Skip to main content

Eric-Emmanuel Schmitt, "Kiedy byłem dziełem sztuki"

Page 1

Schmitt_Kiedy bylem dzielem_2014.indd 2

2014-09-22 15:35:28


KRAKÓW 2014

Schmitt_Kiedy bylem dzielem_2014.indd 3

2014-09-22 15:35:28


Tytuł oryginału Lorsque j’etais une oeuvre d’art © Editions Albin Michel – Paris 2002 © Copyright for the translation by Maria Braunstein Projekt okładki Katarzyna Borkowska, kb-design@o2.pl Fotografia na pierwszej stronie okładki Copyright © saul landell/mex/Getty Images Opieka redakcyjna Aleksandra Kamińska Adiustacja Małgorzata Szczurek Korekta Małgorzata Biernacka Joanna Schoen Projekt typograficzny Irena Jagocha Łamanie Ryszard Baster ISBN 978-83-240-2633-3

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37 Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl Wydanie II, Kraków 2014 Druk: CPI Moravia Books s.r.o.

Schmitt_Kiedy bylem dzielem_2014.indd 4

2014-09-22 15:35:29


Wszystkie moje samobójstwa były nieudane. Właściwie wszystko było nieudane: i życie, i samobójstwa. W moim przypadku jest to tym bardziej okrutne, że zdaję sobie z tego sprawę. Tysiącom ludzi na Ziemi brak siły, sprytu, urody czy szczęścia, mnie jednak odróżnia od nich ta nieszczęsna przypadłość, że jestem tego świadomy. Poskąpiono mi wszelkich darów oprócz jasności widzenia. Nieudane życie, trudno... ale nieudane samobójstwa! Aż mi wstyd. Nie umiem ani żyć pełnią życia, ani się z nim rozstać. Jestem dla siebie bezużyteczny, niczego sobie nie zawdzięczam. Najwyższy czas wykazać trochę woli. Życie dostałem w spadku; śmierć sam sobie zadam! Oto co myślałem owego ranka, patrząc w przepaść, która otwierała się pod moimi stopami. Jak okiem sięgnąć, nic tylko parowy, rozpadliny, ostre wierzchołki skalne, niczym sztylety wbijające się w krzewy, a niżej potężne skłębione wody, wście

Schmitt_Kiedy bylem dzielem_2014.indd 5

5

2014-09-22 15:35:29


kłe, chaotyczne jak wyzwanie rzucane bezruchowi. Zabijając się, mogłem zdobyć trochę szacunku dla siebie. Do tej pory nie miałem żadnego wpływu na swoją egzystencję: zostałem poczęty przez nieuwagę i lekkomyślność, urodziłem się przez wypchnięcie, dorosłem dzięki zaprogramowaniu genetycznemu, słowem, biernie siebie znosiłem. Miałem dwadzieścia lat i... te dwadzieścia lat też potulnie znosiłem. Trzy razy próbowałem przejąć nad sobą kontrolę i trzy razy zawodziły mnie przedmioty: sznur, na którym chciałem się powiesić, urwał się pod moim ciężarem, środki nasenne okazały się pigułkami placebo, a plandeka ciężarówki, która akurat przejeżdżała, zapewniła mi miękkie lądowanie, kiedy spadałem z piątego piętra. Tutaj miałem się sprawdzić, rozwinąć skrzydła; za czwartym razem się uda. Skalisty brzeg Palomba Sol słynął z samobójstw. Spiczasty, ogromny, nadwieszony nad wściekłymi falami sięgającymi stu dziewięćdziesięciu dziewięciu metrów, oferował ciałom, które się z niego rzucały, co najmniej trzy sposoby, by stały się trupami: albo mogły nadziać się na iglice sterczących kamieni, albo roztrzaskać się na strzępy o podwodne rafy, albo utonąć bezboleśnie, ogłuszone uderzeniem o wodę. Od tysiącleci nie zdarzyło się, żeby komuś się nie udało. Szedłem więc pełen nadziei. 

Schmitt_Kiedy bylem dzielem_2014.indd 6

6

2014-09-22 15:35:29


Przed skokiem nabrałem powietrza. Z samobójstwem jest jak ze spadochroniarstwem: pierwszy skok jest najlepszy. Powtórka osłabia emocje, recydywa zniechęca. Owego ranka nawet się już nie bałem. Pogoda była doskonała. Niebo czyste, silny wiatr. Pustka otwierała się przede mną jak czyjeś ramiona. Przyczajone poniżej morze czekało na mnie, zlizując łakomie pianę. Już miałem skoczyć. Wyrzucałem sobie, że jestem taki spokojny. Dlaczego mam to robić w stanie zniechęcenia, skoro tym razem się uda? Więcej życia! Więcej zapału! Śmiało! Więcej siły! Niech moje ostatnie uczucie będzie naprawdę uczuciem! Nic z tego. Pozostawałem obojętny i w dalszym ciągu wyrzucałem sobie tę obojętność. Potem wyrzucałem sobie, że ją sobie wyrzucam. Czyż nie po to właśnie chciałem umrzeć, żeby położyć kres wyrzutom? I po co w ostatniej minucie nadawać wartość temu życiu, z którym się zaraz rozstanę, ponieważ nie jest nic warte? Już miałem skoczyć. Wstrzymałem się jeszcze kilka sekund, aby podelektować się szczęściem płynącym z pewności: wreszcie ze sobą skończę. Pomyślałem, że to wszystko takie łatwe, że tak wdzięczne i proste są moje ostatnie chwile. Jak 

Schmitt_Kiedy bylem dzielem_2014.indd 7

7

2014-09-22 15:35:29


taniec. Zaczynałem właśnie brać lekki rozpęd, by oderwać pięty, i... – Proszę mi dać dwadzieścia cztery godziny! Wiatr przyniósł męski tubalny głos, bardzo dźwięczny. W pierwszej chwili nie uwierzyłem własnym uszom. – Tak, niech mi pan da dwadzieścia cztery godziny. Ani jednej więcej. Sądzę, że tyle wystarczy. Głos zmusił mnie, bym się odwrócił i sprawdził, czy dobywa się z jakiegoś ciała. Ubrany na biało mężczyzna siedział ze skrzyżowanymi nogami na golfowym stołeczku, najeżone pierścieniami dłonie oparł na gałce laski z kości słoniowej i mierzył mnie od stóp do głów, tak jak się ogląda przedmiot. – Oczywiście, trzeba będzie pogłówkować, pobudzić wyobraźnię, ale to... no tak... Zakończył swoją refleksję, wybuchając na krótko śmiechem, który zabrzmiał jak czkawka, jak suchy kaszel. Jego cienkie wąsy uniosły się, odsłaniając rząd zębów, wysyłających w słońcu różnokolorowe błyski. Podszedłem. W emalii kłów i siekaczy osadzone były szlachetne kamienie. Kiedy zbliżyłem się do niego na odległość dwóch metrów, przestał się uśmiechać, jakby się obawiał, że mu je ukradnę. 

