Skip to main content

Na tropie Vermeera

Page 1

ZNAK HORYZONT KRAKÓW 2022


Projekt okładki Anna Slotorsz/artnovo.pl Ilustracje na okładce Alegoria malarstwa Jana Vermeera – domena publiczna Pozostałe elementy – Shutterstock Opieka redakcyjna Karolina Pawlik Opieka promocyjna Agnieszka Madeja Adiustacja Maria Zając Korekta Joanna Kłos Małgorzata Matykiewicz-Kołodziej Opracowanie typograficzne i łamanie Edycja Copyright © by Agnieszka Ptak Copyright © for this edition by SIW Znak sp. z o.o., 2022

ISBN 978-83-240-8738-9 Znak Horyzont www.znakhoryzont.pl

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37 Dział sprzedaży: tel. (12) 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl Wydanie I, Kraków 2022. Printed in EU


Rok 1941 był ostatnim rokiem życia Jacoba Wolfa. Nim jednak Czytelnik dowie się, kim był ten berlińczyk i jak dokonał żywota: 1) do Afryki Północnej na czele jednostek Afrika Korps zawita Erwin Rommel (na ksywę Lisa Pustyni będzie musiał jeszcze trochę popracować), 2) brytyjscy komandosi zaatakują Lofoty, a przy okazji na pokładzie niemieckiej jednostki patrolowej Krebs znajdą nie tylko tabele kluczy do niemieckiej maszyny szyfrującej, ale także samą Enigmę, 3) Rudolf Hess spakuje walizy i gdy tylko pewien astrolog określi korzystny układ planet, 10 maja o godzinie 17:45 zasiądzie za sterami messerschmitta Bf 110 i z lotniska w Augsburgu wystartuje w kierunku Wielkiej Brytanii, 4) Niemcy zaatakują kraj, który powinni ominąć szerokim łukiem, traktując plany operacji „Barbarossa” jako zwykłą makulaturę. Ale te wydarzenia są nam znane. One się już nie zmienią… W przeciwieństwie do książki.


PROLOG I

N

a razie kupiłeś tę książkę. Może nawet cieszysz się z jej zakupu. I chwała Ci za to, bez względu na to, czy zrobiłeś to z myślą o moim zysku – szczerze w to wątpię – czy też jedynie z nudów, dla zabicia czasu. Ale skoro już niesiesz ją do domu, skoro oboje zmierzacie w stronę wygodnego fotela, mogę Cię tylko zapewnić, że wszystko dopiero przed Tobą.

Jeszcze nie widać tonącego w mroku, niczym kret przedzierającego się przez śnieżne zaspy mercedesa. Jeszcze nie przeciął on linii wiejskiej posiadłości Karinhall, nie wtoczył się majestatycznie przez bramę i nie minął dwóch wież z herbami rodowymi Göringa. To nie ten moment, to za chwilę. Do tego czasu jeszcze wiele się zdarzy. W końcu mamy przed sobą całe trzy lata. Ale to nastąpi. To nieuniknione, jak wiele zdarzeń, o których też wspomnę. Na razie naszą uwagę przyciągnie pewien fałszerz. Berlin, Lindenstraße 32, pracownia malarska Jacoba Wolfa 2 lutego 1941 roku (data jak każda inna) Upłynęła prawie minuta, nim czarne, lśniące oficerki opuściły wnętrze pewnego samochodu. Po chwili stanęły na 9


