Skip to main content

Przyzwoita polityka

Page 1


adam daniel rotfeld

w rozmowie z marcinem wojciechowskim

Przyzwoita polityka

wydawnictwo z nak Kraków 2026

Projekt okładki

Michał Pawłowski

Źródło ilustracji na okładce

fot. Adam Kozak / Agencja Wyborcza.pl

Opieka redakcyjna

Karol Kleczka

Katarzyna Mach

Redakcja

Bogusława Wójcikowska

Korekta

Barbara Gąsiorowska

Justyna Jagódka

Łamanie

Piotr Poniedziałek

Copyright © by Adam Daniel Rotfeld

Copyright © by Marcin Wojciechowski

Copyright © for this edition by SIW Znak sp. z.o.o., 2026

ISBN 978-83-8427-100-1

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl

Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl

Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37

Dział sprzedaży: tel. (12) 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl

Wydanie I, Kraków 2026

Marcin Wojciechowski: Panie profesorze, zawsze chciałem zapytać, ale brakowało mi śmiałości, jak to się stało, że został pan dyplomatą. Czy to był plan, czy przypadek?

Prof. Adam Daniel Rotfeld: Jak wiele spraw w moim życiu nie było to zamierzone ani planowane. Był to zbieg kilku okoliczności. Nowo mianowany dyrektor mojego liceum w Krakowie –było to V LO im. Augusta Witkowskiego – Stanisław Potoczek wskazał mnie jako kandydata na Wydział Dyplomatyczno-Konsularny Szkoły Głównej Służby Zagranicznej (SGSZ) w Warszawie, gdy wysłannicy tej uczelni przyjechali do naszej szkoły. Dyrektor wytypował tylko mnie z całej szkoły, co było dla mnie zaskoczeniem i zagadką. Wywołano mnie z lekcji i poproszono do gabinetu dyrektora. Zorientowałem się, że mam dziurę w spodniach na kolanie, i całą uwagę skupiłem na tym, by ją zasłonić drugą nogą.

Dlaczego wytypował właśnie pana?

Kilka miesięcy wcześniej jako przewodniczący samorządu szkolnego trafiłem na konferencję dzielnicy Krakowa Krowodrza, na

której wybieraliśmy przedstawicieli do lokalnych władz ZMP.

Obrady trwały do późna w nocy. Były to wybory do zarządu dzielnicy Krowodrza. Czekaliśmy na ogłoszenie wyników, gdy nagle ktoś oznajmił, że musimy się zebrać, bo między nami jest wróg. Byłem ciekaw, kto to jest i jak wygląda. Po wejściu do sali okazało się, że to ja jestem tym wrogiem. Zostałem uznany za niego, ponieważ wcześniej – w oczekiwaniu na wynik wyborów – opowiedziałem „wic”, jak w Galicji nazywano dowcip.

Czy pamięta go pan?

Tak. Był to wtedy najwyraźniej popularny i zasłyszany przeze mnie sztubacki „wic”. Uznany został za przejaw „szeptanej” antyradzieckiej i antysemickiej propagandy. Streszczam w skrócie:

Pan Bóg zaniepokojony tym, że nie otrzymuje z Polski wiadomości, wysłał do niej Świętego Piotra. Ten po miesiącu wysyła do nieba depeszę: „W Polsce wsio charaszo, komandir Pietro”.

Pan Bóg zaniepokojony jeszcze bardziej posyła do Polski Mojżesza. Ten po miesiącu depeszuje: „Ledwiem stąpił na polskim lądzie, jużem w rządzie”. Ktoś z grupy słuchaczy powiadomił „kogo trzeba”…

Zrobił się straszny skandal. Zostałem uznany za element antyradziecki i antysemicki. Usunięto mnie ze wszystkich organizacji, łącznie z PCK i PTTK, nie mówiąc już o ZMP i TPPR, do których często wpisywano uczniów zbiorowo. Wracałem późną nocą do domu dziecka zgnębiony. Kłębiły mi się w głowie różne myśli, a zwłaszcza taka, że moje życie na dobre jeszcze się nie zaczęło, a już się skończyło. Zapewne zostanę usunięty ze szkoły i nie dostanę się na żadne studia. Było to na rok przed maturą, bodaj w marcu 1954 roku.