Schmitt_Kiedy bylem dzielem_2014.indd 8

8

2014-09-22 15:35:29


Stanąłem. Scena robiła się absurdalna. Nie wiedziałem już, dlaczego sobie przerwałem, nie uchwyciłem nawet sensu słów, przeszkodzono mi. Powiedziałem mu to brutalnie: – Proszę mnie zostawić w spokoju, jestem zajęty. Popełniam samobójstwo. – Tak, tak... zauważyłem... właśnie proponowałem, żeby poczekał pan dwadzieścia cztery godziny. – Nie. – Przecież dwadzieścia cztery godziny to nie tak dużo... – Nie. – Cóż znaczą dwadzieścia cztery godziny, kiedy nie udało się całe życie? – Nie! Nie! Nie! I nie! Zacząłem wrzeszczeć, tak mnie irytował. Zamilkł i odwrócił głowę, jakby się obraził za mój gwałtowny ton, jakbym był niesprawiedliwy. Dąsał się. Wzruszyłem ramionami i poszedłem z powrotem na brzeg skały. Nie będę marnował swojej śmierci dla jakiegoś kretyna, co sobie wprawił w zęby kamienie szlachetne! Wziąłem głęboki wdech, żeby odzyskać spokój. W dole morze wydało mi się jakby bardziej oddalone, dzikie łomoty wody o skałę jeszcze bardziej wściekłe, rafy jeszcze bardziej spiczaste, 

Schmitt_Kiedy bylem dzielem_2014.indd 9

9

2014-09-22 15:35:29


skalne ostrza liczniejsze. Wiatr stawał się skargą, która drażniła mi uszy, lamentem pokonanego. Czy on wciąż tam jest? Też coś! Przecież wcale mnie to nie musi obchodzić. Dokonuję najważniejszego i najgodniejszego aktu w mojej egzystencji. Nic nie powinno mnie rozpraszać. Tak, ale czy on wciąż tam jest? Rzut oka w tył: starał się odgrywać kogoś, kto nie chce przeszkadzać, siedzi sobie i myśli o czym innym, taki elegancki, taki spokojny, jakby słuchał popołudniowego niedzielnego koncertu w altanie parku Floryda. Postanowiłem nie zwracać na niego uwagi i znowu skupiłem się na skoku. Czułem jednak na karku jakiś ciężar. Patrzył na mnie, tak, gdy tylko wiedział, że jest poza moim polem widzenia, wbijał we mnie spojrzenie, byłem tego pewny, dwie czarne źrenice z tyłu parzyły mnie, przytrzymywały, nie chciały mnie puścić. Nie byłem już sam, straciłem spokój. Rozwścieczony, zrobiłem w tył zwrot. – Ja tu nie robię widowiska, tylko popełniam samobójstwo! – Obserwowałem ptaki. – Nie. Jak tylko się odwracam do pana tyłem, czuję na sobie pana wzrok. – Wydaje się panu. 

Schmitt_Kiedy bylem dzielem_2014.indd 10

10 

2014-09-22 15:35:29


– Proszę odejść. – Dlaczego? – Niesamowite! Nie ma pan nic do roboty? Spojrzał z nonszalancją na zegarek. – Nie, obiad mam dopiero za dwie godziny. – Niech się pan stąd wynosi! – Skała jest dla wszystkich. – Niech pan spływa, bo rozwalę panu mordę! – Coś się panu miesza: może jest pan mordercą, ale jest pan również ofiarą. – Nie mogę umierać w takich warunkach! Obojętność, jaką odczuwałem kilka chwil wcześniej, była teraz bardzo daleko, uleciała w przestworza wraz z mewami i pewnie bawiło ją, że daje się bezwolnie unosić wiatrowi. – Chcę być sam. Chcę, by ta chwila należała tylko do mnie. Chcę być spokojny. Jak pan może stać obok człowieka, który zaraz roztrzaska się na skałach? – To pasjonujące. I dodał bardzo spokojnie: – Często tu przychodzę. Źrenice zaszły mu lekką mgiełką, w błękicie jego tęczówki przesuwały się wspomnienia. – Widziałem wielu mężczyzn i wiele kobiet popełniających samobójstwo. Nigdy nie interweniowałem. Ale pan... – Co? 

Schmitt_Kiedy bylem dzielem_2014.indd 11

11 

2014-09-22 15:35:29


– Mam wielką ochotę pana powstrzymać. Zdaję sobie sprawę, że przeszkadzam w realizacji jakiegoś planu, że się panu naprzykrzam. Jednak, to ciekawe, ja, który w ogóle nie zwracam uwagi na bliźnich, nie chcę, żeby się pan rozstawał z życiem. – Dlaczego? – Bo za dobrze pana rozumiem. Gdybym był na pana miejscu, na pewno bym skoczył. Gdybym miał pański wygląd, wygląd tak... zniechęcający, skoczyłbym. Gdybym miał dwadzieścia lat, jak pan, to znaczy dwadzieścia lat, którym brak świeżości, które są już nadpsute, skoczyłbym. Co pan umie robić? Ma pan jakiś talent? Wykształcenie, fach? – Nie. – Ambicję? – Nie. – To niech pan skacze. Miałem mu odpalić, że właśnie mi w tym przeszkadza, ale poczułem, że lepiej przerwać tę rozmowę. Ruszyłem pewnym, stanowczym krokiem w stronę przepaści i równie stanowczo zatrzymałem się na jej brzegu. Moje myśli przytrzymywały mi stopy przy ziemi. Jakim prawem ten upierścieniony człowiek mnie osądza? Jak śmie mi mówić, że nadaję się na złom? Jakim prawem rozka

Schmitt_Kiedy bylem dzielem_2014.indd 12

12 

2014-09-22 15:35:29


zuje mi, żebym skakał? Odwróciłem się i krzyknąłem w jego stronę: – Popełniam samobójstwo nie dla pana, lecz dla siebie. Wstał, rozprostowując długie szczupłe ciało, podszedł i stanął koło mnie. Wiatr kołysał nim w przód i w tył. – Doprawdy, bardzo pan zmienny. Kiedy proponuję, żeby pan nie skakał, pan chce skakać. Kiedy proponuję, żeby pan skoczył, pan nie chce. Czy zawsze musi się pan sprzeciwiać temu, kto do pana mówi? – To, co robię, dotyczy tylko mnie. To, czego nie chcę zrobić, to po prostu przyjąć do wiadomości, że pan tu jest. Proszę odejść. – W każdym razie już za późno, już pan nie skoczy. Jeśli ktoś się waha dłużej niż cztery minuty, nigdy nie skoczy. To dowiedzione. A ja pana obserwuję od ośmiu minut. Uśmiechnął się i słońce gwałtownie rozbłysło na klejnotach w jego zębach. Oślepiony, musiałem zamrugać powiekami. Spojrzał na mnie z powagą. – Proszę pana tylko o dwadzieścia cztery godziny. Niech mi je pan ofiaruje. Jeżeli nie przekonam pana do życia, jutro o tej samej porze mój szofer odwiezie pana i popełni pan to swoje samobójstwo. 

