Skip to main content

Fontanny milczenia

Page 1

�iłość

W CIENIU DYKTATURY

FONTANNY M ILCZ EN I A RU TA S E PE T YS


Tłumaczenie Jerzy Wołk-Łaniewski

Kraków 2022


Tytuł oryginału The Fountains of Silence Copyright © 2019 by Ruta Sepetys All rights reserved including the right of reproduction in whole or in part in any form. This edition published by arrangement with Philomel Books, an imprint of Penguin Young Readers Group, a division of Penguin Random House LLC. Copyright © for the translation by SIW Znak sp. z o.o., 2022 Tłumaczenie: Jerzy Wołk-Łaniewski Projekt okładki Theresa Evangelista Adaptacja oryginalnego projektu okładki Maria Gromek Fotografie na okładce GIRL Arcangel Images © Alexia Feltser CITY Shutterstock © Renata Sedmakova Redaktor nabywający Robert Medina Redaktorka prowadząca Agnieszka Narębska Adiustacja Agata Wawrzaszek i Anna Skowrońska / cała jaskrawość Korekta Sylwia Kordylas-Niedziółka i Anna Skowrońska / cała jaskrawość Łamanie cała jaskrawość, www.calajaskrawosc.pl ISBN 978-83-240-8452-4 Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl Społeczny Instytut Wydawniczy Znak ul. Kościuszki 37, 30-105 Kraków Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl Wydanie I, Kraków 2022 Druk: OZGraf


106

C

zwarta nad ranem. Puste talerze. Porzucony stół. Ogryzek niedopalonej świeczki. Kowbojki Daniela leżą rozrzucone na dywanie. W miejsce koszuli w kratę został mu biały podkoszulek. Włosy Any opadają jej swobodnie na ramiona. Siedzą na podłodze przed kanapą twarzą w twarz. Daniel przebiega palcami po dłoni Any. – Wtedy, pierwszego dnia, na chodniku. – Śpiący turysta. Oboje zobaczyliśmy w tym fotografię – dopowiada Ana. – No właśnie! Potem zabrałaś mnie do metra. Stałaś tak blisko. A ja się pociłem. – Daniel się śmieje. – Arrid się nie sprawdzał? – Ani trochę. Cały czas tylko myślałem: rany Julek, co to za dziewczyna! No, a potem na tańcach. – Co na tańcach? – dopytuje Ana. – Jak to co? Pocałowałaś mnie. – Jesteś pewien? Może ci się pomyliło. Jakie to było uczucie? Daniel nachyla się ku jej szyi i uchu. – Takie. Pukanie do drzwi. Ana cała podskakuje w przestrachu. Daniel przyciąga ją do siebie i kładzie sobie palec na ustach. – Wiem, że tam jesteś – rozbrzmiewa głos zza drzwi. – Słychać muzykę. Otwieraj.

341


Grzechotanie klamki. Ana zrywa się w panice i pędzi do łazienki. Daniel podchodzi do drzwi. – Idź sobie. Ja tu śpię. – Dobre sobie. Mam obudzić rodziców? Uchyla odrobinę drzwi. Oparty o ościeżnicę Ben kręci głową. – Czy ty naprawdę sądziłeś, że ci się to uda? – Ben przepycha się obok niego i wchodzi do pokoju. – Jeśli chcesz być głupi, Matheson, to twoja sprawa, ale narażasz się. – Ben staje jak wryty, jak gdyby zderzył się ze ścianą. Ogarnia spojrzeniem romantycznie zastawiony stolik, torebkę na kanapie i resztki dygocącej świeczki. Szczerzy zęby w uśmiechu. – Nie w porę? – I to bardzo – szepce Daniel. – Po co przyszedłeś? – Bo podwędziłeś mi znaczek prasowy! – Wróć jutro. Proszę cię, Ben. Ben, chichocząc, kiwa głową. – To Ana. Ta dziewczyna z dołu. Mam rację? Daniel wypycha go w kierunku drzwi. Po drodze Ben zgarnia ze stołu kromkę chleba. – To twoje życie, Matheson. Ile bym dał, by móc być teraz tobą. – Docierają do wyjścia. Ben kładzie mu rękę na ramieniu. – Bo zdajesz sobie z tego sprawę, prawda? Napawaj się tym, kowboju. Przez całe życie będziesz wracał do tego lata. – W tej chwili daj mi wrócić do tej nocy. Ben wychodzi, po czym odwraca się w korytarzu. – A tak przy okazji, świetnie się dziś spisałeś. Twoje zdjęcie… Daniel zamyka drzwi. Na zamek. Czy najście Bena zepsuło nastrój chwili? Nie chce, by sobie poszła. Wciąż jeszcze mają dwie godziny. – Ana, poszedł sobie. Wyłania się z łazienki. – To tylko Ben. – Podchodzi do niej. – Wybacz, na czym przerwaliśmy?

