K I N GA FA C O N
SAMULKA
KRAKÓW 2016
Copyright © by Kinga Facon Opieka redakcyjna: Małgorzata Olszewska Redakcja tekstu: Helena Sztajn Opracowanie typograficzne książki: Daniel Malak Adiustacja: Anna Kopeć-Śledzikowska / Wydawnictwo JAK Korekta: Joanna Hołdys / Wydawnictwo JAK Łamanie: Andrzej Choczewski / Wydawnictwo JAK Projekt okładki: Eliza Luty Fotografie na okładce: kobieta – © iStockphoto.com / Erik Khalitov, krajobraz – © iStockphoto.com / gkwt1 Fotografia autorki: Tomasz Facon ISBN 978-83-7515-401-6
www.otwarte.eu Zamówienia: Dział Handlowy, ul. Kościuszki 37, 30-105 Kraków, tel. (12) 61 99 569 Zapraszamy do księgarni internetowej Wydawnictwa Znak, w której można kupić książki Wydawnictwa Otwartego: www.znak.com.pl
1
Ewka konewka! Spadła z drzewka Na kamyczki! I potłukła sobie cycki! To zadziwiające, jak taka głupia przedszkolna wyliczanka dokuczanka może zapaść człowiekowi w pamięć. I w serce. I jak może ciągle boleć. Nadal, po prawie trzydziestu latach. Ewka konewka. Wiadomo, mam na imię Ewa. Ale dlaczego akurat konewka? Czy te potwory miały za małe rozumki, żeby wymyślić coś ciekawszego? Chociażby Ewka panewka. Albo Ewka rzodkiewka. No dobra, nie ma co się oszukiwać, nie w konewce problem. I nie w drzewku. Nawet kamyczki mogą być. Ale dlaczego „potłukła sobie cycki”? I to przy całym przedszkolu? Zwykle rozumuję mniej więcej normalnie, ale czasami wydaje mi się, że to przez tę głupią wyliczankę mój biust jest, jaki 5
jest, czyli właściwie go nie ma. A może to jednak geny? Może po prostu mam biust po tacie. Mój tata jest drobny, smukły, zwinny, niewysoki, inteligentny, przystojny, ale – co tu kryć – biustu nie ma. Szkoda, że nie odziedziczyłam figury po mamie. To znaczy odziedziczyłam, ale od pasa w dół. Też szkoda. Mam na czym usiąść, a moje nogi... Szkoda. Szkoda gadać. Przynajmniej tyle mi się udało, że nie odziedziczyłam po rodzicach cech osobowości, bo miałabym schizofrenię na bank. I kłóciłabym się z sobą całymi dniami i nocami. Może nawet w końcu rozwiodłabym się z sobą. A wracając do mojego biustu, to nie ma co owijać w bawełnę. Ani w nic innego. Najchętniej ubierałabym się w tekturowe pudło, takie z nalepkami OSTROŻNIE! I TRZYMAĆ PIONOWO. *** Z rozpaczą odłożyłam na półkę nowy biustonosz, który kupiłam zwiedziona uśmiechem modelki na opakowaniu. Pomyślałam, że w tym staniku też będę miała taki biust i uśmiech. Ale gdzie tam! Od razu zaczął uwierać, wytrzymałam w nim tylko dziesięć minut. Z braku odpowiedniego pudła włożyłam luźną bluzkę, na to kamizelkę, a całość przykryłam wzorzystą indyjską chustą. Nie spojrzałam w lustro. Po tylu latach człowiek już wie, jak wygląda, po co sobie głowę zawracać. Zresztą czy wygląd naprawdę jest taki ważny? Jestem najlepszym przykładem, że nie. Mój wygląd naprawdę dla nikogo nie ma znaczenia. No dobra, przesadziłam. Czasem któryś z maluchów woła: „Ale pani jest piękna!”. Przeważnie wtedy, gdy zapomnę spiąć włosy. Dzieci są dziwne. 6
Ale i tak rzadko je widuję. Jestem księgową. Tak wyszło. Niestety. Wczoraj długo rozmawiałam z Anią. Ania jest ruda, ma nawet piegi na nosie, ale jest urocza. Wszyscy ją kochają. Oczywiście najbardziej jej mąż, przystojny lekarz. Ania przekonywała mnie, że nawet księgowa jest ważna i potrzebna. Łatwo jej mówić, ona swoją pracę uwielbia. Jest nauczycielką z powołania. Zazdroszczę jej. Ja nie mam powołania ani do księgowości, ani do niczego innego. Jednak według Ani jako księgowa też mogę cieszyć się życiem. Dobry żart. *** – Ewuniu – przekonywała mnie wczoraj – przecież bez ciebie przedszkole nie mogłoby funkcjonować. – Wyobraź sobie, jakie zrobiłoby się zamieszanie, gdybyś przez tydzień nie przychodziła do pracy. Wszyscy byliby zrozpaczeni. Wyobraziłam sobie. Rozkoszny obrazek: moja szefowa z czerwonym nosem i czerwonymi oczami szlocha przy biurku, w progu stoją roztrzęsione kucharki, na zapleczu odbywa się nerwowa narada sprzątaczek. A nad tym wszystkim niczym dym pożarów unosi się żałosny jęk dzieciaków i wychowawczyń: „Aaa! Nie ma pani księgowej! Aaa!”. Aha, pewnie. Gdybym przestała przychodzić do pracy, zatrudniono by inną osobę (na pewno bardziej kompetentną!). I nikt by nie zauważył, że coś się zmieniło. – Nie pocieszaj mnie – mruknęłam. – Albo nie. Pocieszaj, pocieszaj. – Nie pocieszam. Po prostu przedstawiam ci sytuację. Ale to było wczoraj, a teraz zaczyna się nowy dzień, czekają na mnie nowe wyzwania, świat stoi przede mną 7
