

MONIKA SOBIEŃ-GÓRSKA
ROZDZIAŁ 1
WCHODZĘ
DO KRĘGU
luty 2024 roku
W dużych miastach możesz w nich usiąść codziennie. W mniejszych rzadziej, czasem trzeba dojechać, ale znajdziesz je łatwiej niż psychoterapeutę i są tańsze. Kręgów kobiet przybywa z roku na rok. Nic dziwnego, skoro popyt wciąż rośnie. Czym są i dlaczego kobiety chcą w nich siadać?
Ideą założycielską było odbudowanie czegoś, co nowoczesnym społecznościom odebrały pęd życia oraz praktycznie nieograniczona mobilność – plemienia. Plemienia, a więc wspierającej wspólnoty.
Współczesne kręgi – zdaniem wielu prowadzących – nawiązują do kręgów kobiet, które siadały przed jaskiniami, gotowały pożywienie i czekały na zdobywających to jedzenie partnerów. Czuć w tym naiwny symbolizm – jakby ktoś wziął Disneya, odrobinę antropologii i trochę tęsknoty za czymś, czego nigdy nie było – ale działa. Pomaga uczestniczkom zwizualizować wspólnotę, która w micie założycielskim kręgu
stanowi wartość nadrzędną. Bo mit nie musi być prawdziwy, żeby ludzie w niego uwierzyli.
Teraz kobiety, zmęczone obowiązkami, presją bycia idealnymi na wszystkich polach eksploatacji, mają dać sobie chwilę na to, by w spokoju posiedzieć wśród łagodnie do nich nastawionych współuczestniczek, porozmawiać o życiu i zostać wysłuchane bez oceny. I choć kręgi w formie kilkugodzinnych
spotkań albo wyjazdowych warsztatów wykwitły masowo w ciągu ostatnich kilku lat, to w Polsce zaczęły powstawać już wiele lat temu.
W świecie kręgów panuje wolna amerykanka. Nie trzeba mieć żadnych pozwoleń, ukończonych szkół, certyfikatów, dyplomów ani czegokolwiek, co potwierdziłoby kwalifikacje psychologiczne czy psychoterapeutyczne osoby zakładającej –czy jak mówi się w tym świecie – zawiązującej krąg. I choć często kręgi są przez uczestniczki traktowane jak substytut psychoterapii albo „stosowane” zamiennie z nią, prowadząca nie daje żadnej gwarancji, że potrafi bezpiecznie przeprowadzić proces, w którym wielokrotnie dochodzi do „otwarcia” traum czy wprowadzenia uczestniczek w silne, trudne emocje. Jest to więc ryzykowne. Ale jeśli spojrzeć na frekwencję – nie boimy się ryzyka, gdy chcemy sobie ulżyć w cierpieniu.
Trzeba zaznaczyć, że w Warszawie takie spotkania w kręgach odbywają się parę razy w tygodniu, w kilku, a czasem kilkunastu różnych miejscach, i w tych kręgach każdorazowo zasiada kilkanaście kobiet. Gdy więc pomnożymy uczestniczki przez liczbę miast i dni w roku, zobaczymy tysiące Polek, które po pracy w korporacjach, po zajęciach w szkole, po odrobieniu
Wch O d Z ę d O KR ęg U
lekcji z dziećmi i ugotowaniu obiadu wsiadają w samochody, autobusy i tramwaje, i jadą, by wziąć udział w rytuale nawiązującym do plemiennych wspólnot.
Albo przynajmniej do tego, co za plemienną wspólnotę uznajemy.
Warszawa, centrum, sobota, godzina osiemnasta. Znalezienie kręgu na dzisiejszy wieczór zajęło mi kilkanaście minut. Wpisałam w wyszukiwarkę „krąg kobiet Warszawa”, wyskoczyło kilka propozycji. Wybrałam najbliższą.
Zasady wejścia do kręgu okazały się bardzo proste: wrzucasz do słoiczka od osiemdziesięciu do stu złotych. Ale jeśli się zapiszesz, a nie przyjdziesz, więcej do tego kręgu nie wejdziesz, bo to znaczy, że nie szanujesz osób, którym nie udało się dostać.
Zaakceptowałam regulamin, podałam adres mejlowy i zadeklarowałam, że na pewno będę.
