Wydawnictwo Znak Krakรณw 2018
ROZDZIAŁ 2
TOMASZ CIEKAWSKI
Z Witoldem Mackiewiczem spotykam się w Urzędzie Stanu Cywilnego w Częstochowie. Na piętrze charakterystycznego okrągłego budynku w centrum miasta mieści się Ogólnopolskie Stowarzyszenie na Rzecz Rozwoju Dziennikarstwa Obywatelskiego.
Pan Witold jest jego prezesem i kieruje pracą zespołu, którego celem jest zachęcanie zwykłych ludzi do wyrażania swoich opinii na forum gazety internetowej: www.dziennikarz obywatelski.pl. Od lat angażuje się w działalność społeczną. Najpierw była Boża Kuchnia – mobilna jadłodajnia dla najuboższych, później Częstochowski Bank Żywności, a potem dziennikarstwo obywatelskie. W Działoszynie pan Witold założył Uniwersytet Trzeciego Wieku. W stowarzyszeniu stara się promować i tłumaczyć rolę dzien nikarza obywatelskiego. Nie waha się pisać o rzeczach, które mu przeszkadzają, ale też o sprawach dobrych i pozytywnych, bo najważniejsze w tej pracy, jego zdaniem, jest promowanie dobra. Odrywam go od obowiązków. Członkowie stowarzyszenia mają zebranie i ważne rzeczy do omówienia. Witold Mackiewicz zgadza się jednak wyjść na chwilę. Jak się okazuje, chwila może się rozciągnąć na wiele godzin. Mówi spokojnym głosem. Starannie dobiera słowa. Imponuje szczerością i erudycją. Gruntownie zna Pismo Święte, do którego często się odnosi. Widzowie w całej Polsce usłyszeli wiersz, którego fragmenty wygłosił w programie Uwaga! TVN, a który napisał dla swojego syna:
23
TOMASZ CIEKAWSKI
Śpij, synku, na Nagiej Górze, wtulony w puszysty śnieg biały Niestraszne Ci już srogie burze broniące wejścia do chwały Śnij, synku, o naszych dysputach, które niejedną noc trwały Teraz już Ty znasz odpowiedź, jak wielki jest Bóg, jak wspaniały (…)5.
Spotykamy się w momencie, w którym – jak sam przyznaje – próbuje się już pogodzić z faktem, że Tomek z Nangi nie wróci. Przez pierwsze tygodnie po akcji ratunkowej czterech polskich himalaistów miał jeszcze nadzieję, że uda się zebrać pieniądze na ponowną akcję, tym razem w poszukiwaniu samego Tomka. Jest wdzięczny Michałowi Maciejowi Lisieckiemu, wydawcy tygodnika „Wprost”, który zorganizował zbiórkę środków. Uformowała się wtedy grupa osób, które nie uwierzyły, że Tomka nie można było uratować jeszcze w styczniu. Wykonały tytaniczną pracę, nie zważając na zakłócone do granic wytrzymałości relacje rodzinne i wydolność własnych organizmów ani na powszechnie panującą opinię o beznadziejności dalszych prób ratunku. Wierzyły, że Tomek jest niebywale odporny i świetnie przystosowany do przetrwania w ekstremalnych warunkach killer mountain – „góry zabójcy”. Inicjatywie przewodzili Michał Lisiecki i Bartłomiej Czarnecki. Wymieniali się opiniami, wspierali i zbierali pieniądze. Grupa nawiązała kontakt z najwyższymi przedstawicielami władzy w Polsce i nie tylko. Media mówiły o akcji Lisieckiego w większości negatywnie, jako o próbie zbudowania wizerunku na tragedii. Ale Witold Mackiewicz wtedy ciągle wierzył, że ratunek jest możliwy. – Tomek był samotnym białym żaglem – mówi mi dzisiaj. – Zawsze wolał działać samodzielnie. – Nawet pieniądze na swoje wyprawy zawsze zbierał inaczej niż inni – wtrącam. – Tak. Był kiedyś taki fajny projekt: opowiedz nam o swoim pomyśle, a my damy ci pieniądze na jego sfinansowanie.