otworem i... jak to szło? Aha, przyszłość jest jasna, radosna i pełna nadziei. I mam ochotę natychmiast wrócić do łóżka, wleźć pod kołdrę i zwinąć się w kłębek. Dotarcie do pracy zajmuje mi zwykle piętnaście minut, jeśli idę pieszo, albo pół godziny, jeśli jadę na rowerze. To dlatego, że kiedy idę, muszę się spieszyć, żeby zdążyć na czas, a na rowerze jestem szybsza, więc mogę sobie pozwolić na turystyczne rundki i inne ekstrawagancje. Na szczęście zaczynam pracę o dziesiątej, a nie o tak nieprzyzwoitej godzinie jak, powiedzmy, ósma. Tym razem zdecydowałam się na marsz. Trudno, obejdę się bez wizyty w cukierni czy kwiaciarni. Szłam energicznie, spódnica owijała mi się wokół nóg, chusta spadała z ramion. Nagle dotarło do mnie, że znów zapomniałam zamknąć drzwi na klucz. Po raz już nie wiem który. Zatrzymałam się i bezradnie obróciłam wokół własnej osi. Co robić? Wracać? Spóźnię się do pracy. Iść jak gdyby nigdy nic? Tak chyba będzie najlepiej. Pójdę jak gdyby nigdy nic. A jeśli po powrocie zastanę mieszkanie splądrowane przez złodziei, uznam, że o to mi chodziło, bo miałam w domu za dużo rzeczy, a za mało przestrzeni. Idąc, zastanawiałam się, czego będzie mi po rabunku najbardziej brakowało. Raczej niczego. No, mogliby mi zostawić serwis do kawy. Chociaż jedną filiżankę. *** Przed wejściem do przedszkola zatrzymałam się, by zerknąć na marcinki rosnące wzdłuż alejki. O ja cię... Wyglądają, jakby patrzyły na mnie i się uśmiechały. I wtedy stało się to, co musiało się stać. Spadła na mnie ciemność – stara wredna znajoma. Wszystko zasnuło się cieniem. Marcinki 8
zszarzały, chodnik utonął w mroku. Kiedy ruszyłam ponownie, czułam się, jakbym szła nie po płytach, a po ziemi na świeżym grobie. Weszłam, przywitałam się z kucharkami. Dzieciaki hałasowały w salach jak zwykle. Szum jak nad morzem albo w jodłach na gór szczycie. Biedactwa... Niech się bawią, póki mogą... Ciemność nie opuszczała mnie, ściskała moje serce, skręcała żołądek, odbierała siłę. Udało mi się dotrzeć do swojego pokoiku. Rzuciłam torebkę na biurko, a siebie na krzesło. Jest dobrze. Jest pięknie. Wszystko w porządku. Włączyłam komputer, otworzyłam szufladę, wyciągnęłam zielony segregator, schowałam go z powrotem, wyciągnęłam żółty segregator. Wszystko w porządku. Nic mi nie grozi. Wszystko będzie dobrze. Zaraz się rozpłaczę. *** Między trzynastą a czternastą robię sobie zwykle przerwę na kawę. Mam w pracy własną filiżankę (ciemnobrązową z beżowym spodkiem), łyżeczkę i cukier trzcinowy. No i kawę. Wiem, wiem, powinnam raczej coś zjeść, ale nie mam siły odmawiać sobie tej drobnej przyjemności. Najważniejsze, żeby nikt mi nie przeszkadzał. Zamykam drzwi i zasłaniam okno lawendową firanką. Mogę pić kawę, czytać i n i e m y ś l e ć. Dobrze. Zaraz, moment. Nie ma ciastka. Ani okruszynki, ani kawałeczka. Ale nie, nie wpadam w panikę, nie wybiegam z przedszkola i nie pędzę do cukierni. Nic z tych rzeczy. W sytuacjach takich jak ta, czyli kryzysowych, zwanych też podbramkowymi, działam w sposób opanowany i rutynowy. 9
Przesuwam filiżankę i wysypuję na beżowy spodek łyżeczkę cukru. Moczę w kawie mały palec, wkładam go do cukru, a następnie do ust. Oto ja. Kobieta, która radzi sobie z problemami. Kobieta niepokonana. Otworzyłam książkę. Dziesięć minut to niewiele, ale zawsze coś. Ciemność się rozproszyła. Znów panowała normalna szarość, mgła, przez którą od kilku lat brnę jak polarnik przez zadymkę. Z tą różnicą, że polarnik brnie do celu, a ja w kółko. Z przerwami na kawę. Skończyłam na momencie, gdy Łucja spotyka Aslana. Czytając ten fragment, zawsze odczuwam coś w rodzaju ulgi; twarda kula siedząca gdzieś między moim żołądkiem a sercem trochę mięknie i mogę odetchnąć. No, koniec przerwy. Odsłoniłam okno. Spojrzałam na alejkę z marcinkami. Nie boję się, nie boję się, nie boję... Przemknęłam na zaplecze, by umyć filiżankę, łyżeczkę i spodek. Oraz palec. W przedszkolu było dziwnie cicho. Nasłuchiwałam w korytarzu. Cisza. Zajrzałam do sali. Aha, bawią się w króla ciszy. Dzieciaki przejęte, że mało nie pękną, a wychowawczyni siedzi zrelaksowana w fotelu. Niech sobie odpocznie, biedaczka. *** Wróciłam do swojego pokoju. Ciekawe, czy dzisiejsze dzieciaki też tak sobie dokuczają, jak w czasach, kiedy byłam mała. Podobno dzieci są teraz okropne. Wychowują je telewizja, internet i płatne opiekunki, bo rodzice nie mają czasu. Podejrzewam, że potrafią być przykre dla otoczenia. Czy u nas w przedszkolu jest jakaś Ewka? Sięgnęłam po czerwony segregator i znalazłam listę. Wiktoria, Weronika, 10
Paweł, Marcin, Julia, Weronika, Maciej, Marysia, Piotr, Weronika, Julia... O, jest Ewa! Jak mogłam o niej zapomnieć! Młodsza siostra Joasi. Ewa nie dałaby się skrzywdzić. Jest mocna. Nie, nie chodzi o to, że bije innych albo im dokucza. Po prostu jest stanowcza i zna swoją wartość. Obserwuję ją czasem zza firanki, gdy wychodzi z mamą i siostrą do domu. Buzia jej się nie zamyka, błękitne oczy spoglądają figlarnie, mały zaczerwieniony nosek sterczy zadzierzyście. Dziewczynka przeważnie jest w pysznym humorze, nie przejmuje się byle czym. A na trudne sytuacje ma swoje sposoby. Umie na zawołanie zalać się łzami. I płacze tak rzewnie, że serce się kraje. Czasem mam wrażenie, że jej łzy nie spływają po policzkach, lecz tryskają wokół. Istna fontanna. Albo konewka.