Dyrektor szkoły, z którym nigdy nie rozmawiałem ani wcześniej, ani później, uznał – tak myślę – że zrobiono mi krzywdę i jest to tak nieprzyzwoite, że trzeba mi pomóc. Tym tłumaczę, że wskazał mnie jako jedynego kandydata na egzamin wstępny do SGSZ. Co więcej, koledzy z mojej klasy podpisali dwa listy w mojej obronie. Jak przypuszczam, nie obeszło się przy tym bez inspiracji dyrektora. Kopie tych listów, przepisanych na maszynie z kalką, traktuję jak swoistą relikwię i dokument przyzwoitości w czasach, kiedy taka postawa wymagała odwagi.

Rok później w Warszawie odbywał się V Światowy Festiwal Młodzieży i Studentów, na który zostałem przez dyrektora wytypowany jako jedyny uczestnik z V Liceum Ogólnokształcącego im. Augusta Witkowskiego. Dzięki temu w składanym formularzu przed egzaminem wstępnym do SGSZ w rubryce „przynależność organizacyjna” mogłem wpisać „uczestnik V Światowego Festiwalu Młodzieży i Studentów”.

Ten wpis otwierał mi drogę na studia…

Jak pan wspomina studia?

Pamiętam dużo nieistotnych szczegółów, dla naszej rozmowy są one bez znaczenia. Nauczony doświadczeniem z Krowodrzy, trzymałem się z dala od aktywności w organizacjach młodzieżowych. Po pierwszym roku studiów zaangażowałem się w tworzenie w Polsce Studenckiego Stowarzyszenia Przyjaciół ONZ (SSP ONZ), którego prawdziwym inicjatorem był John Roper, przewodniczący brytyjskiej United Nations Student Association (UNSA). Po kilku latach zostałem wybrany na przewodniczącego tego stowarzyszenia. Odegrało ono wielką rolę w kształtowaniu młodej kadry polskich dyplomatów i badaczy stosunków

międzynarodowych. Oprócz Warszawy szczególnie aktywne były koła SSP ONZ w Poznaniu, Łodzi, Gdańsku i Krakowie. Była to prawdziwa kuźnia kadr dyplomacji i prawa międzynarodowego. Organizowaliśmy debaty, seminaria i symulacyjne posiedzenia Rady Bezpieczeństwa ONZ i Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości.

Szczególnie aktywni w tym stowarzyszeniu byli późniejsi ambasadorzy i szefowie wielu rokowań – doktor habilitowany Sławomir Dąbrowa, doktor Jerzy Maria Nowak, doktor Andrzej Towpik i wielu, wielu innych. Pamiętam z Poznania ambasadora

Andrzeja Byrta i profesora Ryszarda Ławniczaka, z Łodzi profesora Marka Belkę, przyszłego premiera i sekretarza generalnego Europejskiej Komisji Gospodarczej ONZ, Jacka Saryusza-Wolskiego, ekonomistę i wieloletniego członka i wiceprzewodniczącego Parlamentu Europejskiego. Kiedy zostałem przewodniczącym

SSP ONZ, wiceprzewodniczącą była Maria Żywirska-Frankowska, która po wyjeździe do Stanów Zjednoczonych kierowała katedrą prawa międzynarodowego na Uniwersytecie Saint Louis, gdzie została wyróżniona jako najlepsza wykładowczyni w Stanach.