krawężniku. Uczyniwszy zaledwie pół kroku, zatrzymały się na skraju odśnieżonego chodnika, okrążyły zabłocony kawałek i udały się w sobie tylko znanym kierunku. Przecięły skrzyżowanie ulic Lindenstraße i Feilnerstraße, skręciły w Lindenstraße, ponownie zatrzymały się na krótki moment, by w końcu ruszyć wzdłuż pierzei kamienic opatrzonych parzystymi numerami. Towarzyszący im stukot obcasów był miarowy i dobitnie świadczył, że ich właściciel doskonale zna drogę. Na wysokości numeru trzydziestego drugiego stukot ustał. Oficerki początkowo zwolniły, aż w końcu zatrzymały się przed jedną z kamienic. Chwilę później stare, odarte z farby i połatane drzwi wejściowe zaskrzypiały groźnie, a podkute buty rozpoczęły kolejny etap podróży. W takt echa odbijającego się od wysokich ścian budynku wspięły się po schodach na parter, następnie po tyluż samych stopniach zeszły w dół, minęły z lewej strony drzwi piwniczne i ruszyły w kierunku tych dwuskrzydłowych wychodzących na podwórze. Kwadratowy dziedziniec, wspólny dla całego kwartału kamienic, z obu stron upstrzony był licznymi komórkami. Ich stan przywodził na myśl rozbiórkę i bynajmniej nie świadczył o zamożności mieszkających tu ludzi. Parterowy drewniany dom stający niemal centralnie na środku podwórza pomiędzy dwoma trzepakami, na których całymi dniami bawiły się obdarte dzieciaki, od blisko dziesięciu lat był pracownią malarską Jacoba Wolfa. Tego dnia okazał się także celem podróży czarnych oficerek. Ale nie uprzedzajmy faktów. Nagle, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, kroki ustały, a właściciel oficerek zatrzymał się pośrodku dużego 10


pomieszczenia, na wprost dwóch ogromnych okien i kilka centymetrów od blaszanej miski do połowy wypełnionej wodą. Odruchowo spojrzał w górę. Kapało ze świetlika. Słabe o tej porze roku słońce najwyraźniej roztopiło resztki śniegu zalegające na dachu, a pęknięta w prawym rogu szyba nie stanowiła żadnej przeszkody. Czubkiem buta przesunął miskę i kropla roztrzaskała się o podłogę. Po chwili naczynie wróciło na miejsce, a miarowy odgłos spadających kropli wypełnił pomieszczenie. Zerknął na zegarek. Dochodziła czternasta. Gdzie się podziewał gospodarz? Zniecierpliwionym ruchem wyjął srebrną papierośnicę, wyciągnął papierosa i zapalił. Dym wypełnił mu płuca. Szybkim krokiem przeciął pracownię, oparł się plecami o parapet, zamknął oczy i czekał. Bywał tu niejednokrotnie i można by powiedzieć, że był przyzwyczajony nie tylko do odrapanych ścian, licznych śladów wilgoci i wypaczonych, nieszczelnych okien, ale i do panującego wokół bałaganu, do tego, że wszędzie walały się stare deski, drewniane ramy, schnące bądź już gotowe – to znaczy wielokrotnie zagruntowane i oszlifowane – podobrazia, zabezpieczone przed wilgocią szpongami. Znał na pamięć ustawienie mebli i stołów, wiedział, w których glinianych naczyniach stoją pędzle z borsuka, w którym z wiewiórki, a w którym z sierści wołowej. Zawartość żadnego pudełka ani żadnej skrzynki nie stanowiła dla niego zagadki. Wiedział więcej niż każdy, kto tu przychodził. Wiedział więcej, niż chciałby tego Wolf. Ten ostatni nie miał zbyt wiele do powiedzenia. Odkąd wybuchła wojna, major SS nie raz zastanawiał się, skąd fałszerz bierze te wszystkie materiały. Gdy go o to zapytał, tamten odparł, zgodnie z przewidywaniem, że ma swoje źródła, a te z kolei mają swoją cenę. 11


