OLAF KÖHNE ■ PETER KÄFFERLEIN
„... i wtedy wspiąłem się na drzewo” Opowieść o karierze, odwadze i życiu
tłumaczenie
URSZULA POPRAWSKA
Wydawnictwo Znak Kraków 2019
Tytuł oryginału „… dann bin ich auf den Baum geklettert!” Von Aufstieg, Mut und Wandel Original title: „… dann bin ich auf den Baum geklettert!” Von Aufstieg, Mut und Wandel by Dirk Rossmann with Olaf Köhne and Peter Käfferlein © 2018 by Ariston Verlag, a division of Verlagsgruppe Random House GmbH, München, Germany. Projekt okładki Nele Schütz Design, München Adaptacja okładki Adam Gutkowski Fotografia na pierwszej stronie okładki Fot. Tobias Hase/DPA/PAP Opieka redakcyjna Anna Glac Dorota Gruszka Wybór ilustracji Bele Engels Adiustacja Anastazja Oleśkiewicz Korekta Kamila Cieślik Aleksandra Kiełczykowska Łamanie Jan Szczurek Copyright © for the translation by Urszula Poprawska Copyright © for this edition by SIW Znak sp. z o.o., 2019 ISBN 978-83-240-5968-3
Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37 Dział sprzedaży: tel. (12) 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl Wydanie I, Kraków 2019. Printed in EU
SPIS TREŚCI
Wstęp do polskiego wydania – Dirk Roßmann . . . . . 11 Przedmowa. Świat Dirka Roßmanna – Olaf Köhne, Peter Köfferlein . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 15 I STAWANIE SIĘ Protest na drzewie . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Dzieciństwo w ruinach . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Wczesna praktyka . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Pięciu idiotów . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Schopenhauer ze słownikiem Dudena i leksykonem filozofii . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Nagle dwaj ojcowie . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Od drzwi do drzwi – pierwsze pomysły handlowe . . . Zawód: pracownik drogerii . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Start – pomysł na życie . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 9
23 37 45 54 59 68 82 86 99
II WZRASTANIE Marzenie o karierze . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Moja kotwica – psychologia . . . . . . . . . . . . . . . . . . Ze „Spieglem” do NRD . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Spojrzenie w przepaść . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Porażki? Nie istnieją . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Moskwa – doświadczenie szczególne . . . . . . . . . . . Rozwijać się, żeby utrzymać się na rynku . . . . . . . . Wieczny gracz . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
123 130 151 163 176 189 205 221
III BYCIE Postawa życiowa i odwaga cywilna . . . . . . . . . . . . . Przyjaciele . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Czy świat wypadł ze swoich torów? . . . . . . . . . . . . Trzepot skrzydeł motyla . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Pomoc dla Afryki . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Moje dziesięć minut z papieżem . . . . . . . . . . . . . . . Magia łączy ludzi . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Lubię tych, co mają marzenia . . . . . . . . . . . . . . . . . Teraz . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
231 244 256 266 271 296 302 309 314
Wykaz fotografii . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 317
PROTEST NA DRZEWIE
