

DOROTA PONIŃSKA
Rita z Cascii
HISTORIA KOBIETY, DLA KTÓREJ NIE MA RZECZY NIEMOŻLIWYCH
Wydawnictwo Znak
Kraków 2026
Projekt okładki
Eliza Luty
Zdjęcie wykorzystane na okładce
Oleg_Ermak/Istockphoto.com
Rysunek
Rawpixel.com (wolna domena)
Redaktorka nabywająca
Katarzyna Węglarczyk
Redaktorka prowadząca
Marta Brzezińska-Waleszczyk
Promotorka
Kinga Wojnicka
Opieka redakcyjna
Paulina Gwóźdź
Adiustacja
Barbara Wójcik
Korekta
Katarzyna Onderka
Marta Tyczyńska-Lewicka
Łamanie
Piotr Poniedziałek
Copyright © by Dorota Ponińska
Copyright © for this edition by SIW Znak sp. z o.o., 2026
ISBN 978-83-8427-158-2
Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl
Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl
Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37
Dział sprzedaży: tel. (12) 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl
Wydanie I, 2026. Printed in EU
Prolog

Wzgórza Umbrii pokrywał śnieg lśniący we wschodzącym słońcu. Powietrze było krystaliczne i rześkie. Bladoróżowa poświata zalewała całą dolinę, barwiąc na liliowo śnieżne połacie. Mróz przenikał do szpiku kości.
Jednak Amata Lotti nie czuła chłodu, gdy stała przed swoim domem i wznosiła twarz ku amarantowej kuli słońca. Miała na sobie jedynie zgrzebną suknię, z narzuconym na nią sukiennym kaftanem, podbitym króliczym futerkiem. I wełnianą chustę na głowie. Uśmiech rozlewał się na jej twarzy, kiedy patrzyła, jak słońce pięknie oświetla jej rodzinną wioskę.
Teraz już miała pewność, że Bóg wreszcie wysłuchał jej modlitw! Czekała na tę chwilę długich dwanaście lat. Prawie pogodziła się już z myślą, że z boskiego wyroku
nie doświadczy cudu bycia matką. A gdy jej miesięczne krwawienie przestało się pojawiać, Amata sądziła, że może nadchodzi już starość, że dom jej i jej męża Antonia nigdy nie usłyszy dziecięcego szczebiotu i śmiechu. Jednak niedawno poczuła, że jej ciało zmienia się: piersi stają się pełniejsze, suknie – zbyt ciasne. Wciąż była senna. A teraz jeszcze to: delikatne, motyle ruchy, które czuła w brzuchu coraz wyraźniej. Po kilka razy w ciągu dnia.
I teraz już miała pewność, że stał się cud! Że po dwunastu latach życia z Antoniem wreszcie nosi pod sercem jego dziecko. Ta błoga pewność ogrzewała ją od środka, jakby to był środek upalnego lata. Dzięki Ci, dobry Boże!
Minął już niemal wiek cały, odkąd ostatni rycerze powrócili z Ziemi Świętej. Pozostały po nich tylko pieśni, legendy i odległe wspomnienia, powtarzane niekiedy wieczorami przy ogniu przez wędrownych bajarzy.
A trzy dekady upłynęły od czasu, gdy nastało morowe powietrze. Przywleczona przez marynarzy zaraza wdarła się początkowo do miast portowych, a stamtąd drogami i szlakami handlowymi rozpełzła wszędzie, docierając do każdego miasta i każdej wioski. Ludzie trawieni gorączką pluli krwią albo dostawali bolesnych guzów. Śmierć zebrała wówczas potężne żniwo, rozdzielając rodziny, pustosząc sioła i miasteczka, pozostawiając w domach, na ulicach i placach rozkładające się,
cuchnące zwłoki, które nie zawsze było komu grzebać. Wielu wydawało się wówczas, że świat się kończy. Że rozgniewany Stwórca zesłał tę plagę, by ukarać grzeszników. Niektórzy pragnęli Go przebłagać, pokutując za grzechy świata – chodzili od wsi do wsi, od miasta do miasta i biczowali do krwi swoje obnażone ciała.