2
Kupuję psa. Zdecydowałam się w końcu. Jak długo można się namyślać, zastanawiać, kto kogo przeżyje, i wyobrażać sobie psa warującego przy moim grobie lub siebie klęczącą przy grobie psa? Obie wizje wydawały mi się tak samo straszne i tak samo odbierały mi chęć działania. Ale już się zdecydowałam, teraz wszystko powinno pójść sprawnie. Najpierw kupię taką domową budkę, takie jakby igloo. No i dwie miski. Jedną na wodę, drugą na jedzenie. Aha, i jedzenie! Dobrze. Zapiszę to sobie. Zrobienie sensownej listy bardzo uspokaja. 1. Budka (najlepiej lawendowa, ewentualnie śliwkowa) 2. Dwie miski 3. Psie chrupki 4. Koc 5. Gumowa kość do zabawy 6. Obróżka 7. Smycz 12
A pies? Taki malutki. Może nawet smycz nie będzie potrzebna, może będę nosić go w kieszeni? Na przykład yorczek. Może być też jamnik albo miniaturowy sznaucer. Albo taki biały, puchaty, nie pamiętam, jak się nazywa. Kiedyś wydrukowałam sobie zdjęcia i opisy ras, ale oczywiście gdzieś podziałam te kartki. Włączyłam komputer i wpisałam do wyszukiwarki „psy rasowe”. Po godzinie miałam sieczkę w głowie. Za dużo tego. Ratunku! Po co ludziom tyle odmian psów? Nic, tylko by hodowali. I te wszystkie wystawy, konkursy piękności, całe to czesanie i fotografowanie! Zaraz, a dlaczego w ogóle rasowy? Dobra. W tył zwrot, naprzód marsz. Kupię kundelka. Nie. Nie kupię. Przygarnę. Adoptuję, jak się teraz mówi. Adoptuję kundelka. Weszłam na stronę z psami do adopcji. Porzucona przez właścicieli wesoła Pati czeka na kogoś, kto ją pokocha. Arus jest smutny, bo nikogo nie ma. Zadzwoń. Benkę znaleziono w rowie przy szosie, ze zwichniętą łapą i złamanym żebrem. Została wyrzucona z pędzącego samochodu. Siedem szczeniąt owczarka nizinnego czeka na adopcję. Ten radosny kundelek to Ptyś. Jego rodzeństwo znalazło już dom. Ptyś czeka na dobrego człowieka... Rimka niedowidzi i kuleje, bo ma już swoje lata. Wciąż jednak wierzy, że ludzie nie są źli. Zygo to grzeczny, dobrze wychowany rasowy sznaucer. Czeka na człowieka, którego mógłby uczynić szczęśliwym... 13
Wytarłam oczy i nos, zaparzyłam sobie kawę. Wróciłam do komputera. Tym razem będę ostrożna jak Indiana Jones na ruchomych piaskach. Znalazłam w internecie stronę schroniska w sąsiednim mieście. U nas nie ma; chyba nie jest potrzebne, bo nigdy nie widziałam tu żadnych błąkających się zwierząt, jeśli nie liczyć owadów, ptaków i jeży. Drżącą (naprawdę) ręką wystukałam numer i prawie upuściłam telefon, gdy usłyszałam miły kobiecy głos. – Schronisko dla zwierząt Lassie, słucham? Pozbierałam się i odpowiedziałam najspokojniej, jak potrafiłam: – Dzień dobry. Chciałabym adoptować psa. Niedużego, najchętniej białego. Raczej pieska niż suczkę. – Dzień dobry. Bardzo się cieszę. Czy mogę zadać pani kilka pytań? – Oczywiście. – Czy miała pani już kiedyś psa? – Nie miałam, ale moi dziadkowie na wsi mieli psy i koty. Bardzo lubię zwierzęta. Zawsze chciałam mieć psa, lecz rodzice się nie zgadzali. Pozwolili mi tylko na rybki i myszki. Rybki zdechły... znaczy... umarły, znaczy... eee... zasnęły. Zasnęły już dawno temu. Ale dopóki żyły, chyba były ze mnie zadowolone. Potem miałam myszki. – I jak się pani układało z myszkami? – Głos w słuchawce wydawał mi się coraz bardziej sympatyczny. – Bardzo dobrze. Kochałam je. Pozwalałam im nawet chodzić po moim pokoju, oczywiście nie cały czas, ale codziennie przez godzinkę. Były piękne. Białe, tłuściutkie i bardzo wesołe. To znaczy Pixie była wesoła, Dixie bardziej refleksyjna. W sumie obie pogodne. 14
– A dlaczego chce pani mieć psa? – Hmm... No... Tak... Tak po prostu. – Chciałaby pani przyjechać i obejrzeć psy? – Nie! – krzyknęłam, chyba trochę za głośno. – To znaczy... wolałabym nie. – Przepraszam, że o to pytam, ale to może być istotne przy wyborze psa. Ma pani problem z poruszaniem się? Jest pani niepełnosprawna? Pewnie, że jestem niepełnosprawna. I to bardzo. Nie nadaję się do życia. Ale przecież nie powiem tego tej miłej kobiecie. – Nie, nie. Tylko obawiam się, że gdybym tak chodziła po schronisku, a psy patrzyłyby na mnie z nadzieją... Patrzyły i czekały... Obawiam się, że nie dałabym rady... – Doskonale panią rozumiem. To może ja wybiorę psa, a pani po niego przyjedzie? – Cudownie! – Dobrze. Jeszcze tylko kilka pytań. Mieszka pani w bloku czy w domu jednorodzinnym? – W domku z ogródkiem. – Sama czy z rodziną? – Sama. – Już niedługo nie będzie pani sama. Dawno mi się z nikim tak miło nie rozmawiało. Od trzech lat jakoś, czyli od rozmowy kwalifikacyjnej w przedszkolu. Wtedy też musiałam mówić o sobie, nawet więcej. Między innymi o tym, dlaczego się przeprowadziłam. Wymyśliłam zgrabną historyjkę o lekarzu, który zalecił mi zmianę otoczenia. Moja przyszła szefowa patrzyła na mnie poważnie i udawała – teraz to wiem – że mi wierzy. – Dziękuję bardzo. Dziękuję. Mogę przyjechać jutro? 15