Jest to historia o tym, jak kiedyś na znak protestu wspiąłem się na drzewo i nie chciałem zejść. Żeby to wyjaśnić, muszę cofnąć się w czasie do najgorszego okresu mojego życia, okresu służby w Bundeswehrze. Generalnie nie mam nic przeciw Bundeswehrze jako instytucji. Wojsko z pewnością jest ważne, a jego istnienie słuszne, ale wtedy widziałem to zupełnie inaczej. Dokładnie w dniu moich osiemnastych urodzin, 7 września 1964 roku, otrzymałem powołanie do służby zasadniczej. Termin wyznaczono na kwiecień następnego roku. Służba zasadnicza trwała wtedy półtora roku. Mój ojciec Bernhard zmarł przed sześcioma laty, a matka Hilde cierpiała na silny reumatyzm i nie była w stanie sama prowadzić naszego niewielkiego rodzinnego sklepu – drogerii w Hanowerze. Mój brat Axel studiował, nie mógł więc pomagać; utrzymywał się zresztą dzięki skromnym dochodom, 23
jakie przynosił nasz sklep, ze sklepu żyli też moi dziadkowie. Krótko mówiąc, byłem żywicielem rodziny, odpowiedzialnym za utrzymanie pięciu osób. Dzierżąc w ręku decyzję o powołaniu do wojska, zrozumiałem, że muszę się bronić. Ale co mogłem uczynić? Najpierw potrzebowałem jakiejś wiedzy. Ściągnąłem więc literaturę fachową i wczytałem się w niemieckie przepisy dotyczące prawa obywatela do obrony, a potem złożyłem protest w sprawie mojego powołania. Wystąpiłem w nim z wnioskiem o przewidziane prawem „zwolnienie z powodu wspierania osób będących w potrzebie życiowej”, jak to się nazywało. Służba obronna powinna być dostosowana do możliwości powołanego, a w szczególnych sytuacjach można go z niej zwolnić, tak stanowiły przepisy. I na te przepisy się powołałem. Nie chciałem być kimś, kto odmawia służby wojskowej, po pierwsze, dla zasady, a po drugie, taka odmowa zrodziłaby zupełnie nowe problemy. Obstawałem więc przy swoich prawach. Nasz skromny sklep przynosił miesięcznie około tysiąca pięciuset marek zysku i – jak już wspomniałem – moja rodzina mogła z tego jakoś się utrzymać. „Jeżeli dacie mi tysiąc pięćset marek miesięcznie – oświadczyłem swoim wojskowym przełożonym – wtedy będę mógł zatrudnić kogoś, kto mnie zastąpi i poprowadzi nasz sklep, a wówczas ja stawię się do służby”. Na to oczywiście się nie zgodzono i oddalono mój protest. Pozostałem jednak nieugięty. Matka podpowiedziała mi, żebym poradził się Josefa Augsteina. Josef, brat Rudolfa 24
Augsteina, wydawcy „Spiegla”, był z zawodu adwokatem i już wtedy bardzo znanym prawnikiem. Nasze rodziny – Roßmannów i Augsteinów – znały się od kilkudziesięciu lat. Byliśmy niejako sąsiadami. Stary Augstein prowadził wcześniej w Hanowerze zakład fotograficzny pod nazwą „Foto Augstein. Specjalność – doskonałe powiększenia zdjęć”. Mieścił się on przy Vahrenwalder Strasse, a drogeria moich dziadków, o której później opowiem, położona była kilka ulic dalej. Augsteinowie robili zakupy u moich dziadków i aż do lat pięćdziesiątych byli ich stałymi klientami. Poszedłem więc do Josefa Augsteina. Wysłuchał mnie uważnie. Zastanawiał się przez chwilę – dziś jeszcze widzę, jak siedzi naprzeciw mnie z żarzącą się końcówką papierosa w ustach i sceptycznie mi się przygląda. Skomplikowana sprawa, ocenił, lecz mi pomoże. Nie wy stąpi wprawdzie osobiście jako mój adwokat, ale skieruje mnie do jednego ze swych kolegów, a ten zajmie się moim przypadkiem. Z nowym adwokatem wniosłem sprawę do sądu. I przegrałem. Lecz poddanie się, kapitulacja nie wchodziły w grę, nie leżały w mojej naturze. Czułem, że prawo jest po mojej stronie, i prawo naprawdę było po mojej stronie. Ostatecznie chodziło przecież o finansowy byt moich bliskich. Złożyłem odwołanie. Adwokat poinformował mnie, że potrwa to z półtora roku, zanim sąd ostatecznie rozstrzygnie sprawę. Tymczasem zbliżał się dzień mojego stawienia się w jednostce – 1 kwietnia 1965 roku. Byłem pewien, że wygram sprawę, dlatego nie 25
