RAFAŁ
MAJKA ZAWSZE Z PRZODU Rozmawia Tomasz Kalemba
Wydawnictwo Znak Kraków 2026
PIERWSZA UCIECZKA
Alberto Contador i Rafał Majka podczas Vuelta a España, 2015
Pamiętasz dzień, w którym kolarski świat usłyszał o Rafale Majce?
Byłem wtedy na stażu w ekipie Saxo Banku (wówczas Saxo Bank – SunGard). Tego dnia mieliśmy test pod górę. Startowałem z pierwszego rzędu w dziesięcioosobowej grupie. Pół minuty po nas ruszała kolejna. W trzeciej jechał Hiszpan, gwiazda tej drużyny, z pomocnikami. Dwie pierwsze grupy szybko się połączyły. Po kolejnych kilku minutach dojechała trzecia. I wtedy pomocnicy Hiszpana zaczęli wymiatać. Z grupy strzelali* kolejni kolarze. Nagle zostało dziesięciu, w tym ja. Pomyślałem, że jest dobrze. Jedziemy coraz wyżej. W końcu zostało pięciu, a ja dalej się trzymałem. Ze mną byli już tylko hiszpański gwiazdor i jego najlepsi pomocnicy. Odpadł w końcu ostatni pomocnik, a ja zostałem na kole Hiszpana. Nie dałem zmiany, bo bałem się, że mnie urwie. Podjechał do nas szef ekipy Bjarne Riis, przed laty znakomity kolarz. Otwiera szybę samochodu i patrzy na mnie – a ja na *
Patrz: Słowniczek kolarski.
9
Z AWSZE Z PR ZODU
niego. Duńczyk miał taki wzrok, że się po prostu wystraszyłem. Za chwilę był finisz. Miałem dużo pod nogą, ale Hiszpan przyjechał przede mną. Na górze poklepał mnie po ramieniu. Aż mi się ciepło zrobiło. Bo to był Alberto Contador, najlepszy wtedy kolarz na świecie. Docenił to, że dojechałem razem z nim. Fajne uczucie. Powiedział ci coś wtedy?
Zapytał, czy mam już gdzieś kontrakt. Nie miałem. Po jakimś czasie na górę dojechał Jarek Marycz, który jeździł w tej ekipie od dwóch lat. Powiedział, że po tym, co właśnie zrobiłem, kontrakt mam już w kieszeni. Miałem niecałe dwadzieścia jeden lat, gdy nagle pojawiła się wielka szansa przejścia na zawodowstwo. Tyle że w duńskiej ekipie Saxo Banku byłem tylko na stażu, jeździłem wtedy we włoskim zespole Trevigiani. Wróciłem więc do mojej drużyny. I wtedy zadzwonił do mnie Giovanni Lombardi, żebym podpisał z nim kontrakt, bo on będzie działał w moim imieniu jako mój menedżer. Poszło tak gładko?
A skąd. Riis powiedział, że nie ma na mnie budżetu. W Saxo Banku miałem wprawdzie zarabiać minimum, ale i tak nie mieli środków. Poprosili, żebym poczekał do końca roku i wrócimy do tematu. Wtedy jednak wieści o akcji na zgrupowaniu rozeszły się w kolarskim świecie. Dostałem oferty od kilku naprawdę znanych ekip, w tym od elitarnej amerykańsko-szwajcarskiej BMC Racing Team. Riis zmienił zdanie. Zadzwonił do menedżera i powiedział, że biorą mnie od zaraz. Ale był jeszcze jeden problem.
10
Pierwsza ucieczka
Wciąż byłeś zawodnikiem Trevigiani.