342


Ana opiera się o ścianę. – Chyba na tym. – Przyciąga do siebie Daniela i go całuje. Dłonią sięga do wyłącznika światła.

* Stoją pod drzwiami, rozrywani między mijającą nocą a nadchodzącym dniem. – Jest wpół do siódmej. Niebawem będą się mnie spodziewać na dole – zauważa Ana. Daniel nie odpowiada, tylko patrzy na nią i kiwa głową. – Zmęczony? – pyta go. – Ani trochę. – Ja też nie. – To nie idź. – Muszę. – Śmieje się. – Może będę mogła przyjść po naczynia po twoim śniadaniu. – Całuje go i usiłuje odejść do drzwi. – Poczekaj, mam coś dla ciebie. – Daniel podchodzi do szafy i wraca z książką. – Tak jak mi zasugerowałaś, odwiedziłem Muzeum Sorolli. – Czyż nie jest wspaniałe? – Jest. I coś ci przyniosłem. – Wręcza książkę Anie. – Zawiera zdjęcia wszystkich obrazów, w tym i te z brzegiem morza, które tak uwielbiasz. Teraz możesz odwiedzać muzeum, kiedy tylko zechcesz. Ana uchyla okładkę. Z westchnieniem dotyka palcem jego ust. Tomowi Collinsowi – Robert Capa – x DM 1957

Po wielu wahaniach i wielu długich pożegnaniach Ana w końcu wychodzi, by po schodach przekraść się na dół. Daniel opada na ścianę i głęboko oddycha, uczepiony niewiarygodnej nocy, którą spędzili razem. Czuje dookoła siebie Anę. I jest to uczucie niesamowite. Siada na balkonie i przygląda się, jak noc cofa się przed światłem. Plan szybko nabiera formy. Pójdzie na uniwersytet w Madrycie. Będzie pracował z Miguelem. Tak jak zamierzał, weźmie udział w konkursie

343


fotograficznym. Jeżeli wygra, może Ben załatwi mu robotę w madryckim biurze „Tribune”. Albo może pan Van Dorn znajdzie mu pracę dziennikarza w ambasadzie. Wstaje słońce. Daniel wraca do pokoju i mija przyczepione do ściany zdjęcia. Musi wybrać dziesięć fotografii do konkursu. Ana i Miguel pomogą mu z selekcją. Potem o tym pomyśli, jak już się dowie, po co Benowi były jego fotografie.

* Śpi tak głęboko, że ledwie udaje mu się coś usłyszeć. Od jak dawna ktoś tak puka? Czy to Ben? W nadziei, że to jednak Ana, wciąga dżinsy i bez koszulki podchodzi w stronę, z której dobiega hałas. Z uśmiechem otwiera drzwi. W korytarzu, również uśmiechnięci, czekają elegancko ubrani i tryskający energią rodzice. – Danielu, czyżbyś zapomniał? Umówiliśmy się na śniadanie. Daniel przebiega dłonią po rozczochranych włosach. – Wybaczcie, jestem wykończony. – No cóż – odzywa się ojciec. – Mamy tu niespodziankę, która z miejsca cię obudzi. – Jak na sygnał rodzice rozstępują się na boki. Za nimi w korytarzu stoi ktoś znajomy. To Laura Beth.


107

O

, Puri, co za niespodzianka, że też cię tutaj widzę. – Julia ściska młodą kuzynkę na powitanie. – U cioci i wujka wszystko dobrze? – Tak, wszystko w porządku. Wybacz, że cię nachodzę w pracy. Wiem, że masz mnóstwo roboty przy matadorach. – Głos Puri przesiąknięty jest wrażeniem pośpiechu. – Ale nie mam już do kogo się zwrócić. – Co się stało, Puri? Źle się czujesz? – Bardzo źle. – Wejdź. Możemy porozmawiać w przymierzalni. Julia prowadzi Puri przez pracownię. Puri niezliczone noce spędziła na rozmyślaniach o przystojnych matadorach. Zdaje sobie sprawę, że myśli te kwalifikowały się do spowiedzi. Uczta dla oczu, składająca się z barw, tkanin i strojów, które teraz miała przed sobą, była właśnie tym, co w jej marzeniach nosili – i zdejmowali – ci odważni mężczyźni. Jednakże ostatnie zdarzenia zepchnęły jej zainteresowanie matadorami na drugi plan. Wchodzą do niewielkiego pomieszczenia z boazerią i lustrami. Julia gestem wskazuje, by usiadły razem na ławce. – Mów, Puri, dlaczego tu jesteś. Puri popatruje na starszą kuzynkę. – Bo ty znasz się na sekretach. Julia rzuca prędkie spojrzenie. Jej palce kurczowo chwytają się spódnicy. – Do czego się odnosisz? Puri bierze głęboki wdech.