Hartman doskonale się orientował, jakich materiałów w swej pracy używał Wolf. Nie on jeden wiedział, że z uwagi na rodzaj zleceń stosuje on pigmenty pochodzenia naturalnego, których ceny wielokrotnie przewyższały ceny złota. Dla przykładu, taką purpurę tyryjską, czerwonofioletowy barwnik stosowany w starożytności, otrzymywano z gruczołów żyjącego w Morzu Śródziemnym i Oceanie Spokojnym rozkolca Murex trunculus; z kolei fiolet pozyskiwano z Murex brandaris; lapis lazuli wytwarzano ze sproszkowanego kamienia półszlachetnego – lazurytu. Używane przez fałszerza spoiwa i werniksy też nie stanowiły dla Hartmana żadnej tajemnicy. Receptury starych mistrzów opierały się głównie na żywicach: mastyksowej otrzymywanej z pistacji kleistej z wyspy Chios, zwanej potocznie „łzami Chios”, oraz damarskiej, na balsamie modrzewiowym pozyskiwanym z alpejskiej odmiany wysokogórskiego modrzewia oraz na oleju orzechowym. Zanim zjawił się Wolf, trzydziestodwuletni Sturmbannführer wypalił papierosa, kilka razy poprawił kołnierzyk munduru i skórzaną rękawiczką strzepnął z bryczesów nieistniejący paproch. Zdążył również policzyć wszystkie szmaty, którymi poutykano okna pracowni, oraz zastanowić się, o ile powiększyły się plamy wilgoci, odkąd przyglądał im się po raz ostatni. Zniecierpliwienie powoli sięgało zenitu. Kto jak kto, ale Friedrich Hartman nie nawykł do czekania. Przez chwilę rozważał nawet wizytę w mieszkaniu fałszerza, ale lenistwo jak zawsze wzięło nad nim górę. Wchodzenie po stromych schodach na drugie piętro sąsiedniej kamienicy zostało wyrzucone z planów z szybkością błyskawicy. 12


Po kolejnej chwili z głębi domu dał się słyszeć głos gospodarza: – Herr Hartman! Proszę wejść i się rozgościć. – Już to zrobiłem. – Tak też myślałem – dobiegło z oddali. Hartman był zmuszony kontynuować dialog na odległość: – Swoją drogą, skąd pan wiedział, że to ja? – Tylko pan nie puka i tylko pan pali, nie spytawszy o zgodę – odparł Wolf. – Ale chyba to panu nie przeszkadza. – Niby pytanie, a trąciło zdaniem oznajmującym. Zamiast odpowiedzi pojawił się Wolf – wysoki brunet z dwudniowym zarostem, wyższy od swego rozmówcy o pół głowy, ubrany w ciemne spodnie, jasną koszulę i za luźną, pobrudzoną farbami, niegdyś czarną marynarkę. W żylastych dłoniach o uwalanych farbą i pożółkłych od nikotyny palcach ściskał małą kamienną miseczkę. Jego długie palce wprawnie coś mieszały. – Czyżbym przerwał panu pracę? Widzę, że uciera pan spoiwo z pigmentem. – Hartman zajrzał Wolfowi przez ramię. – A może się mylę? – Pan major nigdy się nie myli – odparł może nieco zbyt cynicznie gospodarz. Odstawił ciężki przedmiot i zaczął szukać po kieszeniach papierosów. Wypuścił obłoczek dymu, nim esesman zdążył się odezwać. – Przyniosłem panu papierosy, które pan tak lubi – powiedział w końcu Hartman, wyciągając z kieszeni płaszcza markowe papierosy, których próżno było szukać nawet na czarnym rynku. 13


