Wydawnictwo Znak Krakรณw 2016
Szła powoli nad Wisłą w nasilającym się deszczu. Kraków tonął we mgle i smogu, na bulwarach było pusto. Nikt normalny nie spaceruje przecież w taką pogodę, niedzielni biegacze siedzą w najlepsze przed telewizora mi, a prawdziwi już przebiegli swoje kilkanaście kilometrów wczesnym rankiem. W ich wypadku pogoda nie ma nic do rzeczy. Plecak z przytroczoną karimatą, okryty przeciwdeszczową płachtą, wpijał się niemiłosiernie w ramiona. Skrzywiła się z bólu i wsunęła dłonie pod paski. Trochę pomogło. Zerknęła na zegarek i przyspieszyła kroku, stromymi schodkami zeszła na Tyniecką i ruszyła w stronę Rynku Dęb nickiego. Casting był umówiony na czwartą i wyglądało na to, że spóźni się najwyżej parę minut. Nie lubiła się spóźniać, ale czasem jakoś tak wy chodziło. Chyba że to miał być piątek o piątej? Nie, na pewno czwarta. Jeżeli się uda, to będzie dobry początek weekendu. Tym razem musi się udać. Już po chwili była przy Różanej. Niska, piętrowa kamienica nie robiła dobrego wrażenia, z frontu odpadały ogromne płaty chyba jeszcze przed wojennego tynku. Agata zadarła głowę, przyglądając się starym, wysokim oknom. Na ich półokrągłych zwieńczeniach widać było zacieki wilgoci rozmywającej resztki sztukaterii. Padało coraz mocniej. Podeszła do pięk nie rzeźbionej, lecz bardzo zniszczonej wąskiej bramy z trzema białymi przyciskami dzwonków. Nacisnęła trzeci. Po chwili rozległ się brzęczyk elektrycznego zamka, szybko pchnęła drzwi i wsunęła się do środka. Sień była mroczna, odrobina światła przenikała z oszklonych matową szy bą drzwi prowadzących na podwórko. Skierowała się ku drewnianym schodom. Skrzypiały niemiłosiernie, tak jakby chciały, żeby każdy krok budził wyrzuty sumienia depczących je przez lata ludzi. 7
Potknęła się nagle, poczuła, że lewy but jest jakby luźniejszy. Po omac ku, uważając, aby nie przeważył jej plecak, pochyliła się i zaczęła wiązać sznurówkę. Rozległ się cichy trzask. – Jasna cholera! Wyprostowała się ze sznurowadłem w ręku i nagle dostała ataku śmiechu. „Znowu się zaczyna – pomyślała. – Po ośmiu latach!” Kochała wiązane buty miłością wielką, choć nieodwzajemnioną. Szyb ko bowiem się okazało, że ciąży na niej przedziwne fatum. Jakaś kosmicz na siła śmiertelnie nienawidząca wszelkiego ładu sprawiała, że sznurówki przy lewych butach pękały i rwały się jak nitki. Zawsze przy lewych i za wsze w najgorszym momencie. Zwykłe sznurowadła, rzemyki, kolorowe plecionki, wszystkie spotykał ten sam los. Sytuacja na krótko się popra wiła, gdy Agata wpadła na pomysł, by wiązać buty cienkimi wspinaczko wymi linkami, jednak te szybko się rozwiązywały i ciągnęły się za nią jak cieniutkie, kolorowe węże, przydeptywane i wciąż zawiązywane na nowo. Sytuacje, w których zrywała sznurowadła, były osobnym rozdziałem historii jej świata. W domu, przed pierwszą randką. Przed maturą, na którą o mało się nie spóźniła, bo przez pęknięte sznurowadło uciekł jej autobus. Na lotnisku w Tampie, gdzie po nieudanym wiązaniu butów zdjętych do kontroli bezpieczeństwa wchodziła do samolotu boso. Przy jaciele szybko przywykli do tego problemu Agaty, traktując całą sprawę w kategoriach osobliwości, bez których świat może byłby i prostszy, ale za to o wiele nudniejszy i nieskończenie bardziej przewidywalny. Fatum zniknęło, gdy wyjechała, gdy uciekła z Krakowa, i pojawiło się znów, tak jakby jakaś wszechmocna siła groziła jej żartobliwie palcem: wróciłaś, zno wu będzie jak dawniej. Na piętrze ktoś otworzył drzwi. Pas światła wydobył z mroku nędz nie wyglądający szczyt schodów i krótki korytarzyk biegnący wprost do mieszkania. – Pani na casting? – usłyszała. Głos starszego mężczyzny był szorstki, ale przyjazny. Chyba usłyszał jej śmiech. Opanowała się z trudem. 8