Schmitt_Kiedy bylem dzielem_2014.indd 13

13 

2014-09-22 15:35:29


Wykonał jakiś ruch i od razu dostrzegłem na szosie długą kremową limuzynę; wysiadł z niej wciśnięty w czarną skórę szofer, który palił papierosa, popatrując na horyzont. – Dwadzieścia cztery godziny! Co znaczą dwadzieścia cztery godziny, jeśli zyska pan w tym czasie chęć do życia? Nie rozumiałem go. Ani łagodność, ani dobroć nie emanowały z tego człowieka, który przecież pragnął mnie uratować. Filantropi mają zwykle jakąś gorliwość, zapał, otwartość, naiwne i wilgotne oczy nad poczciwymi krostowatymi policzkami, pogodną pewność siebie – żadnej z tych rzeczy u niego nie znajdowałem. Przyjrzałem mu się z ukosa. Jego ciemne oczy, ukryte pod krzaczastymi przydymionymi brwiami, osadzone w głębi oczodołów, by móc śledzić z ukrycia, nad cienkim, wygiętym jak dziób nosem, zdawały się mierzyć świat z wysokości orlego gniazda. Wpatrzony intensywnie, przez dłuższą chwilę, w kormorany, jakby wybierał ofiarę, obiektywnie rzecz biorąc, był piękny, ale jego uroda nie miała w sobie nic ludzkiego. Był władczy niczym cesarz. Czując, że jest obserwowany, odwrócił się do mnie i siłą woli z trudem się uśmiechnął. Zobaczyłem, jak jego wargi się rozchylają, ukazując rubin, szmaragd, topaz, opal, diament, których 

Schmitt_Kiedy bylem dzielem_2014.indd 14

14 

2014-09-22 15:35:29


nazwy przepowiadałem sobie w myśli. Ale co to jest ów lazurowy błysk na lewym kle? – Proszę mi powiedzieć, ten niebieski kamień to lapis-lazuli? Drgnął i zamknął uśmiech. Świdrujące źrenice spojrzały na mnie z politowaniem. – Lapis-lazuli? Głupek! To nie lapis-lazuli, to szafir. – Zgadzam się. – Słucham? – Daję panu dwadzieścia cztery godziny. W ten sposób zawarłem znajomość z człowiekiem, który zmienił moje życie i którego w swojej naiwności miałem przez kilka miesięcy nazywać moim Dobroczyńcą. Limuzyna wiozła nas w ciszy. Mój Dobroczyńca wyjął z kieszeni w drzwiach butelkę szampana, z drugiej kieliszki. Siedząc na skórzanych brązowych fotelach, odurzeni zapachem ambry, który unosił się w aucie, już trochę zawiani, popijaliśmy metodycznie. Oddawałem się zawzięcie tej czynności, gdyż dzięki niej mogłem uniknąć rozmowy. Poza tym byłem zachwycony, że sączę trunek, jadąc sobie wygodnie. Zresztą gdybym nie widział, jak pejzaż przesuwa się za przydymionymi szybami, przysiągłbym, że samochód w ogóle nie ruszył. 

Schmitt_Kiedy bylem dzielem_2014.indd 15

15 

2014-09-22 15:35:29


Zatrzymaliśmy się przed wyniosłym ogrodzeniem przybranym wiciokrzewem i tarczami herbowymi z kutego żelaza. Portier otworzył bramę. Samochód zgrabnie, bezszelestnie wjechał na teren posiadłości. – Dojeżdżamy do Pępinusa. – Pępinus? – To nazwa mojego domu. Droga wysadzana poprzycinanymi cisami wiła się wokół wzgórza. Wznosiła się nieustannie, jakby szła po spirali śruby. Ten stały skręt w lewo między takimi samymi ścianami takiej samej ciemnej zieleni liści przygważdżał mnie do drzwi. Byłem przyduszony. Stawało się to koszmarem. Serce leciało mi na prawą stronę ciała. Kurczowo trzymałem się klamki. Byłem o krok od zwymiotowania. Mój Dobroczyńca popatrzył na mnie i zorientował się, że ze mną źle. – Pępinus jest w środku spirali – objaśnił, tak jakby miało mi to przynieść ulgę. W końcu samochód się rozprężył, odzyskał długość i stanął przed obszerną willą, której nie opiszę, ponieważ była zbyt obszerna. Powiem tylko, że w najwyższym stopniu ucieleśniała to, co się rozumie przez luksus i ekstrawagancję. Od okrągłego westybulu z kolumnami na wszystkie strony rozchodziły się schody prowadzące do bal

Schmitt_Kiedy bylem dzielem_2014.indd 16

16 

2014-09-22 15:35:29


konów różnej szerokości i wysokości, gdzie wiły się zasłony wznoszące się lub opadające falistymi podmuchami. Podesty ozdabiały ogromne posągi pół ludzi, pół zwierząt w dziwacznych pozach. Majordomus prowadził mnie przez korytarze obwieszone powielanymi w nieskończoność fotografiami gospodarza, które różniły się jedynie nieznacznymi szczegółami. Następnie weszliśmy na węższe schody, gdzie malowane grubymi kreskami obrazy przedstawiały mojego gospodarza uprawiającego miłość ze wszystkimi zwierzętami, jakie istniały od stworzenia świata, nie wyłączając hipopotama i jednorożca. Za każdym razem przystrojony był w narząd narysowany jako wielki, gruby okrągły kij, coś jakby purpurowa pałka, przedmiot kojarzący się raczej z cierpieniem niż z przyjemnością. Majordomus przechodził niewzruszony pośród tych scen godowych, podobnie jak mijani przez nas lokaje i służące; brałem z nich przykład i zachowywałem się tak jak oni. Gdzie ja trafiłem? Na ostatnim piętrze majordomus wprowadził mnie do niewielkiego apartamentu, którego oszklone drzwi balkonowe wychodziły na morze. Zawieszone na listwach gwasze przedstawiały muszle i ślimaki. Niemal się zdziwiłem, ale tylko na moment. Kiedy bowiem podszedłem bliżej, spostrzegłem, że w rzeczywistości są to obra