Rozdział 2
Powiedzmy: dwadzieścia tysięcy złotych. Tomek w tym konkursie wystartował. Każdy, kto tylko ma szansę zdobyć takie pieniądze, będzie opowiadał o swoim projekcie, jaki on wspaniały, najlepszy, inny niż wszystkie. A Tomek wyszedł i zaczął mówić, jak wspaniały jest ten konkurs i jak się cieszy, że może w nim uczestniczyć. Wszystkim życzył powodzenia, niech zwycięży najlepszy. Mówił to z uśmiechem na twarzy, jak to Tomek. „Jeśli komuś podoba się to moje wspinanie na górkę, niech mnie poprze. Ale wiem, że są wśród nas inni, którzy również mają ciekawe pomysły” – powiedział. Otwartość Tomka na innych, świadomość, że nie jest pępkiem świata, według Witolda Mackiewicza wzięły się z jego głębokich przemyśleń. – W dzieciństwie miał miejsca, do których się wyrywał: skałki, górki, jamy – wspomina ojciec himalaisty. – Dużo czasu spędzał samotnie. I rozmyślał. Są lata sześćdziesiąte. Witold Mackiewicz jest studentem i nie do wszystkiego podchodzi przesadnie poważnie. Towarzystwo spotyka się na prywatkach. Najpierw w Warszawie, bo Witold przez chwilę studiuje w Szkole Głównej Gospodarstwa Wiejskiego. Szybko przenosi się jednak na Politechnikę Częstochowską, na metalurgię. Studia zaczyna w październiku 1968 roku, kiedy w studenckiej pamięci żywe są ciągle wspomnienia wydarzeń marcowych. – W nocnych Polaków rozmowach było nie tylko wino, kobiety i śpiew, ale i polityka – mówi dzisiaj Mackiewicz. – Gadało się o aktualnych wydarzeniach, krytykowało, a przy okazji grało w brydża z kolegami. Ni z tego, ni z owego przychodzi wezwanie do wojska. „Gdzie chciałby pan służyć?” – pytają grzecznie na komisji. „Panie majorze, ja przecież studiuję” – dziwi się młody Witold Mackiewicz. „Studiowałeś, synu”.
24
25
TOMASZ CIEKAWSKI
Jak chce się walczyć o wolność słowa polskiego – słyszy od wojskowych – to najlepiej u nas, z bronią w ręku. – Nauczeni doświadczeniem z Marca ’68, komuniści mieli wszędzie „swoich” – miernych, biernych, ale wiernych. Ci w zamian za „przyjazny” tok studiów donosili, o czym się rozmawia w środowisku studenckim. Na mnie też jakaś szuja doniosła. „No to gdzie chcesz iść, synu? Bliżej czy dalej?” – pytają wojacy. „Jak już muszę, to wolałbym bliżej”. „Pani Basiu, proszę pisać: Koszalin”. W wojsku Witold choruje na zapalenie oskrzeli i płuc, w końcu zwalniają go do cywila po dziewięciu miesiącach. Trzeba zaczynać normalne życie. Po studiach pójdzie do pracy. Na początku w hucie, potem w cementowni. Później w kilku częstochowskich zakładach będzie kierownikiem zespołu budów. Żeby cokolwiek załatwić, nieraz trzeba sprawę „oprzeć o bufet”. – Moja dzielnica była wtedy – i jest do dzisiaj – specyficzna – mówi Witold Mackiewicz. – Taki konglomerat. W dzielnicy Raków w Częstochowie w latach pięćdziesiątych powstały bloki, w których mieszka ojciec Witolda. Do nowych budynków przeniesiono wówczas mieszkańców baraków z Pekinu – owianej złą sławą części dzielnicy Stradom, gdzie panoszyły się wszelkie społeczne dysfunkcje (nazwa wzięła się od mieszkających tam podczas pierwszej wojny światowej robotników z Azji) – oraz repatriantów