miałem zamiaru pojawiać się w koszarach. Przecież dopóki nie zapadnie wyrok, nie muszę, sądziłem. Mój adwokat uświadomił mi, że jestem w błędzie; postępowanie sądowe, które jest w toku, nie skutkuje niestety odsunięciem wyznaczonego terminu stawienia się do służby zasadniczej. – Jeśli nie zgłosi się pan w terminie do wojska, zostanie to potraktowane jako osłabianie niemieckich sił obronnych, a pana uznają za recydywistę – oświadczył prawnik. – Odradzam ten krok. Będąc w wojsku, może się pan dalej procesować, ale najpierw musi się pan w nim fizycznie znaleźć. Nie mogłem pojąć tej logiki! – To znaczy, że wygram to odwołanie, tyle że wyrok zapadnie dopiero za półtora roku, kiedy ja tymczasem dawno już skończę służbę w Bundeswehrze, chociaż wcale nie musiałem jej odbywać! A nasz sklep w tym czasie splajtuje! – Niestety, w najgorszym razie tak właśnie może się zdarzyć – odparł adwokat. Nie miałem wyboru: 1 kwietnia rozpocząłem służbę w Bundeswehrze. A moje wejście tam wyglądało tak: – Nazywam się Dirk Roßmann. Jestem obywatelem Niemieckiej Republiki Federalnej. Zaskarżyłem sądownie nakaz odbycia zasadniczej służby wojskowej i… – Szeregowy Roßmann, stulić pysk – wrzasnął przełożony. – Nazywam się Dirk Roßmann. Jestem obywatelem… 26
Tu znów mi przerwano: – Zamknąć mordę! To nie do wytrzymania! – Nazywam się Dirk Roßmann. Jestem obywatelem Niemieckiej Republiki Federalnej. Jestem tu tylko z powodu protestu. – Na co pan sobie pozwala?! – Nazywam się Dirk Roßmann. Jestem obywatelem Niemieckiej Republiki Federalnej… I tak w kółko. Przez pięć miesięcy. Doprowadzałem przełożonych do szału, cały czas będąc uprzejmym, co ich wykańczało. Od kwietnia, przez maj, czerwiec, lipiec i sierpień, aż do 7 września 1965 roku prowadziłem wojnę – z Bundeswehrą. Trzymiesięczną służbę zasadniczą musiałem, zgodnie z oczekiwaniami, powtórzyć jako ten, kto konsekwentnie odmawia wykonywania wszelkich poleceń. Chodziłem z innymi tam, gdzie kazano, ale kiedy na przykład miałem za zadanie złożyć broń i padał rozkaz: „Roßmann, broń!”, odpowiadałem: „Nie zrobię tego. Proszę się nie wysilać, nie złożę broni. Nie potrafię, a poza tym nie chcę”. To była moja standardowa odpowiedź. – Jeśli dalej będzie się pan tak zachowywał, zamkniemy pana! – grozili. – No to co? Mogę iść do puszki. Kiedy nocą oddział ćwiczył alarm, nie ruszałem się z łóżka. Za każdym razem kończyło się wrzaskiem przełożonych. Robiłem wszystko, żeby im grać na nerwach. W efekcie od rana do późnego wieczora słyszałem 27
połajanki i reprymendy. Inni żołnierze też dystansowali się ode mnie, a nawet byli agresywni i kiedy mi doku czali, ja im tłumaczyłem: – Jeśli państwo lekceważy własne prawa, obywatel nie ma obowiązku mu służyć. Gdy patrzę na to po czasie, nie wiem, skąd brała się we mnie tamta bezczelność. Byłem człowiekiem niezamożnym, bez żadnej pozycji. Szkołę powszechną skończyłem jako młodzieniec, który nie wierzył w swoje możliwości. Nie miałem otoczenia, które by mnie wspierało, nikogo, kto by mi pomógł, nawet dziewczyny, która by przy mnie stała. Moja słabego zdrowia matka musiała radzić sobie beze mnie z prowadzeniem drogerii, bo mój studiujący brat był zajęty innymi sprawami. Oczywiście bałem się, że mogą dotkliwie ukarać mnie fizycznie, jeśli nadal nie będę wykonywał rozkazów. Do tego jednak na szczęście nie doszło, to było zresztą zabronione, ale przecież nigdy nie wiadomo… Jedynym środkiem nacisku z ich strony pozostała często przywoływana groźba karceru. Co mi tam, niech mnie zamykają, myślałem. Było mi wszystko jedno. Odebrano mi jednak prawo wychodzenia z koszar na weekend. Przez pięć miesięcy ani razu nie miałem wolnego weekendu, podczas gdy koledzy wyjeżdżali do domów. To była kara za mój protest. Do tego mój adwokat też nie dawał żadnego znaku życia. Zrobiłem, co mi zasugerował, i teraz tkwiłem w koszarach. 28