Schmitt_Kiedy bylem dzielem_2014.indd 17

17 

2014-09-22 15:35:29


zy torturowanych kobiet. Zdecydowanie, jednej tylko rzeczy brakowało na ścianach tego domostwa: umiaru. Majordomus wyszedł, położyłem się na łóżku i nie wiedząc dlaczego, zacząłem szlochać. Łzy napływały same, tak samo czknięcia, które podrzucały mnie gwałtownie na kocu. Musiałem spędzić w ten sposób dobrą godzinę, wstrząsany, coraz bardziej mokry i zasmarkany, ogarnięty jakimś nieokreślonym smutkiem, zanim zrozumiałem, że to kontrast między wolą skończenia ze sobą a obecnością w tym okazałym domu jest dla mnie, przez swoją ogromną rozpiętość, nie do zniesienia. – No to może by mi pan opowiedział trochę więcej o sobie. Którędy on wszedł? I kiedy? Siedział na brzegu łóżka i pochylał się nade mną ze znudzoną miną, która zapewne miała wyrażać współczucie. – Po co? – odparłem. – To pan ma mi dać chęć do życia. – O to niech się pan nie martwi, wszystko w swoim czasie. Podał mi kieliszek szampana. Skąd brał te butelki i szkło, które pojawiały się jak wyciągnięte z rękawa iluzjonisty? Spragniony, przyjąłem wino jak chrześcijanin hostię. Przynajmniej będę mniej myślał, gdy się upiję. 

Schmitt_Kiedy bylem dzielem_2014.indd 18

18 

2014-09-22 15:35:29


– No więc – podjął – kim pan jest? – Zna pan braci Firelli? – Oczywiście! – Otóż ja jestem ich bratem. Parsknął śmiechem. Uznawszy moją odpowiedź za bardzo zabawną, dał się ponieść wybuchom wesołości. Jego rozbawienie wydawało się tym okrutniejsze, że kiedy pękał ze śmiechu, powieki mu się zamykały, jakby nic więcej nie istniało, jakby szyderstwo unicestwiało wszystko, a zwłaszcza mnie! Byłem zmrożony. W końcu wytarł oczy i po raz pierwszy spoglądając na mnie życzliwie, podjął: – Dobrze, pomówmy poważnie: kim pan jest? – Przed chwilą panu powiedziałem. Od dziesięciu lat wywołuje to taką samą reakcję. Jestem bratem braci Firelli i nikt mi nie wierzy. Mam tego dość. Dlatego właśnie chcę umrzeć. Poruszony, wstał i patrzył na mnie badawczo. – Nie do wiary. Macie tę samą matkę? – Tak. – I tego samego... – Tak. – To znaczy... A urodził się pan po, jednocześnie czy przed braćmi Firelli? – Po. Są ode mnie starsi. – Niesłychane! 

Schmitt_Kiedy bylem dzielem_2014.indd 19

19 

2014-09-22 15:35:29


W owym czasie na wyspie, na której mieszkaliśmy, nie sposób było nie wiedzieć, kim są bracia Firelli. Dzienniki, postery, plakaty, reklamy, klipy, filmy, przedsiębiorstwa handlowe kupowały za bajońskie sumy możliwość pokazania braci Firelli. I wtedy sprzedaż się podwajała, klienci walili drzwiami i oknami, inwestorzy patrzyli, jak w kasach rośnie im stos złota: bracia Firelli byli po prostu dwoma najpiękniejszymi chłopcami na świecie. Nikomu nie życzę, by od dzieciństwa musiał współistnieć z pięknem. Z rzadka widywane piękno opromienia świat. Dostępne na co dzień rani, pali i zadaje rany, które się nigdy nie zabliźniają. Moi bracia byli piękni pięknem wyrazistym, pięknem, które nie wymaga żadnego wyjaśnienia. Blask ich skóry miał w sobie coś nierzeczywistego: zdawać by się mogło, że oni sami wytwarzają światło. Ich oczy wyglądały tak, jakby to one wynalazły barwę: były w nich wszystkie odcienie niebieskiego od lazuru po granat przez fiołkowoniebieski, grafitowy, popielatoniebieski, kobalt, indygo i błękit. Ich karminowe, pięknie wykrojone mięsiste, wydatne wargi, zdawały się nieustannie gotowe do całowania. Ich nosy miały idealne proporcje, a drgające nozdrza czyniły je zmysłowymi. Wysocy, idealnie zbudowani, umięśnieni na tyle, 

Schmitt_Kiedy bylem dzielem_2014.indd 20

20 

2014-09-22 15:35:29


by widać było ich kształty, nie za bardzo jednak, tak by mogli zachować elegancję – gdziekolwiek się pojawili, skupiali na sobie wszystkie spojrzenia. Ich doskonałość podkreślał fakt, że było ich dwóch. Dwóch absolutnie identycznych. Brzydcy bliźniacy wywołują śmiech. Piękni bliźniacy wprawiają nas w zachwyt. Ta bliźniaczość nadawała coś cudownego ich wspaniałemu blaskowi. Siła piękna polega na wmówieniu tym, którzy się z nim stykają, że oni sami stają się piękni. Moi bracia zarabiali miliony na sprzedaży tej iluzji. Wyrywano ich sobie, zapraszając na przyjęcia, inauguracje, do programów telewizyjnych, umieszczając na okładkach czasopism. Nie mogłem potępiać ludzi za to, że wpadają w pułapkę tego mirażu, sam bowiem stałem się jego pierwszą ofiarą. Jako dziecko byłem przeświadczony, że jestem równie wspaniały jak oni. W chwili, gdy stali się sławni dzięki komercyjnemu wykorzystywaniu swojego wyglądu, ja właśnie poszedłem do gimnazjum. Kiedy pierwszy nauczyciel, sprawdzając listę, wymówił moje nazwisko, Firelli, twarze uczniów zwróciły się w stronę tego, który wykrzyknął: „Obecny!”. Na ich obliczach odmalowało się osłupienie. Sam nauczyciel miał duże wątpliwości. Zachęciłem go uśmiechem, by ujawnić prawdę. 

