnego życia, zaspokajania ambicji, potrzeb i tak dalej – chociaż tego właśnie domagałam się zawsze dla siebie – jednak kiedy jesteśmy dziećmi, wszystko wygląda inaczej. Prawda jest taka, że to wojna na wyniszczenie, rozsądek nie ma z tym nic wspólnego, nic a nic, od matki żąda się, by raz na zawsze przyznała, że jest naszą matką, tylko i wyłącznie naszą, a jej własna walka już się skończyła. Musi złożyć broń i się poddać. Jeśli tego nie zrobi, wtedy zaczyna się prawdziwa batalia. Dopiero gdy dorosłam, zaczęłam ją naprawdę podziwiać – zwłaszcza pod koniec jej życia, kiedy tak cierpiała – za to, jak wyrwała pazurami kawałek tego świata dla siebie. Gdy byłam mała, jej niechęć, by mi się podporządkować, raniła mnie i deprymowała, zwłaszcza że nie trafiały do mnie argumenty, dlaczego tak postępuje. Byłam jej jedynym dzieckiem, nie pracowała – jeszcze nie wtedy – i prawie nie utrzymywała kontaktów z resztą rodziny. Według mnie miała mnóstwo wolnego czasu. A pomimo to nie chciała mi się całkowicie podporządkować! Od najmłodszych lat odnosiłam wrażenie, że próbuje uciec – ode mnie, od roli matki. Współczułam ojcu. Był jeszcze 26
dość młodym człowiekiem, kochał ją, pragnął mieć więcej dzieci – codziennie się o to sprzeczali – lecz w tej kwestii, podobnie jak w innych, nie chciała ustąpić. Jej własna matka urodziła siedmioro, a babka jedenaścioro. Nie miała zamiaru iść w ich ślady. Uważała, że ojciec w ten sposób próbuje ją uwięzić, i w zasadzie miała rację, chociaż w tym wypadku słowo „uwięzić” oznaczało miłość. Jak on ją kochał! Bardziej, niż mogła lub chciała sobie wyobrazić. Zawsze żyła we własnym świecie przekonana, że wszyscy czują dokładnie to co ona. Kiedy więc zaczęła – najpierw powoli, a później coraz szybciej – przerastać ojca intelektualnie i duchowo, zakładała, że i on podobnie się rozwija. Ale tata był taki jak dawniej. Opiekował się mną, kochał ją i starał się jej dorównać, czytał Manifest komunistyczny na swój powolny, skrupulatny sposób. „Niektórzy ludzie nie rozstają się z Biblią – powiedział mi z dumą. – To jest moja biblia”. Takie słowa mogły robić wrażenie – i miały zaimponować matce – ale zdążyłam już zauważyć, że czytał wyłącznie tę książkę, żadnych innych, zabierał ją na wszystkie zajęcia baletowe, a mimo to nie zdołał dobrnąć dalej niż do dwudziestej s trony. Biorąc pod uwagę, w jakich okolicznościach się poznali, był to romantyczny gest: spotkali się po raz pierwszy w Dollis Hill na mityngu trockistowskiej Socjalistycznej Partii Robotniczej. Nawet to było swego rodzaju nieporozumieniem, bo ojciec zjawił się tam w poszukiwaniu ładnych lewicowych i niereligijnych dziewczyn w minispódniczkach, a matka przyszła dla Karola Marksa. Moje dzieciństwo przypadło na czasy, kiedy ta przepaść zaczynała się pogłębiać. Obserwowałam, jak matka, prawdziwy samouk, szybko i bez wysiłku przerasta ojca. Półki w naszym salonie – które on zbudował – wypełniały książki z tanich antykwariatów, skrypty kursów samokształcenia, tomy poświęcone polityce, historii, problematyce rasowej i gender. „Te wszystkie izmy”, jak określał je mój ojciec, kiedy jakiś sąsiad wpadał z wizytą i oglądał ten dziwny zbiór. 27
