ALEXANDRA
BRACKEN
przez ciemność tłumaczenie Magdalena Krzysik maria borzobohata-sawicka
KRAKÓW 2016
Tytuł oryginału: Through the Dark. A Darkest Minds Collection Copyright © 2015 by Alexandra Bracken In Time. A Darkest Minds Novella: Copyright © 2013 by Alexandra Bracken Sparks Rise. A Darkest Minds Novella: Copyright © 2014 by Alexandra Bracken Beyond the Night. A Darkest Minds Novella: Copyright © 2015 by Alexandra Bracken All rights reserved W sidłach losu, Zapłoną iskry: Copyright © for the translation by Magdalena Krzysik Dedykacja, Wstęp, Pomimo mroku: Copyright © for the translation by Maria Borzobohata-Sawicka Opieka redakcyjna: Agnieszka Urbanowska Opracowanie typograficzne książki: Daniel Malak Adiustacja: Sandra Trela / d2d.pl Korekta: Magdalena Adamek / d2d.pl, Małgorzata Poździk / d2d.pl Łamanie: Sandra Trela / d2d.pl Projekt okładki: Weronika Raj Fotografia na okładce: Ronnachai Palas / Shutterstock.com ISBN 978-83-7515-379-8
www.moondrive.pl Zamówienia: Dział Handlowy, ul. Kościuszki 37, 30-105 Kraków, tel. (12) 61 99 569 Zapraszamy do księgarni internetowej Wydawnictwa Znak, w której można kupić książki Wydawnictwa Otwartego: www.znak.com.pl
Dla tych, którzy marzą, wierzą i walczą oraz dla czytelników, którzy od samego początku towarzyszyli mi w tej podróży. Z miłością
Wstęp
Właśnie ukończyłam pierwszy szkic Nigdy nie gasną, drugiej części serii Mroczne umysły, i zamierzałam zrobić sobie krótką przerwę od pisania, kiedy dostałam e-mail od mojej redaktorki Emily. Chciała wiedzieć, czy jestem zainteresowana napisaniem zamykającej serię noweli. Prawdę mówiąc, wizja pisania z perspektywy kogoś innego niż Ruby napawała mnie lękiem – do tej pory to, jak odbierałam świat głównej bohaterki, było w większości związane z nią samą i z jej spojrzeniem na rzeczywistość. Szybko jednak zdałam sobie sprawę, że stoję przed niezwykłą szansą – mogę zgłębić wydarzenia toczące się w jej świecie i zrobić to, nie spoglądając przez pryzmat lęków Ruby i jej ograniczonej wiedzy. Co więcej, w końcu nadarzyła się okazja, by opowiedzieć czytelnikom o Stanach Zjednoczonych w oderwaniu od głównego wątku opowieści i dać im wgląd w to, z czym borykają się inni bohaterowie – nie tylko dzieciaki. Tak zrodził się pomysł na W sidłach losu – opowiadanie o młodym mężczyźnie próbującym swoich sił jako łowca głów. Rok później napisałam nowelę Zapłoną iskry, dzięki której czytelnicy mogli zobaczyć, jak wyglądało życie w Thurmond po ucieczce Ruby, a na koniec stworzyłam zamykającą ten tom opowieść Pomimo mroku – historię o chaosie i dezorientacji, 7
jakie zapanowały w ciągu kilku tygodni po zakończeniu trylogii Mrocznych umysłów. Myślę, że najlepiej będzie, jeśli przeczytacie te książki, zachowując następującą kolejność: Mroczne umysły, W sidłach losu, Nigdy nie gasną, Zapłoną iskry, Po zmierzchu, Pomimo mroku. Możecie też po prostu przeczytać nowele po zakończeniu powieści – wątki poboczne nie są konieczne do zrozumienia trylogii, ale wplatają się w główną fabułę w nieoczekiwany i – mam nadzieję – ekscytujący sposób. Czytelnicy od lat namawiali mnie, żebym napisała finałową spośród trzech nowel. Z przyjemnością oddaję w Wasze ręce Przez ciemność. Moim zdaniem ten tytuł idealnie oddaje przesłanie wszystkich nowel, jak również całej serii. Bez względu na to, jak przerażający i niebezpieczny zdaje się świat, wciąż jest w nim miejsce na nadzieję, a droga do niej prowadzi poprzez wzajemną troskę i miłość.
w sidłach losu
PROLOG
Czasami, nawet kiedy drogi są puste, a pozostali śpią, ona zadręcza się myślami, że dokonała złego wyboru. Nie chodzi o to, że nie darzy swoich towarzyszy sympatią. Przeciwnie, lubi ich. Trzymają się razem i – by nie ryzykować – podróżują bocznymi drogami, unikając autostrad, na których aż po horyzont zalega strach. Zawsze są dla siebie życzliwi, chyba że zbyt długo trwają bez jedzenia, snu albo jednego i drugiego. Albo gdy są przerażeni. Gdy obozują nocą, śpią w wielkim kręgu. Dziewczęta opowiadają wtedy historię o dzieciach z Wirginii, z East River. Wszyscy się śmieją, ona jednak nie do końca potrafi przyporządkować twarze do imion. Nie pamięta, jak było usytuowane jezioro w stosunku do paleniska ani przedstawienia, które pewnego razu sami dla siebie zorganizowali. Nie może tego pamiętać, bo była w tym czasie ze swoimi przyjaciółmi. W innym samochodzie − lepszym i szczęśliwszym. Kiedy dziewczęta kończą opowiadać w kółko te same historie, zalega cisza. Wtedy tęskno jej do ciepłych głosów utraconych przyjaciół, a nawet do chwil, kiedy szeptem kłamali, że wszystko będzie dobrze. Może to źle – nie wie tego – ale w głębi serca się cieszy, że nikt nie oczekuje od niej, że opowie coś o sobie. Dzięki temu może 13
zatrzymać swoich przyjaciół tylko dla siebie. Kiedy się boi albo kiedy chce udawać, że to oni żartują, śmieją się i krzyczą obok niej, a nie obce jej dzieci, przykłada rękę do miejsca, gdzie skrywa ich głęboko pod sercem. Robi to też, kiedy pragnie się poczuć bezpieczna. W tej chwili z całej siły przyciska tam dłoń. Otaczające ich góry przepływają obok, a dziewczęta krzyczą do kierowcy, żeby jechał szybciej. Jeszcze szybciej. Przez tylną szybę terenówki widzi samochód. Z okna po stronie pasażera wychyla się mężczyzna – wygląda, jakby mierzył prosto w nią. Wyraz twarzy kierowcy sugeruje, że jest gotowy przedrzeć się przez najgorszą burzę, żeby tylko ich dopaść. Nienawidzi go za to. Pragnie, żeby jej głos przyłączył się do pozostałych. Chce móc krzyczeć i płakać. Słowa jednak więzną jej w gardle. Chłopiec prowadzący ich terenówkę powinien zatrzymać samochód − wcisnąć hamulec i pozwolić, by ścigający ich zwyrodnialcy wysiedli ze swojego auta z myślą, że wygrali. „Jest nas pięcioro, a ich tylko dwóch – myśli dziewczynka. – Można by wziąć ich z zaskoczenia”. Terenówka niespodziewanie wystrzeliwuje jednak w powietrze, jakby wybiła się z rampy. Pasy blokują się na piersi dziewczynki tak mocno, że kiedy auto się wznosi, ona na sekundę traci oddech. Samochód wiruje, szyby się rozpryskują, a metalowy szkielet zaczyna się giąć. Teraz nawet ona nie jest w stanie powstrzymać krzyku.