A jednak świat przetrwał, odmieniony – wyludniony, ale bogatszy, bo zmarli nie zabrali swych majątków do grobów. Pozostawili je ocalałym. Amata przetrwała jako jedyna ze swego rodzeństwa: jej bracia pomarli na początku zarazy, w gorączce plując krwią. Pół roku po nich zachorowali także jej rodzice – rano na ich szyjach i pachach pojawiły się wielkie narośle, a wieczorem oboje już nie żyli. Osieroconą dziewczynkę przygarnęła ciotka. A gdy Amata dorosła, okazało się, że jest jedyną dziedziczką rozległych pól, na których rodzina ciotki uprawiała soczewicę, winorośl, pszenicę i oliwki.
Teraz Amata patrzyła na te pola leżące pod śniegiem w dolinie i na stokach wzgórz i miała nadzieję, że jej dziecko będzie mogło żyć w spokojniejszych, łaskawszych czasach. Że dobry Bóg dał się przebłagać, wysłuchał modłów i pozwolił światu powrócić do naturalnego porządku.
Amata pochyliła się i zaczęła nabierać śnieg do drewnianego cebrzyka, by roztopić go w domu i ugotować śniadanie. Zastanawiała się, czy już podzielić się
Dorota Ponińska
z mężem tą radosną nowiną, czy poczekać jeszcze, aż nabierze zupełnej pewności. Ale przecież – już miała tę pewność!

Lipiec tego roku był gorący i suchy. Poranny chłód nawet w górach szybko ustępował skwarowi dnia, a koło południa ludzie szukali schronienia w cieniu drzew albo pod dachem. Upał dokuczał wszystkim, ale najbardziej – brzemiennym kobietom, i tak już rozpalonym wewnętrznym ciepłem drugiego życia, które nosiły w łonie.
Brzuch Amaty Lotti był już tak ogromny, że mammana pomagająca kobietom przy porodach w Roccaporenie w każdej chwili spodziewała się wezwania.
Wiedziała, że pierwszy poród w późnym wieku to większe ryzyko, więc przygotowała się dobrze: miała zapas świeżego oleju różanego i oliwy do masażu, pęcherze zwierzęce i zioła uśmierzające ból i przyspieszające poród. Czekała.
Mąż Amaty, Antonio Lotti, przejęty przybiegł do niej późnym wieczorem, gdy księżyc stał już wysoko na niebie.
– To chyba już! Chodź prędko! – krzyczał od progu, a w jego czach widać było przerażenie, choć był znany w całej Roccaporenie ze swej stateczności i rozwagi.
Mammana uśmiechnęła się pobłażliwie pod nosem. Iluż to widziała już mężów: wojowników, rycerzy, kupców czy zwykłych rolników, którzy panikowali wobec rodzącej kobiety.
– Antonio, potrzebuję twojej pomocy – powiedziała spokojnie.
– Ale są już przy niej inne kobiety z rodziny… – odrzekł niepewnie.
Mammana się zaśmiała.
– Antonio, weź to krzesło i zanieś do domu – wskazała na drewniany mebel stojący w kącie, z szerokim otworem wyciętym w siedzeniu i z mocnym podparciem pod plecy i ręce. – Postaw w izbie, gdzie leży twoja żona. A potem wyjdź.
Kiedy mammana weszła do domu Antonia i Amaty, zastała tam już kobiety z rodziny i sąsiedztwa, które dobrze wiedziały, co robić: zapaliły świece, naszykowały płótna, zagrzały wodę, przygotowały wzmacniający napój z lekkiego piwa, ziół i miodu, który pokrzepi i wzmocni rodzącą. Inne modliły się na głos o łatwe, szczęśliwe rozwiązanie. A jeszcze inne ściskały magiczne amulety i szeptały pradawne zaklęcia.
Amata leżała na szerokim łożu, wsparta na pokrytych płótnem poduszkach, z włosami pozlepianymi potem, z czerwoną z wysiłku twarzą. Nie krzyczała.