– Tak, przepraszam. Drzwi otworzyły się szerzej. – Jeszcze nie ma za co – mruknął mężczyzna, zapraszając gestem do środka. – Niech pani zdejmie ten plecak i kurtkę. Zmokła pani pewnie. Z ulgą zrzuciła plecak. Nagle oswobodzona z ciężaru poczuła, jakby jakaś siła unosiła ją w górę, zupełnie jak wtedy gdy na początku studiów chodziła w góry i po wielogodzinnym marszu z plecakiem z zapasami na kilka dni dochodziła wreszcie do schroniska czy zwykłej beskidzkiej ko liby. Poruszyła obolałymi ramionami, z trudem zdjęła kurtkę i powiesiła ją w korytarzyku na solidnym haku wbitym obok starego bakelitowego licznika prądu. Schyliła się, żeby rozwiązać drugi but. – Butów może pani nie zdejmować – usłyszała za plecami. – Wolałabym zdjąć. Agata, wciąż jeszcze z kolorową sznurówką w dłoni, odwróciła się do mężczyzny. Musiał mieć dobrze po siedemdziesiątce. Wychudzona twarz była pokryta tygodniowym szczeciniastym zarostem, spod szopy siwych włosów błyszczały świdrujące niebieskie oczy. Starał się trzymać prosto, był szczupły szczupłością mężczyzn, którzy aktywnie przeżyli swoje mło de lata i nie pozwolili sobie na słabości wieku średniego. „Kiedyś musiał być niesamowicie przystojny”, pomyślała. – Jak pani chce – powiedział mężczyzna. – Nikt inny nie zdjął. – Inni?... Gaga poczuła, że robi się jej słabo. Oparła się o ścianę. Znowu zmar nowany czas i znów nic. Coś nieprawdopodobnego. Dwa dni chodzenia po mieście, sprawdzania ogłoszeń, awantura, gdy okazało się, że jeden z kamieniczników wyobrażał sobie wynajęcie mieszkania jako dosko nały sposób na seks bez zobowiązań – i kolejne rozczarowanie. Jakieś nieuchwytne przeczucie mówiło jej, że tym razem będzie sama i że tym razem się uda. Nie miała wiele do zaproponowania w walce o te kilka naście czy kilkadziesiąt metrów kwadratowych podłogi. Na dopiero co założonym koncie było prawie pusto, umowa o pracę nie była jeszcze podpisana... Otaczało ją jedno wielkie „być może”. – Przyszły cztery osoby. Pani jest piąta. 9
No tak. Gorzej być nie mogło. Z trudem zdobyła się na to, żeby spoj rzeć mu w oczy. – W takim razie już sobie pójdę. Dziękuję – powiedziała, sięgając po kurtkę. Mężczyzna popatrzył z zaciekawieniem. Delikatnie chwycił ją pod ramię. Tak delikatnie, że Agata nie pomyślała nawet, żeby uwolnić rękę. Jego dotyk był ciepły, przyjazny i kojący. – Niech pani wejdzie. Pogadamy, zobaczymy. Nikt nie zmókł tak jak pani, wszyscy przyjechali samochodami. Przynajmniej się pani zagrzeje. Z trudem ruszyła się z miejsca, zniechęcenie walczyło o lepsze z wszech ogarniającym zmęczeniem. Zdjęła buty, wyprostowała się i przeszła dalej. – Tu są dwa pokoje w amfiladzie – usłyszała. – Niech pani idzie do drugiego. Pierwszy pokój był biały, przecierany ręcznie tynk pokrywała niedba le nałożona farba. Zwracała uwagę podłoga ze starych, wytartych i szorst kich, lecz czystych desek i brak jakichkolwiek mebli. W kącie stał zielony kaflowy piec, jakby cudem ocalały z remontu, którego żywym i ciepłym dowodem były grzejące pod oknami kaloryfery. Podeszła do pieca, do tknęła go, przeciągnęła pieszczotliwie dłonią po ozdobnych tłoczeniach i ociągając się nieco, weszła do drugiego pomieszczenia. – Jesteśmy w komplecie – powiedział mężczyzna. Potoczył wzrokiem po stojących wzdłuż ściany i zerknął na Agatę. – Jeżeli państwo chcą, proszę usiąść. Tylko ona skorzystała z zaproszenia i usiadła na podłodze. Pozostali nie zareagowali, jakby kompletnie ich to nie dotyczyło. Pod ścianą stały cztery kobiety: matka z córką i dwie podobnie ubrane dziewczyny wpa trzone w swoje telefony. Wszystkie pewne siebie, nieco nonszalanckie, z wyjątkiem córki. Dziewczyna, najwyżej dwudziestoletnia, stała z opusz czonymi rękami i wzrokiem wbitym w podłogę. – Zaczynamy. Dla porządku: jestem właścicielem tego mieszkania. Nazywam się Józef Chowaniec. Zależy mi na tym, żeby je wynająć ko muś wiarygodnemu. Dlatego niech się panie nie obrażą, ale będę pytał o rozmaite sprawy, dobrze? 10