Włosi nie chcieli mnie puścić. Kręcili nosem i robili mi pod górkę. Powiedzieli, że muszę zapłacić za rower, który od nich dostałem, ale też za wszystkie zgrupowania: te, na których z nimi byłem, i te zaplanowane na najbliższe dwa miesiące. Z czego to miałem pokryć? Przecież nie zarabiałem aż tyle. Nie spałem przez to po nocach. Menedżer powiedział mi, żebym się nie martwił, bo on to bierze na siebie. Zdałem się na Lombardiego. Chyba wiedział już, że jednak coś wyjdzie z zawodowym kontraktem. Na wszelki wypadek pogadałem też z moim trenerem Elsem Fredianim. Co ci doradził?
To było szaleństwo. Powiedział, że jak nie chcą mnie puścić, to on sam kupi mi bilet na samolot. A ja mam tylko o czwartej rano wziąć taksówkę na lotnisko i wracać do Toskanii – a tam trenować i czekać na wylot do Saxo Banku. Więc uciekłem. Uciekłeś?
Przyznam szczerze: uciekłem z Trevigiani! Cofnijmy się trochę: jak to się stało, że w ogóle wylądowałeś we Włoszech?
To był moment, na który czekałem. Jednocześnie decyzja o wyjeździe była najtrudniejszą w moim życiu. Do Włoch jechałem z niczym. Miałem osiemnaście lat i pięćdziesiąt euro w portfelu. Do tego telefon na kartę, załadowany chyba na trzydzieści złotych, co wystarczało na kilka esemesów. Nie było roamingu ani internetu. Nie znałem języka. Na szybko musiałem robić prawo jazdy – egzamin zdałem na dwa dni przed
11
Pierwsza ucieczka
wylotem. Gdy byłem już spakowany, przyszli do mnie mama z tatą i zapytali, czy jestem pewny, że chcę jechać. Doskonale wiem, jak przeżywali mój wyjazd. Mama wolała, bym spokojnie zdał maturę i dopiero potem ruszył w świat. Bała się, że wplączę się w afery dopingowe, o których było wtedy głośno. Powiedziałem im, że muszę wyjechać. W Polsce nie byłbym w stanie wejść na poziom, o jakim marzyłem. Nie ukrywam, że sam się bałem, przede wszystkim tego, że będę tam sam, ale też wiedziałem, że muszę zaryzykować. W mojej głowie było wtedy tylko kolarstwo. Choć wyjazd do Włoch był trudny z jeszcze jednego powodu. Jakiego?
Zostawiałem nie tylko rodzinę, ale też dziewczynę, którą poznałem kilkanaście miesięcy wcześniej, na weselu mojej siostry Agnieszki w październiku 2006 roku. To była Magda – na przyjęciu siedziałem między nią a jej bratem Marcinem. W końcu zatańczyliśmy. Pamiętam śmieszną sytuację. Już wtedy coś zarabiałem w kolarstwie i wyciągnąłem taki otwierany telefon Panasonic. Ona miała starszą Nokię i się jej wstydziła. Dopiero po latach powiedziała mi, że bała się, że jej telefon mógłby zadzwonić. Śmiałem się z tego. Dla mnie to nie miało żadnego znaczenia. Po tym weselu zaczęliśmy się spotykać. Aż któregoś dnia powiedziałem Magdzie, że wylatuję do Włoch, bo będę jeździł w ekipie Petroli Firenze, należącej do zes połu Gragnano. Chciało mi się płakać. Dopiero co poznałem dziewczynę, a już ją opuszczałem.
Z Magdą na wakacjach
13
Z AWSZE Z PR ZODU
Kiedy się poznaliście, Magda wiedziała od razu, że uprawiasz kolarstwo?