W swoim życiu spotykałem setki, a może i tysiące ludzi. Moja pamięć zachowuje na trwałe tych, których warto pamiętać – nie tylko ze względu na ich dokonania profesjonalne – ale w szczególności tych, którzy w nieprzyzwoitych czasach zachowali się przyzwoicie, nie byli moralistami, lecz kierowali się własnym kodeksem moralnym. Byli bezinteresowni i okazywali życzliwość ludziom – prześladowanym i potępianym przez totalitarne reżimy. Kiedyś Teresa Torańska zapytała mnie o to: „Sporządziłam indeks nazwisk do książki pod tytułem Śmierć spóźnia się o minutę. Zastanowiło mnie, że pan wspomina tylko osoby

przyzwoite i dobre. Czy pan nigdy nie spotkał ludzi podłych i złych?”. Odpowiedziałem, że z pewnością spotykałem – może nawet w nadmiarze – również takich ludzi. Ale moja pamięć usuwa niejako automatycznie te osoby z mojej głowy – zapewne w trosce o zdrowie psychiczne. Gdybym rozpamiętywał wszystkie urazy i krzywdy – narastałaby we mnie złość, a może nawet potrzeba odwetu. Innymi słowy, jest to swoista samoobrona organizmu przed pielęgnowaniem złości, zemsty i odwetu. Powiedziałem pani Teresie, że moja pamięć jest tak zaprogramowana przez naturę. Gdybym rozpamiętywał takie rzeczy, moja pamięć byłaby zatruta. Dlatego jest w niej więcej miejsca dla ludzi przyzwoitych.

Skończył pan studia z wyróżnieniem, a mimo to nie został pan przyjęty do MSZ. Dlaczego?

Właściwie to nie wiem. Zadałem to pytanie dwa miesiące po egzaminie wstępnym do MSZ naczelnikowi w departamencie kadr i w odpowiedzi usłyszałem: „A ja myślałem, że pan jest człowiekiem inteligentnym”.

Ten egzamin wyglądał zresztą zabawnie. Brało w nim udział dwunastu dyrektorów różnych departamentów MSZ, w tym szef departamentu kadr. Pamiętam jego nazwisko, ale go nie zdradzę zgodnie z moją życiową zasadą. Wspólnie ze mną zdawał mój kolega Sławomir Dąbrowa. Wszystkie pytania kierowano do niego, a on odpowiadał na nie doskonale − był świetnym i dobrze przygotowanym studentem. W pewnym momencie padło podchwytliwe pytanie: „Jakie obywatelstwo mają mieszkańcy Watykanu?”.

Odpowiedział, że mają obywatelstwo Stolicy Apostolskiej. Wspomniany wcześniej dyrektor departamentu kadr zwrócił się po

raz pierwszy do mnie, pytając, co sądzę o tej odpowiedzi. Powiedziałem, że jest poprawna, prawidłowa. A on zareagował zaskakująco: „Pan nie potrafi odpowiedzieć na żadne pytanie, po co pan przyszedł?”. Wtedy Sławek Dąbrowa, dla którego byłem swoistym konkurentem na tym egzaminie, wtrącił się, mówiąc: „Przecież mój kolega nie otrzymał wcześniej żadnego pytania”. Zrobiło się nieprzyjemnie. Pozostali członkowie komisji zrozumieli, że uczestniczą w ustawionym egzaminie, i zadali mi kilka pytań. Dostałem wynik celujący, podobnie jak Sławek Dąbrowa i Jurek Nowak. Na dwadzieścia cztery osoby, które przystąpiły do egzaminu, nasza trójka została powiadomiona, że będziemy zaproszeni do pracy w MSZ. Minął miesiąc – obu moich kolegów przyjęto do pracy. Po dwóch miesiącach postanowiłem sprawę wyjaśnić. To wtedy usłyszałem od naczelnika w kadrach MSZ: „A ja myślałem, że pan jest inteligentny”. Okazałem się mało inteligentny. Po jego uwadze zrozumiałem, że dla mnie miejsca w MSZ nie ma.

Co pan wtedy poczuł?

Wychodziłem z MSZ przybity. Odczytał to z mojej twarzy w szatni MSZ mój profesor z uczelni Stefan Boratyński, autor świeżo wydanej monografii Dyplomacja wielkich mocarstw w czasie II wojny światowej. Zapytał, co się stało. Opowiedziałem o rozmowie z naczelnikiem kadr. Profesor Boratyński zareagował spontanicznie: „Niech się pan nie przejmuje, coś znajdziemy. Proszę przyjść do mnie do Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych”. Rozmawialiśmy w piątek. W poniedziałek przyszedłem do instytutu.