1
– Nieważne, co ludzie mówią, prawda jest taka, że nikt nie chce tej roboty. Godziny ciągną się w nieskończoność, a pieniądze są marne. Nie, cofam to. To nie pieniądze są marne. Jeśli uda ci się złowić sztukę przyzwoitych rozmiarów, możesz zgarnąć sporą sumkę. Chodzi o to, że – jak można się było spodziewać – ludzie bezmyślnie przełowili rzeki. Człowiek może zarzucać wędkę bez końca i kupić sobie najbardziej błyszczące przynęty, ale to na nic, bo ryb, dzięki którym można by podtuczyć swój chudy portfel, po prostu brakuje. To pierwsza rzecz, którą mówi mi Paul Hutch, kiedy spotykamy się w barze tego popołudnia. Mamy dobić targu, ale mój towarzysz postanawia mnie przy okazji czegoś nauczyć. Dlaczego ludzie nieustannie mają poczucie, że muszą prawić mi kazania o tym, jak żyć? Mam dwadzieścia pięć lat! Wygląda na to, że jeśli w danej rozmowie nie biorą udziału prawdziwe dzieci, do każdego poniżej trzydziestki starsi zaczynają się zwracać per „synu”, „dziecko” albo „chłopcze”. „Prawdziwi dorośli” najwyraźniej muszą czuć się ważni. Nie mam zamiaru podtrzymywać tego typu wyobrażeń ani pompować niczyjego ego. Takie traktowanie sprawia, że robi mi się niedobrze – zupełnie jakby mój żołądek próbował sam się 15
strawić. Nie jestem niczyim „chłopcem” i nie reaguję na „synu”. Nie będę nikomu zastępować zmarłego dziecka. W jednej z ciemnych lóż za nami ktoś pali papierosa. Nie znoszę tu przychodzić i z całego serca nienawidzę szemranych stałych bywalców tego miejsca. Wszystko w barze Evergreen jest zrobione z tandetnego zielonego plastiku i ciemnego drewna. Podejrzewam, że właściciele chcieli, by ich lokal przypominał chatę w kurorcie narciarskim, wnętrze przywodzi jednak na myśl zubożałą wersję Oktoberfest − z przewagą pijanych starych oblechów i zaledwie kilkoma biuściastymi pannami podającymi spienione piwo. Wokoło wiszą zdjęcia ośnieżonych gór – plakaty te mają mniej więcej tyle lat co ja. Wiem to na pewno, bo na naszej górze nie było porządnej pokrywy śnieżnej od dobrych piętnastu lat, a już od pięciu nie zebrało się wystarczająco dużo chętnych, by udostępnić ją turystom. W przeszłości po szkole obsługiwałem wyciągi narciarskie na różnych stokach, pracowałem przy nich nawet w lecie, kiedy ludzie z doliny mieli ochotę wyjechać na szczyt i pochodzić po górach w temperaturze niższej niż czterdzieści pięć stopni. Teraz wmawiam sobie, że przynajmniej nie muszę się użerać z upierdliwymi turystami – niektórzy zachowywali się, jakby nigdy wcześniej nie widzieli drzewa, albo naciskali jednocześnie gaz i hamulec, zjeżdżając z gór krętą drogą. W ogóle za nimi nie tęsknię. Jedyne, czego mi brakuje, to wypłata. Hutch wygląda, jakby przeżuł i strawił go koń, i tak też cuchnie. Przez jakiś czas pracował w jednej z agencji turystycznych, które umożliwiały turystom wjazd do Wielkiego Kanionu na osłach. Park narodowy został jednak zamknięty i właściciel agencji musiał przenieść wszystkie zwierzęta z powrotem do Flagstaff, a w końcu je sprzedać. Hutch stracił pracę, ale podejrzewam, że żona byłego pracodawcy pozwala mu nocować w dawnych stajniach. Hutch siedzi w barze już od wielu godzin i wygląda dość niewyraźnie. Kiedy wchodzę do ciemnego pomieszczenia, podnosi mętny zagubiony wzrok jak kurczak, który po raz pierwszy 16
wystawia łebek z jajka. Jego zbyt długie, przerzedzone włosy są z tyłu niechlujnie związane rzemykiem. Chcąc przejść od razu do rzeczy, podsuwam mu zwitek pogniecionych pieniędzy, który wygląda na dużo zasobniejszy, niż jest w rzeczywistości. Od tak dawna płacę tylko dziesięcio- i dwudziestodolarowymi banknotami, że żyję w przeświadczeniu, iż większych nominałów już nie drukują. – Nie chodzi o to, że w ciebie wątpię, synu – mówi Hutch, wbijając wzrok w dno swojego kufla. – Ale to nie jest takie proste, jak się wydaje. Powinienem słuchać go uważniej. Jeśli ktokolwiek wie coś na temat tej roboty, to właśnie on. Stary Hutch przez sześć miesięcy usiłował zostać łowcą nagród – pamiątką po tej wątpliwej przygodzie jest poparzona, okaleczona dłoń z czterema palcami. Starzec rozpowiada, że dorwał go jeden z odmieńców, ale pamiętając o tym, jak kiedyś udało mu się podpalić dwie przyczepy, bo zasnął z papierosem w ręce, raczej w to wątpię. On jednak robi, co może, żeby coś na swoim nieszczęściu ugrać. Dzięki kalekiej dłoni zdobywa współczucie zatrzymujących się w Evergreenie przyjezdnych i co za tym idzie darmowe drinki. Czasem udaje mu się też wydębić jakieś drobne, kiedy stoi z garnuszkiem na rogu Route 66 i Leroux Street, udając mimo swojej białej gęby, że jest rdzennym wojskowym weteranem z okręgu Navajo Nation. Z jakiegoś powodu wydaje mu się, że jest lepszy od nas – pozostałych nieudaczników. – Mogę prosić o kluczyki? – pytam. – Gdzie go zaparkowałeś? Nie zwraca na mnie uwagi, nucąc rozbrzmiewający w głośnikach kawałek zespołu The Eagles Take it Easy, który puszczają tu w kółko zapewne tylko dlatego, że w tekście raz wspomniana jest Arizona. Nie powinienem kupować od niego tego auta. Jestem pewien, że coś będzie z nim nie tak − w końcu jest starsze ode mnie. Ale to jedyny środek transportu, na jaki mnie stać, a muszę stąd uciec. Muszę się wydostać z tego miasteczka. 17