Schmitt_Kiedy bylem dzielem_2014.indd 21

21 

2014-09-22 15:35:29


– Czy ty jesteś... jesteś... krewnym braci Firelli? – zapytał. – Tak, jestem ich bratem – oznajmiłem z dumą. Niesamowity wybuch śmiechu wstrząsnął całą klasą. Nawet nauczyciel chichotał kilka sekund, zanim przypomniał sobie o dyscyplinie i nakazał ciszę. Byłem oszołomiony. Coś się przed chwilą wydarzyło – i miało się potem wydarzać nieustannie – coś, czego nie rozumiałem. Nie pojmując nic z lekcji, słysząc tylko jakieś pomruki w obcym języku, niecierpliwie wyczekiwałem przerwy. Rzuciłem się do ubikacji i przejrzałem badawczo w lustrze. Zobaczyłem w nim kogoś obcego. Kogoś zupełnie nieznajomego. Do tej pory widziałem w nim moich braci, bo ani przez sekundę nie wątpiłem, oglądając ich stale, i to w podwójnym wydaniu, że jestem do nich podobny. Owego dnia w starym zdezelowanym lustrze wiszącym nad zapyziałą umywalką odkrywałem banalną nijaką twarz, osadzoną na nijakim korpusie – aparycję tak mało interesującą i pozbawioną wyrazistych rysów czy charakteru, że mnie samego zaczęła natychmiast ogarniać nuda. Poczucie własnej mierności spadło na mnie niczym objawienie. Nigdy jeszcze nie doznałem takiego uczucia; odtąd już mnie nie opuściło. 

Schmitt_Kiedy bylem dzielem_2014.indd 22

22 

2014-09-22 15:35:29


– Jest pan jednym z braci Firelli! – powtórzył mój Dobroczyńca, pocierając podbródek. – No to teraz lepiej rozumiem pana rozpacz. Napełnił mój kieliszek szampanem i pokazał mi wszystkie swoje kamienie szlachetne. – Pana zdrowie! Jestem zachwycony naszym spotkaniem. Spełnia ono moje oczekiwania jeszcze bardziej, niż sobie wyobrażałem. Stuknijmy się. Pozwoliłem mu stuknąć w mój kieliszek, bo byłem już na rauszu i sam pewnie bym nie trafił. – Odnoszę wrażenie, że mnie pan nie rozpoznał – powiedział z urażoną miną. – Mam rację? – Dlaczego... czy... czy powinienem? Jest pan sławny? – Jestem Zeus Peter Lama. Odwrócił skromnie głowę, pewny, że wywarł odpowiedni efekt. Niestety! Nazwisko nic mi nie mówiło i przeczuwałem, że moja ignorancja przysporzy mi kłopotów. Pomyślałem, że trzeba szybko wykrzyknąć: „Ależ oczywiście!” albo: „Cóż za zaszczyt!”, albo: „O, Boże, gdzie ja mam głowę!”, słowem, jakąś formułkę, dzięki której nie wyszedłbym na zupełnego głupka i która by nie obraziła mojego gospodarza. Ale – czy był to skutek spożycia trunku? – nie zareagowałem dość szybko i dopadła mnie jego wściekłość. 

Schmitt_Kiedy bylem dzielem_2014.indd 23

23 

2014-09-22 15:35:29


– Jak się pan uchował, biedaku? Nie tylko nie ma pan wyglądu, ale brak panu inteligencji! Jego głos świszczał jak bat. Wpatrywał się we mnie surowo. – Zna pan braci Firelli, a nie zna Zeusa Petera Lamy? Doprawdy, ma pan siano w głowie. – Znam ich, ponieważ są moimi braćmi i dosyć się przez nich nacierpiałem. Reszta ludzi mnie nie obchodzi. – Nie włącza pan telewizji? Nie zagląda do gazet? – Żeby zobaczyć braci, a nie widzieć siebie? Nie, dziękuję. Zamilkł pod wrażeniem mojej obrony. Wyczułem, że powinienem się okazać jeszcze trochę głupszy, żeby go uspokoić. – A jak pan myśli, dlaczego chcę się zabić? Bo nic nie umiem robić, nic nie wiem. Dziewięć lat w dołku. Niczym się nie interesuję. Podobnie nikt nie interesuje się mną. Może gdybym wiedział, że pan istnieje, nie chciałbym się zabić? Nie wyglądało na to, by bezmiar mojego pochlebstwa go poraził. Uspokoił się, złagodniał i usiadł przede mną. Błagałem: – Proszę mi wyjaśnić, kim pan jest. I niech mi pan wybaczy moją ignorancję, powinienem teraz być pod wodą, na dnie morza, zjadany przez ryby. 

Schmitt_Kiedy bylem dzielem_2014.indd 24

24 

2014-09-22 15:35:29


Odchrząknął i założył nogę na nogę. – To bardzo dla mnie krępujące, że muszę panu wyłuszczać, kim jestem. – Nie, proszę pana, to jest krępujące dla mnie. – To krępujące dla mojej skromności. Bo jestem Zeus Peter Lama, największy malarz i największy rzeźbiarz naszych czasów. Wstał, pociągnął łyk, wzruszył ramionami i utkwił we mnie swoje świdrujące spojrzenie. – Nie owijajmy w bawełnę: jestem geniuszem. Nie byłbym nim zresztą, gdybym tego nie wiedział. Dałem się poznać w wieku piętnastu lat dzięki obrazkom na szarym mydle. Mając lat dwadzieścia, rzeźbiłem w słomie. Mając dwadzieścia dwa, pokolorowałem Dunaj. Mając dwadzieścia pięć, opakowałem Statuę Wolności w lep na muchy. Mając trzydzieści, ukończyłem pierwszą serię popiersi w płynnym miodzie. Potem wszystko szło jak z płatka... Nigdy nie harowałem, młody przyjacielu, nigdy nie jadłem kluchów ani nie głodowałem. Zawsze miałem wszystkiego w bród, niczego mi nie brakowało, jestem znany i uznany na całym świecie przez wszystkich poza takimi przypadkami psychiatrycznymi jak pan. Każdy z moich gestów wart jest fortunę, najmniejszy gryzmoł przynosi mi dożywotni dochód profesora, jestem bogaty jak diabli, ale diabli mnie bynajmniej nie bio

Schmitt_Kiedy bylem dzielem_2014.indd 25

25 

2014-09-22 15:35:29


rą. Słowem, mam geniusz, sławę, urodę i pieniądze. Denerwujące, co? Nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Podszedł do mnie i odsłonił pod wąsami swoją galerię drogich kamieni. – Poza tym jestem nadzwyczajnym kochankiem. Byłem przekonany i pod wrażeniem. Przedstawiał się w tak sugestywny sposób, że nie pozostawiał żadnych wątpliwości. Znowu usiadł naprzeciw mnie. – No i co pan o tym myśli, młody przyjacielu? – Ja... ja... to dla mnie wielki zaszczyt, panie Zeusie Peterze Lama. – Niech pan do mnie mówi po prostu Zeus. Obiad podano na tarasie. Ze trzydzieści młodych dziewcząt, które nie wiadomo skąd się wzięły, paplało głośno przy mozaikowym stole. Głosy wznosiły się w tonacji wysokiej, cichły w niskiej, przechodziły w perlisty śmiech, wybuchały, zachodziły jedne na drugie, dziewczyny prychały, parskały nad talerzami jak łososie przeskakujące przez potok. Żadna nie słuchała swojej sąsiadki; wszystkie mówiły jednocześnie. Po chwili, kiedy już się z tym oswoiłem, zorientowałem się, że perorują tak i podnoszą głos tylko po to, by zwrócić na siebie uwagę pana domu. 