– Tak. Mam pewien pomysł. Proszę mi jeszcze powiedzieć, gdzie pani mieszka. Podałam nazwę miejscowości i ulicę. Na wszelki wypadek dodałam, że to na samym końcu miasta, tuż obok parku i lasu. – Wiem, wiem. Byłam niedawno w waszym parku, bardzo ładne miejsce. W takim razie widzimy się jutro. Może pani przyjechać o dowolnej porze. Jak rozumiem, nie musi koniecznie być mały i biały? – Zdaję się na panią – powiedziałam odważnie, odsuwając od siebie wizję czarnego wodołaza wielkości kanapy. *** Następnego dnia pojechałam do przedszkola samochodem. Rzadko go używam, ale przecież nie pojadę po psa na rowerze. Po wyjściu z pracy kupiłam worek z psią karmą i wpakowałam go do bagażnika, gdzie czekały już stary koc i zamykany wiklinowy koszyk. Po chwili namysłu wróciłam do sklepu, by kupić butelkę wody i przekąski na drogę (dla siebie i psa). Jadąc do schroniska, zastanawiałam się, jak będzie wyglądała podróż powrotna. Co zrobię, jeśli pies będzie wyłaził z koszyka? Albo wył? Albo się bał? Te zmartwienia były cudowne, ożywcze, odświeżające jak morska bryza. Poszłam na całość. Co zrobię, jeśli pies zasika tapicerkę? Albo zwymiotuje? To naprawdę niesamowite uczucie: opuścić na chwilę pełne mroku i mgły otchłanie swojej duszy i zobaczyć inny świat. Choćby miał to być świat zasikanych tapicerek. Pani Joanna, ta, z którą rozmawiałam przez telefon, okazała się niską kobietą o dziewczęcej figurze, wielkich 16
ciemnych oczach i delikatnej twarzy. Spojrzała na mnie życzliwie i chyba trochę nieśmiało. – Dzień dobry, pani Ewo. Proszę usiąść. To chwilę potrwa. Ściany pokoiku pani Joanny były obwieszone zdjęciami psów i kotów, a pod stolikiem leżał duży czarno-płowo-rudy pies z długą jedwabistą sierścią. Gdy weszłam, zaczął wesoło uderzać w podłogę puszystym ogonem. Usiadłam przy stoliku i zaczęłam wypełniać formularz. Kiedy pies dotknął nosem mojej nogi, opuściłam rękę, by go pogłaskać. Był bardzo miły w dotyku. Młócił ogonem coraz szybciej i głośniej. – O, już panią polubił – ucieszyła się pani Joanna i zajrzała pod stół. – Co, Kajtek, podoba ci się ta pani? Może być? Spojrzałam na nią zdumiona. Więc to jest mój pies? Schyliłam się i zajrzałam pod stół, a następnie zsunęłam się z krzesła, przyklękłam, objęłam Kajtka i wtuliłam twarz w jego miękkie futro. *** Jazda powrotna przebiegła bezproblemowo. Rozesłałam koc na podłodze, parówką zachęciłam Kajtka, by wszedł do samochodu, i przywiązałam smycz do fotela (bo co, gdyby po drodze chciał wskoczyć mi na kolana?). Kajtek usiadł bokiem do kierunku jazdy, by mieć mnie na oku. Biedaczek pewnie wciąż nie dowierzał, że jest mój. Pani Joanna powiedziała, że wolałabym nie znać jego historii, więc właściwie nic o nim nie wiem. Poza tym, że kochany z niego zwierzak. Od razu to widać. Ma niesamowicie wesołe oczy i radosny pysk. Pani Joanna wybrała bezbłędnie. Tylko co teraz? Od czego zacząć? 17
– Kajtek – powiedziałam serdecznie, ale stanowczo – w naszym domu będą obowiązywać pewne zasady. Kajtek uniósł ucho i szczeknął żarliwie. – Jeszcze nie wiem jakie, ale wkrótce wszystko wymyślę i ci powiem. Na razie wystarczy, że nie będziesz sikał na podłogę. Będziemy chodzić na spacery, żebyś mógł załatwiać swoje sprawy na dworze. Jasne? Kajtek uśmiechnął się jeszcze szerzej i zaczął młócić ogonem na znak, że zgadza się na wszystko, co wymyślę, nawet jeśli miałyby to być skoki spadochronowe czy szydełkowanie synchroniczne. Muszę się kogoś poradzić. Wiem. Porozmawiam z Jamesem Herriotem. Przecież jest weterynarzem, znającym się na wszystkich stworzeniach – dużych i małych.