– Jeszcze jednego! – woła Hutch, uparcie usiłując zwrócić na siebie uwagę Amy, barmanki, która niewątpliwie stara się ignorować jego żałosną obecność. Rozmawiałem z nią kiedyś o nim. Hutch przedstawia sobą marny widok. Z wiekiem zepsuły mu się zęby, a policzki obwisły aż do szyi i teraz przypominają indycze korale. Ma dopiero czterdzieści pięć lat, ale wygląda jak narkoman, żywcem wyciągnięty z jednego z paradokumentalnych seriali policyjnych, które w kółko lecą w telewizji. A do tego jego oddech potrafi zwalić człowieka z nóg. Kiedyś bardzo go lubiłem. Był znajomym mojego ojca, bo przywoził świeże warzywa do restauracji. Ale teraz… Nie wiem, jak to rzeczowo wyjaśnić. Stał się przeciwieństwem wzoru do naśladowania… A ja podążam jego śladami, i to w zawrotnym tempie. Jest czymś na kształt widma z przyszłości… Patrzę na niego i wiem, że jeśli się stąd nie wydostanę, sam zamienię się w starca, który nawet nie jest stary, ale śmierdzi, jakby regularnie po sobie lał. W faceta, który bez końca kręci się na barowym stołku jak na starej karuzeli na placu zabaw. Hutch wyciąga z kieszeni kluczyki, ale kiedy po nie sięgam, gwałtownie nakrywa je palcami. Drugą dłonią chwyta mnie za rękę i wbija we mnie kaprawe, rozgorączkowane oczy. – Bardzo ceniłem twojego ojca, Gabe, i wiem, że nie tego dla ciebie chciał. – Zdezerterował z tego świata, więc nie ma tu nic do gadania – mówię, wyrywając mu rękę. – Zapłaciłem ci. Gadaj, gdzie zaparkowałeś. Przez sekundę jestem pewien, że zostawił auto przed centrum handlowym i że będę musiał wlec się przez godzinę wzdłuż autostrady, żeby do niego dotrzeć. Hutch jednak wzrusza ramionami i w końcu mówi: – Przy Wheeler Park od północnej strony. Na Birch Avenue. Zsuwam się z wysokiego stołka, dopijając piwo, za które płacę piętnaście dolarów. Hutch cały czas patrzy na mnie w sposób, którego nie potrafię opisać. Po chwili milczenia oświadcza: 18
– Zapamiętaj sobie jedno: jeśli natkniesz się na kogoś, kto lubi tę robotę, bierz nogi za pas i wiej. Taki człowiek musi być potworem. Najprawdziwszym. Nieśpiesznie ruszam w stronę centrum – przepraszam − „centrum starego miasta”. Mieszkańcy używają tej nazwy, jakby chcieli zaznaczyć, że Flagstaff ma jeszcze jedno ważniejsze, biznesowe centrum. Idę powoli, bo poranek jest piękny i słoneczny – pod bezchmurnym, błękitnym niebem świat zazwyczaj wygląda jeszcze bardziej beznadziejnie, ale nie dzisiaj. Kątem oka widzę starą stację kolejową, gdzie razem z tatą kładliśmy na torach drobne monety i patrzyliśmy, jak zostają zmiażdżone pod kołami pociągów. Pierwszy raz od wielu lat rozważam przejście na drugą stronę ulicy, żeby usiąść na jednej z ławek przy dworcu, tylko dlatego, że mam świadomość, iż już nigdy tego nie zrobię. Mógłbym jedynie na niej posiedzieć – nieliczne pociągi, które pozostały w użyciu, i tak się tu nie zatrzymują. Ostatnio bardzo często zajmowałem się nicnierobieniem. Siedziałem bezczynnie, trwoniłem czas, myślałem o pracy, ale jej nie szukałem. Podejrzewam, że w tym właśnie tkwi problem. W całym tym siedzeniu, które sprawia, że człowiek zaczyna się zastanawiać nad otaczającą go beznadzieją. Rozmyśla o parkach, które zamieniono w cmentarze, o restauracji taty, która po tylu latach ciągle stoi pusta, o przymusowej przeprowadzce do nowej przyczepy, bo ze ścian starej nie da się zmyć krwi. Cholerny Hutch, myślę. Tata marzył tylko o jednym – żeby się stąd wyrwać. Mijam zabite deskami sklepy. Kiedy byłem dzieckiem… Często używam tej frazy… „Kiedy byłem dzieckiem”. Czyli jakieś piętnaście lat temu. Czy kiedy ma się dziesięć lat, ciągle jest się dzieckiem? To pewnie bez znaczenia, ale wtedy ta część miasteczka została odnowiona dla turystów. Wiele znajdujących się tu budynków jest zabytkowa jak na standardy panujące w Arizonie. 19
Wiem od taty, że większość z nich, włącznie z tym z czerwonej cegły z wieżyczkami, kiedyś była hotelami. Teraz zamieniono je w sklepy, w których można kupić koraliki, magiczne kryształowe pierdoły wszelkiej maści z Sedony okrzykniętej ośrodkiem kultu New Age albo podróbki skamieniałego drewna. To właśnie takie przedsiębiorstwa przetrwały krach gospodarczy. Jestem tu dzisiaj jedynym spacerowiczem. Ruch samochodowy też jest niewielki, dzięki czemu mogę wychwycić okrzyki uczestników „manifestacji”, która odbywa się trzy przecznice dalej. Przez głowę przebiega mi myśl, żeby ją ominąć i ruszyć dłuższą drogą, ale uświadamiam sobie, że wtedy będę musiał przejść obok ohydnego muralu wykonanego na zamówienie miasta, na którego widok zawsze cierpła mi skóra. Jest to dzieło upamiętniające zmarłych. Przedstawia pięcioro dzieci bawiących się na ukwieconej