Sobota była dla matki „dniem wolnym”. Wolnym od czego? Od nas. Musiała poczytać o swoich izmach. Kiedy ojciec odbierał mnie po skończonych lekcjach tańca, trzeba było czymś się zająć, dokądś pójść, nie mogliśmy wrócić do domu przed kolacją. Jeździliśmy więc autobusem z wieloma przesiadkami (traktowaliśmy to nieomal jak rytuał) na południe miasta, daleko za rzekę, do wujka Lamberta, brata matki i powiernika ojca. Najstarszy z rodzeństwa, był jedynym krewnym mamy, którego poznałam. Wychował moją matkę i resztę jej braci i sióstr na starej wyspie, kiedy ich matka wyemigrowała do Anglii, żeby pracować jako sprzątaczka w domu opieki. Wiedział, z czym ojciec musi się zmagać. – Ustępuję jej – skarżył mu się ojciec pewnego dnia w środku lata – ale ona tego nie docenia! – Nicz sze nie da zrobicz. Zawsze taka była. Spacerowałam w ogrodzie, pomiędzy krzakami pomidorów. To była działka uprawna, nie siano tam niczego dla ozdoby, nie hodowano roślin, by je podziwiać, wszystko było jadalne i rosło na długich, równych grządkach, a łodygi podwiązywano do bambusowych tyczek. Na końcu stał wychodek, ostatni, jaki widziałam w Anglii. Wujek Lambert i ojciec na leżakach palili marihuanę. Byli starymi przyjaciółmi – wujek był jedyną oprócz moich rodziców osobą uwiecznioną na ich ślubnej fotografii – i łączyła ich praca: Lambert był listonoszem, a ojciec kierownikiem biura przesyłek Poczty Królewskiej. Cechowało ich podobne, podszyte ironią poczucie humoru, nie mieli za grosz ambicji, co w obu przypadkach matka oceniała negatywnie. Kiedy palili i narzekali na matkę, zanurzałam ręce w pnączach pomidorów i owijałam je sobie wokół przegubów. Większość roślin wujka wydawała mi się groźna, były dwa razy wyższe ode mnie. Wszystko, co uprawiał, rosło gwałtownie: gąszcz winorośli, bujna trawa i nieprzyzwoicie nabrzmiałe dyniowate tykwy. Ziemia w południowym Londynie jest lepszej 28
jakości – w północnym jest za bardzo gliniasta – jednak wtedy o tym nie wiedziałam i mieszało mi się w głowie: myślałam, że kiedy przychodzę do Lamberta, odwiedzam Jamajkę, jego ogród był dla mnie jak ta wyspa, pachniał podobnie jak ona, jadało się tam lody kokosowe i nawet teraz w moich wspomnieniach na działce wujka zawsze jest gorąco, chce mi się pić i przerażają mnie owady. Parcela była długa i wąska, skierowana na południe, a wychodek przylegał do ogrodzenia po prawej stronie, więc słońce zachodziło dokładnie za nim i wydawało się wtedy, że promienie prześwitujące przez deski marszczą otaczające je powietrze. Bardzo chciałam skorzystać z toalety, ale postanowiłam wytrzymać, dopóki nie wrócimy do północnego Londynu, bo bałam się tego wychodka. Miał drewnianą podłogę, w szparach rosły różne zielska, kłująca trawa, osty i dmuchawce, które brudziły kolana, gdy trzeba było przykucnąć. Pomiędzy ścianami rozciągały się pajęczyny. Ogród stanowił symbol obfitości i rozkładu: pomidory były zbyt dojrzałe, marihuana za mocna, pod każdym liściem kryły się stonogi. Wujek mieszkał sam, a dla mnie pachniało tu śmiercią. Byłam jeszcze mała i dziwiłam się, że tata jedzie całe osiem mil, żeby Lambert go pocieszył, chociaż wujek już wtedy doznawał tego rodzaju opuszczenia, którego ojciec tak bardzo się obawiał. Zmęczona wędrówką pomiędzy grządkami warzyw, wróciłam przed dom i patrzyłam, jak ci dwaj mężczyźni niezdarnie ukrywają w dłoniach jointy. – Nudy, czo? – spytał Lambert. Przyznałam, że tak. – Dawno temu dom był pełen czeczarni – powiedział – no, ale one tera mają już swoje małe. Wyobraziłam sobie dzieci w moim wieku, które niańczą niemowlęta: taki los kojarzył mi się z dzielnicami południowego Londynu. Wiedziałam, że matka opuściła rodzinny dom, by 29