345


– Julio, kiedy należy dochować tajemnicy i co powinno tajemnicą pozostać? Jeżeli dostrzegam coś, co nie daje mi spokoju, co wydaje mi się niewłaściwe, czy mam prawo to kwestionować? Czy powinnam coś powiedzieć? Julia mierzy kuzynkę wzrokiem. – Wiesz, Puri, wszyscy mamy prawo kwestionować to i owo w myślach. Ale niektóre sprawy są złożone, pełne niuansów. Stają na krawędzi prawdy. Mogą nam się wydawać faktem, kiedy w rzeczywistości nie posiadamy całej wiedzy. Tak więc w danej chwili to wymyka się naszemu zrozumieniu. A mówienie o tym, czego nie pojmujemy, może tylko skomplikować sprawy. – To w takim wypadku co powinnam zrobić? – pyta Puri. – Czy to wiąże się jakoś z twoją pracą społeczną w sierocińcu? – Tak, a także w klinice. – Czy dotyczy to dzieci? – dopytuje szeptem Julia. Puri potwierdza. – I ogólnie adopcji. – Puri, musisz tym dzieciom dać to, co w tobie najlepsze. Bez względu na to, jak się zrodziły, w jakich okolicznościach trafiły do Inclusy, one są niewinne. Chroń je i dawaj do zrozumienia, że mają wartość. Jeśli tylko możesz im dopomóc w znalezieniu kochającego i stabilnego domu… – W tym momencie Julii załamuje się głos, jest na skraju łez. – To zrób to, Puri. Proszę cię. Matki modlą się o kogoś takiego jak ty. Kogoś, kto przejmuje się na tyle, by tulić ich dzieci, by je kochać, by myśleć o ich przyszłości. – Julia wyciąga dłoń i bierze ją za rękę. – Wiem, Puri, że to trudne, ale jeśli tylko możesz, spróbuj wyobrazić sobie samą siebie w sytuacji tych dzieci. No bo na co one zasługują? Do przymierzalni wchodzi kobieta. – Julia, Luis o ciebie pyta. – Bardzo cię przepraszam, Puri. Muszę wracać do pracy. – Julia całuje ją na pożegnanie i wyprowadza z pomieszczenia. „Spróbuj wyobrazić sobie samą siebie w sytuacji tych dzieci”. Czy Julia odnosiła się ogólnie do sierot z Inclusy, czy też, zastanawia się Puri, chciała jej przez to powiedzieć coś bardziej bezpośredniego? Co takiego wie Julia?


108

D

aniel wpatruje się w swój talerz. Laura Beth i jego matka ani na moment nie umilkły. Matka tak właśnie postępuje, gdy czuje się niezręcznie. Ojciec nie odezwał się choćby słowem. To z kolei jego typowe zachowanie, gdy czuje się niezręcznie. Ojciec z wielkim zadęciem przedstawił Laurze Beth wszystkich obecnych w lobby. Ją samą określił „sympatią mojego syna z Dallas”. Danielowi robi się niedobrze. Jego sympatia jest gdzieś w hotelu i w każdej chwili może się tu zjawić. Laura Beth usiłuje zająć go rozmową. – Twoja matka pokazała mi zdjęcie z Franco. Pierwsza strona gazety, gratulacje – zagaja. Daniel odpowiada skinieniem głowy. – Dziękuję. – Może pokazałbyś dziś Laurze Beth nieco Madrytu? – podpowiada matka. – Nie da rady. Mam dwie sesje zdjęciowe. – To może weź ją ze sobą. – Pierwsza jest w ubojni, a druga na cmentarzu – precyzuje Daniel. – Nie sądzę, by jej się to spodobało. – Wiesz, Laura Beth przebyła bardzo długą drogę. Jeśli nie spędzisz z nią trochę czasu, będzie to z twojej strony okropnie niegrzeczne – zauważa ojciec. Nad stołem zawisa chmura napięcia. Daniel miałby ochotę walnąć w coś pięścią.