Agata nawet nie kiwnęła głową. Przez ostatnie dwa dni słyszała tę kwestię siedem razy. Mężczyzna, nie doczekawszy się odpowiedzi, wyjął z kieszeni wydartą z zeszytu kartkę i długopis. – Proszę się wpisać na listę – zarządził. – Imię, nazwisko, numer te lefonu. Jak ktoś chce, może być też e-mail. – A ochrona danych osobowych? – oburzyła się stojąca najbliżej Aga ty kobieta. Agata otaksowała ją wzrokiem bez specjalnego zainteresowania. Nie wiele rzeczy było w stanie ją zdziwić. Tymczasem kobieta nie zamierzała na tym poprzestać. – Córka – wskazała na nieco spłoszoną dziewczynę, która stała obok niej – nie będzie podawała swoich danych. Kto wie, kim pan jest? Gospodarz popatrzył na nią ironicznie. – Przedstawiłem się przecież – mruknął. – Nieważne. Jakoś przecież muszę panie powiadomić, kogo wybrałem. Może pani napisać: matka z córką i numer telefonu. – Wystarczy sam numer – zarządziła matka. – Niuniu, pisz. Dziewczyna posłusznie napisała coś na kartce. Matka przyjrzała się uważnie. – Niuniu! – zawołała. – Przecież to twój numer! Napiszę mój. Ja bę dę negocjowała. Wyrwała córce kartkę, starannie zamazała pierwszy numer i wpisała drugi. Mężczyzna czekał cierpliwie. Pozostałe dwie dziewczyny oderwa ły się od smartfonów i też napisały na kartce swoje numery telefonów. Wreszcie kartka trafiła do Agaty. – Niech pani tak nie patrzy na te telefony – rozległ się znów głos mat ki. – Można by pomyśleć, że chce je pani sobie zapamiętać. – O matko z córką! – mruknęła Agata niechętnie i dopisała się do listy. Skąd się biorą tacy ludzie? Chciała, żeby ten koszmar jak najszybciej się skończył. Z drugiej strony w mieszkaniu było sucho, ciepło i przytul nie. To było dobre miejsce. Co z tego, skoro nie dla niej. 11
Właściciel zabrał kartkę i potoczył wzrokiem po zgromadzeniu. Chrząknął głośno, dziewczyny z trudem oderwały wzrok od ekraników. Matka lustrowała konkurentki, a jej córka stała z opuszczoną głową. Aga ta wciąż siedziała na podłodze. Czuła się trochę jak w kabarecie: cztery aktorki, konferansjer i ona, siedząca samotnie na widowni. Jej dłoń po wędrowała do kieszeni polaru po notatnik. – Może będzie najprościej, jeżeli będę zadawał pytania, a panie będą krótko odpowiadały, dobrze? Czy zamierzają panie mieszkać ze zwierzę tami? Po kolei. – Ależ skąd! – Nie! – Absolutnie nie! Mężczyzna pytająco spojrzał na Agatę. Dziewczyna wzruszyła ramionami. Z drugiej kieszeni wyjęła ołówek. – Skąd mam wiedzieć? – powiedziała niechętnie. – Pewnie tak. W oczach stojących kobiet błysnęła radość. Wyglądało na to, że pierwsza konkurentka odpadła w przedbiegach. – Pies czy kot? – Jedno nie wyklucza drugiego. Mężczyzna kiwnął głową i zaznaczył coś na kartce. – Współlokatorzy? Mężczyźni? Kobiety? Matka popatrzyła z oburzeniem. – No wie pan?... – Wiem, wiem. – Gospodarz pokiwał głową. Agacie zaczęło robić się ciepło, rozpięła suwak polaru. Cała ta sytua cja stawała się coraz bardziej zabawna. Dziewczyny znów jak na komen dę pokręciły głowami. – A pani? Podniosła oczy na właściciela. Jej lewa dłoń, w której trzymała ołówek, sama, prawie bez jej świadomości, poruszała się w notesie. – Nie mam pojęcia – rzekła – ale raczej się nie zanosi. Chociaż wszyst ko może się zdarzyć, rozumie pan. – Rozumiem. Panie się uczą? Pracują? 12
– Moja córka jest studentką – pochwaliła się matka. – A pozostałe panie? – Ja pracuję – rzekła dumnie brunetka. – Mój chłopak też. – Za póź no ugryzła się w język. Matka popatrzyła z triumfem. Chyba odpadła kolejna konkurentka. – Ja studiuję – oświadczyła blondynka. – Polonistykę. Zaocznie. – A pani ma jakąś pracę? – zainteresował się właściciel, patrząc na Agatę. – Mam mieć – westchnęła. – Od poniedziałku. Przynajmniej tak mi się zdaje. Właściciel znów coś nabazgrał na kartce. Ołówek Agaty cały czas me chanicznie poruszał się w notatniku. – No dobrze. Przejdźmy do rzeczy najważniejszej. Dwa pokoje, kuch nia, łazienka, ciepła woda, ogrzewanie, internet. Mieszkanie po remon cie, łazienka i kuchnia są jak nowe. Sąsiedzi, powiedzmy, specyficzni, ale nie uciążliwi, i nie mają nic przeciwko wynajmowi. Średnie opłaty mie sięczne to trzysta złotych. A co do czynszu, to proponuję małą aukcję. Startujemy od tysiąca złotych miesięcznie. Ile panie dają? – Tysiąc – powiedziała pierwsza z dziewczyn, pisząc coś w telefonie. Druga nawet się nie zawahała. – Tysiąc sto. Agata pokręciła głową z niedowierzaniem. Ludzie mają jednak więcej pieniędzy, niż można by się spodziewać. – No co, córeczko, chcesz tu mieszkać. Ton matki był twierdzący, decyzja na pewno została już podjęta. Dziew czyna sprawiała wrażenie, jakby chciała natychmiast uciec z mieszkania. – Córeczko? – z troską w głosie spytała matka. Dziewczyna kiwnęła głową. Matka potoczyła triumfalnym wzrokiem po zgromadzonych. – Tysiąc czterysta – powiedziała dobitnie ze wzrokiem utkwio nym w Agacie. Właściciel spojrzał pytająco. Agata drugi raz popatrzyła mu prosto w oczy. 13