Zostałem tam zatrudniony początkowo na zleceniach w Zakładzie Historycznym. Pracowały w nim dwie panie, Safianowska

i Kołodziejczyk. Moje pierwsze zadanie zlecone polegało na kwerendzie dwóch przedwojennych dzienników: endeckiej „Gazety Warszawskiej” i rządowej „Gazety Polskiej”. Sporządzałem fiszki z artykułów dotyczących polityki zagranicznej i za każdą ręcznie spisaną notkę dostawałem czternaście złotych. Czytałem te gazety od deski do deski. Zanurzyłem się w innym, nieznanym mi dotychczas świecie. Była to zupełnie inna prasa, w niczym nieprzypominająca tej „drętwej mowy”, z którą miałem do czynienia na co dzień. W „Gazecie Polskiej” redaktorem naczelnym był Miedziński, szef „Dwójki”, czyli wywiadu…

Osoba dobrze poinformowana…

W każdym razie efektem tej pracy było to, że gdy rozmawiałem później o latach międzywojennych, często używałem formuły „jak pamiętam”. Pytano mnie, jak mogę to pamiętać, skoro nie było mnie jeszcze na świecie. Wyjaśniałem, że mnie nie było, ale czytałem gazety…

Zauważyłem w czasie tych lektur, że wielu wybitnych dziennikarzy tamtego czasu powtarzało się. Po dziś dzień pamiętam, że znany endecki publicysta Stanisław Kozicki zatytułował swój artykuł: Polska jest mocarstwem. Po kilku miesiącach zmienił na: Polska mocarstwem jest . A potem napisał: Polska mocarstwowa. Już wtedy zrozumiałem, że frazeologia nie tworzy rzeczywistości. Polska międzywojenna była biedna. Jej wielkim osiągnięciem okazało się jednak to, że wychowano nowe pokolenie ludzi, dla których własne państwo było wielką wartością. W stosunkowo krótkim czasie udało się zszyć ziemie z trzech zaborów. Ta nowa generacja w godzinie próby sprawdziła się. Opór we wrześniu 1939 roku i w następnych pięciu latach dowiódł,

że naród sprawdził się i stanął na wysokości zadania lepiej niż ówczesne elity.

Czy pierwszym pana praktycznym doświadczeniem dyplomatycznym była praca nad dokumentami Konferencji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie?

Nie do końca. Podczas pracy w PISM zajmowałem się bezpieczeństwem w Europie. Kiedy powstał Zakład Bezpieczeństwa Europejskiego, zostałem mianowany jego szefem. Opracowywałem różne ekspertyzy, wydałem kilka prac prognostycznych dotyczących przyszłości Europy. Gdy dyrektor PISM zwrócił się do mnie z pytaniem, czy chcę uczestniczyć w konferencji KBWE, zgodziłem się, jednak służby nie wyrażały zgody na mój wyjazd w tym charakterze. Do zmiany stanowiska Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, które odpowiadało za wydanie paszportu, przyczyniły się w moim przypadku dwie osoby. Pierwszą był Jan Bisztyga, ówczesny wiceminister spraw zagranicznych, który poprosił mnie – po zmianie na najwyższym szczeblu, kiedy Władysława Gomułkę zastąpił Edward Gierek – abym napisał ekspertyzę z odpowiedzią na pytanie, jakie będą pozytywne, a jakie negatywne skutki reorientacji polskiej polityki i zwrotu ku Zachodowi. Odpowiedziałem, że jestem ostatnią osobą, która może w sposób kompetentny wyrażać opinie w takich sprawach, ponieważ nie mam dostępu do żadnych zastrzeżonych materiałów koniecznych do formułowania strategii. On nalegał i obiecał, że spróbuje wyjaśnić przyczyny blokady paszportowej. Zaznaczył, że moja opinia trafi wyłącznie do trzech osób: Edwarda Gierka, Stefana Olszowskiego, ówczesnego ministra spraw zagranicznych, i Franciszka Szlachcica, ministra spraw

wewnętrznych. W drodze z budynku MSZ przy Szucha 23 do Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych na Wareckiej 1a przemyślałem metodę i najprostszy sposób ujęcia kluczowych spraw, które powinny być brane pod uwagę w nowej strategii.