Jej kuzyn Sebastian jest moim szwagrem. U niego widziała mnie na zdjęciu z rowerem. Wiedziała zatem, że jestem kolarzem. Gdy opowiadałem jej, że niedaleko jej domu jeździłem grać w piłkę, odparła, że patrzyła wtedy na bramkarzy. To był fajny czas wzajemnego poznawania się. A jakie pyszne kotleciki mi robiła, gdy do niej przyjeżdżałem. Naprawdę się w niej zakochałem. Magda była – i nadal jest – ładną dziewczyną. Jej mama, której trochę się wtedy bałem, jej pilnowała. Córka miała się uczyć. Ciągle byliśmy pod nadzorem. Ale może to i dobrze, bo nic nie wykombinowaliśmy. To, że miałem dziewczynę, nie za bardzo podobało się też mojemu trenerowi Zbigniewowi Klękowi. To on był inicjatorem mojego wyjazdu za granicę i załatwił z Tomkiem Marczyńskim, który wyjechał już wcześniej, żebym jeździł we włoskiej ekipie. Trener uznał, że to będzie najlepszy region, bo tam tereny są trudne, a ja jestem góralem. Nalegał, żebym jak najszybciej opuścił Polskę, bo w kraju się zmarnuję. To był więc czas, gdy szykowałem się do wyjazdu za granicę, i trener chciał, żebym w głowie miał wyłącznie kolarstwo. Bał się, że taka znajomość może mi zaszkodzić, odciągnie od roweru. Magda rzeczywiście czasami do mnie przyjeżdżała. Mieszkałem wtedy w rodzinnym domu, na dole. Najgorzej było, gdy trener pojawiał się u nas bez zapowiedzi. Kiedy tylko wchodził, Magda wyskakiwała przez okno, żeby jej nie widział, i busem wracała do domu. Rozumiałem go, bo chciał, żebym jak najwięcej osiągnął w sporcie. Magda doskonale wiedziała, że chcę być kolarzem, ale wtedy jeszcze – co zrozumiałe – nie podejrzewała,
14
Pierwsza ucieczka
co mogę osiągnąć w sporcie. Teraz Magda ma z trenerem dobry kontakt. Musiało być wam trudno utrzymać związek na odległość?
Myślałem, że Magda mnie zostawi, ale była uparta. Mimo że niektórzy dogryzali jej i mówili, że teraz pewnie będę miał dziewczynę w Italii. To był w końcu jeden z najtrudniejszych okresów w mojej karierze. Przez dziewięć miesięcy byłem poza domem: przyjeżdżałem na mistrzostwa Polski w czerwcu, a potem siedziałem w domu jeszcze tylko w listopadzie i w grudniu. I znowu wyjeżdżałem na treningi do Włoch. Nie było łatwo. Magda wytrzymywała, nawet gdy czasem ludzie złośliwie komentowali – kiedy już odnosiłem sukcesy – że jest ze mną dla pieniędzy. A przecież byliśmy ze sobą od siedemnastego roku życia. Gdy jeszcze nie miałem prawa jazdy, jeździłem do niej piętnaście kilometrów w jedną stronę Volkswagenem Golfem mojego taty. Czasami woził mnie ojciec, ale zdarzało się, że nie mógł. Bywało, że nawet nie wiedział, że biorę auto. Wtedy jeszcze sam niewiele miałem. Dopiero potem kupiłem Volkswagena Vento. Teraz nam się powodzi, ale Magda się nie zmieniła. Szanuję ją za to, że przez tyle lat wytrzymała związek na odległość. Dzięki niej mogłem się skupić na kolarstwie. Nie trzymały się mnie głupoty, nie szalałem po dyskotekach. Moje życie to były tylko treningi i wyjazdy do Magdy. Gdzie mieszkałeś we Włoszech?
Na początku w Viareggio, niedaleko Pizy. Toskania, piękne rejony. Tak mi się spodobało, że później często wracałem tam trenować.
15
Z AWSZE Z PR ZODU
We Włoszech przeżyłem szok, najtrudniejsze trzy lata mojego życia. Ale też wiele mnie ten wyjazd nauczył. Najpierw wziąłem książkę i zacząłem się uczyć włoskiego. Wystarczyły trzy miesiące, a teraz mówię po włosku chyba lepiej niż po polsku. To była też szkoła życia, bo nauczyłem się prać, sprzątać, gotować. Miałem wiele chwil zwątpienia i bardzo tęskniłem za rodziną. Ktoś ci pomagał?