– Osiemset – powiedziała. – Sprawa załatwiona. – Matka objęła zesztywniałą nagle pod jej doty kiem córkę. – Skontaktujemy się w sprawie umowy dzisiaj po południu. Teraz nam się śpieszy. Niunia! Idziemy! Wymaszerowały z pokoju. Dwie pozostałe dziewczyny jak na komen dę wzruszyły ramionami i wyszły bez słowa pożegnania. Trzasnęły drzwi, zajęczały schody. Agata wstała. Nie patrząc, wydarła z notesu kartkę i zmięła ją w dłoni. Ruszyła w stronę pierwszego pokoju. Klęska była oczywista od samego początku, więc od początku niestraszna. Trzeba będzie wrócić do hostelu, wykupić kolejną noc, usiąść gdzieś, gdzie herbata jest najtańsza, internet za darmo i gdzie kelnerki nie będą co kwadrans dawały do zrozumienia, że zamówiła za mało i tylko zajmuje cenne miejsce przy stoliku, i zabrać się do dalszych poszukiwań. – A pani dokąd? – usłyszała. Nawet nie chciało się jej odwracać. Podeszła do pieca. Jej lewa dłoń znów dotknęła chłodnej glazury o intensywnym kolorze butelkowej zie leni. Prawa odruchowo wyrzuciła zmiętą kartkę do stojącej obok, niepo trzebnej już skrzynki na węgiel. – Szukać mieszkania. Poczuła znów delikatny dotyk na swoim ramieniu. Odwróciła się. Mężczyzna stał spokojnie, jego uśmiech sprawił, że wydawał się młodszy o cztery dekady. W dłoni trzymał plik papierów. – Przecież je pani znalazła. Zrobiło się jej gorąco z wrażenia. Nie mogła uwierzyć. To był chy ba okrutny żart. Spojrzała jeszcze raz na twarz mężczyzny, szukając iro nii czy złośliwości. Jedno spojrzenie wystarczyło. Naprawdę miała gdzie mieszkać. – Ale przecież... – Głos uwiązł jej w gardle. – Ten pies czy kot... Mężczyzna przypatrywał się jej uważnie. W jego oczach błyskały figlarne iskierki. – Szanowna pani Agato – zatytułował ją, zerkając na kartkę z nu merami telefonów. – Przecież wyraźnie mówiłem, że zależy mi na kimś 14
wiarygodnym, prawda? Pani mówiła prawdę. Co do zwierząt, wszystkie panie gwałtownie zaprzeczyły, więc albo kłamały, albo nie lubią zwierząt. Jedno nieładne, drugie przykre. To samo z partnerami czy partnerkami, w dzisiejszych czasach różnie bywa... Agata nadal nie wierzyła swemu szczęściu. – Ale ja mogę płacić tylko tyle, ile powiedziałam. Mężczyzna spoważniał. – Wiem. Tylko że pani będzie płaciła ze swoich, nie z cudzych. Przyszła pani pieszo, z plecakiem, w deszczu. Wszystkie te dziewczyny przyjechały samochodami. Takimi, na jakie je nie stać. Naprawdę nie wynajmuję tego mieszkania dla pieniędzy, mam taką fanaberię, i kwi ta. – Spośród trzymanych w dłoniach papierów wyjął dwa. – Umowa jest standardowa, żadnych pomysłów, żadnych haczyków. Niech pani przeczyta, jeżeli wszystko będzie w porządku, proszę wpisać swoje dane, moje już wpisałem. Chce pani to zrobić od razu czy zostawimy to na później? – Od razu – powiedziała i po raz pierwszy się uśmiechnęła. – Od ra zu, nim się obudzę. Wzięła papiery, przysiadła oparta o piec i zaczęła przeglądać umowę. Szybko przepisała dane z paszportu. Nawet nie zauważyła, że Chowaniec schylił się, wyciągnął ze skrzynki na węgiel zmiętą kulkę papieru i scho wał ją szybko do kieszeni marynarki. Po chwili podniosła oczy. – Jaką kaucję mam wpisać? – Taką, na jaką panią stać. W głowie Agaty zakiełkował cień podejrzenia. – A jeżeli mnie nie stać? – zapytała. Mężczyzna wzruszył ramionami. – To niech pani wpisze, że żadna. Mówiłem już, że mam do pani zaufanie. – Takie rzeczy się nie zdarzają. Niech się pan nie obrazi, muszę to powiedzieć. Jeszcze nie podpisałam tej umowy i trzeba postawić sprawę jasno. Jeżeli liczy pan na coś więcej niż te osiemset złotych miesięcznie, to lepiej, żebym teraz wyszła. Rozumie pan? 15