Ponieważ przełożeni nie wiedzieli już, jak sobie ze mną poradzić, zamknęli mnie, tak jak grozili, w karcerze, ale tylko na dwa dni. W końcu przydzielono mnie do oddziału sanitarnego. Uznano chyba, że przynajmniej tam na coś się przydam, jeśli jestem do niczego w innych sprawach. W dziale sanitarnym spotkałem lekarza sztabowego nazwiskiem Weinzierl, który stał się moim nowym przełożonym. Jakoś mnie polubił, może z litości, a może – w głębi duszy – czuł do mnie coś w rodzaju szacunku. W każdym razie dobrze się rozumieliśmy i regularnie graliśmy w szachy. W szachach byłem mocny, grałem w nie od dziecka. Zaczynało być już prawie przyjemnie, kiedy nagle wszystko się zmieniło. Żeby okiełznać krnąbrnego Roßmanna, Bundeswehra zastosowała ostrzejsze środki. 1 sierpnia wsadzono mnie do jeepa i odtransportowano do Kliniki dla Nerwowo Chorych w Hanowerze-Langenhagen. Panowała tam zupełnie inna atmosfera od tej, do której przywykłem w ostatnich miesiącach. W koszarach byłem zawsze tylko „szeregowym Roßmannem”. A tu lekarze zwracali się do mnie per „panie Roßmann”. Podobało mi się to. Myślałem, że teraz będzie już tylko lepiej. – Panie doktorze – rzekłem – nie jestem chory i nie mam zaburzeń psychicznych; jestem zupełnie normalny. Lekarz – był ode mnie nieco wyższy – wziął mnie pod ramię: – Ależ oczywiście, my przecież wiemy, że pan jest normalny. 29
Lecz powiedział to tak, jakby myślał dokładnie coś przeciwnego, i wtedy po raz pierwszy przemknęło mi przez głowę, że może ze mną rzeczywiście jest jednak coś nie w porządku. Ów medyk był wobec mnie tak miły, że jego zachowanie zbiło mnie z tropu. W klinice skierowano mnie na oddział otwarty, co mi bardzo odpowiadało, a życie toczyło się tam właściwie bardzo przyjemnie. Spędzałem dni, grając z pacjentami – sam nie uważałem się za pacjenta – w ping-ponga. Sprzątałem i starałem się pomagać, jak umiałem. Poza tym psychiatrzy niczego wobec mnie nie stosowali. W ten sposób minęły – abstrahując od okoliczności, które mnie tu przywiodły – cztery bezstresowe tygodnie. Tym, co mnie tylko nękało, była sytuacja w domu. Jak moja matka radzi sobie z prowadzeniem sklepu? Po mniej więcej miesiącu lekarz, który rozmawiał ze mną podczas przyjęcia do kliniki, poprosił mnie do siebie. – Panie Roßmann, muszę panu przekazać wiadomość: dziś zostanie pan zwolniony z kliniki i przekazany Bundeswehrze. Pański pobyt u nas się zakończył. Według mnie jest pan obliczalny, nie stwierdziliśmy niczego złego. Z punktu widzenia medycyny nic nie stoi na prze szkodzie, żeby kontynuował pan służbę wojskową. Ale ja wiem, co jest pana problemem, i napiszę w opinii, że jest pan nerwowy i że nie powinno się pana obciążać sytuacjami stresogennymi. Nie mogę jednak napisać, że jest pan zaburzony psychicznie; jako lekarz nie mogę tego uczynić, obowiązuje mnie lekarska precyzja. Diagnoza, 30
która teraz pomogłaby panu uzyskać zwolnienie ze służby wojskowej, później, w życiu zawodowym, mogłaby panu tylko zaszkodzić. W mojej opinii umieściłem więc jedynie uwagę, że jest pan psychicznie niestabilny. I znów wsadzono mnie do jeepa – był 6 września 1965 roku – i odwieziono do batalionu obrony przeciwlotniczej. Po południu znalazłem się znowu w koszarach. Moi przełożeni zakładali, że te cztery tygodnie w klinice dla nerwowo chorych złamią mnie i sprawią, że spokornieję. Tak się jednak nie stało. Dla mnie nie zmieniło się nic. Zachowywałem się tak samo jak przed pobytem w klinice – nie spełniałem rozkazów. Kiedy tamtego popołudnia kazano mi posprzątać rewir, przebiegło mi przez głowę: „Jeśli teraz popełnię jakieś czyste wariactwo, to oni się wreszcie załamią”. Wyjąłem z szafki na ubrania mundur wyjściowy i włożyłem go. Wyszedłem na zewnątrz w pełnym rynsztunku. Naprzeciw wejścia do koszar stał potężny dąb, najwyższe drzewo w okolicy. Po drzewach wspinałem się od dziecka jak małpa. Piękny, wysoki dąb u wejścia do koszar nie był więc dla mnie szczególnym wyzwaniem. Wiedziałem, jak trzeba się ubezpieczać, wspinałem się coraz wyżej, w zupełnym spokoju, i doszedłem do samego wierzchołka. Tam znieruchomiałem, trzymając się mocno drzewa, i tkwiłem na dębie w swoim mundurze wyjściowym. Po kilku minutach przechodził podoficer i kiedy spostrzegł mnie wysoko w górze, osłupiał. Z pewnością 31