Trafiłem na bardzo dobrego trenera, a to była już połowa sukcesu. Elso Frediani był szkoleniowcem, później został dyrektorem sportowym. Traktował mnie jak syna. Nie miałem pieniędzy na telefon, to mi go doładował. Kupował mi jedzenie, kiedy potrzebowałem. Gdy miałem lecieć do Polski, to dostawałem od niego bilet na samolot. Do tego bardzo wierzył we mnie, w mój talent. Nawet gdy już byłem zawodowcem, to zawsze zadzwonił i zapytał, co słychać. Czasami pomógł coś załatwić. To był drugi z trenerów – po Zbigniewie Klęku – który tak wiele pomógł mi w życiu. Kiedy zmarł w 2023 roku, czułem się jak wtedy, kiedy umierał mi tata. Starał się też, żebym jak najmniej trenował. Jak najmniej?
Ciągle powtarzał, że nie chce mnie wymęczyć w orlikach, żebym potem mógł pokazać swoją moc w zawodowym peletonie. Okazało się, że miał rację. Ci, którzy wtedy wygrywali dużo więcej wyścigów ode mnie, na zawodowstwie nie zrobili tego co ja. Kiedy zaczynałem wygrywać, oni kończyli kariery. Tomek Marczyński nie tylko robił za tłumacza w moich pierwszych rozmowach z Włochami, ale też załatwił mi
16
Pierwsza ucieczka
kieszonkowe w wysokości pięćdziesięciu czy stu euro na miesiąc. To były dla mnie duże pieniądze. Elso jednak nie pozwalał mi ich wydawać. Mówił, żebym sobie zostawił na okres, kiedy będę w Polsce. Sam kupował mi wszystko i przez to faktycznie mogłem odłożyć. Dzięki temu po pierwszym roku przyjechałem do domu i za własne pieniądze wyremontowałem pokój. Z czasem, kiedy już zacząłem wygrywać wyścigi, dostawałem coraz większe pieniądze. Około tysiąca euro, a potem nawet więcej, bo w Gragnano chcieli, żebym został. Gdy przyjeżdżałem do domu, to już mnie było stać na dużo więcej. Cieszyło mnie to, że jestem samowystarczalny. Włosi dali ci odczuć, że jesteś obcy?
Tak to odbierałem, ale to raczej trener izolował mnie od Włochów. Trenowałem dużo mniej niż oni. Często wyczuwałem pretensję, że jestem z Polski i co ja robię we Włoszech. Znałem już kilka słów po włosku i takim łamanym językiem odpyskiwałem: „No, stary, jestem tu i będę, i jak chcesz ze mną trenować, to dawaj pod górę”. Gdy później zacząłem ich łoić, to się uspokoili. Musiałem pokazać charakter, stać się takim wodzem, żeby widzieli, że jestem mocny, bo inaczej by mi nie odpuścili. Miałem też jednak fajnego kumpla z Włoch – Petera Orto. Uczył mnie włoskiego i pomagał mi na miejscu. Spotkaliśmy się nawet kiedyś w Krakowie. Dawałem sobie cztery lata we Włoszech na to, by przebić się do profesjonalnego peletonu. Zaciskałem więc zęby. Ryzykowałem nawet zdrowie, żeby osiągnąć cel.
17
Rafał Majka (drugi z prawej) z ekipą Tinkoff-Saxo
Z AWSZE Z PR ZODU
Co robiłeś?