z dawnej polskiej ściany wschodniej (dla miejscowych „ruscy”). – Najpierw mieszkańcy Pekinu uciekli z nowych bloków z powrotem do baraków – opowiada Mackiewicz. – Nie chcieli mieszkać na nowym. Dopiero za drugim razem, kiedy baraki zostały spalone, nie mieli gdzie wracać – i musieli zostać. W ten sposób powstało skupisko ludzi o różnym pochodzeniu i różnych losach. Inżynierowie z państwowych zakładów mieszali się z wiecznie bezrobotnymi pijaczkami. Prym na
Rozdział 2
dzielnicy wiedli potomkowie baciarów (lub „batiarów”), przesiedleńców ze Lwowa, królów ulicy, za których popularność w międzywojniu odpowiadali Szczepcio i Tońcio, bohaterowie lubianej serii filmów. – Życie towarzyskie kręciło się wokół baru Przystanek i kawiarni Szarotka – wspomina Mackiewicz. – Picie było wpisane w folklor tej dzielnicy. Łatwo było tam „popłynąć”. Mnie się udało przetrwać, skończyłem szkołę średnią i zahaczyłem o politechnikę. Później wojsko. Kiedy wróciłem, to już mnie baciary próbowały w swoje szeregi wciągnąć. – Ale pan się nie dał – zauważam. – Nie to, że nie dał. Ja bardzo chętnie. Tyle że w porę poznałem swoją żonę. Po powrocie z wojska Witold ma dwa tygodnie wolnego, a potem pracuje niezwykle ciężko, bez jednego dnia urlopu. Trzy razy zmienia zakłady pracy. Już w pierwszym – Hucie im. Bolesława Bieruta, w dziale automatyki urządzeń kontroli pomiarowych poznaje kolegę, który wynajmuje pokój pewnej nieśmiałej dziewczynie z Działoszyna. Na imię ma Bogusia, ale wołają na nią Jola. Jola od razu wpada Witkowi w oko, a później – jak dzisiaj mówi – w serce. Pani Bogumiła nie zdecyduje się opowiedzieć mi o sobie, rodzinie i Tomku. Ciągle nie może się pogodzić z losem syna. Nie udzieliła wywiadu żadnemu dziennikarzowi. Podobnie całą sytuację przeżywa Agnieszka, starsza siostra Tomka. Na początku rodzina mieszka krótko w Częstochowie. Kiedy rodzi się Agnieszka, Mackiewiczowie przeprowadzają się do Działoszyna. Tam mieszkają w domku jednorodzinnym z rodzicami Bogusi. Jest rok 1972. Miasteczko ma sześć tysięcy mieszkańców, dwie szkoły podstawowe, jedną średnią – i leży tylko czterdzieści kilometrów od Częstochowy. Witold zaczyna pracę w firmie remontowej przy działoszyń skiej cementowni. Jest kolejno mistrzem, starszym mistrzem
26
27
TOMASZ CIEKAWSKI
i kierownikiem wydziału. Więcej możliwości widzi jednak w Częstochowie. Podejmuje jedną z najtrudniejszych de cyzji w życiu: wraca do ojca, do miasta. Jego żona postanawia zostać z dziećmi u rodziców w Działoszynie. Też pracuje w Częstochowie, ale co drugi dzień. Kiedy wypada jej zmiana, rano w Działoszynie wsiada w autobus, pracuje w restauracji i wieczorem wraca. W sylwestra 1978 roku Witold odbiera telefon. „ Jutro Nowy Rok, nie mam autobusu do Działoszyna – mówi żona. – Muszę przenocować”. Zostaje i teraz oboje stają się rodzicami „weekendowymi”. Witold po pracy remontuje mieszkanie w Częstochowie przy alei Pokoju, w niedziele wpada do Działoszyna. Żona do dzieci zagląda częściej. Ufa mamie, która dogląda Tomka i Agnieszki. A dzieci babcię uwielbiają. Babcia ma na imię Teodozja. Ma silną