347


– Tak naprawdę to ja tu byłam niegrzeczna – odzywa się Laura Beth. – I to po części powód mojego przyjazdu. – Daniel rzuca jej błagalne spojrzenie, lecz ona i tak kontynuuje. – Pani Matheson, nie jestem pewna, czy Daniel pani mówił, ale ja z nim zerwałam. Natychmiast zapada cisza, którą przerywa ciąg dalszy wypowiedzi Laury Beth. – Czułam, że różnice między naszymi rodzinami są zbyt duże do przezwyciężenia. Nie byłam zadowolona z tego, jak to rozegrałam. Tęskniłam za Danielem, więc postanowiłam przyjechać do Madrytu. – I przyjechałaś aż tutaj tylko po to, by mi to powiedzieć? – dopytuje Daniel. – No, nie. Mieszka tu taki nowy projektant mody, Oscar de la Renta. Zaprojektował suknię na bal debiutantów dla córki ambasadora, a teraz pracuje nad sukniami na bal Forda. To pomysł mojej matki. Też tu jest. Nikt inny nie będzie miał sukni z Hiszpanii – wyjaśnia Laura Beth. No jasne. Jasne, że nie przyjechała do Hiszpanii dla niego. Przyjechała po kieckę. – Dzięki, Lauro Beth – odpowiada ze skinieniem Daniel. – To miło z twojej strony, że tu jesteś. Ja spotykam się z kimś innym. – Spotykasz się z kimś innym? – dopytuje ojciec. – Co masz na myśli, mówiąc „różnice między rodzinami”? – cofa rozmowę jego matka. – Cóż, pochodzenie etniczne… kulturę – wyjaśnia Laura Beth. – Rozumiem – kwituje matka Daniela. Ściska pod stołem jego dłoń i po hiszpańsku szepce: – Nie zasługuje na ciebie. Laura Beth z westchnieniem zwraca się do ojca Daniela. – Przykro mi, panie Matheson. Mówiłam, że to nie jest dobry pomysł. Mój ojciec na pewno zwróci panu za bilet lotniczy. Następnie podaje Danielowi swoją serwetkę. – Masz szminkę na uchu.


109

S

toją w kolejce po krew. Ostre słońce czerwca oblewa ogonek kobiet cierpliwie wyczekujących u el matadero. Wachlarze otwierają się z trzaskiem i zaczynają trzepotać w odpowiedzi tak na madryckie ciepło, jak i na dobywającą się z rzeźni woń odsłoniętego mięsa. Kobiety trzymają puste dzbany, puszki i pęcherze, do których wezmą krew. Daniel leży na ziemi i fotografuje ich znoszone buty, malowane zaschniętą ziemią i wieloletnim użytkowaniem. Jakaś kobieta patrzy na niego wilkiem do momentu, gdy inna wskazuje jej jego znaczek prasowy. Periodista, zauważa. Na widok zatwierdzonej przez władze odznaki kobieta łagodzi grymas. Na zapleczu rzeźni młodzi matadorzy ćwiczą ze swoimi promotorami. Daniel robi zdjęcie. – Sí, tam z czasem będzie trenował El Huérfano – zapowiada Rafa. Daniel fotografuje zwisające z sufitu puste haki na mięso, Rafę, który zdrapuje i zmywa krew z posadzki, a następnie składa fartuch na koniec dnia pracy. – Będziesz musiał wrócić porobić zdjęcia podczas treningu. Ale na razie chodźmy na cmentarz. Rafa zatrzymuje posapujący wóz ciężarowy. Wraz z Danielem dosiadają się do tuzina mężczyzn na pace pojazdu. Ludzie ci twarze mają brudne od sadzy, spracowane i wygłodniałe. Trzej z nich dzielą między siebie gliniany dzbanek wina. Gwałtowne podskoki na wertepach sprawiają, że Danielowi szczękają zęby i boli go kość ogonowa. Mężczyzna obok głęboko śpi.

349


Daniel siedzi na własnych nogach i gdy tylko ciężarówka przystaje lub się zatrzymuje, podciąga się na kolana, by fotografować mężczyzn. Zyskał dostęp do innego, nie swojego świata. Znajduje się wewnątrz zdjęcia. I jest tym zachwycony. I wtem, na skrzyżowaniu, dostrzega kadr, na który czekał. Na rogu stoi grupka gwardzistów Guardia Civil. Wrony. Mężczyźni z lakierowanej skóry o duszach z lakierowanej skóry. Na ich twarze pada światło, a ich skrzydlate kapelusze rzucają złowrogie, posiniaczone cienie na pobliską ścianę. Mężczyźni w ciężarówce spuścili wzrok na kolana. Daniel patrzy przez wizjer. To jest to. Wraca mu na myśl rada Bena. Musisz to dobrze rozegrać. Daniel ustawia aparat w pozycji, lecz odsuwa twarz od wizjera, jak gdyby spoglądał gdzie indziej. Naciska spust migawki. Prędko skrywa się z powrotem na pace wozu, powstrzymując oddech. Ciężarówka jedzie dalej. Rafa kręci głową. – Estás loco, Texano. Przepełnia go poczucie tryumfu. Nie jest szalony – jest szczęśliwy. Jadą jeszcze ileś minut, po czym Rafa uderza w budę ciężarówki i kierowca się zatrzymuje. Zeskakują i Daniel rusza za Rafą wzdłuż cichej, bocznej uliczki, która wiedzie wedle skraju cmentarza. – Masz wystarczająco dużo filmu? – upewnia się Rafa. – Mnóstwo. Wchodzą przez małą furtkę dla dozorcy. Na terenie cmentarza stoi buda z blachy falistej wielkości garażu na jeden samochód – wgnieciona, pordzewiała i rozchwierutana. – Amigo, witaj w domostwie El Huérfano – obwieszcza Rafa, rozkładając szeroko ramiona. – Wchodź. W kącie chaty na kupie słomy śpi Fuga. Obok jego odzianych w sandały stóp znajdują się dwie niewielkie drewniane trumienki. Daniel kuca i fotografuje śpiącego. Rafa gwizdem budzi Fugę. – Hola – odzywa się Daniel. Fuga nie odpowiada.