Był grudzień, gdy przechodziłem z Petroli Firenze do drużyny młodzieżowej Trevigiani. To była najlepsza włoska drużyna w kategorii orlika. Wygrywała Giro Bio, zwany też Baby Giro, czyli po prostu Giro d’Italia dla młodzieżowców. Dla mnie to był niesamowity strzał. Uznałem, że muszę zrobić wszystko, by pokazać się tam z jak najlepszej strony. W Zegartowicach była wówczas sroga zima. Trenowałem w temperaturze minus dwanaście, minus czternaście stopni Celsjusza. Nie na szosówce, tylko na rowerze górskim, który pożyczałem od Wojtka Bzdyla, też byłego kolarza. W tym zimnie jeździłem przez dwie i pół godziny. Po powrocie do domu wchodziłem od razu do wanny z ciepłą wodą. A gdy się już trochę odmroziłem, to włączałem farelkę, wsiadałem na trenażer i dawałem na nim przez kolejne cztery i pół godziny. W tym czasie jadłem tylko jeden jogurt, bo tak chciałem być wycieniowany. W Trevigiani byłem jedynym Polakiem. Wiedziałem, że jestem dobry, ale jednak zwłaszcza na początku, gdy wchodziłem do tej ekipy, chciałem się pokazać. To właśnie Frediani pomógł ci w przejściu do Trevigiani?
Elso powiedział mi wprost: „Muszę się ciebie pozbyć, bo ty musisz iść do drużyny półkę wyżej. Powinieneś już jeździć w lepszej ekipie”. Trochę się wtedy spięliśmy, bo nie chciałem zmieniać drużyny. Ale posłuchałem go. Przyjechałem na zgrupowanie Trevigiani, a tam w ekipie był mistrz Włoch. Zaczęliśmy jeździć w górach. W Trydencie było zimno – to był styczeń – a ja ich wszystkich z koła zrywałem. Już w takim gazie byłem przez te
20
Pierwsza ucieczka
treningi w mrozie w domu. Sami zaczęli mówić, że taki dobry jestem i że ze mną wygrają młodzieżowe Giro d’Italia. I w tym czasie zadzwonił do mnie Giovanni Lombardi. Kim był?
Moim menedżerem. Zajmował się już moimi sprawami, choć nie mieliśmy jeszcze podpisanego kontraktu. Reprezentował między innymi Petera Sagana czy Maćka Bodnara. I on mi mówi: „Rafał, załatwiłem ci staż w Saxo Banku. Jedź”. Byłem w szoku. Tam przecież trzeba było mówić po angielsku, a nie znałem go najlepiej. Alberto Contador, gwiazda drużyny, miał już na koncie dwa zwycięstwa w Tour de France, triumf w Giro d’Italia i Vuelta a España. Pojechałem jednak, jak Giovanni przykazał. Uznałem, że to dla mnie wielka szansa. Miałem ze sobą rower, który dostałem w Trevigiani. W Saxo Banku od dwóch lat jeździł wówczas Jarek Marycz i on mi wiele pomógł z ogarnięciem papierów i biletów. Nie ukrywam, że bałem się i mówiłem to otwarcie Jarkowi, ale w końcu jechałem tylko na staż. Zresztą już na początku była siara, bo się wywróciłem. A krótko później goniłeś pod górę Alberta Contadora i zdecydowałeś się uciekać z Trevigiani.
Musiałem uciec. Elso i Giovanni mi w tym pomogli. Nie chcieli, żebym wracał do Polski, i obiecali zmienić mi licencję oraz zapłacić Trevigiani. Spędziłem w tej drużynie tylko półtora miesiąca. Powiedziałem jednemu z chłopaków, z którym byłem w pokoju, że uciekam. Też mnie w tym wsparł, mówiąc, że to dla mnie szansa. Nie zdradził mnie.
21
Z AWSZE Z PR ZODU
O czwartej rano wsiadłem do taksówki opłaconej przez Elsa i ruszyłem w kierunku swoich marzeń. Nie czułem wtedy nic, choć emocje były wielkie. To był strzał, nie było chwili zawahania. Po prostu wiedziałem, że muszę to zrobić. Później zetknąłem się z tym chłopakiem z pokoju w peletonie. Był mechanikiem w Astanie. Spotkałem się też potem z dyrektorem z Trevigiani, bo on również poszedł w górę. Pogroził palcem, ale przyznał, że podjąłem wtedy dobrą decyzję. Był jeszcze taki czas, kiedy odbywałeś staż w Miche. Tam się na tobie nie poznali?