osobowość, charakterek – jak to określa Witold. Potrafi powiedzieć wprost, jeśli coś jej się nie podoba. Historia babci Todzi jest niezwykła i przekazywana z pokolenia na pokolenie. Pokazuje jej zadziorny charakter i odwagę, która lata później ujawni się też w działaniach Tomka. W młodości, jak wszyscy jej rówieśnicy, Todzia lubiła chadzać na wiejskie zabawy. Ale na co dzień, oprócz tego, że się uczyła, musiała też pomagać w gospodarstwie. Któregoś dnia koledzy wyciągają Todzię na potańcówkę, ojciec mówi jednak: „Nie pójdziesz”. Trzeba wyrzucić obornik z szopy. Todzia się buntuje. Rzuca widły, przebiera się i rusza na zabawę. Kiedy wraca, ojciec czeka wściekły i podnosi na nią rękę. Na drugi dzień Todzia już postanowiła. Trwają przymusowe werbunki do pracy dla okupanta. Todzia ma szesnaście lat, zgłasza się do pracy zamiast swojej siostry i rusza w nieznane. Jest rok 1942 – z Działoszyna odjeżdża ciężarówka wioząca ludzi za granicę. Todzia z pewnością nie zna swojej przyszłości,
Rozdział 2
nie wie, gdzie trafi, czym będzie się zajmowała, jak wróci do Polski i czy w ogóle kiedyś jeszcze zobaczy rodzinny dom. Nieważne. Teraz chodzi o to, żeby pokazać rodzicom, że nie da sobie w kaszę dmuchać. Zabiera drewniaki i jedną zapasową sukienkę, wsiada na pakę i rusza przed siebie. Ciężarówka dowiezie ją aż do Francji, gdzie Todzia znajdzie pracę i będzie całkiem nieźle zarabiać. Babcia Teodozja ma więc pieniądze, nie martwi się o przyszłość. Może sobie pozwolić na wiele. Tomek jest leworęczny. W tamtych czasach na prowincji wciąż pokutuje mit, że mańkut jest mniej zdolny. Babcia Todzia każe wnukowi pisać prawą ręką i bardzo tego pilnuje. Tomek uczy się przez to pisać oboma rękami i staje się bardzo sprawny manualnie. Kiedy jest mały, babcia zabiera go ze sobą na pole. Robota sama się nie zrobi, a dziecka trzeba pilnować. Tomek leży więc zawinięty w becik, a babcia spogląda na niego co chwilę. Kiedy chłopiec trochę podrośnie, odkryje rzekę, przepływającą przez Działoszyn Wartę. Będzie ją często wspominał, nawet wiele lat później. Opowie o niej bliskim i przyjaciołom. Warta stanie się dla niego synonimem sielanki, beztroski, przygody, może nawet to ona zapoczątkuje jego pasję i pociąg do życia w otoczeniu natury. Okolica jest piękna i trochę dzika. Dzieciaki biegną nad rzekę po szkole, w wakacje mają tu raj. Na drzewach rosnących nad brzegiem wiążą sznury, a do sznurów przymocowują opony – huśtają się i skaczą, aż mama zawoła na kolację. Czasem woda występuje z brzegów i podmywa okolice. Powodzie nie zdarzają się jednak często, za to wielki łuk Warty jest w okolicy jedną z nielicznych atrakcji turystycznych, powodem do dumy. Tomek sam uczy się pływać. Jeden z jego kolegów podczas skoku do wody łamie kręgosłup. Ale wypadki nie zdarzają się
28
29
TOMASZ CIEKAWSKI