Po wejściu do swego pokoju w PISM położyłem na biurku kartkę A4 poziomo, podzieliłem na pół i wypisałem po lewej stronie pozytywne efekty podejmowanych decyzji, a po prawej – negatywne. Po wielu latach, kiedy Stefan Olszowski opuszczał swój gabinet, otrzymałem to opracowanie z jego oceną.

Drugą osobą, która wpłynęła na odblokowanie mojego prawa na wyjazd, był wieloletni premier Józef Cyrankiewicz, który po odejściu Gomułki został na krótko przewodniczącym Rady Państwa, a potem przewodniczącym Ogólnopolskiego Komitetu Pokoju (OKP). W 1972 roku odbywało się w Polsce Prezydium Światowej Rady Pokoju, w której skład wchodziło czterysta pięćdziesiąt osób. Miejscem obrad był polski Sejm. Kierowniczka sekretariatu Cyrankiewicza, Elżbieta Kolankowska, zwróciła się do mnie, bym napisał projekt wystąpienia otwierającego dla przewodniczącego OKP. Po długich oporach zgodziłem się. Byłem zaproszony na to posiedzenie. Słuchałem uważnie − Cyrankiewicz nie wykorzystał ani słowa z tego, co zaproponowałem. Spotkaliśmy się w kuluarach Sejmu. Cyrankiewicz zapytał: No i jak? Poprosiłem, żeby zwolnił mnie z prawienia komplementów. „Pan premier jest wspaniałym mówcą i wszyscy o tym wiedzą”. Zapytał, czy chcę powiedzieć, że moje przemówienie było lepsze. Powiedziałem: „Nie, ale była w nim zawarta jakaś myśl”. On roześmiał się, mówiąc, że jeśli mam czas, to zaprasza mnie na obiad do restauracji sejmowej. Poszliśmy i w trakcie obiadu zaproponował mi bruderszaft. Stwierdziłem, że może zwracać się do mnie po imieniu, ale jednak ze względu na różnicę wieku i respekt

wolę pozostać przy formie „panie premierze”. Powiedział wtedy: „Twoje przemówienie było lepsze, bo miało nie tylko jedną myśl, ale ja wygłosiłem swoje, mając przed oczyma pierwszego sekretarza PZPR Edwarda Gierka, premiera Piotra Jaroszewicza oraz przewodniczącego Rady Państwa Henryka Jabłońskiego. Gdybym wygłosił twój tekst, z pewnością pomyśleliby, że próbuję tworzyć nową platformę, nie zrezygnowałem z ambicji i rzucam im wyzwanie. A mnie na tym nie zależy. Chcę utrzymać swoje obecne stanowisko, zachować paszport dyplomatyczny, jeździć po świecie i otrzymywać biuletyn specjalny”.

Była to dla mnie lekcja myślenia i właściwej samooceny inteligentnego odchodzącego polityka.

Cyrankiewicz pomógł panu wyjechać za granicę?

W jakimś sensie, bo przełamał opór MSW. Kolejny Światowy Kongres Budowniczych Pokoju z udziałem Cyrankiewicza odbywał się w Moskwie. Zostałem zaproszony do delegacji, której skład zatwierdzało Biuro Polityczne KC PZPR.

Był to mój pierwszy służbowy wyjazd za granicę wraz z grupą dwustu osób z Polski. Dostałem paszport na pięć dni do ZSRR. Powiem żartobliwie: skoro pojechałem do Moskwy i nie zostałem tam, to przestano mnie uważać za wroga. Otwierało to drogę do udziału w KBWE, choć nie od początku.

Dlaczego?

Pierwsza faza KBWE odbywała się w Helsinkach. Dołączyłem w Genewie na drugą fazę – roboczą. Było to zresztą zabawne, gdyż zastąpiłem panią, która prezentowała stanowisko bardziej

radykalne niż delegacja radziecka. Dzięki temu przebiła się na łamy „International Herald Tribune”. Postanowiono ją odwołać

poprzez awans w strukturze MSZ. Szefem polskiej delegacji podczas roboczej fazy KBWE był profesor Marian Dobrosielski, ówczesny dyrektor PISM. Na jego wniosek wyleciałem do Genewy…

Jak pan wspomina pierwsze chwile w Genewie?