3
Jesienne poranki nie są dobrą porą na wstawanie z łóżka. Uważam, że zimowe poranki także. Oraz wiosenne i letnie. Kiedy telefon zagrał pobudkę, zaczęłam codzienną żmudną procedurę przypominania sobie, w jakim celu mam wstać. Rozważyłam różne możliwości i w końcu odnalazłam tę właściwą – śniadanie. Nie byłam głodna, bo zjadłam obfitą kolację, ale wiedziałam, że świeżo zaparzona kawa i jakiś mile kaloryczny dodatek podniosą mnie na duchu. Koszmarne są poranki. Koszmarne są te chwile, gdy człowiek uświadamia sobie, że po prostu nie ma innego wyjścia niż wstać. Przypomniałam sobie poranki sprzed sześciu lat. Nie miałam siły nawet otworzyć oczu. Leżałam w łóżku godzinami, płakałam, przysypiałam, znów płakałam... Zwlekałam się tylko na siku. Ale to już przeszłość. Przede mną nowy dzień i nowy promienny cel – śniadanie. Kawa. 19
Otworzyłam oczy. Pierwszą rzeczą, którą zobaczyłam, był wielki włochaty łeb na mojej poduszce. Wrzasnęłam, ale w tej samej chwili przypomniałam sobie o Kajtku. – Kajtek! – zawołałam z czułością. – Co ty tu robisz!? Ty zwierzaku! Ty futrzaku kochany! Ty Kajtku, ty! Tarmosiłam jego uszy, obejmowałam go i tuliłam. Mój pies sapał, wiercił się, machał ogonem, jakby zaraz miał wzbić się w powietrze, lizał mnie po twarzy i po rękach. – Przestań, potworze! Na podłogę! Siad. I, o dziwo, zeskoczył z łóżka i usiadł. Patrzyłam na niego zdumiona i zachwycona. Mam tresowanego psa! Fantastycznie. Mój entuzjazm opadł nieco, gdy zauważyłam na dywanie mokrą plamę. Najwyraźniej biedaczek posikał się z radości. Pokazałam mu plamę. – Nie wolno! – powiedziałam dobitnie. – Nasza pierwsza zasada! Zapomniałeś? Włożyłam kapcie i poszłam do drzwi. Wyjrzałam na dwór. Brr! Zimno, mokro, okropnie. I ja mam wyjść na spacer z psem? Dopiero po kilku minutach przygotowałam się psychicznie, ubrałam ciepło, przypięłam Kajtkowi piękną, nowiutką smycz i wyszliśmy. Zajrzałam do ogrodu sąsiadów. Pani Mirka ma najpiękniejszy ogród, jaki kiedykolwiek widziałam. Nieduży, otoczony tujami i innymi roślinami, które pewnie też mają jakieś nazwy. Jest piękny o każdej porze roku, nawet jesienią. Większość kwiatów już przekwitła, ale marcinki trzymały się dzielnie i były oczywiście trzy razy większe niż gdziekolwiek indziej. Nie przekwitły też jeszcze astry i bratki. Wciąż zieleniły się paprocie i krzewy owocowe, 20
a po tujach piął się czerwony winobluszcz. Kajtek chyba docenił ten widok, bo z zainteresowaniem wsadził nos między pręty furtki. – Kajtek, tam nie wolno! To zasada numer dwa. Możesz sobie patrzeć, możesz sobie wąchać, ale to wszystko. Tego tylko brakuje, żebyś coś wykopał, obgryzł czy zasikał. Idziemy na spacerek. Jeszcze nigdy nie prowadziłam psa na smyczy. Na szczęście Kajtek miał najwyraźniej jakieś doświadczenie. W sumie chyba całkiem nieźle sobie radziliśmy. Poszliśmy do parku. Przy wejściu zobaczyłam Legolasa. Nie patrzył na mnie, wzrok miał utkwiony gdzieś w dali. Emanował spokojem. Cięciwa jego łuku nie była naciągnięta, strzały spoczywały w kołczanie. Z głównej alejki skręciliśmy nad staw. Na widok kaczek Kajtek szarpnął mnie tak mocno, że o mało się nie udusił. Musiałam użyć całej swojej siły, by go powstrzymać, inaczej by się na nie rzucił. A więc w obliczu kaczek mój autorytet nic nie znaczy. Dobrze, że chociaż siły mi starczyło. Potem poszliśmy do cukierni Łasuch. Należę do jej stałych klientów. Chociaż właściwie wszyscy klienci Łasucha są stali. Ale różni. Jedni normalni, czyli łasuchy, inni nienormalni, czyli tacy, którzy kupują ciastka tylko na specjalne okazje. Nikogo jednak nie osądzam, może ci nienormalni kiedyś się nawrócą. Często długo stoję przy ladzie i leczę smutek widokiem i zapachem ciastek, ciast i ciasteczek. Pani Małgosia patrzy na mnie ze współczuciem, lecz nigdy o nic nie pyta. Bywa, że mija pół godziny, zanim się zdecyduję (nieodmiennie na pączka), a ona zawsze spokojnie czeka i albo obsługuje innych klientów, albo rozwiązuje sudoku. 21