łące. Jedno z nich siedzi na zwisającej z chmury huśtawce. Podpis pod obrazem głosi: „Ich placem zabaw jest niebo”. Jeśli ktoś chce jeszcze bardziej zohydzić sobie rodzaj ludzki, zapraszam do obejrzenia tego dzieła. Przed ratuszem miejskim zebrała się liczna reprezentacja matek. Nic dziwnego, w końcu to dzień jak co dzień. Jeszcze kilka lat temu sądziłem, że może uda im się coś osiągnąć choćby dzięki wielkiej ilości domowych wypieków, jakie sprzedawały, by zebrać pieniądze na fundusz pod hasłem „Oddajcie nam dzieci”. Teraz jednak wydaje mi się oczywiste, że od początku nie miały żadnych szans. Schylam głowę i naciągam czapkę na oczy, ignorując korpulent ną kobietę w za ciasnych „mamowatych” dżinsach i jasnożółtej koszulce z napisem „MATKI PRZECIWKO OBOZOM”, która pośpiesznie rusza w moją stronę. – Podpisałeś petycję o uwolnienie dzieci? – pyta, podsuwając mi pod nos podkładkę z listą. Raczej nie, proszę pani, myślę sobie. – Chciałbyś ją podpisać? – nalega. Równie bardzo, jak połknąć garść tłuczonego szkła. 20
Czemu nie? – Bo nie jestem zwolennikiem wizji, w której kilka tysięcy małych odmieńców plącze się po kraju, wysadzając wszystko w powietrze. Biorę od niej podkładkę z petycją i bazgram coś w jednej z pustych rubryczek z nadzieją, że to wystarczy, by się odczepiła. Nie rozumiem, czemu, mimo zwiększenia liczby członkiń, ruch matek zdaje się coraz mniej skuteczny. Choć powstała pochodna organizacja pod nazwą „Ojcowie przeciwko obozom”, wiem, że rodzicom nie udało się wydobyć od rządu żadnych informacji. Podejrzewam, że protestujący wiedzą, jak żałośnie się prezentują. Jak kocia sierść na czarnym swetrze uparcie gromadzą się w tym samym miejscu, chociaż w ratuszu nie rezydują już żadni politycy. Od czasu do czasu władze wysyłają tu kogoś z Phoenix, by się upewnić, że miasto nie pogrążyło się w chaosie, a jeśli tak się stało – by zabarykadować budynek. Rodzice po prostu nie potrafią przestać. Każdego dnia rozgrywają się tu te same sceny – matki i ojcowie rozmawiają ze sobą, przytulają się i płaczą, trzymając w dłoniach postrzępione fotografie swoich odmieńców. Ci, jak nazywa ich moja mama, „prawdziwi dorośli” marnują czas, czekając, aż sprawcy ich nieszczęścia okażą im łaskę. Jeśli naprawdę chcieliby coś osiągnąć, pojechaliby do Phoenix, do Waszyngtonu albo Nowego Jorku. Znaleźliby kryjówkę, w której zaszył się prezydent Gray, i kazaliby mu odpowiedzieć za jego czyny. Ludzie ci wydają się nie zauważać, że odebrano im − nam wszystkim − ostatnie okruchy wolności. Obchodzą ich jedynie d z i e c i, d z i e c i, d z i e c i. Mam ochotę nagadać pani Roberts, żeby przestała być pieprzoną hipokrytką, a pani Monroe, pani Gonzales i panu Hartowi uświadomić, że sami są sobie winni. Przecież tamtego dnia osobiście wysłali swoje „pociechy” do szkoły, a później razem z pozostałymi mieszkańcami stanęli za ogrodzeniem boiska, obserwując, jak ludzie w czarnych mundurach zaganiają je do autobusów. Teraz żałują. Zrozumieli to, co większość z nas podejrzewała od 21
samego początku. Autobusy jechały w tym samym kierunku i na zawsze zabierały im dzieci. Nie rozumiem jednego: rząd w kółko powtarza za pośrednic twem telewizji, gazet i radia, że jedynym ratunkiem dla odmieńców jest rehabilitacja w obozach. Władze wykorzystują nawet syna prezydenta jako dowód, że ich system działa. Młody Gray jeździ po kraju, jakby był na jakimś tournée, którego oczywistym celem jest zmiękczenie ludzi i zachęcenie ich do odsyłania dzieci. Pojmuję ten zamysł. Mija jednak rok, a po nim następny − coraz więcej dzieci zostaje zarażonych i wysłanych do obozów przez zdesperowanych rodziców. Jednocześnie nie słychać o żadnych „wyleczonych”, którzy by je opuszczali. Sytuacja nie zmienia się ani po trzech, ani po czterech, ani nawet po pięciu latach. Gdyby rodzice zamiast biegać bez celu jak wystraszone, tchórzliwe kurczaki, żebrząc o ostatnie okruchy nadziei, uważnie obserwowali sytuację od samego początku, z kilometra wyczuliby kłamstwo. Przenigdy nie zarejestrowaliby swoich dzieci w internetowej bazie danych, którą rząd przekształcił w sieć służącą łowcom nagród i żołnierzom SSP do odnajdywania ostatnich znajdujących się na wolności odmieńców. Minęło sześć lat. Dzieci nie wracają. Nawet jeśli miałyby kiedyś zostać oddane rodzicom, to czy którykolwiek z „prawdziwych dorosłych” chciałby, by żyły w tym, czym stał się nasz kraj? W świecie, w którym gazety ociekają kłamstwami, w którym każdy krok i każde słowo są śledzone? Gdzie ludzie pracują całe życie, by w końcu poddać się świadomości, że nigdy do niczego nie dojdą i że lepsze jutro nie nastanie? Chcę, by po prostu przyznali, że sami pozwolili Grayowi odebrać sobie potomstwo oraz skraść nadzieję na lepsze jutro. Mam dość użalania się nad dziećmi, kiedy reszta narodu też cierpi. Chcę, by sobie uzmysłowili, że straciliśmy więcej niż kilkoro odmieńców. Chcę, żebyśmy wszyscy przestali kłamać.