Schmitt_Kiedy bylem dzielem_2014.indd 26

26 

2014-09-22 15:35:29


Ten królował przy stole na honorowym miejscu. Nie zwracał najmniejszej uwagi na wysiłki trzydziestu kobiet. Nie raczył nawet rzucić okiem na którąś z nich ani nastawić ucha na choćby urywek rozmowy; zajęty był grzebaniem w talerzu pełnym owoców morza. Nigdy jeszcze nie widziałem tylu pięknych dziewcząt. Gładka skóra, świeże twarze, długie rzęsy, miękkie włosy, okrągłe, a mimo to smukłe kształty, delikatne nadgarstki i płynne, zręczne ruchy. Z uwagi na lato ubrane były w lekkie tkaniny: pożywiałem się otoczony obfitością nagich ramion, złocistych rąk, odsłoniętych pępków i biustów ledwo podtrzymywanych luźnymi materiami. W przeciwieństwie do mojego Dobroczyńcy przyglądałem się im uważnie, zwracając uwagę na każdy szczegół, próbowałem ściągnąć ich ciekawość, usiłowałem włączać się do pogaduszek. Doświadczenie było okrutne. Miałem uczucie, że nagle stałem się niewidzialny i dotknięty niemotą: daremnie artykułowałem i wyrzucałem z siebie słowa, żadna ich nie słyszała; na próżno ustawiałem się na linii spojrzeń, żadna mnie nie widziała. Kiedy zasiadłem pośród nich, obawiałem się przez moment, żeby stan, w jaki mnie wprawiało tyle kobiet godnych pożądania, nie został zauważony i nie wywołał wybuchu wesołości. Przy deserze byłem już zupełnie spokoj

Schmitt_Kiedy bylem dzielem_2014.indd 27

27 

2014-09-22 15:35:29


ny: na niemą i przezroczystą zjawę zwrócono by większą uwagę niż na mnie. Utwierdziło mnie to w mojej decyzji: nazajutrz wrócę do Palomba Sol i rzucę się ze skały. Podczas obiadu dostrzegłem, że wokół mnie odbywa się próba sił. Młode kobiety toczyły między sobą tajną wojnę. Spięte, mając się na baczności, zachowywały się jak rywalki. Żałosne wysiłki mające na celu zwrócenie na siebie uwagi Zeusa Petera Lamy obciążały ich wypowiedzi niedorzecznymi próżnymi przechwałkami – każda z nich wypuszczała strzały w pozostałe, kadząc sobie naiwnie, stosując żałosną autoreklamę. Walka doszła do szczytu przy kawie, jakby jakiś sędzia miał zaraz ogłosić gwizdkiem koniec gry. Odstawiając spodeczek, Zeus Peter Lama wstał i wskazał palcem jedną z dziewcząt. – Paola, chodź, napijemy się czegoś. Wysoka brunetka wstała, podnosząc triumfalnie podbródek. Pozostałe zwiesiły głowy z ustami wykrzywionymi ze złości. Kiedy tych dwoje wyszło, dziewczyny nie zadały sobie nawet trudu, by udawać, że nadal rozmawiają. Przy stole zapanowała cisza, paraliżująca nasze ruchy podobnie jak upał. Jedynie dochodzące stąd i zowąd odgłosy przeżuwania odróżniały nas jeszcze od posągów. 

Schmitt_Kiedy bylem dzielem_2014.indd 28

28 

2014-09-22 15:35:29


Myśląc, że nadeszła wreszcie moja godzina, pochyliłem się w stronę czarującej sąsiadki. – A więc jest pani zaprzyjaźniona z Zeusem? Zaskoczona, drgnęła i przez pół sekundy mierzyła mnie wzrokiem: zdawać by się mogło, że odkrywa moją obecność. Potem przeniosła uwagę na swoją pustą filiżankę i zapomniała o mnie. Cisza zapanowała na dobre. Rozejrzałem się wokół. Wszystko się zmieniło. Wychodząc, mój Dobroczyńca zerwał zasłonę pozorów. Twarze utraciły maskę młodości i wdzięku; odsłaniały malujące się na nich napięcie: zobaczyłem w nich nienawiść, pogardę, ambicję, cynizm, skąpstwo... Ponieważ dziewczyny miały dopiero po dwadzieścia lat, przywary odbijały się na ich twarzach tylko przejściowo; za kilka lat utrwalą się jako stałe rysy podkreślone zmarszczkami; za kilka lat odmalują ostateczną prawdę na tych obliczach, które na razie chroni młodość. Odchodząc od stołu, nie byłem już nawet pewny, czy uważam je za piękne. Po odbyciu sjesty Zeus Peter Lama wezwał mnie do swojej pracowni. Trzy z młodych kobiet pozowały nago na podium. Skrępowany odwróciłem głowę, czując się jak włamywacz. Ale modelki, zbyt pochło

Schmitt_Kiedy bylem dzielem_2014.indd 29

29 

2014-09-22 15:35:29


nięte tym, by wytrzymać w niewygodnych pozycjach, i skupione na wypatrywaniu pierwszych potknięć i słabości innych, nie poświęciły mi więcej uwagi niż podczas obiadu. – Niech pan podejdzie – powiedział Zeus Peter Lama, dając mi znak, żebym się zbliżył do sztalugi. Stanąłem obok niego. Czując się uprawniony do porównywania, a więc do przyjrzenia się młodym kobietom, przenosiłem wzrok z płótna, które malował, na scenę na podium, która go inspirowała. Ta wędrówka oczu była wyczerpująca dla mojego mózgu. – Co pan o tym myśli? – No... – Nie ma nic wspólnego, prawda? – Ee... nie. Ponieważ Zeus Peter Lama, który wyglądał na wyjątkowo zadowolonego, powiedział to pierwszy, mogłem to wyznać. – Nie, nie ma nic wspólnego... Na podium były trzy nagie młode kobiety, gdy tymczasem płótno przedstawiało pomidora. – Czy naprawdę widzi pan... to? – zapytałem. – Co? – Pomidora. – Gdzie pan widzi pomidora? – Na pana płótnie. 