Zobaczyła nas przez szybę – krążyłam przed drzwiami, nie wiedząc, czy wejść z psem, czy zostawić go na ulicy – i dała nam znak, żebyśmy weszli. – Dzień dobry! To Kajtek, mój pies. Proszę dwa pączki. Trzy. – Piękny! A jaki grzeczny! Spojrzałam z dumą na Kajtka siedzącego u moich stóp i zamiatającego posadzkę ogonem. Może mógłby sam chodzić do cukierni i kupować dla mnie pączki? Ale ta myśl zbyt wybiegała w przyszłość, a więc była bolesna i niebezpieczna. Znowu wszystko pociemniało. Zdołałam zapłacić, ale nie pamiętam, jak udało nam się wrócić do domu. Siadłam na podłodze w przedpokoju i objęłam Kajtka. – Biedny psie! Widzisz, na co ci przyszło? Jak ty ze mną wytrzymasz? Popatrzyłam na niego uważnie, szukając oznak niesmaku, zawodu czy zniechęcenia, ale na jego roześmianym pysku zobaczyłam tylko ufność i wierność. *** – Właściwie to chyba powinnam mieć kota. Stare panny zwykle mają koty, prawda? – Hm... Tak, te, które znam, mają. Ale ty nie jesteś przecież starą panną. – Nie, no jasne. Jestem osobą samotną. Singielką. – Źle ci z tym? – Nie... nie źle. Chyba nie... Jest w porządku. Tyle że chyba powinnam mieć kota, a nie psa. Ania roześmiała się. Ma piękny śmiech, delikatny, ale bardzo szczery. Patrzyłam na nią z sympatią – rude włosy 22
nad czołem poskręcały się jej w sprężynki pod wpływem wilgoci. – Jak one sobie radzą? Te twoje znajome stare... no, singielki? – Zwykle tak sobie organizują życie, że nie czują się samotne. Mają różne zainteresowania i pasje. I na nic nie czekają. Niektóre są prawdziwymi mistrzyniami w znajdowaniu przyjemności w codziennych sprawach. A w smutnych chwilach wracają do wspomnień. Wspominają dzieciństwo, młodość, szczęśliwe momenty albo dawne miłości... Ty masz takie wspomnienia, Ewo? Uśmiechnęłam się. Lubię takie rozmowy. Roztrząsanie problemów, które w gruncie rzeczy nic mnie nie obchodzą, pozwala mi zapomnieć o bólu, o którym nie da się mówić. – Chyba nigdy nie kochałam... tak naprawdę. Bywałam zakochana, jasne, ale to były tylko takie romantyczne uniesienia, nie miłość... Nie chciałoby mi się tego wspominać. Ania zamyśliła się. Pewnie zastanawiała się, jak to możliwe. Lecz Ania wielu rzeczy o mnie nie wie. Nie wie na przykład o Sławku. Sama nie rozumiem, czemu nie powiedziałam jej prawdy. Przecież go kochałam, na pewno. To była prawdziwa, najprawdziwsza miłość. Niewielu rzeczy jestem tak pewna. Gdybym go nie kochała, nie pragnęłabym jego szczęścia. – No dobra, kochałam. Raz. Był moim kolegą z roku. Zwyczajny chłopak, ale dla mnie najważniejszy. Często uczyliśmy się razem do egzaminów. Siedzieliśmy w czytelni, on opracowywał jedną część zagadnień, ja drugą. Potem wymienialiśmy się notatkami. Podziwiał mnie, bo byłam zdolna, jednak mnie nie kochał, wiem o tym. Lubił mnie, lubił spędzać 23
ze mną czas. Chodziliśmy razem do kina, na spacery... i tyle. Kiedy byliśmy na trzecim roku, poznał Agnieszkę... – Też ją poznałaś? – Tak, jasne. Potem należeliśmy do jednej paczki. Sławek zwierzył mi się, że się zakochał w Agnieszce, a ja... *** Spacerowaliśmy po Agrykoli. Był późny letni wieczór. Twarz Sławka w świetle latarni wydawała się dziwnie blada. Szedł zamyślony, z rękami w kieszeniach. Jasna grzywka spadała mu na oczy. Wiedziałam już, że nigdy mu jej nie poprawię. Moja ręka nie dotknie jego włosów, nie zsunie się delikatnie na policzek i mocną szczękę pokrytą szorstkim jednodniowym zarostem. „Sławek – zagadnęłam – nie poszlibyśmy jutro do kina, z Agnieszką?” Spojrzał na mnie uradowany. Odgarnął grzywkę z czoła i złapał mnie za rękę. „Zaprosisz ją?” Oczywiście, że zaprosiłam. I oczywiście z nimi nie poszłam. Po czterech miesiącach byli już małżeństwem. *** Wyszłyśmy z Anią na podwórko i oparłyśmy się o niską drewnianą furtkę oddzielającą moje terytorium (pożółkła trawa, jakieś badyle, parę rachitycznych drzewek) od ogrodu pani Mirki. Niestrudzona ogrodniczka akurat grabiła liście. Nie wygląda na swoje lata. Z daleka dałabym jej najwyżej trzydzieści. Niewysoka, czarnowłosa, szczupła i zręczna. Jest już na emeryturze i prawie cały czas spędza na świeżym powietrzu: albo pracuje w ogródku, albo śmiga po okolicy na rowerze. Spojrzała na nas zdyszana, spocona i bardzo zadowolona. 24