często, dzieciaki znają w Warcie każde zakole, każdy kamień, każdy metr dna. Drobny i chudziutki chłopak ma nad rzeką swój tajemny świat. Jest na niej wyspa jak z przygodowych książek, gdzie zawsze dzieją się rzeczy niezwykłe. Czas tam spędzony Tomek będzie później wspominał jako błogi. Wyjazdy i powroty rodziców – trochę mniej. Joanna, przyszła żona: – Tomek nie był grzeczną dziewczynką, był ruchliwy, więc zawsze do czegoś można się było przyczepić. Witold Mackiewicz: – Proszę sobie wyobrazić młodego chłopaka, który w Działoszynie był totalnie wolny. Babcia specjalnego nadzoru nad nim nie miała. On z chłopakami gdzieś po łąkach w okolicach sobie krążył. I był szczęśliwy. Był też trochę rozrabiaką. Od czasu do czasu babcia mówiła: „No, jutro przyjeżdża ojciec”. I wtedy on… Nie, nie można powiedzieć, że się bał. Raczej czuł autorytet. Obawę przed tym wielkim ojcem, który przyjdzie i o wszystkim się dowie. – Nigdy go nie uderzyłem – zapewnia ojciec Tomka. – Nawet przez myśl mi nie przyszło, żeby stosować kary cielesne. Ale wystarczyło, że o coś zapytałem. Widać było w nim napięcie. Pewnego razu nauczycielka przyłapuje Tomka wraz z kolegami na paleniu papierosów. Witold Mackiewicz kroczy przez Działoszyn. Obok niego drepcze syn – dziarski chłopiec z rumieńcami na buzi. Drepcze niepewnie, bo wie, że nabroił. – Tomek był wtedy chyba w trzeciej albo w czwartej klasie podstawówki – wspomina dziś Mackiewicz. – Zostałem wezwany do szkoły. Chłopcy, w tym Tomek, popalali sobie za śmietnikiem. Szliśmy więc do domu. Powiedziałem mu: „Słuchaj, ja nic mamie ani babci nie powiem, tylko pamiętaj –
Rozdział 2
papierosy to nie jest dobra rzecz. Obiecaj, że już nigdy nie weźmiesz papierosa do ust”. Obiecał. Pan Witold zapomniał o jednym: że historia lubi się powtarzać. – Kiedy byłem mniej więcej w wieku Tomka, o szkodliwości papierosów mówił mi pewien ksiądz. Tłumaczył, jaki to straszny grzech, wystąpienie przeciw piątemu przykazaniu. „Zabijasz swoje ciało” – mówił. Przyrzekłem sobie, że nigdy nie wezmę papierosa do ust. Zdążyłem wyjść z religii i widzę, jak mój ksiądz z drugim stoją za firaną i kopcą jak z komina Batorego. O, wy dranie! – myślę. Pierwsza okazja z chłopakami i tak się napaliłem, że się w końcu porzygałem i miałem papierosów dość na długi, długi czas. Wrócił jednak do palenia i teraz idzie przez Działoszyn z małym Tomkiem przy boku, tłumacząc, jakie to palenie jest szkodliwe. – Tłumaczę i palę papierosa – dopowiada Mackiewicz i uśmiecha się do wspomnień. W reportażu TVP Katowice z 2016 roku Tomek opowie: „Wychowali mnie babcia i dziadek, którzy generalnie nie specjalnie nakładali na mnie jakieś ramy, dyscyplinę. Ja byłem swobodny, spędzałem cały czas nad rzeką: czy to zima, czy wiosna, poznawanie co roku tego nurtu od nowa”6. Taka sytuacja trwa pięć lat. – Nie chcieliście jej zakończyć? – pytam. – Oczywiście, że chcieliśmy – mówi Witold Mackiewicz. – Ja dostałem nawet z firmy propozycję mieszkania: trzy pokoje z kuchnią. Ale żony nie mogłem przekonać do samodzielnego życia z dala od mamy. Tomek chodził wtedy do przedszkola, a Agnieszka do podstawówki. Żona obawiała się, że sobie z tym wszystkim nie poradzi. Przyznam szczerze, byłem pracoholikiem. Jak się angażowałem, to do spodu. Może też dlatego tak szybko awansowałem. Często do domu wracałem o szóstej, ósmej wieczorem. Czasami lekko „trafiony”.