Przyjechałem w niedzielę. W poniedziałek wziąłem udział w pierwszym spotkaniu koordynacyjnym delegacji państw socjalistycznych. Przedstawiłem się i prawie natychmiast delegacja radziecka wręczyła mi trzywierszowy projekt tekstu dotyczący trzeciego koszyka (informacja, kontakty, kultura i oświata), który miałem zgłosić jako propozycję do końcowego dokumentu konferencji. Zapoznałem się z jej inicjatywą i włosy stanęły mi dęba. Powiedziałem, że mam obowiązek konsultować wszystkie oficjalne i robocze propozycje z Warszawą.

Rosjanie byli zdziwieni i oświadczyli, że w takim razie propozycję zgłosi Bułgaria. Powiedziałem, że muszę zrobić odbitkę ich roboczej propozycji, bo powinienem powiadomić Warszawę.

Pomyślałem, że skoro najbliższym samolotem wracam do kraju, to na kserografie, który był w zasięgu ręki, nacisnę „siedem”, by zrobić odbitkę dla pozostałych uczestników spotkania. I wtedy w oczach Węgra i Rumuna dostrzegłem uznanie. Spotkanie konsultacyjne dobiegło końca. Usiadłem za stolikiem z francuskim napisem „Pologne”. Wtedy podszedł do mnie młody radziecki dyplomata i poprosił, abym na chwilę wyszedł z sali obrad, bo Rosjanie chcą mi przekazać pilną wiadomość. Powiedzieli, że szef delegacji radzieckiej, wiceminister Kowalow, podjął decyzję, że dziś nie będą zgłaszać propozycji, bo chcą poczekać na

odpowiedź Warszawy. Poprosiłem ich, abyśmy bezpośrednio po zakończeniu obrad spotkali się i porozmawiali. Zapytałem, czy oni traktują swoją inicjatywę poważnie. Wyjaśniłem, że w ich stanowisku jest wzmianka o tym, iż kontakty mają utrzymywać organizacje publiczne, w tym kołchozy, organizacje komsomolskie i związki zawodowe. Powiedziałem, że na Zachodzie nie ma takich organizacji. Spojrzeli po sobie i powiedzieli, że w konsultowaniu radzieckich propozycji biorą udział różne instytucje i każda chce zaznaczyć swoje miejsce i rolę. Wstawiają to, co chcą, do projektów dokumentów, by się pokazać i podkreślić swoje znaczenie. Powiedziałem, że czegoś takiego zgłosić nie mogę. Projekt jest nieprofesjonalny i nie mogę się kompromitować. Mogę natomiast zasygnalizować partnerom zachodnim gotowość do wspólnego redagowania końcowego tekstu. Po wstępnych uzgodnieniach byłby gotowy do ostatecznego zaakceptowania przez wszystkich uczestników. Oni na to przystali. Ustaliłem, kto po stronie zachodniej jest odpowiedzialny za trzeci koszyk. Był to brytyjski dyplomata Alexander. Nawiązałem z nim kontakt. Zaprosił mnie na lunch pod Genewą i tam zapytał, co Rosjanie chcą zaproponować w ramach trzeciego koszyka. Powiedziałem, że mam przy sobie projekt. Przeczytał i roześmiał się. Znał rosyjski, pracował w ambasadzie Wielkiej Brytanii w Moskwie. Zapytał, co proponuję. Powiedziałem, żebyśmy razem zredagowali ten tekst i przygotowali wspólną propozycję polsko-brytyjską, która a limine zostanie potraktowana poważnie. Tak zrobiliśmy. Nasza trzywierszowa formuła o kontaktach społecznych między krajami zachodnimi i wschodnimi trafiła potem do tak zwanego zamrażalnika w oczekiwaniu na lepsze czasy i uzgodnienie całego dokumentu.