uniknąć czegoś takiego, nie chciała, żeby jej córka została „dziec kiem z dzieckiem”, bo powinna nie tylko przetrwać – tak jak ona – ale też odnosić sukcesy i uczyć się wielu niepotrzebnych rzeczy, na przykład stepowania. Ojciec wyciągnął do mnie ręce, a ja wdrapałam mu się na kolana, objęłam dłońmi jego łysinę (szybko się powiększała) i wyczułam cienkie wilgotne pasemka zaczesanych na nią włosów. – Wstydżysz się, co? Boisz się wujka Lamberta? Miał przekrwione oczy i takie same piegi jak ja, tylko jego były wypukłe, miłą okrągłą twarz i jasnobrązowe oczy, które rzekomo świadczyły o domieszce chińskiej krwi w rodzinie. A jednak mnie onieśmielał. Matka, która z wyjątkiem świąt Bożego Narodzenia nie widywała Lamberta, z zadziwiającym uporem nalegała, że byśmy z ojcem go odwiedzali, chociaż ostrzegała, że mamy zachować czujność i nie dać się „wciągnąć”. W co? Okręciłam się wokół ojca i weszłam mu na plecy, obserwowałam długi kosmyk włosów opadający na kark, którego za nic nie chciał obciąć. Chociaż miał dopiero trzydzieści kilka lat, nigdy nie widziałam ojca bez łysiny, nie pamiętałam go z czasów, gdy był blondynem, i nie dane mi było doczekać jego siwizny. Znałam tylko te farbowane na brązowo włosy – brudziły palce, jeśli się ich dotknęło – i prawdziwe źródło ich barwy, niewielką okrągłą puszkę, którą tata zostawiał otwartą na brzegu wanny, z tłustą brązową otoczką wokół krawędzi, prawie pustą, z prześwitującym pośrodku gołym denkiem przypominającym czubek głowy ojca. – Przydałoby ci się towarzystwo – powiedział z troską w głosie. – Książki są na nic, prawda? Filmy też. Potrzebujesz czegoś prawdziwego. – Nicz sze nie da zrobicz z tą kobietą. Widżałem już, jak była mała. Ma żelazno wole. To była prawda. Nic się nie dało z nią zrobić. Kiedy wróciliśmy do domu, oglądała wykład uniwersytetu otwartego, w dłoni miała 30
długopis i kartkę, piękna i pogodna siedziała na sofie z podkurczonymi bosymi stopami. Kiedy się odwróciła, widziałam, że jest poirytowana. Przyjechaliśmy za wcześnie, chciała mieć więcej czasu dla siebie, więcej spokoju i ciszy, by się uczyć. Byliśmy jak barbarzyńcy w świątyni. Studiowała socjologię i nauki polityczne. Nie wiedzieliśmy po co.
Spis treści
Prolog . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 9 Część pierwsza. Czas dojrzewania . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 15 Część druga. Wcześnie i późno . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 79 Część trzecia. Antrakt . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 135 Część czwarta. Przekraczanie granic . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 175 Część piąta. Noc i dzień . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 249 Część szósta. Dzień i noc . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 297 Część siódma. Ostatnie dni . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 369 Epilog . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 471 Podziękowania . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 475