Mammana spojrzała na nią, położyła jej ręce na brzuchu, zajrzała między nogi.
– Wszystko dobrze – orzekła. – Oddychaj głęboko.
Dorota Ponińska
Zaparzyła zioła, natarła brzuch i biodra Amaty różaną oliwą, obłożyła jej ciało zwierzęcymi pęcherzami wypełnionymi ciepłym olejem. Przeżegnała się i poprosiła o pomoc Świętą Małgorzatę, patronkę rodzących. Gdy nadszedł czas, kobiety podniosły Amatę z łoża, usadziły na krześle porodowym i otoczyły kręgiem, kiedy jęcząc i sapiąc próbowała wypchnąć z siebie swoje pierwsze dziecko. Nie minęło aż tak wiele czasu, jak się spodziewały, gdy Amata krzyknęła rozdzierająco, natężyła wszystkie siły, prąc tak mocno, jak tylko była w stanie, i urodziła dziecko. Mammana złapała je zręcznie, szybko przecięła pępowinę, obejrzała uważnie, wytarła, owinęła w płótno i położyła w ramionach
Amaty.
– To dziewczynka – powiedziała. – Masz córkę.
– Wiem – szepnęła młoda matka przez łzy, które płynęły po zaczerwienionych policzkach.
Od dawna wiedziała, że to dziewczynka – którejś nocy przyszedł do niej we śnie anioł i powiedział, że Bóg wysłuchał jej modlitw i zsyła jej córkę.
Kobiety pomogły położnicy przenieść się na łoże, napoiły ją piwem z ziołami i miodem i przystawiły noworodka do jej piersi. Amata objęła je ramionami. Po chwili poczuła ciepłe usteczka ssące jej sutek. Wypełniła ją taka błogość i szczęście, że rozpłakała się gorącymi, serdecznymi łzami, szepcząc:
– Dzięki Ci, Boże, za ten cud!…
Nad ranem, gdy nad górami Roccaporeny wstawał wczesny, liliowy świt, mammana wpuściła Antonia do izby, którą kobiety zdążyły już uprzątnąć. Amata siedziała w łożu, trzymając w ramionach śpiącą córeczkę. Twarz matki była rozpromieniona, włosy – uczesane. W izbie pachniało różanym olejkiem i mlekiem. Antonio był wzruszony, coś ściskało mu gardło tak, że nie mógł wymówić słowa.
Usiadł na brzegu łoża. Kiedyś, dawno temu, marzył o synu i dziedzicu, któremu przekazałby nie tylko swój dom i ziemię, ale także całą swoją mądrość i wiarę. Potem, przez dwanaście lat małżeństwa z Amatą, zdążył już pogodzić się z myślą, że umrze bezpotomnie. A teraz, gdy widział swoją żonę taką szczęśliwą z tą maleńką córeczką w ramionach, dziękował w myślach Bogu za ten niespodziewany dar.
– Nazwijmy ją Francesca, po mojej matce – powiedział miękko.
Amata popatrzyła mu prosto w oczy, z siłą i spokojem na twarzy.
– Nie – odparła szybko, z niespodziewaną stanowczością. – Nazwiemy ją Margarita, czyli perła.
Antonio popatrzył zdziwiony, bo żona nie zwykła sprzeciwiać się jego zdaniu.
– Bo jest tak drogocenna? – upewnił się.
– Bo tak powiedział mi anioł. We śnie.

Tej samej lipcowej nocy, we Florencji odległej od Roccaporeny o trzy dni drogi, w domu Lorenzo di Matteo Bartoli, zamożnego kupca handlującego wełną, także nikt nie spał i panowało podobne zamieszanie. Młoda żona Lorenza, Elisabetta, wydawała na świat swoje drugie dziecko.