Takie były początki mojej pracy dyplomatycznej…

Korzenie konfliktów

Marcin Wojciechowski: Czytając nagłówki – także te dotyczące wydarzeń międzynarodowych − można odnieść wrażenie, że świat zwariował. Coraz trudniej zrozumieć logikę tych zdarzeń. Jesteśmy zaskakiwani czymś, co wydawało się niemożliwe. Politycy wypowiadają słowa i robią rzeczy, których nikt by się po nich nie spodziewał. Łamane są standardy i kolejne zasady. Czy naprawdę świat zwariował?

Adam Daniel Rotfeld: Każdy z nas ma swój sposób myślenia i działania, do którego jest przywiązany. By wrócić do myślenia o świecie uporządkowanym, sięgnąłem do swojego wprowadzenia do rocznika SIPRI1 z 1992 roku. Byłem wówczas świeżo wybranym dyrektorem Sztokholmskiego Międzynarodowego Instytutu Badań nad Pokojem (SIPRI), którego doroczne raporty w sprawach globalnego bezpieczeństwa, kontroli zbrojeń i rozbrojenia uważane są w świecie za najbardziej miarodajne. Mój wstęp The Fundamental changes and the new security agenda określał kierunki i perspektywę na przyszłość po zakończeniu zimnej wojny.

1 Zob. Stockholm International Peace Research Institute (SIPRI), SIPRI Yearbook 1992. World Armaments and Disarmament , Oxford University Press, Oxford 1992, s. 1−10.

W tym wprowadzeniu postawiłem tezę, że jakościowo nowym zjawiskiem jest to, iż zacierają się dawniej wyraźne linie podziału między tym, co należy do spraw wewnętrznych, a tym, co należy do spraw zewnętrznych, międzynarodowych. To konflikty wewnętrzne wpływają coraz bardziej na proces podejmowania decyzji dotyczących konfliktów zewnętrznych. W państwach demokratycznych z założenia wyklucza się ekspansjonizm i poszerzanie terytorium kosztem innych państw. Dla pozyskania wyborców i rozwiązywania problemów wewnętrznych nie rozpętuje się w tych krajach kampanii nacjonalistycznych i nie poszukuje wrogów wewnętrznych i zewnętrznych.

Inaczej rzeczy się mają w państwach rządzonych w sposób autorytarny, dyktatorski, imperialny. Teza, którą sformułowałem trzydzieści cztery lata temu, była trafna. Rozwój wypadków po ponownym wyborze Donalda Trumpa na prezydenta Stanów Zjednoczonych jest jej potwierdzeniem i ilustracją. Między stosunkami międzynarodowymi a wewnętrznymi zatarła się granica do tego stopnia, że niektóre mocarstwa uznały za dopuszczalne wpływanie na procesy wyborcze w innych państwach i torowanie drogi do władzy osobom i grupom, które mają realizować politykę tych mocarstw. Innymi słowy, konflikty powstają obecnie nie tyle z nieuchronnych tarć i sprzeczności interesów między państwami, ile z powodów wewnętrznych napięć w państwach, które dla ich rozwiązania decydują się rozpoczynać wojny przeciwko sąsiadom i innym państwom dla ustanawiania tam władzy zgodnej z interesami wielkich mocarstw.

Na początku lat dziewięćdziesiątych miałem na myśli głównie państwa powstałe w wyniku rozpadu ZSRR oraz dawnej Jugosławii, czyli dwóch wielonarodowych państw federacyjnych. Część tych konfliktów wygasła, inne zostały zamrożone,

a niektóre – jak niczym niesprowokowana napaść Rosji na Ukrainę – przybrały charakter długotrwałej wojny na wyniszczenie między dwoma słowiańskimi narodami, do niedawna bliskimi sobie kulturowo, wyznaniowo i cywilizacyjnie.

Z perspektywy czasu można odnieść wrażenie, że rozpad

ZSRR, czy nawet dawnej Jugosławii, przebiegł stosunkowo spokojnie. Zwłaszcza w porównaniu z wojną w Ukrainie czy konfliktami zbrojnymi toczonymi w ostatnich latach w Afryce, gdzie liczba ofiar sięga setek tysięcy.