– Dzień dobry! – zawołałam. – Pani Mirko, mój pies chce panią poznać! – Dzień dobry! – odkrzyknęła. Znałam ją wystarczająco długo, by wiedzieć, że najpierw skończy to, co robi, a dopiero potem podejdzie. Wymieniłyśmy z Anią spojrzenia. Ciekawe, jak pani Mirka zareaguje na Kajtka. Jest zupełnie nieprzewidywalna. Może będzie z zachwytem głaskać psa, a może zacznie się niepokoić o swój ogród? No ciekawe. W końcu podeszła, zdejmując rękawice i ocierając pot z czoła. Kajtek wachlował ogonem i uśmiechał się do niej. – Ewa, co ty, psa wzięłaś? Lepiej byś sobie chłopa znalazła! Długo jeszcze chcesz być starą panną? Dziewczyno, przecież ty tu zdziczejesz i zgłupiejesz, tak ciągle sama i sama. Nikt cię nigdy nie odwiedza, nie masz żadnych znajomych. Co to za życie? Pies to za mało, zobaczysz. Mówiłam – pani Mirka jest nieprzewidywalna. *** Na popołudniowym spacerze spotkaliśmy Jamesa. Najpierw zobaczyłam w parku jego charakterystyczną sylwetkę, potem zza zakrętu wypadł jego pies Sam. Okrążył swojego pana, machając ogonem i podskakując pognał w naszą stronę. James podniósł rękę w powitalnym geście. Jest naprawdę bardzo towarzyski jak na Anglika. Szkota właściwie. Sam podbiegł do Kajtka. Obszczekał go, obwąchał i dał się obwąchać. Po chwili psy zaczęły się bawić. To znaczy, mam nadzieję, że te przepychanki i podgryzania były zabawą. James podszedł do mnie z serdecznym uśmiechem na spokojnej pociągłej twarzy. 25
– Twój? Opowiedziałam mu o wyprawie do schroniska, o pani Joannie, która tak genialnie wybrała dla mnie psa, i o swoich wątpliwościach wychowawczych. Słuchał z przechyloną głową, od czasu do czasu badawczo spoglądając na mnie poczciwymi szarymi oczami. Pogawędka nieco podniosła mnie na duchu. W kwestii psiej. Trochę się obawiałam, czy sprawdzę się w roli przywódcy dwuosobowego stada, ale co tam! Może wystarczy, jeśli Kajtek się sprawdzi. – James? – odważyłam się na koniec. – Słyszałam, że psy upodabniają się z czasem do właścicieli. Czy to prawda? Czy... – Zamknęłam oczy, żeby nie patrzeć na ciemność, która znów wyciągała po mnie swoje wilgotne macki. – Czy Kajtek będzie... smutny? No, proszę, udało się! – Nie, Ewo, na pewno nie. Nie będzie smutny. Za to ty będziesz radosna. Kochany James. Naiwniak. Chciałabym umieć mu wierzyć.
4
Lubię wieczory. Wieczór, zwłaszcza jesienny, deszczowy i zimny, to fenomenalny pretekst, żeby nie wychodzić z domu. Kajtek to rozumie. Kiedy chce mu się siku, staje przy drzwiach i piszczy, jakby chciał powiedzieć, że już naprawdę nie może wytrzymać i bardzo przeprasza, ale musi wyjść, choć oczywiście nie oczekuje, że będę mu towarzyszyła. Otwieram mu, a on śmiga w wilgotną ciemność, by po chwili wrócić z mokrą sierścią i brudnymi łapami. Łapy trzeba mu wytrzeć, ale to już ostatni wysiłek, a potem mogę wrócić na swój fotel. Tak, mam nawet fotel. Kiedy się tu urządzałam, czułam się na tyle dobrze, że byłam w stanie poświęcić część uwagi meblom i tak dalej. Brałam wtedy leki, więc ciemność cofnęła się, przyczaiła i dała mi trochę odetchnąć. Farmakologiczna ulga. Tata poznał pana Janusza, męża pani Mirki, na jakiejś konferencji, kiedy pisał reportaż o organizacjach pozarządowych. Szybko znaleźli wspólny język – mój ojciec ze swoją 27
wieczną potrzebą naprawiania świata i pan Janusz, który całe życie poświęcił bezrobotnym i bezdomnym. Przy jakiejś okazji tata wspomniał, że myślę o wyprowadzce z Warszawy, a pan Janusz z miejsca wymyślił rozwiązanie. Moje mieszkanie po babci się wynajmie, a za czynsz od lokatorów będę mogła sobie wynająć pół bliźniaka pana Janusza i pani Mirki – i jeszcze mi zostanie. W zasadzie załatwili wszystko za mnie. Nie miałam wtedy siły nawet na wizję lokalną. Wystarczyły mi zdjęcia, zrobione przez pana Janusza, jego opowiadanie, a przede wszystkim nazwa miasteczka. Samulki. Jak sepulki z Dzienników gwiazdowych Lema. Pomyślałam, że będzie tam prawie jak na obcej planecie, a o to przecież chodziło. Sama w całym kosmosie. Piękna (he he!), samotna dama w Samulkach. Po prostu: Samulka. Po przeprowadzce czułam się już na tyle dobrze, że urządzanie nowego domu sprawiło mi niemal przyjemność. Najwięcej serca włożyłam w wystrój sypialni. Pokój gościnny zamknęłam na klucz, który tak dobrze schowałam, że już po kilku dniach nie mogłam sobie przypomnieć, gdzie jest. Ale po co mi to? Nie przewiduję żadnych gości, a już na pewno nie na noc. Moi pełni najlepszych chęci sąsiedzi Wilk i Misiunia – tak się do siebie zwracali, od razu pomyślałam, że to urocze– początkowo nazywali ten pokój dziecinnym, ale odpuścili sobie, kiedy zrozumieli, że na dzieci raczej nie ma tutaj szans. Skupili się na własnych wnukach, które przyjeżdżały licznie i często, napełniając ich część domu tupaniem, wrzaskami i śmiechem. Sypialnia miała być romantyczna. Z pomocą pana Janusza przemalowałam swoje warszawskie meble na biało. Białe łóżko, biała szafeczka i toaletka, biały regał i biała szafa. 28