30
31
TOMASZ CIEKAWSKI
I żona się obawiała, że nie udźwignie ciężaru obowiązków. Tam, w Działoszynie, dzieci miały ciągłą opiekę. Przyjeżdżałem w niedzielę. Pierwsza rzecz: raniutko do kościoła. A z kościoła do kina. Dzieciaki na dole na sali kinowej oglądały swoje bajki, a ja na górę, do kabiny operatora. Zawsze jakąś flaszeczkę przed obiadem się wypijało. Jeszcze w Działoszynie stworzyliśmy z Tomkiem własną ciemnię fotograficzną. W małym pomieszczeniu wszystko urządziliśmy profesjonalnie: trzy pojemniki, czerwone światło i sznury, na których rozwieszaliśmy zdjęcia. Wywoływanie zdjęć było wtedy sztuką – wystarczył źle przygotowany utrwalacz i zdjęcie nie wychodziło. Bardzo lubiliśmy spędzać tam czas, a Tomek do fotografii też miał smykałkę. Taką ciemnię zrobiliśmy też sobie potem w Częstochowie. To była nasza mała wspólna pasja. Kończy się epoka Gierka. Mała stabilizacja znowu przeradza się w wielką szarość, groszoróbstwo, stanie w kolejkach, niedostatek, kartki na żywność i wódkę. Trzeba pracować dwa razy ciężej, trzeba uważać, co się mówi. Na życie prywatne czasem braknie przestrzeni. Po Sierpniu ’80 w siłę rośnie Solidarność. W państwowych zakładach mogą powstawać niezależne, samorządne związki zawodowe. Robotnicy czują nagle, że mają swoją reprezentację. Instancję, do której mogą się odwołać. Do związku zapisuje się prawie dziesięć milionów osób, które po raz pierwszy zobaczyły, że przywództwo nie musi oznaczać przywództwa partii. Po raz pierwszy poczuły, że są na świecie siły większe niż „bratnia Moskwa”. W 1978 roku na papieża zostaje wybrany Karol Wojtyła. Na lidera walki o godność wyrasta prosty robotnik z charyzmą, mąż, ojciec i katolik Lech Wałęsa. Tym się żyje, o tym się rozmawia w pracy i na spotkaniach towarzyskich. Ale w domu Tomka – jak opowiada jego ojciec – nie ma politykierstwa.
Rozdział 2
Wiosną 1981 roku Witold Mackiewicz, będąc kierownikiem zespołu budów, zakłada związek zawodowy. – To tak, jakby podcinać gałąź, na której się siedzi – komentuje dziś. – Ale wówczas w to wierzyłem. Opowiada: – Związki założyliśmy w kwietniu. Już wtedy zaczął się w kraju paraliż. W czerwcu powiedziałem: „Nie zdziwiłbym się, gdyby Jaruzelski wprowadził stan wyjątkowy. Bo to, co się dzieje w kraju, jest nie do przyjęcia”. Stan wojenny zastał Mackiewicza w kabinie operatora kina w Działoszynie. Dzieciaki tymczasem grają w piłkę, biegają po podwórkach, lubią zajęcia w świetlicy, podążają tam, gdzie można spotkać swoich. Marta Patocka, również absolwentka Szkoły Podstawowej nr 2 w Działoszynie, pamięta Tomka z kółka teatralnego, które prowadziła jej mama. – To był typ chłopaka, który nie usiedzi w miejscu. Wszędzie było go pełno – wspomina. – Do wszystkiego był chętny i gotowy. Nie dało się go nie zauważyć. Przedstawienie: prawdopodobnie Szewczyk Dratewka. Stroje trzeba szyć w domu, scenografię rysować na płótnach. Mama Marty prawie do każdego przedstawienia pożyczała dzieciakom czerwone szpilki. I Tomek sobie je upatrzył. – On w tych szpilkach, biegający po korytarzu i stukający obcasami w podłogę – opowiada Patocka – to jedno z moich pierwszych wspomnień o nim. Niedługo później Tomek wyprowadzi się z Działoszyna do Częstochowy, do rodziców. Po latach, dopiero po tragedii na Nanga Parbat, okaże się, że Marta wyszła za jego kuzyna. – Świat jest mały – mówi Patocka. – Nawet pan nie wie, jak bardzo.