pierwsze, co przyszło mu do głowy, to myśl, że ten Roßmann to jednak czysty wariat. Krzyknął: – Roßmann, co pan tam robi? Natychmiast schodzić! Co za świr! Kompletnie mu odbiło! Ciskał się i grzmiał niby hałaśliwy kobold*. Nie reagowałem. – O, pan się jeszcze przekona – groził. – Złazić na ziemię, ale już! Wrzeszczał tak, że głos odmówił mu posłuszeństwa. A ja siedziałem przy wierzchołku dębu i obserwowałem wszystko z wysokości dwudziestu metrów. Opanowało mnie nieznane dotąd, dziwnie odurzające uczucie – połączenie strachu i zuchwałości. Po mniej więcej godzinie pojawił się wyższy rangą oficer dyżurny. – Szeregowy Roßmann, czy zechce pan zejść z drzewa? Moglibyśmy wtedy wszystko omówić w spokoju. Najwidoczniej ustalono, że jeśli groźby nie skłoniły mnie do zejścia na dół, trzeba zmienić taktykę. Oficer zabrał się do sprawy uprzejmiej, mądrzej psychologicznie. Ale to także nie odniosło żadnego skutku. Dalej siedziałem na drzewie nieporuszony. U dołu zaczął gromadzić się tłumek, wokół dębu zbierało się coraz więcej żołnierzy. Trzymali czasem w ręce piwo z kantyny, rozsiadali się na trawie i przyglądali niesłychanemu zajściu. Po południu zgromadziło się już kilkuset gapiów – wreszcie coś się działo! Pamiętam, że tamtego wieczoru szła * Kobold (niem.) – skrzat, diabełek (przyp. red.).
32
w telewizji transmisja jakiegoś ważnego meczu piłki nożnej, ale Roßmann na dębie stanowił, jak widać, większą sensację. Po zachodzie słońca uruchomiono reflektory. Powoli mijały godziny. Jak długo tkwiłem wysoko na drzewie, nie potrafię dziś już powiedzieć, musiało to być z pięć albo sześć godzin. W pewnej chwili zrozumiałem, że zaczynają się problemy. Poczułem, że muszę koniecznie do toalety. Załatwić się z góry – nie, to byłoby jednak za dużo dobrego. Musiałem po prostu wytrzymać. Późnym wieczorem, gdzieś około godziny 22.00, kiedy ani prośbami, ani groźbami nic nie wskórano, wezwano wóz straży pożarnej. Straż miała mnie ściągnąć za pomocą długiej drabiny. Przeliczono się jednak: moje drzewo było wyższe niż ich drabina. Straż się wycofała. Zrobiła się północ. Teraz przyjechała straż z Langenhagen, lepiej wyposażona niż ta pierwsza. Napięcie wzrosło: jej drabina sięgnęła wierzchołka drzewa. Na górę wdrapał się jeden ze strażaków. Kiedy zrównał się ze mną, sięgnął ręką w moją stronę, żeby mnie chwycić. – Ręce przy sobie – ostrzegłem go – bo inaczej spadniemy obaj. Zabieraj drabinę, sam zejdę na dół, dla mnie sprawa jest zakończona. Powiedziałem tak, bo strasznie chciało mi się sikać. Zresztą i tak bym nie mógł przecież wiecznie siedzieć na drzewie. Kiedy zszedłem i stanąłem na ziemi, zewsząd słyszałem okrzyki powitalne licznie jeszcze zgromadzonych widzów. Poza tym w pogotowiu stało czterech strzelców 33