22
Bak starej niebieskiej furgonetki jest pusty. Też mi niespodzianka. Muszę pieszo przemierzać całe miasteczko i żebrać o ćwierć litra benzyny od znajomych − ludzie patrzą na mnie, jakbym ich prosił, żeby się podpalili. Wiem jednak, do kogo się zwrócić. Co przezorniejsi zachowali wszystkie przydziały paliwa, które Gwardia Narodowa rozdawała dawniej przy starej stacji benzynowej. Pamiętam, jak pewnego razu sam czekałem pod billboardem przedstawiającym dużego zielonego dinozaura, drżąc z zimna na dwudziestostopniowym mrozie. Wzdłuż autostrady ustawili się wtedy w kolejce wszyscy mieszkańcy miasteczka. Niestety jakieś dwa lata temu Gwardia po prostu przestała się tu pojawiać, a wraz z nią zniknęły dostawy paliwa. I wiele innych rzeczy. Stare wesołe miasteczko zostało przekształcone w parking dla przyczep i kemping. Gdyby dziesięć lat temu ktoś poprosił mnie, bym wyobraził sobie świat, w którym tysiące ludzi zostanie stłoczonych na kilku kilometrach kwadratowych, bo ich domy zajmą banki, to nie wiem, czybym potrafił… Pewnie pomyślałbym, że to pomysł wzięty z jakiegoś kiepskiego filmu. Hutch twierdzi, że za jedno dziecko można dostać około dziesięciu tysięcy dolarów. Dziesięć patyków! Jedno czy dwoje nie pozwoli mi jeszcze na kupno prawdziwego domu, ale powinno wystarczyć, by opłacić któryś z dwuletnich kierunków studiów. I dostać dyplom. Potem być może uda mi się znaleźć stałą pracę w innym mieście, co w dalszej perspektywie umożliwi mi zakup nieruchomości. Gdybym tu został, nie miałbym wyboru. Trzy razy sprawdzam, czy zamknąłem auto, po czym ruszam przez błotnistą trawę do domu. Od razu wyczuwam omiatające mój nowy nabytek ciekawskie spojrzenia. Kalkulujące. Wiem coś o tym. Wszyscy coś o tym wiemy. Łatwiej jest coś ukraść, niż na to zarobić… Nie jestem jednak pewien, kto chciałby trzydziestoletniego paliwożłopa, z którego wielkimi płatami obłazi farba. 23
Zresztą zabawię tylko chwilę, więc i tak nie będą mieli czasu, żeby mi go zwinąć. Wpadnę i wypadnę, powtarzam sobie przez całą drogę. Wpadnę i wypadnę. Drzwi naszej przyczepy skrzypią, kiedy je otwieram, i z grzechotem się za mną zatrzaskują. To dar od Stanów Zjednoczonych Ameryki, ale gdziekolwiek spojrzeć, widnieją znaczki MADE IN CHINA. Aluminiowe ścianki są tak cienkie, że wginają się do środka, gdy powieje mocniejszy wiatr. Wewnątrz ledwie mieści się stojące przy tylnej ścianie piętrowe łóżko i maleńka kuchnia, ale mama znalazła sposób, by wcisnąć tu miniaturowy telewizorek – umieściła go na składanym stole, przy którym niby mieliśmy jeść. Nikt nie ma gotówki ani czasu, żeby tworzyć nowe programy telewizyjne, więc w kółko lecą w nim wiadomości albo powtórki. Kiedy wchodzę, emitują właśnie odcinek Koła fortuny z lat dziewięćdziesiątych. Czasem wolę, kiedy nie ma prądu – tylko wtedy mama wyrywa się z transu na tyle długo, by zjeść coś czy umyć włosy. Mama nawet nie podnosi na mnie wzroku. Od razu zauważam, że znowu przyczepiła na lodówce oryginał mojego wezwania do wojska. Notorycznie je zrywam, a ona na nowo je tam umieszcza. Bez końca jej tłumaczę, dlaczego nic z tego nie będzie, a ona niezmiennie mnie ignoruje. – Werbownicy z SSP znowu nas odwiedzili – mówi, nie odrywając oczu od telewizora. – Powiedziałam im o twoim problemie, na co stwierdzili, że powinieneś się stawić na powtórne badania. Żeby się upewnić. Zamykam oczy i liczę do dwudziestu, ale przestaję, bo przypominam sobie, że tak właśnie robił tata. Zmierzwione blond włosy mamy wyglądają, jakby od tygodni ich nie szczotkowała. Ma na sobie bladoróżowy szlafrok zarzucony na podkoszulek z Myszką Miki i dżinsy – czyli to, w czym spała zeszłej i poprzedniej nocy. Otwieram lodówkę, tylko żeby potwierdzić swoje obawy. Jak zwykle świeci pustkami. Wczoraj wieczorem zjedliśmy na 24
kolację ostatnią puszkę zupy, więc jeśli rano mama nie wyszła po przysługującą jej paczkę z przydziałem… – Dlaczego czuć od ciebie dym? – pyta niespodziewanie. – Byłeś w barze? W starym barze taty? Podchodzę do łóżka, biorę z niego mały plecak i zarzucam go sobie na ramię. – Wychodzę. – Słyszałeś, co powiedziałam o SSP, dziecko? – drąży i na powrót wlepia wzrok w telewizor. Jej głos zrobił się ostatnio naprawdę bardzo, bardzo cichy. – A ty słyszałaś, co ci powtarzam za każdym razem, kiedy poruszasz ten temat? – Chociaż staram się do tego nie dopuścić, puszczają mi nerwy. – Nie przyjmą mnie ani do SSP, ani do Gwardii Narodowej. Mama pewnie ma nadzieję, że jeśli będę wystarczająco zdesperowany, to w końcu mnie przyjmą. Ale na każdym z pięciu spotkań z oficerami od werbunku powiedziano mi, że uszkodzone podczas gry w piłkę nożną, poskręcane śrubami kolano mnie dyskwalifikuje. Próbowałem wszystkiego – podrabiania papierów, ubiegania się w innym okręgu. Nie udało się. Siły mundurowe mają świadomość, że ludzie się do nich garną, bo praca w ich szeregach jest jedyną gwarancją zarobku w tym kraju. Żeby każdego miesiąca na konto wpływała ci pewna gotówka, musisz odsłużyć cztery lata w piekle. – Masz tylu kolegów – ciągnie mama. – Czy któryś nie może ci pomóc? Ze znajomymi nie mam kontaktu od czterech lat − odkąd zaciągnęli się do służby. Wygląda na to, że po założeniu czarnego munduru człowiek zostaje wciągnięty w czarną dziurę. Wiem, że żyją, jedynie dzięki temu, że rząd wciąż przysyła ich rodzinom czeki i dołącza do ich racji żywnościowych po kilka dodatkowych puszek. – Wyjeżdżam – mówię, ściskając mocniej pasek plecaka. Kiedy się poruszam, kluczyki dzwonią mi w kieszeni, i to na tyle głośno, że mama podnosi na mnie wzrok. 25