– Ale chyba to nie jedyny powód pańskiej wizyty? Nie chce mi się wierzyć, że ktoś w randze Sturmbannführera fatyguje się tu tylko po to, by wręczyć prezent komuś takiemu jak ja. Karton papierosów wylądował na stole. Po chwili zniknął w jednej z szuflad, a Hartman przytaknął od niechcenia. – Przejrzał mnie pan. – A zatem? – nie poddawał się Wolf. – Co pana tak naprawdę do mnie sprowadza? – Zna pan obrazy Vermeera? – Pytaniu towarzyszyło zdjęcie czapki oficerskiej i zaczesanie włosów do tyłu. – To zależy. Enigmatyczne odpowiedzi były wizytówką Wolfa. Czarne oczy zamknięte równie ciemną oprawą na myśl o Holendrze zwęziły się jednak, a fałszerz stał się zdecydowanie czujniejszy. – Co pan wie o Alegorii malarstwa? – zapytał jego gość. – Olej na płótnie znany także pod nazwami: W pracowni artysty i Sztuka malarska. Datowany na lata tysiąc sześćset sześćdziesiąt dwa–tysiąc sześćset sześćdziesiąt pięć. Dość duży jak na Vermeera, sto trzydzieści na sto dziesięć centymetrów. O dziwo sygnowany. Sygnatura znajduje się na mapie, na prawo od modelki. Przedstawia… – nie dokończył, bo Hartman wpadł mu w słowo: – Domyślam się, że zna pan każdy szczegół tego obrazu. Skąd pana zainteresowanie? – To moja praca. Lodowate spojrzenie niebieskich oczu przeszyło fałszerza niczym miecz. – Niech pan ze mnie nie kpi. – Wąskie usta mocno się zacisnęły. – Wielokrotnie się pan przekonał, że nie 14


rozpowiadam wszem wobec i każdemu z osobna żadnych sekretów. Jestem znany z dyskrecji. – Jego stanowczy głos odbił się od ścian pracowni. Wolfowi przebiegło przez myśl, że jego rozmówca o wiele lepiej znany jest z paru innych powodów. Ale teraz wolał o tym nie myśleć. Strach i tak go nie opuszczał. Musiał w to brnąć: – Kiedyś, jeszcze przed wojną, pewien bogaty holenderski Żyd… Na dźwięk tego wyrazu Hartman aż się skrzywił. – Powiedzmy, że był zainteresowany tym obrazem. – Wolf nie sprecyzował, co ma na myśli. Po chwili dodał: – Wydaje mi się, Herr Hartman, że chce mi pan złożyć podobną ofertę. – Przejrzał mnie pan – skwitował ponownie esesman. – Choć wolałbym, żeby nie porównywał mnie pan do czegoś takiego. – Poziom antysemityzmu i wrogości do innych nacji wyróżniał Hartmana nawet wśród innych oficerów jego formacji. – Odmówiłem jemu, odmówię i panu. – Chyba jasno się wyraziłem – wysyczał wściekle Hartman, a drobne kropelki śliny niczym fontanna runęły w dół na jego lśniące, wyglansowane oficerki. Wolfa to nie zraziło. – Ale mogę pana skontaktować z kolegą. On się podejmie tego zadania. To Holender. Nazywa się Han van Meegeren. – Co też pan pieprzy?! – Obcesowość tego stwierdzenia świadczyła o zdenerwowaniu Hartmana. – Odsyła mnie pan do jakiegoś Holendra? Ktoś specjalizujący się w podrabianiu dokumentów, kartek żywnościowych i pieczęci próbuje mnie zbyć? Jak pan śmie! Nic nie daje panu do tego 15


prawa, ani pana talent, ani znajomość sekretów dawnych mistrzów – grzmiał esesman na cały głos. – Pan oszalał! – zakończył tyradę równie gwałtownie, jak zaczął. – Gówno mnie obchodzi, jak pan to zrobi. Potrzebuję ten obraz na wczoraj. To znaczy jego kopię – poprawił się szybko. Przez dłuższy czas w pracowni panowała grobowa cisza. Nawet woda ze świetlika przestała kapać do miski. W międzyczasie dwa papierosy powędrowały do ust, równocześnie zapłonęły dwie zapałki, a dym wypełnił pomieszczenie. Jakby w odpowiedzi na ostatnie frazy dialogu słońce skryło się za chmurami, a pracownię wypełnił półmrok. Stali w milczeniu i palili. Wreszcie odezwał się Wolf. Mógłby tak milczeć do wieczora, ale uznał, że gdy przerwie ciszę i ugnie się przed Sturmbannführerem, tylko na tym zyska. – Jeśli się zgodzę, to znaczy, jeśli przyjmę propozycję – poprawił się szybko – ile będę miał czasu? – Dam panu tyle czasu, ile tylko będzie pan potrzebował. Deklaracja esesmana zaskoczyła Wolfa. – Ale przed upływem roku chcę dostać obraz. Wolf nie spodziewał się tak odległego terminu. Zaskoczenie musiało odbić się na jego twarzy, bo Hartman prędko dorzucił: – Im szybciej się pan upora ze zleceniem, tym szybciej ujrzy pan pieniądze. Wolf się opanował. – Jaka stawka? – Trzykrotna. – Musi panu na nim bardzo zależeć. – Tym razem gospodarz odważył się skomentować na głos hojność oficera. Hartman uznał to za impertynencję. 16