Jeździli tam Tomek Marczyński i Przemek Niemiec. Miche wzięło mnie po tym, jak w 2009 roku wygrałem wyścig dla orlików Firenze–Viareggio. Chłopacy chcieli mnie wtedy w tym Miche upierdzielić. Robili wszystko, żebym przypadkiem nie przyjechał z przodu. Jak była góra, to specjalnie kazali mi zjeżdżać po bidony. Słuchałem ich, ale potem znowu wracałem do góry. Drugi raz – to samo. W końcu kiedy do mety zostawało dwadzieścia kilometrów, wysłali mnie po bidony trzeci raz. Chcieli mnie wykończyć i pokazać, że w drużynie jest pewna hierarchia, a ja byłem młodszy. Szefostwo Miche, widząc, co wyczyniam, od razu chciało podpisać ze mną kontrakt. Tyle że to była ekipa kontynentalna, a zatem półkę niżej niż World Tour. Elso odradził mi wiązanie się z tą drużyną. Jak rodzina zareagowała na wiadomość, że podpisałeś zawodowy kontrakt?
Magda wcześniej nie chciała wierzyć, że będę zawodowym kolarzem. Myślała, że robię to sobie dla jaj. Dopiero gdy trafiłem do
22
Pierwsza ucieczka
peletonu, powoli zaczęło to do niej docierać. Od razu też przyjechałem nowym samochodem. Kupiłem używane BMW piątkę, choć nie z pieniędzy za kontrakt, tylko z tych odłożonych w czasach orlika. Nie byłem rozrzutny. Oszczędzałem. Najlepsze jest to, że rodzice dowiedzieli się o moim przejściu na zawodowstwo z telewizji. Nie dzwoniłem do nich wcześniej, bo nie chciałem zapeszać. Długo to do nich nie docierało. Zrozumieli to dopiero później, kiedy zobaczyli w telewizji, jak zasuwam.
SPIS TREŚCI Pierwsza ucieczka
7
Wjazd na szczyt
25
Pod górę bez przełożeń
55
„Kto nie skoczy, ten żegna się z drużyną”
93
„Nie wracaj bez medalu!”
115
Granica wytrzymałości
129
„Synu, ratuj mnie!”
149
Pomocnik
163
Trzy Wielkie Toury
187
Szlify, kraksy i ból
213
Niepowstrzymany Tadej
241
Brakujące trofeum
259
Trzech ojców i wielka afera
273
Ostatni podjazd
291
Powrót do Zegartowic
313
Słowniczek kolarski
331
Kalendarium życia i kariery Rafała Majki
333
Najważniejsze osiągnięcia
343
Podziękowania Rafała
344
Podziękowania Tomka
345
Źródła zdjęć
346
Projekt okładki Marcin Słociński Zdjęcia na okładce © Dario Belingheri/Velo/Getty Images Szymon Konieczny Zdjęcia na skrzydełku Rafał Majka z rodziną: © Lorenzo Verdinelli / Fizza Photo Tomasz Kalemba: archiwum autora Zdjęcia na wyklejce Szymon Konieczny Redaktor inicjujący Marcin Baniak Redaktorka prowadząca i fotoedytorka Justyna Skalska Promocja Michał Pelczar Redakcja Daniel Lis Opieka redakcyjna Paulina Gwóźdź Katarzyna Mach Aleksandra Pietrzyńska Adiustacja Marta Tyczyńska-Lewicka Korekta Anastazja Oleśkiewicz Justyna Techmańska Projekt typograficzny i łamanie Marcin Słociński Copyright © by Rafał Majka & Tomasz Kalemba Copyright © for this edition by SIW Znak sp. z o.o., 2026 ISBN 978-83-8427-761-4 Partner wydania:
www.malopolska.pl
Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37 Dział sprzedaży: tel. (12) 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl Wydanie I, 2026. Printed in EU