– Coś ty zrobił? – oburza się, jakby miała do tego prawo. – Wydałeś pieniądze na studia? Kupiłeś tę furgonetkę? Wybucham śmiechem. Prawdziwym, szczerym śmiechem. Osiemset dolarów to za mało, żeby nawet myśleć o studiach, a co dopiero na nie zdawać. Studiowanie już wcześniej nie było tanie, ale teraz stało się absurdalnie kosztowne. Nie wspominając o tym, że w kraju działa zaledwie kilka uczelni. Zamknięto uniwersytety w Arizonie i większość w Nowym Meksyku oraz Utah. Wydaje mi się, że w Kalifornii wciąż parę działa i że w Teksasie otwarty jest jeden z kampusów. Teksas by mi wystarczył. Nie łudzę się, że będzie mnie stać na któryś z kilku prywatnych uniwerków z górnej półki mieszczących się na wschodzie kraju, takich jak Harvard. Wystarczy, że schwytam dwóch odmieńców. A jeśli się okaże, że jestem w tym dobry, tym lepiej. To, co zarobię na zdobyczach numer trzy, cztery i pięć, zaoszczędzę. Problem polega na tym, że mama i reszta mieszkańców Flagstaff ma wąskie spojrzenie na świat. To ludzie, którzy są zbyt zadowoleni z kart, jakie rozdało im życie, by dopuszczać do siebie myśl, iż można zagrać o większą pulę. Nie rozumieją, że inwestuję w swoją przyszłość − zbyt wiele zainwestowali w to miasto. – Jesteś pieprzonym głupcem – syczy mama, kiedy kopniakiem otwieram drzwi. – Jeszcze będziesz chciał wrócić. Sam sobie nie poradzisz. Życie pokaże ci, gdzie twoje miejsce, ale wtedy nie będziesz miał czego tu szukać! – Kiedy groźby nie działają, robi się złośliwa. – Jesteś kompletnym idiotą i skończysz tak samo jak ojciec. Odprowadza mnie aż do samochodu, wykrzykując wszystkie obraźliwe słowa, które jest w stanie przywołać. Doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że to ja przez cały czas o nią dbałem i że beze mnie zginie. Nie obchodzi mnie to. Naprawdę. Odkąd tata wpakował sobie kulę w łeb, nie mam rodziców. 26
Z oblewającego nas morza brudnych srebrnych przyczep wysuwają się ku nam pełne ciekawości spojrzenia. I dobrze. Chcę, żeby wiedzieli, że odchodzę. Chcę, żeby zobaczyli, jak robię coś, na co nikt przede mną się nie odważył. Niech opowiadają o tym swoim sąsiadom. Niech pełnym podziwu szeptem rozsiewają plotki po okolicy. Niech patrzą, jak znikam w oddali. Kiedy będą mnie wspominać za kilka lat, tylko jeden fakt będzie miał znaczenie. To, że udało mi się wyrwać.
2
Po dwóch tygodniach przemierzania autostrady międzystanowej i narażania własnego tyłka, żeby złowić jakąś zdobycz, jestem zmuszony przyznać, że Hutch miał rację przynajmniej co do jednego: łowcy nagród poważnie przetrzebili populację odmieńców. Nie zrozumcie mnie źle. Nie spodziewałem się, że podejdę do pierwszego lepszego drzewa, potrząsnę nim i kilkoro dzieci tak po prostu spadnie mi pod nogi. Już parę lat temu się zorientowałem, że tych, którym udało się uniknąć schwytania, jest bardzo niewielu i że rozproszyli się po całym kraju. To prosty rachunek. Jeśli umiera dziewięćdziesiąt osiem procent populacji, a pozostałe dwa procent dzieli się na siedemdziesiąt pięć procent zamkniętych w obozach i dwadzieścia pięć przebywających na wolności, to łowcy mają do zlokalizowania… znikomą liczbę. Naprawdę znikomą. Wychodzę z pokoju i trzaskam za sobą drzwiami, ignorując pogardliwe spojrzenie staruszki, która zarządza miejscem, w którym mieszkam. Jest na zewnątrz i sprawdza wodomierze, by się upewnić, że żadne z nas nie zużywa więcej wody, niż zostało mu przydzielone – nie można mieć do niej pretensji, w końcu za wynajem płacimy tylko pięćdziesiąt dolarów tygodniowo. Staruszka ma 28
dwóch synów w średnim wieku, którzy pomagają jej zapanować nad hołotą, która przepływa przez jej zacny przybytek. Mężczyźni zbierają czynsz i upewniają się, że nikt nie handluje tu własnym ciałem czy innymi niedozwolonymi towarami. Znak na zewnątrz głosi, że to motel, ale od krachu gospodarczego pokoje funkcjonują jako tymczasowe mieszkania do wynajęcia. Budynek powstał w latach sześćdziesiątych i najwyraźniej od tego czasu nie był remontowany. To dwupiętrowy kompleks w kolorze brudnego brązu pozbawiony wszelkich wygód i ozdobiony jedynie kilkoma stojącymi tu i ówdzie doniczkami z umierającymi kwiatami − lato tego roku jest tak upalne, nawet wysoko w górach, że los tych roślin był przesądzony. – Wrócisz, żeby zapłacić za ostatnie dwa tygodnie!? – woła za mną staruszka, kiedy otwieram furgonetkę. Ma na imię Beverly. Ja jednak mówię na nią Phyllis, bo ciągle nosi koszulę do gry w kręgle swojego zmarłego męża, na której wyhaftowano jego imię: „Phil”. – Wrócę wieczorem – odpowiadam. Nie mam wyjścia. Cotton wood jest dość bezpieczne i raczej sielskie, ale Phyllis jest tak bezwzględna, jeśli chodzi o kasę, że zupełnie bym się nie zdziwił, gdyby mnie wywaliła i znalazła kogoś innego na moje miejsce. Muszę dostarczyć jej czynsz do zmroku. Od czasu do czasu łapię ją na tym, że mi się przygląda, i zaczynam się martwić, że posiada jakieś zdolności psioniczne, dzięki którym widzi, jak chudnie mój portfel. Macham jej uprzejmie na pożegnanie, a kiedy wraca do swojego zajęcia, zginam wszystkie palce poza środkowym. Pięknie. Każę spadać staruszce. Nie jestem głupi. Zaoszczędziłem wystarczająco dużo pieniędzy, żeby doczekać do pierwszej wypłaty – pod warunkiem że dostanę ją w ciągu miesiąca albo dwóch. Nie przemyślałem jednak dokładnie, jak zabrać się do roboty. Hutch dał mi swój sfatygowany podręcznik dla Agentów Służb Odławiania Zbiegów Psi, ale wszystkie urządzenia, które były do niego dołączone, 29