32
33
TOMASZ CIEKAWSKI
Pozytywna postać. Aktywny, otwarty i przyjacielski. Wszędzie czujący się jak u siebie. Pewny siebie. Czego się nie nauczy, to dowygląda. Z takimi dzieciakami dobrze się pracuje. Tomka nie trzeba do niczego zmuszać – Tomek po prostu chce. Coś się musi dziać, cały czas – akcja! I do tego wszystkiego ma dłuższe niż inni, rude włosy. Do szkoły biega z domu dziadków. Po lekcjach nie czekają na niego rodzice. Jego sytuacja nie jest jednak wyjątkowa: wiele dzieci mieszka wtedy razem z dziadkami, starsze pokolenie angażuje się w wychowanie najmłodszych. Marta Patocka: – Spędzaliśmy czas na dworze. Piłka, trzepaki, woda i boisko. Czasem nie wiedzieliśmy, co robią mama z tatą i gdzie są. To nie było ważne. Do domu wpadało się na chwilę, rzucało plecak, jadło i leciało się dalej. Tomek ma tej swobody jeszcze więcej. Działoszyn jest mały, nie ma strachu, że wejdzie się pod tramwaj – bo ich nie ma, albo pod samochód – bo jest ich tu niewiele. Dzieciaki, kiedy mają wolność, są jak swobodne, szczęśliwe ptaki. – Pamiętam nasze pierwsze przejażdżki samochodem – wspomina Witold Mackiewicz. – Tomek pierwsze szlify jako kierowca zdobywał, siedząc na moich kolanach, gdzieś na bocznych drogach w Działoszynie. Kierowanie sprawiało mu niezwykłą frajdę i był w tym dobry. Już jako mały chłopiec miał smykałkę do samochodów. Później to w jego życiu zaprocentowało. Kiedy zdał na prawo jazdy, od razu świetnie jeździł. Jak wygląda w tych latach Działoszyn? Rozwija się cementownia. Powstaje osiedle bloków dla robotników z państwowego zakładu. Pracownicy przybywają z całej Polski. W cementowni pracuje się na zmiany, na osiem godzin znika się z domu i dzieci – „w pozytywnym sensie”, jak mówi Marta Patocka – wychowuje ulica.
Rozdział 2
– W wolnym czasie bawiliśmy się w chowanego, zdzieraliśmy kolana, łokcie i głowy, biegaliśmy po szkolnym boisku i nad Wartę – opowiada działoszynianka. – Chodziło się też „na jaskinie”. Do miejsca w Załęczańskim Parku Krajobrazowym, do którego jedzie się rowerem parę kilometrów. No i była wyspa. Trzeba przejść przez mały mostek i jest się na zielonym terenie, z boiskiem, gdzie do późnych godzin biega się z językiem do pasa. – Jakie było to pokolenie? – pytam. – Pokolenie pani i Tomka? – Byliśmy odporni. Na choroby, prawdziwe i wymyślone alergie, ale i na negatywne bodźce z zewnątrz. Jak się pokłóci liśmy, to wiedzieliśmy, że za godzinę nam przejdzie – bo musieliśmy się trzymać razem w szkole i po szkole. Czasy uczyły nas samodzielności. Kto miał te nasze rany opatrzyć? Rozwalone kolano zacierało się i biegło się dalej. Już niedługo Tomek, nauczony luzu i wolności, wejdzie w nowe środowisko, w którym nie będzie się mógł odnaleźć. Odporność z lat dzieciństwa ustąpi miejsca pogubieniu, potrzebie akceptacji, niepewności i kompleksom. Marta Patocka: – To był grzeczny rozbójnik. Ciągle coś broił, ale nie robił tego złośliwie. Po prostu taki był: nagle okazywało się, że to, co sobie wymyślił, nie jest wcale takie