Trzy godziny później jestem w dużym mieszkaniu przerobionym na studio jogi. W progu wita mnie uśmiechnięta brunetka. Przedstawia się jako prowadząca. Wyciągam rękę, ale ona pyta, czy możemy się przytulić. Zgadzam się, choć nie jestem przyzwyczajona do tak szybkiego skracania dystansu. W przedpokoju widzę talerze z ciastem. W kuchni kilka dziewczyn – rozmawiają, robią herbatę. Zauważam słoik, z którego wystają banknoty. Rozumiem, że płaci się z góry. Wkładam swoją stówę do słoiczka. Kieruję się do największego pokoju, to w nim zaaranżowany jest krąg.
Obwód kręgu wyznaczają karty. Rzucam na nie okiem, widzę znaki zodiaku. Odchylam jedną, zapisane są na niej jakieś magiczne wskazówki. Wewnątrz karcianego kręgu leżą olejki eteryczne, kryształy, kamienie mineralne, monety, medaliki, a nawet różaniec. Są kwiaty, jest ciasto, dużo świec. Wokół kręgu na matach siedzą już pierwsze kobiety gotowe, by rozpocząć spotkanie. Patrzą ukradkiem jedna na drugą, te bardziej skrępowane wpatrują się w podłogę albo w sufit. Ubrane są wygodnie, w luźne kolorowe spodnie, dresy, mają swoje maty, kocyki. Siadam na podłodze pod ścianą. Jedna z uczestniczek natychmiast proponuje mi dodatkową matę. Czuję się otoczona serdecznością.
Po paru minutach jesteśmy wszystkie. Dosiada się do nas prowadząca, ale najpierw kilka razy obchodzi krąg w milczeniu. Tłumaczy, że sprawdza, w którym miejscu powinna usiąść. Przymierza się do kilku opcji i powtarza: „Czuję miejsce, czuję, gdzie woła mnie energia”. Patrzę na dziewczyny: nawet jeśli coś sobie myślą, nie odbija się to na ich twarzach.
Prowadząca w końcu zajmuje miejsce obok mnie. Tu ją zaprowadziło „czucie”.
Teraz mamy złapać się za ręce, wziąć parę głębokich, „świadomych” oddechów, zamknąć oczy. Robimy to. Wtedy prowadząca wzywa do naszego kręgu kobiety z naszych rodów, nasze przodkinie, boginie, wszystkie kobiety, które nas wspierają, są nam bliskie. Mówi, że możemy zatopić się w tej kobiecej energii, powiedzieć wszystko, co chcemy. Jednocześnie zaznacza, że nie mamy prawa oceniać wypowiedzi innych.
Jeżeli koniecznie chcemy coś skomentować, musimy najpierw zapytać o zgodę.
Przychodzi czas na wniesienie do kręgu intencji, z którą przyszłyśmy. Trzeba „wzbudzić ją w sobie i energetycznie wpuścić w krąg”. Otwieramy oczy, puszczamy swoje dłonie, odsuwamy się od siebie o kilkanaście centymetrów. Krąg się poszerza. Prowadząca wyciąga z kieszeni nieduży kamień.
Informuje nas, że w kręgu może mówić tylko osoba, która go trzyma. Wtedy nikt nie ma prawa jej przerywać. Kiedy uzna, że skończyła, przekaże kamień osobie z lewej strony.
Rusza pierwsza runda.
Prowadząca mówi o swojej intencji: kobiety są dla niej ważne, chce tworzyć dla nich przestrzeń otwartości, bezpieczeństwa, bliskości. Miała dość trudny rok, wiele rzeczy jej się nie udało, ale jednocześnie czuje w sobie coraz więcej siły, żeby odrzucać presję oczekiwań rodziny i społeczeństwa. Próbuje żyć tak, jak podpowiada jej intuicja. I choć czasem miewa depresyjne nastroje, wie, że idzie w dobrą stronę.
Przekazuje kamień dalej. Wychodzi na to, że będę mówiła jako ostatnia. Czuję ulgę.
Pierwsza uczestniczka od razu zaznacza, że to jej debiut w kręgu, trochę się boi, że nie do końca rozumie, co ma teraz powiedzieć, i najchętniej powiedziałaby później. Puszcza kamień dalej. Druga uczestniczka mówi w podobnym tonie, ale dodaje, że jej intencją jest pobycie w kobiecej energii. Kolejna opowiada, że pracuje w korporacji na wysokim stanowisku i od czasu do czasu zasiada w kręgach kobiet. To dodaje jej energii, bo od dawna „jest w rozwoju duchowym” i wie, że
przez lata niepotrzebnie rozdawała siebie na prawo i lewo.