350


Daniel uchyla drzwi, by wpuścić nieco światła. – Podobno mam tu zrobić jakieś zdjęcia. – Sí. Fuga uważa, że jest tu temat na reportaż. – Jakiego rodzaju temat? – Niejasny – odpowiada Rafa. – Te małe trumienki. Co miesiąc parę takich dostajemy. Przynoszą je ze szpitali albo z klinik położniczych. To, rzecz jasna, bardzo smutne. Daniel patrzy na trumny wielkości pudełek na chleb. Na wieku jednej odręcznie narysowano niebieski krzyż, na drugiej – różowy. – Zrób zdjęcie – rozkazuje Fuga. – Tego? – pyta Daniel. Fuga klęka przy trumnie. Bierze z ziemi mały łom. – Zaraz, ale przecież jej nie otworzysz, prawda? – Daniel zerka na Rafę. – Tranquilo, Texano – radzi Rafa. – To pewnie jest nielegalne – zauważa Daniel. Fuga podważa wieko. – Stój! Fuga wyciąga z trumny zwitek muślinu i unosi pustą skrzynkę. – Zaraz – odzywa się z poczuciem ulgi i zdezorientowania Daniel. – Pusta? – Sí – potwierdza Rafa. – Każą wam grzebać puste trumny? – upewnia się Daniel. Fuga zwraca się ku trumnie z różowym krzyżem na wieku. – ¿Bebita? – pyta Daniela. Tak, myśli Daniel, akurat dla małej dziewczynki. Ustawia ostrość w aparacie. Fuga podważa wieko sklejkowej trumny. Daniel robi zdjęcie. Rafa odskakuje w przerażeniu. Obraca się, a z ust buchają mu strugi wymiocin. Trumienka dla małej dziewczynki nie zawiera zwłok. Leży w niej za to amputowana ręka dorosłej osoby, sczerniała i zeżarta przez gangrenę.


110

F

uga stoi przed chatą i dopala brudny kikut papierosa, który znalazł gdzieś pod nogami. Rafa siedzi na ziemi, twarz kryjąc w dłoniach. – ¿Por qué? ¿Por qué? – Od jak dawna to się dzieje? – pyta Daniel. Fuga wzrusza ramionami. – Skoro grzebią puste trumny, to co się dzieje z dziećmi? Odbywają się pogrzeby? Fuga kręci głową. – Kliniki dowożą i płacą. – Płacą wam za grzebanie pustych trumien? Przecież to nie ma sensu. – Exactamente. Dlatego właśnie poprosiliśmy, byś tu przyjechał – włącza się Rafa. – Dla nas to skomplikowana sprawa. Musimy robić swoje. Musimy jeść. Ja pracuję w dwóch miejscach, a i tak ciągle chodzę głodny. Jak wiesz, w końcu mamy widoki na poprawę życia. W niedzielę El Huérfano znowu będzie walczył. I awansuje, jestem tego pewien. Ale ta sprawa mu ciąży. Poprzysiągłem chronić przyjaciela, a to go rozprasza. A w przypadku torreadorów rozproszenie uwagi bywa groźne, dlatego proszę cię o pomoc, Texano. My nic o tym nie możemy powiedzieć. – Rafa milknie, spoglądając na Daniela. – Ale ty owszem. Zabierz swoje zdjęcia do Ameryki. Pokaż je ludziom. Spytaj ich o zdanie. Co się dzieje z hiszpańskimi dziećmi? Rafa nabiera powietrza. – Pomożesz nam?