przepił, kiedy wrócił do Flagstaff. To najgorszy etap stawania się łowcą – zanim człowiek zostanie zarejestrowany w systemie, musi znaleźć dziecko i je zgłosić. Następnie dostaje tablet podłączony do sieci zawierającej profile odmieńców. I dopiero wtedy może zacząć zbierać punkty i piąć się w górę w rankingach. Przeczytałem w podręczniku, że za punkty uzbierane za oznaczanie na mapie miejsc, w których widziano dzieci, albo za udzielanie kolegom po fachu pomocnych wskazówek rząd daje łowcom większy dostęp do różnych rzeczy, na przykład do internetu. Z internetem byłoby mi sto razy łatwiej, myślę i skręcam na autostradę. Kontrolka paliwa miga. Od kilku dni. Opracowałem jednak pewien system i sądzę, że starczy mi benzyny jeszcze na dwa wypady. Nazywam to systemem, żeby poprawić sobie samopoczucie, bo tak naprawdę szukam wskazówek o odmieńcach w najbardziej prymitywny z możliwych sposobów. Zajeżdżam do jednego z pobliskich małych miasteczek takich jak Wickenburg, Sedona albo Payson. Parkuję samochód w miejscu, gdzie nikogo nie powinno podkusić, żeby go ukraść albo spuścić z baku benzynę. Następnie wysiadam i włóczę się po okolicy, obowiązkowo przechodząc obok szkół, bo tam zawsze znajduję ogłoszenia o zaginionych dzieciach przypięte do grzechoczących ogrodzeń z metalowej siatki. Rodzice najwyraźniej wierzą, że dzieci ciągle kręcą się po miejscach z przeszłości i że pewnego dnia zobaczą taki plakat i pomyślą: „Kurczę, chyba naprawdę czas wracać do domu. Mama pewnie strasznie za mną tęskni”. Zdzieram ogłoszenia jedno po drugim, żeby później porównać widniejące na nich podobizny z tymi w sieci łowców. „Później” to znaczy, kiedy w końcu będę miał dostęp do sieci. Po tym, jak wreszcie uda mi się znaleźć jakieś dziecko i je zgłosić. Jeszcze jeden dzień, myślę. Wytrzymaj do końca tygodnia. Potem zamierzam zacisnąć zęby, wydać ostatnie pieniądze na benzynę i pojechać do Phoenix. Więcej osiedli, więcej opuszczonych budynków, miliony rodzin – moje szanse wzrosną. Przyznaję 30
jednak, że trochę mnie to uwiera. Nie podoba mi się, że już muszę zmieniać swój plan. Jedynym, czego mam ostatnio w nadmiarze, jest gówniany pech. Postanawiam pojechać autostradą międzystanową na południe w kierunku Camp Verde tylko dlatego, że nie jechałem tędy od tygodnia. Przy drodze znajduje się jednak działająca stacja benzynowa, której prawdziwa wartość tkwi w tym, że przepływa przez nią nieprzerwany strumień ciężarówek, a wraz z nimi plotek. Wyłączam radio i klimatyzację, żeby oszczędzać paliwo, i odkręcam szybę, wpuszczając do środka trochę świeżego powietrza i słońca. Tata zwykł mówić, że pozytywne nastawienie i dobre myśli wymagają wysiłku, w przeciwieństwie do pozwolenia, by wciągnął nas wir przewidywania najgorszych wyników swoich działań i zamartwiania się o rzeczy, które się jeszcze nie wydarzyły. Teraz widzę to wyraźniej niż kiedykolwiek, bo wystarczy, że pomyślę o tacie, i łapię doła. Zaczynam podążać drogą, którą przebył, i rozumieć, dlaczego to zrobił. Upokorzyła go utrata restauracji, wiem o tym, ale to nie wszystko – dobiła go świadomość, że lokal jest całym jego życiem. Kiedy mu go odebrano, nagle okazało się, że nie ma nic innego. Nie było go stać, żeby się przeprowadzić gdzie indziej, nie wspominając o tym, że miał na utrzymaniu mamę i mnie. Uwięziliśmy go i wybrał dla siebie jedyną drogę ucieczki, jaką widział. Nauczyłem się, że kiedy zaczynam się tak czuć, muszę wyjść i to rozchodzić. Albo otworzyć okno w aucie i pozwolić, by zapach trawy i ziemi wywiał mi z nozdrzy oblepiającą je woń ciepłej krwi. We wstecznym lusterku niespodziewanie dostrzegam czerwoną terenówkę, na której widok opuszczam mroczną drogę swoich myśli i wracam na tę pod kołami. Podnoszę oczy na odbicie auta, bo jego kierowca jedzie jak szatan − jakby chciał uciec przed rozciągającymi się za nim pełnymi cieni górami. W kolejnej sekundzie przelatuje obok i gwałtownie skręca na pas przede mną. Moja furgonetka cała się kołysze, bo oto z impetem wyprzedza mnie jeszcze beżowy sedan ścigający pierwszy samochód – odruchowo 31