Mężczyzna popatrzył smutno. Znów wyglądał na swoje siedemdzie siąt kilka lat. – Córeczko – powiedział takim tonem, że Agacie nawet nie przyszło do głowy oburzyć się na poufałość formy. – Córeczko, który to twój cas ting? Piąty? Dziesiąty? – Od wczoraj ósmy – powiedziała spokojnie. – Na ilu proponowano ci mieszkanie w zamian za seks? Zacisnęła usta. Wspomnienie było tak upokarzające, że poczuła, jak spina się i tężeje. Odłożyła papiery na podłogę. – Na dwóch – wycedziła. – Na jednym całkiem jawnie. Ten skończo ny drań powiedział, że jestem fajną mamuśką i że będzie przychodził raz w tygodniu na noc. Ten drugi chciał się ze mną przespać jednorazowo. Pozostali walczyli o kasę tak zajadle, że szybko uciekałam. – I tak trudno ci uwierzyć, że na dwóch drani i pięciu chciwców mo że się zdarzyć jeden człowiek, który po prostu chce wynająć mieszkanie i mieć święty spokój? Pokręciła głową. Zrobiło się jej wstyd. Napięcie opadło. Mężczyzna wyjął z kieszeni klucze. – Dwie pary. Mogą się przydać. Chociaż i tak wiem, że kiedy wyjdę z moją kopią umowy, zadzwoni pani po ślusarza. Właściwie nie mam nic przeciwko temu. Na zaufanie trzeba sobie zapracować, więc się nie gniewam. I tak nie zobaczymy się prędko, bo wyjeżdżam. Niech pani dzwoni, gdyby były jakieś kłopoty. Powodzenia. Na umowie ma pani też hasło do wi-fi i jej konfigurację. Tam, z tyłu, drobnym druczkiem. To jedyny drobny druczek, jaki uznaję. Odwrócił się na pięcie. Tym razem to on poczuł na ręce dotyk. Od wrócił się. – Jeszcze umowa – cichutko powiedziała Agata, podając mu podpi saną przed chwilą kopię. – I bardzo panu dziękuję. Mężczyzna zabrał umowę, nawet do niej nie zaglądając. Wsunął ją do niewielkiej skórzanej teczki. – Niech się pani dobrze mieszka. To dobre miejsce. Niech pani do mnie kiedyś zadzwoni. W razie czego może pani liczyć na sąsiadów. Ma pani szansę dogadać się z nimi. Są inni, trochę jak pani czy ja. Powodzenia. 16
Skrzypnęły drzwi do mieszkania, po chwili zajęczały schody. Męż czyzna schodził bardzo wolno, ostrożnie. Na dole uchylił drzwi na podwórko, wpuszczając do sieni trochę światła, i sięgnął do kieszeni. Rozprostował kartkę i aż westchnął z zachwytu. Na kilkudziesięciu centy metrach kwadratowych papieru miękki ołówek dziewczyny naszkicował nieomylną kreską cztery sylwetki kobiet: dwie zajadle młócące w ekrany smartfonów, jedną stojącą bezradnie, z opuszczoną głową, jedną wściekle gestykulującą. Rysunek był znakomity, każda z postaci wydawała się mieć swój własny charakter, swoje uczucia, a sylwetki, choć uproszczone, wy dawały się żywe. Odwrócił kartkę i zamarł. Zobaczył siebie, jakby w lu strze, ale młodszego o dwadzieścia, może trzydzieści lat. Pewność kreski była nieludzka. Lecz w tym rysunku było coś dziwnego, coś innego. By ła w nim jakaś tajemnica, niedopowiedzenie, tak jakby portretowany nie dawał się poznać, jakby tylko on był zagadką. Mężczyzna troskliwie schował kartkę do teczki, zamknął drzwi na podwórko i przeszedł przez ciemną sień do wyjścia z kamienicy. Agata stała nieruchomo w przedpokoju. Jeszcze nie mogła otrząsnąć się z wrażeń, jeszcze nie mogła uwierzyć, że to wszystko stało się napraw dę. Miała gdzie żyć. Po dniach starań i upokorzeń, które budowały w niej od nowa poczucie beznadziei, po koszmarze ostatnich miesięcy miała wreszcie coś. Jakiś punkt stały, miejsce, do którego będzie wracać, miej sce nieobarczone żadnymi wspomnieniami, takie, w którym stworzy na nowo to wszystko, co utraciła. Instynkt obudził się w ostatniej chwili, tkwiąca gdzieś w głębi nieuświadomiona mądrość kazała jej cofnąć się w czasie, wrócić do miasta, w którym przeżyła najszczęśliwsze chwile swojego życia, i szukać, gorączkowo, wariacko szukać sposobu, by na rodzić się na nowo. Czasami pomoc przychodzi od ludzi, ale gdy wszy scy zawiodą, ratunek jest w nas samych. Byle nie dać się rozpaczy i nie ogłuchnąć na głos, który idzie z wnętrza, który każe działać, a nie czekać. Działać. Musiała poczuć się bezpiecznie, zrobić ostatnią rzecz, która jej pozostała, i pierwszą, która będzie oznaczała powrót. Wyciągnęła te lefon z kieszeni i zaczęła przewijać niekończącą się listę nazwisk, z któ rych wiele nic jej już nie mówiło. Historia jej życia w małym świecącym 17