– Nie pańska sprawa – warknął, szykując się do wyjścia. – Zrobię to pod jednym warunkiem: to będzie ostatnie zlecenie, jakie dla pana wykonam. Bezczelność fałszerza wprawiła esesmana w osłupienie. Zatrzymał się w pół kroku. – Niech i tak będzie. Ledwie za Friedrichem Hartmanem zamknęły się drzwi, do pracowni wtargnęła Margarethe Wolf. Niewysoka postać o okrągłej twarzy i zwykle wesołym spojrzeniu wyglądała teraz niczym gradowa chmura. Rysy miała ściągnięte, oczy zmrużone, a usta zaciśnięte. Gdyby tylko mogła, rzucałaby piorunami. Wolf na widok żony zrobił krok w tył. – Po co tym razem przyszedł ten nazista? – zagrzmiała kobieta kilka oktaw głośniej niż zazwyczaj. – Proszę, nie podnoś głosu. Ktoś może cię usłyszeć, donieść, czasy są niebezpieczne, trzeba na wszystko i wszystkich uważać – próbował ją uspokoić mąż. – I ty mi to mówisz? Ty, który zadajesz się z nazistą? Wolf westchnął. – Ja nie szukam z nim kontaktów – tłumaczył się nieudolnie niczym uczniak na dyrektorskim dywaniku. – Pytałam, po co on tu przyszedł – kontynuowała swój atak Margarethe. – Obiecałeś, że nie będziesz przyjmować zleceń od esesmanów. – Wiesz, że nie mamy pieniędzy, a życie jest coraz droższe. Zresztą sama widzisz, że pieniądze nie mają prawie żadnej wartości. – Bzdury – podsumowała tyradę męża. – To nie są żadne bzdury – próbował się bronić. Nie przychodziła mu do głowy elokwentna odpowiedź. 17


– Ostrzegam cię, Jacobie Wolfie. To się kiedyś źle skończy. Obym się myliła. Wiedział, że jego żona ma dużo racji, że nie powinien pracować dla kogoś takiego jak Hartman, że nie powinien się sprzedawać esesmanowi. Chwilę milczał, wpatrując się w ciemnoniebieskie oczy pani Wolf. Po czym uśmiechnął się i powiedział, że ma pewien plan. Jego Margarethe znała ten błysk w oku. Ufała mężowi bezgranicznie, dlatego nie musiał jej tłumaczyć, na czym polegał planowany fortel. Odwzajemniła uśmiech. Jacob spojrzał jej głęboko w oczy. – Gdy mój holenderski konkurent będzie malować Chrystusa i jawnogrzesznicę, na którą połaszczy się sam Göring, ja przechytrzę Sturmbannführera Hartmana. – Oby wszystko się udało. – Uda się – zakończył stanowczo Wolf. Pomiędzy pierwszą a ostatnią wizytą Hartmana upłynęło ponad osiem miesięcy. Z zimy zrobiła się chłodna, ociekająca wodą wiosna, ta przeszła w upalne lato, po nim nastała wczesna jesień, ciągnąca za sobą welon z liści, i z kolei powoli ustępowała miejsca zimie. Wyglądało na to, że mróz i śnieg na dobre zagościły w Berlinie.