352


Daniel spogląda na wiszący na jego aparacie znaczek prasowy. Czy powinien o tym pomówić z Benem? A może z Miguelem. Zakonnica z martwym dzieckiem, ten komentarz Nicka, że te dzieci to nie sieroty, teraz zdjęcia trumien – czy w tym się kryje temat? Fuga stoi sam. Papierosa zastąpił długim, suchym źdźbłem trawy. Jest wyprostowany i ćwiczy kroki, jak gdyby był naprzeciwko byka. – Rafa, mogę pomówić sam na sam z Fugą? – odzywa się Daniel. Rafa kiwa głową i odchodzi. Dwaj młodzieńcy, równi sobie wzrostem i odwagą, stoją twarzą w twarz. – Mam poczucie, że mnie nie lubisz – zaczyna Daniel. – Znam takich jak wy. – To dlaczego zaprosiłeś mnie tu, abym zrobił zdjęcia? – Ja nie zaprosiłem. Tylko Rafa. Dziecięce trumienki wprawiają mnie w gniew. Rafa mówi, że to mnie rozprasza. – Rozumiem. Fuga parska pełnym zniesmaczenia śmiechem. Jego głos przechodzi w syk. – Rozumiesz? Nie, nie rozumiesz. Nigdy nie zostałeś porzucony, zniszczony ręką dorosłych, uznany za śmiecia, tak głodny, byś żarł trawę, tak biedny, byś musiał kraść. Powiedz mi, Texano, czułeś kiedykolwiek głód? Daniel myśli nad własnymi słowami. – Przepraszam. Masz rację. Powinienem był powiedzieć, że chcę zrozumieć. – Czemu, żebyś mógł wydrukować smutne obrazki biednej Hiszpanii w tych waszych magazynach? – Nie – odpowiada Daniel. – Żeby móc pokazać skutki wojny i dyktatury. – Czujecie się potężni, bo macie pieniądze. Za pieniądze kupujecie nasze wino i słońce, ale nie możecie kupić prawa do naszej historii. Daniel przyswaja jego słowa. Jeśli jest tu jakiś temat, to do kogo on należy? Spogląda na stojącego przed nim mężczyznę. Twarz i całe ciało Fugi są napięte, zahartowane latami oporu i wytrwałości. Przed niczym nie ucieka. Jego siłą jest jego prawda.

353


– I to tyle? – pyta Daniel. – Nie. Zdaje mi się, że masz mi coś jeszcze do powiedzenia. Fuga wpatruje się głęboko w oczy Daniela, jak gdyby chwytał go za kołnierz jego duszy. Gdy się odzywa, jego słowa ociekają groźbą. – No le hagas daño. Nie zrób jej krzywdy. Daniel odwzajemnia intensywne spojrzenie, nie pozwalając sobie choćby na mrugnięcie. – Nie zrobię. Przeszywają się nawzajem wzrokiem, aż Fuga kończy konfrontację usatysfakcjonowanym skinieniem głowy. Daniel wyciąga ku niemu rękę. Ściskają sobie dłoń. Nadbiega Rafa. – ¡Fantástico! Widzicie, to nie takie trudne. Wszyscy możemy się przyjaźnić. Ale teraz czas zakopać te trumny. Dziś wieczorem El Huérfano ma trening.


111

T

exano! Tak się cieszę, że cię widzę. Właśnie miałem zamykać. – Hola, Miguel. Miałem nadzieję, że zdążę ci zostawić parę rolek do wywołania. – Sí, sí. A ja miałem nadzieję, że będę ci mógł pogratulować tego. – Miguel sięga za kontuar i wyciąga gazetę. Wskazuje na podpis pod zdjęciem i uśmiecha się szeroko. – Pierwsza strona! ¡Felicidades! To z pewnością pozwoli ci wygrać konkurs. – Nie jestem do końca przekonany. Sprawę trochę komplikuje ten mężczyzna na fotografii. – Ten obok generalissimusa Franco? – Sí. To mój ojciec. Miguel kiwa głową, starając się ogarnąć sytuację. – Komitetowi może się to wydać trochę dziwne. Nepotismo, no? Ale na tych rolkach mam parę zdjęć, które mogą się okazać bardzo mocne. Przyniosłem też moje negatywy. Chciałbym, byś zrobił dodatkowe odbitki każdego zdjęcia, które zrobiłem. – Każdego? – Sí. Miguel wskazuje znaczek prasowy. – Oficjalny znaczek pozwala ci pewnie robić bardzo ciekawe zdjęcia. – Miguel sięga, by przyjrzeć się odznace. – Claro, ale muszę go zwrócić. Jak już wywołasz odbitki, pomożesz mi wybrać kilka do zgłoszenia konkursowego? – To będzie dla mnie zaszczyt. A jak tam Rafa i jego matador?

355


– Bardzo dobrze. W tę niedzielę El Huérfano ma walkę w Arganda del Rey. – Qué bien. I Ana? Jak jej się układa? Daniel patrzy na Miguela i nie jest w stanie powstrzymać uśmiechu. – Układa nam się bardzo dobrze. – Aha, rozumiem – odpowiada Miguel. – Bardzo mnie to cieszy. – Mnie też – zapewnia Daniel.