zjeżdżam na pas awaryjny, na którym zostaję jeszcze długo po tym, jak oba auta znikają mi z oczu. Serce wali mi jak szalone. Cholerni piraci drogowi skutecznie podnieśli mi ciśnienie, a przy tym ciągle mam przed oczami obraz taty leżącego twarzą do ziemi w starej przyczepie. Zanim udaje mi się dojść do siebie, mija dłuższa chwila. Kretyni. Przecieram sobie czoło. Pieprzeni kretyni. Jeśli chcieli się ścigać, mogli wybrać jakąś boczną drogę, na której nie byłoby ryzyka, że w kogoś uderzą. Wprawdzie nasze trzy samochody były jedynymi, jakie widziałem na drodze od wyjazdu z Cottonwood, ale są pewne zasady. Przypadkowa śmierć w wypadku samochodowym spowodowanym nadmierną prędkością z pewnością nie należy do mojego planu. – Rusz tyłek – mruczę do siebie. – Na litość boską, ale z ciebie baba… Włączam migacz, żeby wjechać na główny pas ruchu, i dopiero po chwili orientuję się, jakie to głupie. Gdybym tylko chciał, mógł bym jechać samym środkiem autostrady. Robię to, żeby zobaczyć, jakie to uczucie. I wiecie co? Jest naprawdę meganiesamowicie! Jakby cała rozciągająca się przede mną dolina należała do mnie, jakbym mógł… Wciskam hamulec i zatrzymuję auto. Czerwona terenówka leży na dachu na pasie trawy oddzielającym od siebie linie drogi biegnące w przeciwnych kierunkach. Dymi, a jej dwa koła ciągle kręcą się w powietrzu. Beżowy sedan stoi w poprzek szosy. Wyskakują z niego dwaj mężczyźni ze strzelbami noszący tandetne myśliwskie kurtki moro. Wyglądają identycznie poza tym, że jeden jest wyższy. Obaj mają długie, sztywne ciemne włosy wystające niedbale spod czapek oraz brody i wielkie brzuchy. Przez sekundę chce mi się śmiać. Ale wtedy zauważam dziewczynkę. Ma burzę ciemnych loków i nosi podkoszulek na ramiączkach i dżinsy. Po jej lewej stronie pojawia się niska blondynka w za dużej czarnej bluzie z kapturem. Za nimi kuli się jeszcze młodsza 32
dziewczynka − Azjatka z długimi, rozpuszczonymi czarnymi włosami, która usiłuje zawrócić do terenówki. Blondynka nie pozwala jej jednak i przyciąga ją do siebie. Mężczyźni nagle unoszą strzelby, opierają je sobie na ramionach i jeden z nich wymierza w tylną szybę czerwonej terenówki, rozpryskując ją w drobny mak. Słyszę krzyk dziewczynek i nie wiem czemu, ale wysiadam z samochodu… Teraz cała piątka wbija we mnie wzrok. – Zabieraj się stąd! – wrzeszczy jeden z mężczyzn i celuje we mnie. Podnoszę ręce do góry, bo to jedyne, co przychodzi mi do głowy. Sytuacja wydaje mi się zupełnie nierzeczywista. Widzę dzieci i nastolatkę pierwszy raz od sześciu lat i mój umysł nie bardzo pojmuje, co się dzieje. Dziewczynki rzucają się do ucieczki. Kątem oka widzę, jak pędem przecinają autostradę. Starsza dotyka maski jednego z samo chodów porzuconych przy drodze, na co jego przednie światła ożywają i rozlega się warkot silnika. Porusza ręką, jakby strzepywała z auta kurz, i pojazd niespodziewanie przecina pas zieleni, pędząc prosto na łowców nagród. Jasna cholera. Człowiek niby wie ze słyszenia, co potrafią te dzieciaki, ale gdzieś w głębi serca podejrzewa, że plotki są trochę przesadzone. Przecież to niemożliwe, żeby ktoś jednym mrugnięciem okiem podpalił dom, prawda? A ta dziewczyna, ona… ona… Łowcy muszą odskoczyć na boki, żeby uniknąć uderzenia, ale szalona siła, która ożywiła wrak, nagle wygasa i auto zatrzymuje się powoli na przeciwległym pasie awaryjnym. Nie sądzę, by dziewczynki chciały uderzyć w mężczyzn. Podejrzewam, że miało to tylko zbić napastników z tropu. Jestem przerażony i po części zadziwiony, że to podziałało. – Uciekają! – krzyczę do mężczyzn i wskazuję na dzieci, które pędzą w kierunku lasu. Łowcy rzucają się w pościg, posyłając mi takie spojrzenia, jakby to była moja wina. Nie wiem, może mają rację. Może też 33
powinienem zacząć gonić dziewczynki i spróbować zgarnąć jedną z nich dla siebie. Podręcznik nie podaje, że to zakazane ani że grożą za to punkty ujemne. Podejrzewam jednak, że to ryzykowne, bo rozwścieczeni łowcy mogą zacząć ścigać mnie. Być może mają przy sobie inne rzeczy, które mogłyby mi się przydać. Żeby było jasne: nie jestem z tego dumny. Ale i tak zaglądam do ich auta przez zalaną słońcem szybę od strony pasażera, żeby sprawdzić, czy nie zostawili na wierzchu czegoś cennego. W miejscu na kubek leży niewielki zwitek pieniędzy, ale nie widzę żadnych urządzeń. To b y ł o d o p r z e w i d z e n i a. Drzwi są otwarte, co jeszcze ułatwia mi podjęcie decyzji. Wsuwam pieniądze do tylnej kieszeni i salutuję w kierunku łowców. Mówię sobie, że nie zrobi im to różnicy. Zgarną trzydzieści tysięcy, jeśli schwytają te dziewczynki. Te b e s t i e. Podręcznik podaje, żeby nie myśleć o nich jak o istotach ludzkich. Akcja z „magicznym” odpaleniem samochodu i ciśnięciem go w mężczyzn powinna mi to ułatwić, ale nie jestem do końca pewny, czy potrafię się do tego zastosować. Jeden z cytowanych w książce łowców powiedział, że myśli o nich jak o psach – szczeniakach. Jak o żywych stworzeniach, które różnią się od nas, ale mają swoje potrzeby. Zacznę od tego. Szczeniaki – nie, szczeniaki są za słodkie. Zostanę przy odmieńcach. Na domiar złego, kiedy przechodzę obok wywróconej terenówki, naprawdę słyszę skomlenie psa. Przysięgam. Mówię sobie, że nie mogę się zatrzymywać i że powinienem jak najszybciej się stąd zabierać, zanim brodacze wrócą i zauważą brak pieniędzy. Mój wzrok prześlizguje się jednak na ciemny kształt zajmujący przednie siedzenie wywróconego auta. Przez wybitą przednią szybę widzę chłopaka, którego szyja jest ułożona pod nienaturalnym kątem. Długie dredy okalają jego wbitą w dach samochodu głowę, ale nie zasłaniają wyszczerbionych kawałków szkła tkwiących w jego krtani. Po brodzie ciągle spływa mu krew, ściekając po ciemnej skórze do otwartych, zastygłych oczu. 34