Przyznaje, że nie można kochać innych, nie kochając przede wszystkim siebie. Po ciężkim dniu w korporacji chodzi na jogę, na pracę z ciałem, warsztaty rozwojowe i właśnie kręgi kobiet. Nie ma wielkiej intencji, chce po prostu „poczuć siłę w kobiecej mądrości”.
Następna kobieta przyszła tu, bo przeżywa kryzys związany z przejściem na emeryturę. Całe życie była aktywna, od rana do wieczora miała mnóstwo zadań, dzięki temu czuła się potrzebna. Teraz ma czas, ale nie potrafi znaleźć sobie miejsca. Mąż świetnie odnalazł się na emeryturze, ma swoją pasję i w końcu czas na to, by ją realizować. Ona chodzi z kąta w kąt.
Zgubiła gdzieś wolę i sens życia. Do tego doszły problemy ze snem, lęk przed wojną.
– Straciłam na wojnie dużą część rodziny, teraz boję się, że ta ukraińska może przyjść do nas. Nie mogę przez to spać.
Chcę od was trochę spokoju, ukojenia.
Kolejna dziewczyna informuje, że jest w kręgu pierwszy raz, że nie ma żadnych oczekiwań. Nie czuje się samotna, ma koleżanki, z którymi spotyka się raz w tygodniu na rozmowy przy drinku, wtedy analizują swoje problemy, dają sobie zrozumienie i wspólnotę. A jednak czegoś jej brakuje. Od szkoły średniej jej jedynym celem w życiu było to, żeby się kształcić, rozwijać, awansować, dużo zarabiać, być kimś. Cała jej rodzina postawiła na jej edukację. Udało się. Skończyła dwa kierunki prestiżowych studiów, zrobiła MBA. Mozolnie, krok po kroku wspinała się po drabinie korporacji. Będąc w tak młodym wieku, osiągnęła już prawie szczyt. I co się okazało? Że nie jest
Wch O d Z ę d O KR ęg U szczęśliwa. Nie wie, czy chce być tu, gdzie jest. Czuje w życiu wielką pustkę i nie ma pojęcia, czym ją zapełnić. Przekazuje kamień.
Kolejna dziewczyna, na oko dwudziestokilkulatka, jest bardzo ruchliwa, nadpobudliwa. Wstaje z maty, przesuwa ją, znów na niej siada. Kilka razy poprawia na sobie ubranie, jakby ciągle coś ją uwierało. Spod białego T-shirtu i opuszczonych nisko na biodra beżowych dresów wyłania się bardzo szczupłe, wychudzone ciało.
– Słuchajcie, po pierwsze, wielkie sorry za komórkę – mówi i wtedy dostrzegam, że faktycznie nie wypuszcza telefonu z ręki.
Zgodnie z zasadami kręgu telefon powinien być wyłączony i głęboko schowany. Dziewczyna patrzy błagalnym wzrokiem na prowadzącą, która jest wyraźnie skonfundowana, ale nie każe jej odłożyć urządzenia.
– Prowadząca mnie zna, bo już kilka razy tu byłam – wyjaśnia nadpobudliwa dwudziestokilkulatka. – Dziś naprawdę u mnie wyjątkowa sytuacja. Jest jeden facet… On jest dla mnie cholernie ważny. Jesteśmy jakby razem. To znaczy byliśmy, bo on mnie rzucił, przestał się odzywać.
Dziewczyna milknie. Zawiesza wzrok na bliżej nieokreślonym punkcie. To trwa. Prowadząca nic nie mówi. My, uczestniczki, patrzymy po sobie.
– Bo wiecie – w końcu do nas wraca – on mi zarzuca, że nie jestem kobieca! – Nagle wstaje, obraca się wokół własnej osi, otwiera ramiona, jakby chciała dokonać szybkiej autoprezentacji. – Ale ja nigdy nie czułam się dobrze w sukienkach.
Moja mama czy siostra to co innego, ale ja zawsze inaczej pojmowałam kobiecość. W ogóle jestem inna, nie pasuję do tego świata. No ale ten… – Dziewczyna znów siada na macie. Szybko bierze telefon do ręki, sprawdza coś. – Na nikim mi tak nie zależy jak na nim. Cały dzień się trzęsę, bo on mi w końcu odpisał. A wcześniej mnie zghostował totalnie. Czułam się jak śmieć, nic niewarta. – Zaczynają jej drżeć ręce. Sięga po stojący obok maty bidon, pije. Wygląda przez okno. Po chwili kuca, nerwowo szuka czegoś pod matą. Nic nie znajduje. Wtedy znów siada w kręgu i patrzy na nas jakby spokojniej. – To nie jest tak, że ja w ogóle nie mam ludzi koło siebie, bo siostra albo mama piszą do mnie codziennie. Ale to mnie nie zaspokaja. Nie czuję się spokojna ani kochana. Ale jak on napisze, to od razu czuję taką błogość i że jestem fajna, atrakcyjna. Rzucił mnie, ale teraz jest szansa, że wróci. Albo chociaż napisze, dlatego rozumiecie, że nie chcę przegapić tej wiadomości. Być może będę musiała wcześniej wyjść z kręgu. A, miałam powiedzieć o intencji, ale spoko, na razie muszę ogarnąć myśli.