* Daniel wychodzi z metra, wspominając pierwszy raz, kiedy jechał nim razem z Aną. Teraz w Madrycie czuje się już swobodnie. Może mógłby ponownie wynająć samochód i zaskoczyć Anę wypadem do Walencji. I wtedy podzieliłby się z nią zamiarem podjęcia studiów w Madrycie. W hotelowym lobby panuje gwar jak zawsze. Carlitos mija Daniela z walizką wielką jak on sam. – Hola, Guzik. Widziałeś może Anę? – Proszę zaczekać – szeptem odpowiada chłopiec. Daniel czeka obok wind. Carlitos wraca pędem i chwyta go za rękaw. Prowadzi go do schowanych w ścianie schodów wiodących do piwnicy. Schodzą dwa stopnie i Carlitos przystaje. – Czy wszystko w porządku? – dopytuje Daniel. Carlitos kręci głową, a oczy ma pełne strachu. – Señor, Ana została zwolniona.


112

Z

wolniona. – Nikt nie wie dlaczego – szepce Guzik. Daniel nerwowo naciska przycisk windy w nadziei, że Ana jest w jego pokoju. Przy panu Van Dornie i Pacu Lobie czeka Lorenza z tacą z papierosami. Obok nich stoi Laura Beth. Wszyscy jak na sygnał kierują wzrok na Daniela. Ściany jego umysłu zaczynają się zapadać niczym topniejąca świeczka. Wybiega na schody i przeskakując po dwa stopnie, dociera na siódme piętro. Mknie przez korytarz i w pośpiechu otwiera zamek w drzwiach apartamentu. – Ana? W pokoju nikogo nie ma. „Nie waż się skrzywdzić naszej Any” – powiedziała do niego kobieta w Vallecas. „Kocham moją pracę, nie mogę się narazić na jej utratę” – twierdziła Ana. No i groźba Fugi. „Nie zrób jej krzywdy”. Daniel krąży po wnętrzu apartamentu. Ktoś musiał wczoraj zobaczyć Anę w jego pokoju. Ben by się nie wygadał, prawda? Czy Ana wspomniała komuś o ich kolacji? Może pomóc. Może to naprawić. Pójdzie do kierownika hotelu i weźmie całą winę na siebie. Będzie błagać o wybaczenie. Poprosi swojego ojca o pomoc. Wykorzysta wszelkie znajomości i przysługi Przysługi.

357


Shep Van Dorn ma u niego dług wdzięczności. Sam tak powiedział w szpitalu dzień po tym, jak Daniel obronił Nicka w bójce. Hilton to amerykański hotel. Dan widział zdjęcie Van Dorna z samym Conradem Hiltonem. Oficjalna prośba ze strony ambasady amerykańskiej na pewno by pomogła. Daniel wybiega z pokoju, chcąc złapać Van Dorna w lobby, zanim ten wyjdzie.

* – Czołem, Dan – wita się Van Dorn. – Przed chwilą spotkałem twoją przyjaciółkę Laurę Beth. Co za wytworna młoda kobieta, a jaka urodziwa – stwierdza. – Istotnie, proszę pana. Czy moglibyśmy porozmawiać na osobności? Van Dorn odpowiada z entuzjazmem: – Oczywiście. Usiądźmy przy tamtym stoliku w kącie. Czy wszystko w porządku? Brakuje ci tchu. Shep Van Dorn wpasowuje swoją szczupłą sylwetkę w fotel. Ma na sobie dokładnie wyprasowaną białą koszulę i wyszczotkowaną marynarkę. Przez wzgląd na madryckie upały musi trzymać w biurze zapasową zmianę odzieży, by móc się po południu przebierać. Lorenza zatrzymuje się przy ich stoliku. – Cygara, papierosy, señor? – Tylko zapałki, złotko – odpowiada Van Dorn. Uśmiecha się do niej i dodaje: – Słuchaj, przekaż jeszcze kelnerowi, by przyniósł szkocką whisky z wodą gazowaną. Proponuje drinka Danielowi, ale ten odmawia. Van Dorn odchyla się w fotelu, splatając dłonie. Spod rękawów migoczą mu złote spinki do mankietów. Daniel odczytuje jego mowę ciała. Nonszalancja podszyta poczuciem władzy. – No to, Dan, w czym mogę pomóc? Daniel nabiera powietrza. – Wspomniał pan w szpitalu, że jeśli kiedyś będę czegoś potrzebował, mam się do pana zgłosić. Van Dorn się uśmiecha.