Lorenzo miał już syna, który jeśli dożyje lat męskich, będzie mógł pomagać mu w interesach, a z czasem przejąć jego warsztaty, kramy i sklepy. Piero miał już cztery lata. Z okazji jego szczęśliwych narodzin Lorenzo podarował wtedy żonie piękną tacę porodową, z wymalowaną sceną narodzin Jana Chrzciciela, patrona miasta. Teraz na tej tacy stały karafki z wodą i winem, soczyste brzoskwinie, migdały i oliwki – dla pokrzepienia rodzącej, choć
Lorenzo tego nie widział, bo kobiety nie wpuszczały go do jej pokoju. Musiał teraz stać przed drewnianymi drzwiami i słuchać rozdzierających krzyków żony. Wspominał poprzednie narodziny syna – długie, męczące. Elisabetta krzyczała wówczas tak przeraźliwie, że chciał już wzywać wykształconego lekarza. Ale doświadczona położna powstrzymała go, mówiąc: – Nie wie pan, Lorenzo, że kiedy przychodzi mężczyzna, jedno lub oboje muszą umrzeć? Poradzimy sobie same.
Znał to porzekadło, zaufał kobiecie, czekał przed drzwiami, jak teraz.
Życie ludzkie jest takie kruche! Wiedzieli o tym dobrze ci, którzy przeżyli czarną śmierć. We Florencji przetrwała ją jedynie połowa dawnych mieszkańców. A teraz ci, którzy pozostali, pragnęli celebrować i doceniać życie. Rzucali się z niespotykaną wcześniej energią do aktywności, handlu, produkcji i bogacenia się. Lorenzo był jednym z nich: we wczesnej młodości przejął warsztaty, przędzalnie, tkalnie i farbiarnie swego zmarłego ojca. Wzbogacony, ożenił się z młodą panną z bogatej kupieckiej rodziny.
A teraz czekał na szczęśliwe rozwiązanie i myślał o nowej tacy porodowej, którą kupił dla żony w kramie jednego z warsztatów artystów-rzemieślników, a która przedstawiała Triumf Wenus. Lorenzo przypominał sobie jej żywe, harmonijne kolory i precyzyjny rysunek: bogini Wenus unosi się w powietrzu, a u jej stóp, w kwitnącym ogrodzie pełnym kwiatów i owoców, klęczą mityczni bohaterowie: Achilles, Tristan, Lancelot, Parys. Ich obecność pokazuje, że nawet najwięksi herosi ulegają potędze miłości. Wokół bogini na niebie fruwają małe, uskrzydlone postacie chłopców z łukami, wypuszczającymi strzały w stronę kochanków. Lorenzo był zachwycony tym malowidłem – kupił tacę z zamiarem ofiarowania jej Elisabetcie po szczęśliwym rozwiązaniu. Niech Wenus jako bogini miłości i płodności magicznie wspomaga regenerację matki i zapewnia pomyślność nowemu życiu!
Lorenzo uświadomił sobie, że od jakiegoś czasu krzyki Elisabetty ucichły. Dom ogarnęła cisza uśpionego miasta. Po chwili wdarł się w nią niski dźwięk dzwonu z pobliskiej dzwonnicy, obwieszczający północ. Drewniane drzwi otworzyły się, stanęła w nich uśmiechnięta kobieta z maleńkim zawiniątkiem w ramionach. – Ma pan córkę – powiedziała.
Lorenzo wszedł do pokoju, w którym jego zmęczona żona leżała na łożu, przykryta lekką narzutą. Miała zamknięte oczy i wyglądała na tak wyczerpaną, że nie chciał jej niepokoić – niech śpi.
Kobiety zdążyły już umyć i zawinąć dziecko i teraz Lorenzo mógł wziąć w ramiona swoją córeczkę. Gdy poczuł jej ciepło i delikatny zapach tuż przy swoim sercu, ogarnęło go głębokie wzruszenie. Miała tak jasną, mleczną skórę i delikatny, złoty puszek na główce, że od razu wpadł na pomysł właściwego dla niej imienia: Bianka. Czuł, że ta kruszynka stanie się jego oczkiem w głowie – już roztapiała jego serce jak wosk. – Witaj na świecie, Bianko – szepnął jej do ucha. –Niczego ci u mnie nie zabraknie, zobaczysz.