okienku. Po chwili znalazła. „Jurek ślusarz, telefon stacjonarny”. Wybrała numer. W słuchawce odezwał się niski, burkliwy głos. – Pogotowie ślusarskie, słucham. Poznała ten głos. Niewiele się zmienił, był może nieco niższy, nieco bardziej burkliwy, ale niewątpliwie był to głos pana Jurka. – Dzień dobry. Strasznie przepraszam, ale chciałabym zlecić wymia nę zamków. Po drugiej stronie zapadła pełna niedowierzania cisza. Niemal sły chać było, jak pan Jurek bezskutecznie próbuje przełknąć ślinę w nagle wyschłych ustach. – Pani Agatka? – zabrzmiało niepewnie z telefonu. Nie było odwrotu. Agata, która jeszcze przez chwilę wahała się, czy nie rozłączyć się, zamknęła oczy. Stało się. To było jak coming out, jak pierwszy samodzielny skok ze spadochronem. Trzeba było odrzucić wa hania. Nie było drogi odwrotu ani czasu na zastanawianie się. – Tak, to ja, panie Jurku. Głos mi się chyba nie zmienił? – Pani Agatka! – Ślusarz chyba nadal nie mógł dojść do siebie. – Pani Agatka! Głos owszem, tak, ale kto by inny mnie przepraszał, że chce mi dać zarobić, jak nie pani? Jakie szczęście! Tyle czasu, tyle czasu! Zniknę ła pani tak nagle, nie wiedziałem, co się stało, bo przecież niemożliwe, żeby pani nie gubiła kluczy. Pani Agatko, jakbym wszystkie roboty od pani dawał czeladnikowi, to już dawno miałby dyplom mistrzowski i na wet nie musiałbym za tego lenia córki wydać! Agata, słuchając radosnego monologu, wyciągnęła z plecaka ciasno zrolowany śpiwór. Podłożyła go sobie pod głowę i ułożyła się na wznak na deskach podłogi. Rozmowy z panem Jurkiem, choć raczej jednostron ne, kiedyś nieodmiennie wprawiały ją w dobry nastrój. Świat wydawał się wtedy prosty i jednoznaczny, skupiony na domu, dzieciach i opowieś ciach o co ciekawszych historiach z zawodowego życia człowieka, który potrafił otworzyć chyba każdy zamek na świecie. – A wydał ją pan? – zainteresowała się. Pan Jurek jakby trochę stracił rezon. – No, właściwie to nie musiałem, bo sama go sobie wzięła... 18
Agata roześmiała się szczerze. – I jak im jest? – Chwali sobie, ale mi go rozpuściła strasznie... Za to wnuki już mam! Dwóch chłopaków jak malowanie! Krzyś i Tomek! Za to on... Ślusarz zaczął się rozkręcać. Jeśli mu nie przerwie, pan Jurek za cznie niekończący się monolog i nie spocznie, póki nie poinformuje jej w szczegółach o tym, co zdarzyło się w jego życiu przez ostatnie osiem lat. Byłoby to nawet miłe, ale na to jeszcze przyjdzie czas. – Panie Jurku – wpadła mu w słowo – niech się pan nie martwi, cór ka panu porozpuszcza zięcia, a pan wnuki i będziecie kwita. Niech pan pamięta, ojciec to ojciec, ale dziadek to dopiero ktoś. Przyjedzie pan zro bić mi te zamki? – Pani Agatko, natychmiast! Ale co, włamujemy się czy tylko wymiana? – Tylko wymiana, panie Jurku. Wynajęłam mieszkanie, właściciel to chyba dobry człowiek, ale jednak wolę wymienić. Zresztą sam mi po wiedział, że pewnie zaraz to zrobię. – Przyjeżdżam zaraz, biorę sprzęt i już! Jeszcze tylko niech pani p owie gdzie i już jadę. – Niedaleko pana, ale po drugiej stronie Wisły. Na Różanej. Dwa naście przez trzy. – Pani Agatko, godzinka i jestem. Proszę nigdzie nie wychodzić, dobrze? – Kupię tylko coś do jedzenia i wracam. Niech się pan nie boi, panie Jurku, nigdzie nie ucieknę. Już nigdzie i nigdy. Do zobaczenia wkrótce. – Do widzenia! Rozłączyła się i schowała telefon. Nie chciało jej się wstawać. By ło jej dobrze i ciepło, na polu robiło się coraz ciemniej. Bardzo chciało się jej spać. Nagle uświadomiła sobie, że nie jadła od wczesnego rana. Z hostelu wyszła przed ósmą, zdążyła wypić w mieście nie najlepszą ka wę i zjeść pół obwarzanka na Plantach. Drugie pół oddała gawronowi. Nie miała sumienia mu odmówić, siedziała na ławce, jadła obwarzanek, a gawron patrzył na nią tak, jakby nic nie miał w dziobie od wczorajszej kolacji na wysypisku w Baryczy. 19