358


– To prawda, tak było. – Cóż, moja znajoma, która pracuje w hotelu, została zwolniona z mojej winy. Muszę zrobić wszystko, by przyjęto ją z powrotem do pracy. – Rozumiem – odpowiada Van Dorn. – Mówimy o Anie? – Och. – Daniel zastanawia się, jak odpowiedzieć. – Tak, proszę pana. Wiem, że pracowała dla pańskiej rodziny. Wspominała, że byli państwo dla niej bardzo dobrzy. Van Dorn reaguje stłumionym śmiechem. – Doprawdy? Daniel milknie, zaskoczony sarkazmem. – Tak. Skoro pan zna ją i jej charakter, pomyślałem, że mógłby się pan za nią wstawić. Shep Van Dorn nachyla się do niego z zarozumiałym wyrazem twarzy. – Cóż, przyznam, Dan, że to raczej niemożliwe. Żałuję, że to ja muszę ci to powiedzieć, ale Ana jest naciągaczką i złodziejką. To oszustka. Daniel czuje się tak, jakby dostał tymi słowami po twarzy. Van Dorn kiwa głową i wzdycha. – Tak. Wielka szkoda. Ukradła z naszej willi złotą bransoletkę. Kiedy to odkryłem, było już za późno. Zdążyła ją przetopić na złote zęby dla siebie i brata. Zdolna jest, co nie? Wraz z napływem turystów do Hiszpanii część tych żebraków stała się utalentowanymi oszustami. Nie warto nawet im czegokolwiek dawać. Wszystko sprzedadzą. Daniel przypomina sobie rozmowę w Vallecas o sprzedaży przywiezionych przez niego podarunków. Czy przez ten cały czas Ana go oszukiwała? Nie, to nie może być prawda. – Chciałem to zgłosić służbom, ale niestety Nick wplątał się w jakieś wspólne wygłupy z Aną i nie chciałem, by się nim zainteresowano. Tworzą swoisty duet. Dlatego przenieśliśmy ją tutaj, do Hiltona, i mieliśmy nadzieję, że pod czujnym okiem przełożonego się zmieni. Ale okazuje się, że wróciła do starych nawyków. To profesjonalistka. Daniel wpatruje się w Van Dorna, nie potrafiąc wydusić z siebie słowa. – Wiem, że to straszne. Taka ładna buźka. Duża strata. Do Van Dorna podchodzi Lorenza.

359


– Kelner już idzie z pańską szkocką, señor. Chce otworzyć nową butelkę. – A ty nie chciałabyś otworzyć mojej butelki, myszko? – odpowiada Van Dorn z uśmieszkiem. Lorenza patrzy na niego, zaciskając usta. Nakręca palcem lok, po czym wybucha śmiechem, odchylając głowę do tyłu. Nagle Daniel przesuwa ostrość widzenia. Skupia uwagę. Van Dorn odprowadza Lorenzę wzrokiem, po czym wraca do rozmowy. – Tego kwiatu jest pół światu. A tak między nami mówiąc, to nie ma nic złego w zerwaniu jakiegoś kwiatka raz na jakiś czas. Ale mądrzej zrywać je we własnym ogródku, jeśli wiesz, co mam na myśli – stwierdza. – Laura Beth to świetna dziewczyna. Jedno uderzenie. Tyle wystarczy. I poczułby się świetnie. Napaść? Nie. Przysługa dla służby zagranicznej. Daniel wstaje, zamierzając odejść. Walczy z pokusą zaciśnięcia pięści. – Dziękuję za informację, panie Van Dorn. Doceniam to. – Och, czyli już skończyliśmy? – Shep Van Dorn patrzy na niego z uśmieszkiem. Daniel odwzajemnia uśmiech. – Och, tak, proszę pana. To koniec.


POZNAJ MROCZNE OBLICZE SŁONECZNEGO HISZPAŃSKIEGO MIASTA I ZAKAZANĄ, PACHNĄCĄ CYTRYNAMI MIŁOŚĆ W CZASACH KRWAWEJ DYKTATURY

d Madryt, 1957 rok. Faszystowska dyktatura generała Francisca Franco skrywa niejeden mroczny sekret. Tymczasem zagraniczni turyści i biznesmeni, skuszeni obietnicą słońca, wina i szybkiego zarobku, napływają do Hiszpanii. Wśród nich jest osiemnastoletni Daniel Matheson, syn potentata naftowego, który wraz z rodziną przyjeżdża do Madrytu. Chłopak ma nadzieję, że dzięki obiektywowi aparatu nawiąże więź z krajem, w którym urodziła się jego matka. Fotografia – i przeznaczenie – stawiają na jego drodze Anę Torres Moreno. To właśnie z powodu pięknej pokojówki z madryckiego hotelu Castellana Hilton i wstrząsających wydarzeń Daniel pozna śmiertelny strach i prawdziwe szczęście. Gdy chłopak krok po kroku odkrywa tajemnicze losy rodziny ukochanej, natrafia na świeże jeszcze rany i pulsujące bólem ślady po hiszpańskiej wojnie domowej.

Cena 49,99 zł

Fotografie Daniela ściągają na niego niebezpieczeństwo. Musi podjąć trudne decyzje, by chronić tych, których kocha.


Turn static files into dynamic content formats.

Create a flipbook
Fontanny milczenia by SIW Znak - Issuu