I liliowe dodatki – zasłony, dywan, narzuta. Boże, co ja sobie wtedy myślałam? I ten żyrandol z kryształkami, i lampka nocna w kształcie orchidei... Oto, do czego jest zdolny człowiek w chwilach euforii. Teraz mam za swoje. Co wieczór przeżywam dziwne rozdwojenie: doznaję satysfakcji estetycznej, a jednocześnie czuję się zażenowana i przygnębiona. Zwykle przeważa satysfakcja i spędzam naprawdę miłe chwile w łóżku, z książką i czasem ze słodyczami. Ale zdarza się, że romantyczna sypialnia jednak wychodzi mi bokiem – wtedy nocuję w dużym pokoju pod pledem w czekoladowo-beżową kratkę. Duży pokój umeblowałam sprzętami pozostałymi z mieszkania babci. Kochana staruszka miała tyle gratów, że starczyło mi na sypialnię, salon i przedpokój. Solidne ciemne meble, perski dywan, obrazy w ozdobnych ciężkich ramach. Tylko fortepianu nie wzięłam. (Bez przesady. Ja i fortepian! Z nas dwojga tylko on zna się na muzyce). Do tego kupiłam staromodną złocisto-kremową tapetę, tiulowe firanki w kolorze écru i grube zasłony z czekoladowego aksamitu. W ciągu dnia miały być upięte po bokach. Dopóki wygrywałam z ciemnością, zaciągałam je tylko na noc. Potem coraz częściej całymi dniami nie odsłaniałam okien. Biedne kwiaty! Tak, miałam kiedyś kwiaty. Gdyby były bardziej zaradne i podlewały się same, zapewne żyłyby do dziś. Niestety stwierdzenie „nie ma życia bez wody” okazało się bezlitoś nie prawdziwe. Pewnego dnia musiałam – ukradkiem, by pani Mirka nie przyuważyła – wynieść ich trupki do śmieci. Miałam takie wyrzuty sumienia, że nie mogłam patrzeć na kwiaty na obrazach po babci. W końcu zdjęłam wszystkie 29
obrazy i schowałam pod łóżkiem. Przez chwilę rozważałam nawet kupno nowych, o innej tematyce, ale myślenie okazało się tak męczące, że nie starczyło mi siły, by podjąć stosowne działania. *** Kiedy wzięłam Kajtka, przygotowałam dla niego kącik do spania w przedpokoju. Rozłożyłam koc na kawałku wykładziny i położyłam obok gumową kość. – Tu będziesz spał – oznajmiłam. Kajtek kiwnął ogonem, obwąchał koc, pogryzł kość na drobne kawałeczki, a gdy nadeszła noc, wskoczył do mojego łóżka. Na moją satynową fiołkową pościel! – Kajtek! – krzyknęłam. – Złaź zaraz! Złaź! Mój kochany tresowany pies zeskoczył na podłogę, usiadł obok łóżka i zaczął dyszeć, radośnie patrząc mi w oczy. Wzięłam książkę ze stolika nocnego, wyjęłam z niej zakładkę, czyli tabliczkę czekolady, i zabrałam się do miłego spędzania wieczoru. Tylko że to dyszenie mi przeszkadzało. Kurczę. – Kajtek! Zamknij pysk! Niestety, tego mój tresowany pies nie potrafił zrobić. Albo udawał, że nie rozumie, o co mi chodzi. Odsunęłam się pod ścianę i wróciłam do lektury. Kajtek najwyraźniej pomyślał, że robię mu miejsce. Wskoczył na łóżko, położył się koło mnie i zaczął dyszeć mi prosto w ucho. – Kajtek! Złaź w tej chwili! Zeskoczył. Posiedział chwilę, potem zwalił się na podłogę. Czytałam, starając się nie słyszeć dyszenia. Kiedy poczułam się senna, wygramoliłam się z pościeli, przesunęłam bosą stopą po miękkim psim futrze i poszłam do łazienki. 30
A Kajtek za mną. Czy ten pies nie ma żadnego wyczucia? Naprawdę musi asystować mi przy sikaniu? Już zapadałam w sen, gdy znów uwalił się tuż obok mnie i zaczął dyszeć. O, nie! – Złaź! – warknęłam. Posłusznie zeskoczył na podłogę. No. Zasnęłam. A pierwszą rzeczą, jaką zobaczyłam rano, był psi pysk na mojej poduszce. I nie poradziłabym sobie, gdyby nie James. Dzięki jego radom udało mi się w końcu nauczyć Kajtka, że nie wolno wchodzić do łóżka. Kupiłam nowy koc, śliwkowy, i położyłam na podłodze w sypialni. To chyba logiczne, prawda? Przyjaciół nie kładzie się spać w przedpokoju.