Margarita i Bianka przyszły na świat tej samej gorącej lipcowej nocy, o północnej godzinie, Anno Domini 1381. Gwiezdne siostry. Nieznane sobie nawzajem, ale połączone niewidzialną nicią losu i przeznaczenia.
Tamtej nocy na niebie świeciła konstelacja Lwa. Uczeni astrologowie orzekliby pewnie, że Lew obdarzy dziewczynki odwagą i królewską godnością, a nocny księżyc – ujarzmi siłę Lwa kobiecą łagodnością, wrażliwością i oddaniem dla rodziny. Reszta – w rękach Bożej Opatrzności.
Część 1 Dzieciństwo


Nad Umbrią świeciło ciepłe, wiosenne słońce, a jednocześnie unosił się pewien szczególny, mistyczny klimat, jak przystało na krainę, która wydała tak wielu świętych. Mogło się wydawać, że patrzą z nieba na swoją rodzinną ziemię i troszczą się o to, by zielone lasy i pola miały pod dostatkiem deszczu i słonecznych promieni, by ludziom i zwierzętom nie brakowało pożywienia i wody, by pola dawały obfity plon, a mieszkańcy żyli w spokoju i dostatku na chwałę Bożą. Na tej ziemi, pośród stromych gór, pachnących żywicą lasów i bujnych łąk, dorastała Margarita, którą wszyscy w Roccaporenie nazywali Ritą.
Była jedynym dzieckiem swych niemłodych rodziców – prawdziwą radością dla Amaty i Antonia, którzy czekali na nią tak długo. Charakter i usposobienie
dziewczynki wynagrodziły im sowicie to długie oczekiwanie. Rita była pogodna, spokojna, skora do pomocy. Darzyła wszystkich uśmiechem tak promiennym, że nawet największym ponurakom we wsi trudno go było nie odwzajemnić. Choć praktyczne gospodynie szeptały, że córka Amaty wciąż buja w obłokach i błądzi myślami nie wiadomo gdzie.
Rita rosła zdrowo. Chętnie pomagała matce w ogrodzie i w kuchni. Lubiła wyjeżdżać z ojcem do pobliskiej Cascii, by sprzedawać tam na targu plony ich rozległego gospodarstwa w Roccaporenie. Góry otaczające wioskę były skaliste, częściowo pokryte lasami, pełne grot i jaskiń. Rita od dziecka wspinała się sprawnie i szybko, zwinna niczym kozica. Dziewczynka najbardziej lubiła samotnie przemierzać górskie ścieżki, pilnując stada kóz, które miała pod opieką.
Z okna głównej izby w jej domu, tej z paleniskiem, widać było stromą, wysoką górę przy wjeździe do wioski. Na samym jej szczycie, niemalże pod chmurami, stała niewielka chatka, w której mieszkał samotnie eremita. Cała Roccaporena szczyciła się obecnością świętego męża, który nigdy nie opuszczał swej pustelni. Mieszkańcy wioski ufali, że jego modlitwy chronią całą ich wspólnotę przed wszelkim złem. Z wdzięczności chcieli mu ofiarować trochę jedzenia, on jednak twierdził, że nie potrzebuje tego, że Bóg i okoliczny las zatroszczą się o niego wystarczająco.
Jednak Amata nie dała się przekonać i od czasu do czasu posyłała tam córkę z wiklinowym koszykiem pełnym plonów z domowego ogrodu.
Właśnie dziś przy śniadaniu powiedziała do córki: – Rito, naszykowałam kosz z darami. Zaniesiesz go do eremu?
Rita, z buzią pełną jęczmiennej polenty z ziołami, klasnęła w dłonie i skinęła głową. Tak bardzo lubiła odwiedzać świętego męża! Wprawdzie ścieżka była stroma i można się było trochę zasapać, idąc nią pod górę, ale widok ze szczytu był niezrównany! Łagodna obecność pustelnika i bliskość chmur sprawiały, że czuła się tam jak w przedsionku nieba.