Głód przemógł lenistwo. Poderwała się sprężyście z podłogi i ruszyła do przedpokoju. Zaklęła pod nosem, przypomniawszy sobie urwaną ko lorową sznurówkę. Szybko przesunęła w dziurkach to, co z niej zostało, i z trudem zawiązała but. Kurtka zdążyła trochę przeschnąć, zarzuciła ją na ramiona i wyszła z mieszkania. Zamykając drzwi, zorientowała się, że coś jest nie tak. Klamka nie opuszczała się, czyli... Myśl była szybsza od ręki, dziewczyna nie zdąży ła zareagować, drzwi zatrzasnęły się ze złowróżbnym szczękiem zapadki. Nie zabrała z sobą kluczy. Mimo wszystko zaczęła gorączkowo przeszu kiwać kurtkę i kieszenie spodni, łudząc się, że choć jedna para pojawi się cudownie w kieszeni. Niestety, im bardziej ich szukała, tym bardziej ich nie było. „Pan Jurek będzie miał dodatkową robotę – pomyślała. – A ja mam wolną godzinę”. Opadł z niej pośpiech, spokojnie zapięła kurtkę i wolno zeszła po schodach. Chwilę wahania przeżyła przy bramie. Co będzie, jeśli nikt jej nie otworzy? Zdecydowała się podeprzeć ją wycieraczką, na tyle nie znacznie, by wyglądała na zamkniętą. Sprawdziła efekt – przy dobrych wiatrach nikt nie zauważy. Przestało padać, ale zrobiło się chłodniej. Znad Wisły szła mgła, wil gotna, oblepiająca, z każdą chwilą coraz gęstsza. Latarnie nie zdążyły się jeszcze zapalić. W obcym mieście poczułaby się nieswojo, lecz nie tutaj, gdzie mimo lat nieobecności, mimo czasu, który wszystko zaciera w pa mięci, mimo dziesiątków nowych szyldów mury były te same, układ ulic znajomy. Na rogu Różanej skręciła w prawo i z całym impetem wpadła na obejmującą się czule parę, prawie przewracając oboje. – Boże, strasznie was przepraszam – wyjąkała. Dziewczyna, w pierwszej chwili przestraszona, odetchnęła z ulgą. Jej chłopak, odruchowo zasłaniający ją obronnym gestem, opuścił ręce. – Nie ma sprawy – powiedział. – Ciemno tu trochę. Agata się uśmiechnęła. Odeszła już kawałek, gdy tknięta nagłą myślą, odwróciła się gwałtownie. – Przepraszam! – zawołała. – Możecie mi powiedzieć, gdzie tu moż na w miarę szybko zjeść coś dobrego? 20
Chłopak i dziewczyna spojrzeli po sobie. Dziewczyna była szybsza. – Lubisz pizzę? – zapytała. Agata skrzywiła się lekko. Pizza w Polsce kojarzyła się jej z tłustym, grubym ciastem przykrytym lejącym się, paskudnym w smaku najtań szym serem, polanym ketchupem. – Prawdziwą. Taką jak we Włoszech – dodał chłopak, widząc jej minę. Przełknęła ślinę. Napłynęły wspomnienia sprzed wielu lat, ale nie z Włoch. Jesień w Nowym Jorku sypała złotymi liśćmi. Ciepło, wiatr, młodość, studencka wiza, dwieście dolarów w kieszeni, dwieście pięć dziesiąt na karcie kredytowej i Anka, która niemal siłą zaciągnęła ją do małej pizzerii dwa kroki od mostu Brooklińskiego. Narożny jasny budy neczek i lokal, który niebawem miał obchodzić stulecie istnienia. Mia ła wtedy dwadzieścia dwa lata i czuła się jak królowa życia. Miała świat u stóp. Nic wtedy nie było ważne prócz chwili, pięknej chwili, no i oczy wiście Marka, który miał dolecieć do niej już tak niedługo. Chłopak uznał jej milczenie za odpowiedź twierdzącą. – Pójdziesz tam. – Wskazał ręką kierunek. – Wiesz, gdzie jest przy stanek przy Konopnickiej? – Pewnie, że wiem – kiwnęła głową. – Długo mnie tu nie było, ale jestem tutejsza. – To świetnie – ucieszyła się dziewczyna. – To właśnie tam. Nawet nie ma aż tak dużej kolejki. Agata zastrzygła uszami. – Kolejki? Po pizzę? – spytała z niedowierzaniem. Chłopak z dziewczyną popatrzyli na siebie ze zrozumieniem. – Kolejki do wolnego stolika – sprecyzowała dziewczyna. – Tam nie ma rezerwacji, ale wszyscy wiedzą, że warto poczekać. Nie mieściło się jej to w głowie, chyba rzeczywiście zmieniło się wię cej, niż przypuszczała. Podziękowała i szybko ruszyła w stronę Konop nickiej. Już w połowie wąskiej uliczki, jeszcze przed biblioteką, poczuła zapach, którego nie da się porównać z niczym innym – tak pachnie tylko świeżo upieczone ciasto z bazylią i oregano. Skręciła za róg i szła, kierując 21