ZSRR rozpadł się, bo sama jego nazwa była poczwórnym kłamstwem. Nie był to dobrowolny związek, a wchodzące w jego skład republiki nie były w żadnej mierze suwerenne, jak głosiła stalinowska konstytucja z 1936 roku; nie był to też związek socjalistyczny ani radziecki; centralnie planowanej gospodarki nie należy utożsamiać z socjalizmem; rady były dekoracyjne i nie miały w ZSRR żadnej realnej władzy. Państwo było scentralizowane do granic możliwości, a sprawowana przez partię władza była autorytarna i totalitarna. Nazewnictwo wymyślono na potrzeby propagandy i oszukiwania opinii publicznej wewnątrz kraju i poza jego granicami.

Termin „związek” został zapożyczony na zasadzie analogii do nazwy Stanów Zjednoczonych. Jednak w Ameryce stany mają pod pewnymi względami znacznie większą władzę niż administracja federalna w Waszyngtonie. Wspólne są polityka zagraniczna (dyplomacja) oraz siły zbrojne (armia). Budżet federalny nie jest imponujący w porównaniu z budżetami stanowymi. Bank

Centralny pilnuje wartości dolara, który jest uznawany nadal za jeden z głównych środków płatniczych na świecie.

Związek Radziecki był zaprzeczeniem tego modelu ze względu na historycznie zakorzenioną i bezgranicznie scentralizowaną rosyjską biurokrację. Bolszewicy obawiali się decentralizacji, bo wzięli władzę, która – jak mówił Lenin w październiku

1917 roku – „leżała na ulicy”, ale partia zorganizowana na podobieństwo fanatycznej sekty była nieliczna i bardzo słaba, jeśli wziąć pod uwagę ogromne terytorium i zróżnicowane etnicznie plemiona, narodowości i narody, przy tym było to imperium bez rozbudowanej infrastruktury. Sposobem na utrzymanie władzy stała się wiertikala własti, czyli centralizacja państwa.

Warto przypomnieć, że sama Rosja była w początkowym okresie po rewolucji październikowej federacją. Lenin w 1922 roku zwrócił się do Ukrainy i Białorusi z inicjatywą powołania ZSRR, który ostatecznie został proklamowany 30 grudnia 1922 roku.

To dlatego kilkadziesiąt lat później Borys Jelcyn, wówczas przywódca Rosyjskiej Federacyjnej Republiki w ramach ZSRR, zaprosił na spotkanie do Białowieży w celu rozwiązania ZSRR przywódców Ukrainy i Białorusi − Leonida Krawczuka i Stanisława Szuszkiewicza.

Jako reprezentanci członków założycieli tego federacyjnego mocarstwa mieli legitymację i prawo do jego rozwiązania. W ten sposób historia przyspieszyła biegu.

Ale nie na długo. Z dzisiejszej perspektywy można stwierdzić, że wiele kwestii, na przykład rosyjski imperializm czy trudności Rosji w adaptacji modelu demokratycznego, wróciło na dawne tory.

Był to czas, gdy Borys Jelcyn dążył do otwarcia Rosji na świat z programem demokratycznego rozwoju, poprawy relacji z demokracjami zachodnimi, których on miał być gwarantem.

Początki

ROZMOWA 1

Korzenie konfliktów

ROZMOWA 2

Siła, interesy, wartości

ROZMOWA 3

Standardy, godność, przekonania. Czy warto się stawiać

ROZMOWA 4

Etyka, moralność, polityka. Czy polityka zagraniczna może być moralna

ROZMOWA 5

Procedury i negocjacje a przyzwoitość. Czy opłaca się być przyzwoitym

ROZMOWA 6

Porządek versus chaos  .

ROZMOWA 7

Język dyplomacji

ROZMOWA 8

Strategia dla Polski .

ROZMOWA 9

Polska jako mocarstwo?

ROZMOWA 10

Czy grozi nam wojna?

Postscriptum

Turn static files into dynamic content formats.

Create a flipbook
Przyzwoita polityka by SIW Znak - Issuu