Bardzo stresuje mnie ta sytuacja. Boję się, że ta dziewczyna jest na skraju załamania. Może wzięła jakieś narkotyki? Prowadząca się jednak nie odzywa, a dziewczyna mówi dalej, choć sama przyznaje, że do końca nie wie co. Chciałaby wreszcie być wysłuchana, zauważona, doceniona. W końcu niechętnie oddaje kamyk. Przechodzi jeszcze przez ręce dwóch milczących kobiet i ląduje w mojej dłoni.
Miałam sporo czasu, żeby się zastanowić, co powiedzieć. Postanowiłam powiedzieć prawdę.
A prawda jest taka, że nie chodzi mi wyłącznie o zbadanie trendu, nowej mody na głębsze poznanie siebie za pomocą duchowego oświecenia w wersji instagramowej. Chodzi też o miejsce, w którym sama się znalazłam.
Kiedy studiowałam scenariopisarstwo w Szkole Wajdy, usłyszałam od jednego z wykładowców pewną radę. Po latach odezwała się ona do mnie z czeluści podświadomości, kiedy przedstawiałam wydawcy pomysł na tę książkę. Rada brzmiała: pisz o tym, o czym już wiesz albo bardzo chcesz się dowiedzieć – będzie ci łatwiej.
No więc ja o rozwoju duchowym wiem sporo. Ale jeszcze więcej chciałabym się dowiedzieć, bo moja ścieżka została kilka lat temu zresetowana.
Mówię to wszystko na głos. Do kręgu. Kilkanaście par oczu patrzy na mnie wyczekująco.
Pochodzę z bardzo katolickiej rodziny. Do mniej więcej trzydziestego piątego roku życia potrzeby duchowe „załatwiał” dla mnie Kościół katolicki. Jako dziecko, a potem młoda dziewczyna śpiewałam w scholi, przeszłam wieloletnią formację w ruchu oazowym. Byłam nawet animatorką – nauczycielką młodszych, przewodniczką. Regularnie chodziłam do kościoła, przyjmowałam sakramenty. Ale gdzieś po trzydziestce zaczęło się we mnie coś zmieniać. I nie była to zmiana prowokowana zewnętrznymi uwarunkowaniami – tak
przynajmniej to czuję – czyli aferami w strukturach Kościoła. Nie miałam przy tym żadnej osobistej sytuacji, która stałaby w sprzeczności z naukami katolickimi, takiej jak rozwód, procedura in vitro i temu podobne.
Po prostu pewnego dnia, stojąc w kościele, poczułam w tych naukach zgrzyt, fałsz. Po raz pierwszy wychyliłam na centymetr głowę z katolickiej skorupy, którą byłam grubo obudowywana od urodzenia, stanęłam obok i złapałam pierwszy oddech krytycznego myślenia. Cały mit założycielski katolicyzmu oparty na motywie długu, który człowiek bez własnej woli zaciąga w postaci grzechu pierworodnego, wydał mi się okrutny i absurdalny.
Kiedy postanowiłam się nieco wychylić, nie obeszło się bez strachu, potwornych wyrzutów sumienia, nerwicowych zachowań – ale nie umarłam, świat się nie zawalił. Przeciwnie, okazał się znacznie ciekawszy, wielowymiarowy. Krytyczne myślenie nabrało rozpędu. Przepuszczałam przez to, co czuję, co myślę, jakie wartości są mi bliskie, kolejne dogmaty i zaczęłam w nich dostrzegać bezlitosną opresję, butę i narcyzm instytucji, która uzależniając mnie od siebie od urodzenia, sprawiała, że oddalałam się od samopoznania. Dawała niemożliwe do zakwestionowania odpowiedzi na każde transcendentne pytanie.
Przez rok, może trochę więcej, wydawało mi się, że jestem po prostu ateistką. Ale okazało się, że to była kwarantanna.