Zaraz po śniadaniu zerknęła do kosza, w którym matka umieściła trochę koziego sera, świeżych ziół, orzechów, owoców i soli. Do tego bochenek świeżo upieczonego chleba.
– Jeszcze świece. Dajmy mu trochę świec, żeby nie siedział w ciemnościach – powiedziała Rita, która bywała w pustelni najczęściej.
Amata sięgnęła do skrzynki po parę świec własnego wyrobu i dołożyła je do kosza.
Zarzuciła na plecy córki wełnianą chustę i powiedziała: – Tylko nie zasiedź się tam jak ostatnio i wróć przed zmrokiem!
Rita zakręciła się dookoła, chwyciła koszyk i wybiegła z domu. Wystarczyło pójść głównym traktem we wsi,
Ponińska
skierować się w prawo, pokonać kolejny krótki odcinek, przejść przez kładkę nad strumieniem, by już po chwili znaleźć się na ścieżce prowadzącej w górę, na sam szczyt.
Roccaporena była niewielką osadą, na samym końcu doliny, bardzo rzadko odwiedzaną przez obcych, ale nawet stali mieszkańcy robili trochę szumu i zamieszania. A Rita kochała ciszę i spokój. Kochała pustkę górskich przestrzeni i poczucie zanurzenia w naturze, pośród kamieni, drzew, ptaków i owadów. Od dziecka czuła się częścią świata przyrody. Gdy pasła swoje kozy, mówiła nie tylko do nich, ale także do kwiatów i motyli. Doskonale rozumiała wybór eremity, by żyć samotnie wśród lasów, skał i chmur, w ciszy. Może dlatego tak lubiła go odwiedzać, a nawet czuła się z nim zaprzyjaźniona.
On także zdawał się lubić jej wizyty. Starzec z długą białą brodą i białymi włosami opadającymi na plecy, z łagodnym uśmiechem dziecka, nosił połatany mnisi habit. Chodząc po swojej górze i porastającym ją lesie, podpierał się długim, sękatym kijem. Nikt z mieszkańców nie pamiętał, kiedy eremita się zjawił – mieli wrażenie, że był tam od zawsze, jak strumień czy kościół.
O tej porze roku górskie stoki były porośnięte tysiącami kwiatów. Wyglądały, jakby ktoś rozłożył na nich ogromny, wielobarwny dywan. Wzdłuż ścieżki rosły dzikie orchidee, a nieco dalej – maki, chabry i dzika lawenda. Rita lubiła je wszystkie, ale szczególnie
podobały jej się białe, różowe i fioletowe orchidee, z płatkami nakrapianymi ciemniejszym kolorem. Nie mogła się powstrzymać i zerwała cały bukiet kwiatów o słodkim zapachu.
Kiedy zdyszana stanęła na szczycie góry, wiatr owiał ją ciepłym, wonnym podmuchem. Bolały ją trochę nogi od szybkiej wspinaczki. Postawiła na ziemi kosz z wiktuałami i bukietem, rozłożyła na trawie wełnianą chustę i by nieco odsapnąć, położyła się na niej. Słońce ogrzewało twarz Rity, a woń orchidei działała upajająco.
Rita leżała w słońcu przez dłuższą chwilę, słuchając brzęczenia owadów w trawie, gdy w pewnym momencie usłyszała odgłos lekkich kroków eremity i stukanie jego kija na kamiennej ścieżce. Podniosła się szybko, zwinnie.
– Ave, Padre! – pozdrowiła starca i schyliła się, by ucałować jego dłoń. – Mama przysyła wam trochę darów z naszego ogrodu i z pól. A ja wam przyniosłam te kwiaty – piękne są, prawda?
Pustelnik patrzył na nią brązowymi oczami, które mrużyły się w słońcu i uśmiechały ciepło.
– Podziękuj matce, Rito, powiedz jej, że będę się modlił o pomyślność waszego domu – rzekł. – A twoje kwiaty to prawdziwy luksus w mojej skromnej chacie.
Dziękuję!
Mówiąc to, usiadł na kamieniu, a Rita przycupnęła na trawie u stóp pustelnika.