dobre. Nie był łobuzem, był łobuziakiem. Pamiętam jak dziś: w świetlicy był telewizor. Dorośli powtarzali, że nie można go samodzielnie włączać, bo się spali. Tomek, jeśli ktoś mu mówił, że czegoś nie wolno, to właśnie to robił. Klik – i telewizor wybuchł żywym ogniem. Zajęła się drewniana podłoga. Oczywiście, Tomek nie chciał niczego złego. Wszystko wynikało z tej jego ciekawości. Złamał zakaz, bo chciał sprawdzić, co będzie. Chwilę po wydarzeniach na Nanga Parbat organizowałam w naszej szkole spotkanie z kolegami Tomka z klasy. I wszyscy
34
Działoszyn. Miejsce, w którym Tomek spędził szczęśliwe dzieciństwo
Rozdział 2
36
wspominali go podobnie: „żywe srebro”. Fajny, miły chłopak. Niektórzy wręcz boją się oddychać, a on wszystko musiał sprawdzić na własnej skórze, przetestować. Taki Tomasz Ciekawski. Odnalazłam jego wychowawczynię. Bardzo to przeżywa, ciężko jej o Tomku mówić. Wspomina go jednak podobnie. *** „Jako dziecko mieszkałem w Działoszynie koło Częstochowy, było płasko, ale stała tam kapliczka na skałce. Niedawno się dowiedziałem, że od małego ta skałka mi się podobała. Gdy przeniosłem się do Częstochowy, poznałem Jurę. Połazi łem po jaskiniach”7 – powie Tomek po latach Dominikowi Szczepańskiemu. Ale jako nastolatek jeszcze nie pasjonuje się tym, o czym gdzieś na ostatnich stronach piszą już polskie dzienniki i co rozpala nasze górskie środowisko. W 1978 roku Wanda Rutkiewicz dostaje zaproszenie do udziału w austriackiej wyprawie na najwyższą górę świata. Na Mount Evereście nie stanęła dotąd noga żadnego Polaka. 16 października, po walce ze ścianą, gęstniejącą atmosferą w bazie i własnymi ograniczeniami Wanda wchodzi na szczyt. I zachwyca świat. O Polce piszą górskie czasopisma, które dotąd hołubiły tylko wielkich mężczyzn, takich jak Reinhold Messner. Polscy wspinacze dostają wiatru w żagle. Do głosu dochodzi pokolenie, które niczego się nie boi. Już dwa lata po Rutkiewicz na Mount Everest wchodzą po raz pierwszy zimą Krzysztof Wielicki i Leszek Cichy. W górach wysokich działa też człowiek, który zapisze się w historii himalaizmu jako artysta gór. Wojciech Kurtyka jest inny niż wszyscy. Stanie się jednym z pionierów stylu alpejskiego w Himalajach. W odróżnieniu od stylu wyprawowego, zwanego też oblężniczym, w którym górę zdobywa się poprzez zakładanie kolejnych obozów, styl alpejski
Projekt graficzny okładki i makiety Paweł Panczakiewicz PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN www.panczakiewicz.pl Zdjęcie na okładce Michał Obrycki / Forum Opieka redakcyjna i wybór zdjęć Damian Warszawski Konsultacja merytoryczna dotycząca tematyki górskiej Kacper Tekieli Adiustacja Katarzyna Węglarczyk Korekta Katarzyna Onderka Łamanie Dariusz Ziach Copyright © by Mariusz Sepioło © Copyright for this edition by SIW Znak sp. z o.o., 2018 ISBN 978-83-240-5543-2
Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37 Dział sprzedaży: tel. (12) 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl Wydanie I, 2018. Printed in EU