Berlin, Lindenstraße 32, pracownia malarska Jacoba Wolfa 28 listopada 1941 roku Praca nad Vermeerem zajęła mu niemal dziewięć miesięcy. Kopia, którą stworzył, była idealna, niemal doskonała. Nie próbował ukrywać satysfakcji i zadowolenia. Hartman miał się zjawić o piętnastej trzydzieści. Taką przynajmniej 18


godzinę podał w liście, który doręczono Wolfowi jakiś tydzień wcześniej. Jacob ustawił obraz na sztalugach, nakrył go poplamioną szmatą i wyszedł z pracowni. Gdyby choć przez chwilę przypuszczał, jaki los zgotuje mu Hartman, gdyby wiedział, co go czeka, zapewne malowałby o wiele dłużej, znacznie dłużej. Może nawet nie udałoby mu się skończyć zlecenia. Ale teraz było już za późno. To nie był odpowiedni moment na zmianę planów, to nie była odpowiednia data na uniknięcie wizyty esesmana, to nie był odpowiedni czas na zmianę fabuły książki. Wszystko było z góry przesądzone, rozpisane na poszczególne rozdziały. Wszystko stanowiło zamkniętą całość, powieść, od której nie należało robić jakichkolwiek odstępstw. Zresztą tak to już z powieściami bywa… Friedrich Hartman zjawił się w momencie, w którym zegar wybił wpół do czwartej. Czarny skórzany płaszcz, który narzucił na ramiona, wysiadając z samochodu, uczynił go niemal niewidzialnym w zapadającym mroku. Zdradzały go jedynie oficerki. To właśnie ich stukot oznajmiał mijającym go nielicznym przechodniom, kim jest właściciel podkutych butów. W obawie o życie skulone z zimna postacie bezgłośnie znikały w bramach, rozpływały się w powietrzu. Ledwie skręcił w ulicę, a wszyscy już wiedzieli, że po Lindenstraße maszeruje elita, jednoosobowy synonim ładu, porządku i władzy. Fałszerz zdjął ze sztalug nakrycie i oczom esesmana ukazały się dwa identyczne Vermeery. Nawet w najśmielszych snach nie spodziewał się, że przyjdzie mu kiedyś podziwiać dwie ustawione obok siebie Alegorie malarstwa. Przez dłuższą chwilę stał oczarowany, usiłując odgadnąć, która z nich jest kopią. Mimo upływu ponad pięciu minut 19


nadal nie był pewny. Obszedł sztalugi dookoła, przyjrzał się uważnie każdemu obrazowi z osobna, wnikliwie przestudiował ich verso. Wciąż nie miał pewności. Sztuczne światło nie ułatwiało zadania. Wreszcie spojrzał na Wolfa i z uznaniem powiedział: – Jest pan prawdziwym mistrzem. – Dziękuję, majorze. To prawdziwy komplement w ustach takiego autorytetu w kwestii malarstwa flamandzkiego jak pan. Podobno pana konikiem jest siedemnasty wiek? Odpowiedzi się nie doczekał. Hartmana za bardzo zżerała ciekawość. – Niech mi pan lepiej powie, który z tych Vermeerów jest prawdziwy. – Ten po lewej – odparł gospodarz bez zastanowienia. – Kto by pomyślał – skwitował esesman, wkładając rękę do kieszeni płaszcza. Gruba koperta zaszeleściła i po chwili zniknęła w równie przepastnej kieszeni Wolfa. Pieniądze zmieniły właściciela, transakcja została zakończona, a kwestia autentyczności jednego z obrazów definitywnie wyjaśniona. Fałszerz mógł przystąpić do pakowania. Oryginał zawinął w czerwoną szmatę, kopię – w zabrudzone płótno. Na koniec oba dzieła zostały obwiązane sznurkiem. Hartman właśnie zbierał się do wyjścia, gdy Wolf nieśmiało przypomniał swój warunek: – Pamięta pan, że to ostatnie zlecenie dla pana, jakiego się podjąłem? Major SS przyglądał mu się przez chwilę, jakby nie wiedział, o czym tamten mówi. Kilka kolejnych sekund się zastanawiał, ważąc słowa, po czym rzekł: – Zawsze dotrzymuję słowa. 20