Schmitt_Kiedy bylem dzielem_2014.indd 30

30 

2014-09-22 15:35:29


– To nie jest pomidor, głupku, to jest czerwień maciczna. Zamilkłem. Nie wiedząc, co to jest czerwień maciczna, uznałem, że rozmowa toczy się w złym kierunku. – Dlaczego podejrzewa pan, biedny durniu, że będę malował to, co mam przed sobą i co wszyscy widzą? – No bo po co zatrudniałby pan modelki? – Modelki, te trzy sztuki? Ciekawe, co takiego mogłyby mi pokazać! Rozdrażniony splunął na paletę. Wzbierał w nim gniew. Żeby się pohamować, wymamrotał: – Modelki! Zeus Peter Lama potrzebuje modelek! To jak powrót do średniowiecza! To chyba jakiś koszmarny sen... Rzucił przybory przed siebie. – Koniec! – wrzasnął do kobiet. – Idźcie się ubrać! Schwyciły w pośpiechu kawałki tkaniny, okryły się i zniknęły bez słowa w obawie przed gromami Zeusa. Zmierzył mnie od stóp do głów. W jego źrenicach zapłonęła złośliwa wesołość. – To niebywałe, do jakiego stopnia nie przyciąga pan spojrzeń. Można powiedzieć, że nie ma pan trzeciego wymiaru. Jest pan płaski. – Wiem. 

Schmitt_Kiedy bylem dzielem_2014.indd 31

31 

2014-09-22 15:35:29


– Tak jakby był pan namalowany na desce. Nie, kiedy mówię „namalowany”, to... W każdym razie nie przeze mnie. A farba już się starła... Gdy się przekonał, że jego uwagi sprawiają mi cierpienie, wybuchnął śmiechem i odzyskał dobry humor. – Nie marzył pan czasem, żeby być brzydki? – Tak, często – odpowiedziałem ze łzami, które łaskotały mi powieki. – To by już było coś. Poklepał mnie po plecach ze współczuciem. – Oczywiście. Po urodzie trzeba wybrać brzydotę. Bez wahania. Jeśli brzydal nie przyciąga od razu, to przecież daje się zauważyć, wywołuje komentarze, ciemność ustępuje, anonimowość znika, droga się otwiera – co ja mówię, droga? – autostrada! Brzydal może tylko robić postępy. Bez przerwy będzie zadziwiał. Im mniej jest uwodzicielski, tym większym uwodzicielem się okaże. Będzie konwersował z wyszukaną galanterią tym lepiej, że kiedy milczy, przegrywa. Będzie odważniejszy, szybszy, bardziej zakochany, bardziej skory do pochlebstw, bardziej się będzie upajał, będzie bardziej hojny, słowem, bardziej skuteczny. Brzydale są wybornymi kochankami. Brzydale są zawsze zwycięzcami w miłości. Wystarczy zresztą rozejrzeć się wokół siebie, ile wspaniałych kobiet wychodzi za mąż za orangutanów. Nie mówiąc o atletach godnych greckich posągów, którzy 

Schmitt_Kiedy bylem dzielem_2014.indd 32

32 

2014-09-22 15:35:29


zawierają małżeństwa z obrzydliwymi larwami. I pomijam nawet stronę pieniężną. Uroda, piękno są przekleństwem, które wywołuje tylko rozleniwienie i gnuśność. Brzydota jest błogosławieństwem, dzięki któremu możesz stać się kimś wyjątkowym, może przemienić życie we wspaniałą egzystencję. Czy nie myślał pan nigdy o tym, żeby się oszpecić? – Myślałem o tym... ale... – Ale co? – Nie zdobyłem się. Wolałem popełnić samobójstwo. – Oczywiście, nie ma pan ani serca, ani jaj brzydala. Ma pan tylko hormony niewdzięcznika. Nie jest pan bardziej waleczny niż cielę. Kiedy mnie tak mieszał z błotem, przebiegła mnie fala gorąca. Odczuwałem prawdziwą przyjemność. Po raz pierwszy czułem się rozumiany. Pragnąłem, by mówił dalej. – Ma pan rację, panie Lama. Ja umiem tylko biernie znosić... Mógłbym znieść to, że jestem piękny, natomiast nie mogę znosić tego, że jestem niewdzięczny. – W istocie, młody przyjacielu, proszę mi powiedzieć, jeśli się mylę, pan nie tylko jest pozbawiony interesującej fizjonomii, ale też nie ma pan za wiele w łepetynie. – Zgadza się! 

Schmitt_Kiedy bylem dzielem_2014.indd 33

33 

2014-09-22 15:35:29


Serce przepełniała mi wdzięczność. Policzki mnie paliły. Nigdy jeszcze nie odczułem tyle sympatii ze strony rozmówcy. Miałem prawie ochotę go ucałować. – A zatem podsumujmy: jest pan nijaki, bezwolny, pusty i zgnębiony. – Otóż to! – Nikogo pan nie interesuje i pana też nikt nie interesuje! – Dokładnie. – Każdy może pana zastąpić? – Byle kto. – Całkiem przeciwnie niż mnie. – Zgadza się, panie Lama. – Czyli to w pewnym sensie nicość? – Tak! – zakrzyknąłem z entuzjazmem. – Jestem zupełnym zerem. Uśmiechnął się, pozwalając mi cieszyć wzrok swoimi kamieniami szlachetnymi. Poklepał mnie życzliwie po plecach i zawyrokował: – Jest pan człowiekiem, jakiego mi trzeba. Mimo próśb Zeus Peter Lama odmówił mi wyjawienia, czego ode mnie oczekuje. – Później... później... mamy czas do rana, no nie? Zoltan, jego szofer, wywiózł go długą posuwistą i bezgłośną limuzyną i niczego więcej się nie 

Schmitt_Kiedy bylem dzielem_2014.indd 34

34 

2014-09-22 15:35:29


dowiedziałem. Ale to nie miało znaczenia! Byłem dla niego interesujący! Dla niego, który żył pośród najbardziej uwodzicielskich kobiet i który dzięki pieniądzom mógł sobie na wszystko pozwolić, przedstawiałem coś jedynego w swoim rodzaju... Przemierzając korytarze Pępinusa, gubiłem się w domysłach. Może Zeus chciał malować mierność? W takim razie byłem doskonałym modelem. Jednak on nigdy nie kopiował tego, co widział; a przyjrzawszy się jego dziełom, które powiększały, wykręcały, deformowały, przejaskrawiały rzeczywistość, o ile nie zamierzały jej ignorować, nie mogłem sobie wyobrazić, żeby wybrał taki właśnie temat. Obojętna nijakość nie wchodziła w zakres ani jego sztuki, ani jego fascynacji. „Jest pan człowiekiem, jakiego mi trzeba”. Pierwszy raz w życiu czułem, że posiadam jakąś cenną zaletę. Jednak, zgodnie z moją nijakością, nie wiedziałem jaką. Rzuciłem się do luster. Co on we mnie widział, czego ja nie widziałem? Zbadałem dokładnie swoje rysy, pochyliłem się w stronę odbicia, próbowałem się zaskoczyć, zachwycić. Nic z tego. W końcu patrzyłem w lustrze na meble lub obrazy, które mnie otaczały i które, jak mi się zdawało, posiadały lepszą prezencję niż ja. Na moment 