się tym zapachem, bo szyld dostrzegła dopiero wtedy, gdy dochodziła do schodków. W drzwiach minęła się z wychodzącą dwójką ludzi, z wnętrza buchnęło ciepło i cudowna woń. Weszła do środka i gdy tylko zamknęła drzwi, dokuczliwy szum ulicy przemienił się w coś, co bardziej dało się wyczuć, niż usłyszeć. Gwar miejsca, w którym ludzie są zadowoleni, na wet szczęśliwi. Symfonia radości próbowania, pomruków zadowolenia, westchnień sytości. I rozmów, rozmów o wszystkim, co wesołe. Tutaj nie przychodziły zrywające z sobą pary na ostatnią kolację, tu przychodzili ludzie, który cieszą się z życia i cieszą się życiem. Rozejrzała się uważnie. Po lewej stronie zobaczyła otwartą kuchnię z gigantycznym ceglanym piecem spiętym potężnymi kotwami. Niewy soki, prawie filigranowy człowiek z leciutko rysującym się pod białą ko szulką jakby doczepionym brzuszkiem i krótkimi kręconymi włosami wyciągał właśnie z tego pieca pizze, płynnym ruchem obracał je, spraw dzając, jak dobrze są wypieczone. Dwie zostawił w środku, jedną wyjął, zrzucając ją na wielką, błyszczącą tacę. Chwilę później pizza, pocięta, po sypana płatkami świeżo ciętego parmezanu i błyszczącą od oliwkowego dressingu rukolą, szybowała w dłoniach kelnerki do stolika. – Pani sama? – Do Agaty podeszła kelnerka, wysoka, ciemnooka i czarnowłosa. – Zapraszam na werandę. Właśnie zwolnił się stolik. – Zawsze u was taki ruch? – zapytała Agata. Kelnerka uśmiechnęła się nieznacznie. – Teraz nie ma ruchu, bo nie ma kolejki. Proszę za mną. Przeszły przez długą salę na zakrytą, przygotowaną już do zimy we randę. Wszystkie miejsca były zajęte, tylko mały, dwuosobowy stolik na samym jej końcu czekał na nią; inna kelnerka, szczuplutka, wysoka, właśnie sprawnie go sprzątała i zmieniała nakrycia. Agata zdjęła kurtkę, przewiesiła ją przez krzesło i usiadła z ulgą. Zerknęła na zegarek – do przyjścia pana Jurka pozostało prawie pięćdziesiąt minut, dość, żeby spo kojnie zjeść, nawet gdyby oczekiwanie miało potrwać dłużej. Brunetka, która przywitała Agatę przy wejściu, przyszła z kartą. – Proszę się zorientować – rzuciła. – Za trzy minutki będę. Dziewczyna zatrzymała ją gestem. 22
– Kiedy wchodziłam, kucharz wyciągał z pieca pizzę, posypywaną parmezanem i rukolą. Pięknie wyglądała i jeszcze piękniej pachniała, chciałabym taką, tylko nie tak dużą. – Czyli mała parma arughula. Z szynką parmeńską. A co do picia? Regionalne piwo? Herbata? Kawa? Woda? Sok? – Może zieloną herbatę – zdecydowała się. Zerknęła na sąsiedni sto lik. – Taki dzbanuszek. – Jasne – podsumowała kelnerka, nie zapisując niczego, obróciła się jak fryga i prawie biegiem ruszyła w stronę kuchni. Agata rozsiadła się wygodnie na krześle, wyjęła z polaru notatnik i te lefon, tylko z przyzwyczajenia zerknęła na ekranik. Nie spodziewała się żadnych połączeń, nowego numeru telefonu nie znał prawie nikt, kartę kupiła tydzień wcześniej, jeszcze na lotnisku. Poprzednią złamała i wyrzu ciła, gest bez wartości praktycznej, sama przecież wypowiedziała umowę i zlikwidowała abonament tuż przed wyjazdem. Odłożyła na bok telefon, zaczęła szukać ołówka, jednak nie było go w notesie. Zaczęła grzebać po kieszeniach. Oprócz portfela nie znalazła nic. Jeszcze raz przeszukała kie szenie. Niepokój rósł, próbowała sobie uprzytomnić, gdzie widziała go po raz ostatni. Musiał zostać z umowami na podłodze. Niepokój przera dzał się w popłoch. – Zgubiła pani coś? – kelnerka postawiła na stole filiżankę i dzba nuszek. Agata błagalnie spojrzała na kelnerkę. – Ma pani coś do pisania? Kelnerka sięgnęła do kieszeni fartucha i wyjęła długopis. – Może być? Agata odetchnęła z ulgą. Uspokoiła się natychmiast. – Bardzo pani dziękuję. – Wzięła z ręki brunetki długopis. – Nie ma sprawy. Agata otworzyła notatnik, lewa ręka niemal mechanicznie zaczęła ry sować. Kartka zapełniała się szybko. Akurat gdy zabrakło miejsca, zoba czyła kelnerkę niosącą jej parującą, pachnącą smakowicie pizzę. – Nigdy pani u nas nie była, prawda? Powie pani później, czy była dobra. Smacznego! 23