Przekonałam się, że mam w sobie duchowość, czuję silną potrzebę dostrzeżenia niematerialnego aspektu życia. Potrzebuję ją w sobie realizować, szukać odpowiedzi na pytanie: „kim
Wch O d Z ę d O KR ęg U jestem?”. Nie wiem, czy to leży w mojej naturze, czy kulturowo zaszczepili mi to rodzice, a później szerzej – społeczeństwo. Być może jestem na to bardziej podatna niż inni. Ale potrzebuję sprawdzić, co dziś świat proponuje ludziom takim jak ja. Tym, którzy wyszli z Kościoła, ale chcą swoją duchowość realizować, chcą widzieć w świecie element transcendentny.
Może też zaspokoić potrzebę przynależności do grupy o podobnych wartościach, potrzebę bycia częścią wspólnoty.
Szukałam w różnych miejscach, a kręgi kobiet są teraz tak liczne, że najprościej było pójść i zobaczyć, o co w tym chodzi.
Zapadła cisza. Poczułam niepokój. Może powiedziałam coś, co nie pasuje do tego miejsca? Nie mówiłam nic o kobiecej energii, o potrzebie wsparcia przez przodkinie, może za bardzo wywaliłam z tym Kościołem i one teraz czują, że coś na nich testuję? Zaraz mnie wyrzucą z tego kręgu – im bardziej się wewnętrznie karciłam, tym szybciej waliło mi serce.
– Dzięki, Monika, fajna intencja, czuję to – odzywa się prowadząca.
Jej aprobata uruchamia pozostałe uczestniczki. Pomrukują coś w stylu: „Tak, fajnie, dzięki, że się podzieliłaś”. Jedna kiwa głową, inna uśmiecha się do mnie współczująco. Trzecia mówi cicho: „Też przez to przechodziłam”. Czwarta wyciąga rękę i przez chwilę trzyma moją dłoń. Jest dla mnie miejsce w tym kręgu.
SPIS TREŚCI
20 O co ten szum?
21 Niekochane dzieci
Copyright © by Monika
Sobień-Górska
Projekt okładki
Magda Kuc
Grafika na okładce
Henri Rousseau, Zaklinaczka węży; Głodny lew rzuca się na antylopę, domena publiczna
Fotografia autorki
© Mateusz Skwarczek
Redaktor inicjujący
Paweł Goźliński
Redaktorka prowadząca
Ewelina Janowska
Redakcja
Paweł Goźliński
Adiustacja
Maria Zając
Korekta
Kinga Dolczewska
Edyta Chrzanowska
ISBN 978-83-8427-206-0
Łamanie Lucyna Sterczewska
Opieka promocyjna Monika Burchart
Koordynatorka produkcji Helena Piecuch
Przygotowanie do druku Maria Gromek
Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl
Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl
Społeczny Instytut Wydawniczy Znak
ul. Kościuszki 37, 30-105 Kraków
Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl
Wydanie I, Kraków 2026
Printed in EU
W CO WIERZYMY, GDY
NIKT NIE PATRZY?
Przez rok poznawałam świat nowej duchowości, by sprawdzić, co naprawdę kryje się pod obietnicami poznania sensu, zyskania sprawczości i „zmiany życia”, które zalewają Instagram i nasze głowy. Siadałam w kręgach kobiet, brałam udział w szamańskich ceremoniach, ustawieniach hellingerowskich i kursach manifestacji. Rozmawiałam z duchowymi przewodnikami z internetu i z ludźmi, którzy im zaufali. Widziałam ulgę, ekstremalne emocje, poczucie wspólnoty i momenty, gdy wsparcie zmienia się w manipulację, a duchowość – w dobrze opakowany towar.
To świat półcieni. Czasem naprawdę pomaga: daje język do opisu cierpienia i chwilowe ukojenie. Innym razem balansuje na granicy psychologii i magii. A tam zamiast odpowiedzialności pojawia się „energia”, realne problemy przykrywa zaś obietnica, że „Wszechświat odpowie ››tak‹‹”.
Sprawdzałam to wszystko na własnej skórze. Przyglądałam się wierze w „radykalne wybaczanie”, w wysokie wibracje i działanie technik, które szybko i bezboleśnie mają naprawić nam życie. I zadawałam sobie pytanie: kto naprawdę zyskuje, gdy nadzieję wtłacza się w atrakcyjną narrację i sprzedaje jak usługę?
To książka o głodzie sensu w świecie wypalenia i lęku. O nadziei, która czasem ratuje, i o tej, na której się zarabia. O duchowości, która nie zawsze jest niewinna, i o tym, że czasami naprawdę dzieje się magia.