wyborowych, żeby mnie eskortować, gdy postawię stopę na ziemi. Był też obecny lekarz sztabowy, z którym grałem w szachy, a który nadal był moim przełożonym. – Stop! Ja się nim zajmę. Pójdzie ze mną na oddział sanitarny – powiedział do żandarmów i zabrał mnie z sobą. Przed salką, w której spałem, postawiono straż, żebym nie uciekł. Po akcji na drzewie wszystkiego można się było po mnie spodziewać. Mimo całego napięcia, jakie przeżyłem, spałem mocno i głęboko. Następnego ranka zostałem wezwany do lekarza sztabowego. Chciał wiedzieć, dlaczego wlazłem na drzewo i czy miałem zamiar popełnić samobójstwo. – Dlaczego jest pan tego ciekaw? – zapytałem. Odparł, że musi poznawać ludzkie motywacje. – Wspiąłem się na górę, nie zastanawiając się wiele, po prostu – odparłem. – Tu ciągle żyję w napięciu, i do tego jeszcze te docinki i kpiny żołnierzy, że byłem w wariatkowie. Sytuacja jest dla mnie krańcowo obciążająca. Mimo to nie dam się złamać. – Byłoby jednak dobrze, gdyby zmienił pan zdanie. W dywizji pytają mnie o pańskie samopoczucie. Potrzebuję pańskiej odpowiedzi w formie pisemnej. Proszę napisać na jedną stronę, jak się pan czuje. Nie miałbym nic przeciwko temu, gdyby pan trochę podkoloryzował. Zrozumiałem jego podpowiedź i napisałem, że nie wytrzymam dłużej nacisku, jaki się na mnie wywiera, i że nie wiem, co dalej zrobić ze swoim życiem. Nie mam ochoty żyć, bo straciłem zaufanie do państwa, które łamie 34
prawa obywateli. Nie wierzę też otaczającym mnie ludziom, więc chyba z sobą skończę… Ostro pojechałem. Treść listu przekazano dowództwu dywizji. Było mniej więcej południe. Dwie godziny później przyszedł rozkaz z dowództwa: szeregowego Roßmanna zwalnia się ze skutkiem natychmiastowym z Bundeswehry, zwalniany ma się stawić w szatni, zwrócić broń i otrzymać czterdzieści marek na drogę. Wykonać natychmiast! Nie trzeba było mi tego dwa razy powtarzać. Zrobiłem, jak rozkazano – ironia losu. Ostatni rozkaz, który mnie dotyczył, był pierwszym, który wykonałem. Oddałem mundur, zabrałem z szafki prywatne ubranie i z niewiarygodnym poczuciem satysfakcji opuściłem koszary. Jakbym na nowo się narodził. Był 7 września 1965 roku, dzień moich dziewiętnastych urodzin. Wreszcie byłem wolny. Byłem z siebie dumny, bo czułem, że wygrałem tę walkę. Niepoddanie się było sprawą honoru. Dopiąłem swego. Życie zaczynało się na nowo! Po powrocie do domu, do matki, zająłem się sprawami naszej drogerii, którą matce w trakcie mojej nieobecności udało się jakoś utrzymać. Jakiś czas później dostałem wezwanie z wojska na badanie kontrolne. Lekarz o zmęczonym wyrazie twarzy spytał mnie, jak się czuję. „Dziękuję, dobrze”, odparłem. Na jego biurku leżał gruby stos dokumentów, moje akta z Bundeswehry. Powiedział: – Dokładnie przestudiowałem pański przypadek. Nie będę pana badał, tylko proszę o jedno: niech się pan s zanuje. 35
No i uznał mnie za niezdolnego do służby wojskowej – do końca życia. Do mojej niesławnej „kariery w Bundeswehrze” życie dopisało jeszcze czterdzieści lat później piękną pointę. Klub oficerski z południa Niemiec zaproponował mi w 2004 roku członkostwo honorowe. Myślałem, że to żart. Byłem w błędzie. W jakiś sposób dowiedziano się tam o mojej historii z Bundeswehrą i o tym, jak siedząc przez cały dzień na drzewie, doprowadzałem wszystkich do szaleństwa. Ta odwaga, napisano w uzasadnieniu, domaga się wyróżnienia. Dziś lekko opowiadam tę historię, którą przeżyłem jako osiemnastolatek, i nie mogę nie uśmiechnąć się pod nosem, przypominając sobie radę lekarza sztabowego, że w przyszłości powinienem się oszczędzać. Wtedy jednak sytuacja była dla mnie bardzo trudna, bo nie wiedziałem, jak potoczy się dalej moje życie i czy cała sprawa zostanie rozstrzygnięta na moją korzyść. Jedno w każdym razie jest dla mnie bardzo typowe i pod tym względem nic się nie zmieniło: Arthur Schopenhauer powiedział kiedyś, że ludzie nie odnoszą w życiu sukcesu, bo za wcześnie się poddają. Pod tym względem zawsze stosowałem właściwą taktykę: nigdy nie poddawałem się za wcześnie. Potrafię być nieugięty. Jeśli czegoś chcę, to chcę.