Wolf nie mógł rozszyfrować, czy wypowiedziana przez esesmana kwestia skrywa drugie dno. Gdy tamten opuszczał jego pracownię, nie wiedział, że nim minie doba, słowa Hartmana dotrą do niego ze zdwojoną siłą. Choć pewne rzeczy zostały już zaakcentowane, pozwolę sobie jeszcze na małą dygresję. Oto nadszedł ostatni moment, aby wspomnieć o oficerkach. Wyglansowane buty właśnie wychodzą z pracowni, unosząc ze sobą ostatnie chwile wolności Wolfa. Gdy znikną mu z oczu, będzie się cieszyć życiem jeszcze tylko niecałą dobę. To i tak za wiele powiedziane. Sachsenhausen, obóz koncentracyjny 29 listopada 1941 roku Na razie jeszcze Berlin. Dochodziła szósta rano, gdy dwaj cywile wdarli się siłą do mieszkania Wolfów i wywlekli stamtąd na wpół śpiącego fałszerza. W tym samym czasie grupka esesmanów przeprowadziła rewizję w jego pracowni. Dwie godziny później koperta z pieniędzmi wróciła do Hartmana, a Jacob Wolf został przekazany w ręce Gestapo. Można przyjąć, iż był to moment przełomowy w życiu Wolfa. Po kolejnej godzinie przed cywilnym samochodem otwarto bramę obozu. Wreszcie – choć to może niezbyt fortunne słowo – obóz. Kwadrans później komendant obozu wykonał telefon. Dzwonił do Berlina. Chciał mieć pewność co do losu więźnia. W jego ocenie Wolf powinien być przydzielony do pracującej w barakach osiemnastym i dziewiętnastym grupy 21


fałszerzy. Ku swojemu zdziwieniu w słuchawce usłyszał kategoryczne: NIE. Rozkaz był jasny. Wolf to więzień z gatunku NN, Nacht und Nebel (Noc i Mgła), ze wskazaniem do całkowitej izolacji, ciężkich robót, głodowych racji i rychłej śmierci. Ale zanim Wolf umrze, zanim kula roztrzaska mu czaszkę, przejdzie jeszcze w asyście dwóch esesmanów przez plac apelowy, potem skręci na wydeptaną ścieżkę prowadzącą do ostatniego baraku, pokona sześć metrów, następnie uklęknie pod niewidoczną od strony obozu ścianą i zdejmie czapkę. Kilka sekund później gęsta krew zmieszana z drobinami mózgu utworzy nieregularny wzór na wysokości niewidzących już oczu Jacoba Wolfa. Chwilę później komendant obozu skreśli go z listy więźniów, poczyni stosowną notatkę i wykona drugi już tego dnia telefon do Berlina. Rozmowa, którą odbędzie, potrwa nieco dłużej niż ­egzekucja.

Austriackie góry nieopodal Salzburga, region Salzkammergut Kopalnia soli w Altaussee u podnóża góry Loser Wiosna 1945 roku Alegoria malarstwa Vermeera została odnaleziona przez wojsko amerykańskie w wydrążonej we wnętrzu potężnej góry i odpornej na bombardowania kopalni soli. Później obraz przejęły władze Austrii i przekazały go Kunsthistorisches Museum w Wiedniu. Przyjmijmy, że to prawda…


Turn static files into dynamic content formats.

Create a flipbook
Na tropie Vermeera by SIW Znak - Issuu