Schmitt_Kiedy bylem dzielem_2014.indd 35

35 

2014-09-22 15:35:29


powróciła myśl o pomidorze i przygnębiła mnie. Skoro on w trzech zachwycających nagich kobietach widział pomidora, och, przepraszam, czerwień maciczną, to jaką nadpsutą jarzynę ja mu zainspiruję? „Jest pan człowiekiem, jakiego mi trzeba”. Czas płynie powoli, kiedy czeka się na odpowiedź. Niezliczone dzieła, które wypełniały ten dom, zamiast łagodzić moją niecierpliwość, irytowały mnie swoim nadmiarem. O dziewiętnastej mój Dobroczyńca wrócił i poprosił, żebym do niego przyszedł. W osobnym salonie przedstawił mnie pewnemu człowiekowi składającemu się z samych krągłości. Okulary okrągłe, oczy jak kulki, usta jak duże O – osobnik wydawał się zbudowany wokół brzucha: jego tułów był kulą zakończoną u góry łysą głową, na dole dwiema obutymi stopami. Był opakowany raczej niż ubrany w zmięte lniane tkaniny, a cały pakunek spinał skórzany pasek. Rzemień ten dzielił jego tułów dokładnie na pół, nie powodując żadnych wałków tłuszczu – co było fascynujące z uwagi na korpulentność – i zamiast dopasowywać ubranie do talii, zaznaczał dokładnie miejsce, w którym obie półkule się łączyły, coś jakby zewnętrzny ślad wewnętrznego styku. – To doktor Fichet, który pana zbada. 

Schmitt_Kiedy bylem dzielem_2014.indd 36

36 

2014-09-22 15:35:29


Tonem nieznoszącym sprzeciwu lekarz kazał mi się rozebrać. Kiedy już mnie osłuchał, zbadał mój refleks, odruchy, giętkość, pobrał krew do dziesięciu fiolek, przystąpił do mierzenia mnie taśmą metrową; obmierzył wszystko, obwód szyi, długość piszczeli, szerokość pleców – miałem wrażenie, że jestem u krawca. Gdy skończył pracę, poskładał swoje przyrządy z dużo większą starannością niż ta, z jaką mnie traktował, wymamrotał kilka słów do Zeusa Petera Lamy i opuścił pokój, nawet na mnie nie spojrzawszy. Kiedy zostaliśmy sami, ubrałem się i spytałem Zeusa Petera Lamę: – Dlaczego kazał pan lekarzowi mnie zbadać? – Żeby się dowiedzieć, czy nadaje się pan do realizacji mego planu. – To znaczy? – Poczekam na wyniki analiz, żeby to panu wyjawić. – Kiedy? – Dziś wieczór. Głupi księżyc wpatrywał się we mnie przez drzwi balkonowe. Wciąż wychodziłem z łóżka i kładłem się z powrotem. Nie wiedziałem, co ze sobą zrobić. Z pewną goryczą stwierdziłem, że Zeus Peter Lama wy

Schmitt_Kiedy bylem dzielem_2014.indd 37

37 

2014-09-22 15:35:29


grał zakład: już nie chciałem się zabić, stałem się uzależniony, ciekawość postawiła mnie z powrotem na drodze życia, czekałem na jakieś objawienie. Bo to, co mi oznajmił Zeus Peter Lama, było rzeczywiście objawieniem dla mnie samego. „Jest pan człowiekiem, jakiego mi trzeba”. O północy przyszedł służący, żeby mnie zaprowadzić do pokoju gospodarza. Na środku okrągłego łoża Zeus czekał na mnie w peniuarze, rozparty na różnokolorowych poduszkach – białorudawej jak brzuch łani, czerwonopomarańczowej jak gujański skalikurek i bladoróżowej jak udo nimfy – z kieliszkiem szampana w prawej ręce, z papierosem w lewej. Mój Dobroczyńca nie palił, ale lubił otaczać się dymem; trzymał skręta końcami palców, w ogóle nie podnosił go do ust, zapalał tylko po to, żeby spowić się artystycznie w niebieskie opary. – Młody przyjacielu, mam dla pana dobre wiadomości. – Ach tak? – powiedziałem, choć zaschło mi w gardle. – Doktor Fichet jest zadowolony. Uważa, że nadaje się pan do naszego projektu. – To bardzo dobrze. Poczułem się pewniej, choć wciąż jeszcze się nie dowiedziałem, o co chodzi. Obawiałem się, żeby podczas badania doktora nie wyszły na jaw jakieś 

Schmitt_Kiedy bylem dzielem_2014.indd 38

38 

2014-09-22 15:35:29


nowe ułomności czy wady, które by osłabiły entuzjazm mojego Dobroczyńcy. – Niech pan usiądzie koło mnie. Przedstawię panu swój plan. Papierosa? – Nie. Podrażnia mi gardło. Skrzywił się, marszcząc brwi, zaskoczony, że papieros mógłby wywołać kaszel, bo nigdy nie przyszło mu do głowy, żeby się zaciągnąć. – Bardzo pana proszę, panie Zeusie Peterze Lama, niech mi pan wreszcie opowie o swoim pomyśle, już dłużej nie wytrzymam.

Schmitt_Kiedy bylem dzielem_2014.indd 39

2014-09-22 15:35:29


Każdy z nas nosi w sobie piękno. Cała sztuka polega na tym, by umieć je odkryć. Przypadkowe spotkanie ze słynnym artystą całkowicie zmienia życie bohatera książki. Z niepozornego, zakompleksionego człowieka przeistacza się w budzącą podziw żywą rzeźbę. Wymarzona popularność, sława i bogactwo nagle są na wyciągnięcie ręki. Jednak za sukces musi zapłacić wysoką cenę.

Zyskuje to, o czym zawsze marzył. Traci to, czego dotąd nie doceniał. Czy za cenę sławy warto wyrzec się wolności? Co decyduje o naszej wyjątkowości? Czy naprawdę to, co najważniejsze, widzi się tylko sercem?

Eric-Emmanuel Schmitt, najbardziej poczytny współczesny francuski pisarz, autor książek takich jak Oskar i pani Róża, Dziecko Noego oraz Pan Ibrahim i kwiaty Koranu, poszukuje odpowiedzi na te pytania w intrygującej przypowieści, która podbiła serca polskich czytelników.

Cena 32,90 zł


Turn static files into dynamic content formats.

Create a flipbook