

LAURA SPINNEY PROTO
Jak nasz prajęzyk dotarł na krańce świata
Przekład Grzegorz Kulesza
ZNAK HORYZONT KRAKÓW 2026
Tytuł oryginału
Proto: How One Ancient Language Went Global
Copyright © Laura Spinney, 2025
All rights reserved including the rights of reproduction in whole or in part in any form.
Projekt okładki oraz spolszczenie map i wykresów
Marcin Słociński
Redaktorka inicjująca
Karolina Pawlik
Redaktor prowadzący
Adam Zechenter
Redaktorka językowa
Agnieszka Mąka
Opieka promocyjna
Klaudia Kusy
Koordynacja procesu wydawniczego
Agata Błasiak
Adiustacja
Adam Osiński
Korekta
Maciej Waligóra
Joanna Kłos
Mapy i wykresy
@ HarperCollinsPublishers 2025
Indeks
Tomasz Babnis
Opracowanie typograficzne i łamanie
Dariusz Ziach
© Copyright for the translation by SIW Znak sp. z o.o., 2026
© Copyright for this edition by SIW Znak sp. z o.o., 2026
ISBN 978-83-8427-512-2
Znak Horyzont
www.znakhoryzont.pl
Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl
Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl
Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37
Dział sprzedaży: tel. (12) 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl Wydanie I, Kraków 2026. Printed in EU
spis treści
Ariomania .............................
Rozdział pierwszy. Geneza ......................
Lingua obscura
Rozdział drugi. Święta wiosna ................... 91
Język praindoeuropejski
Rozdział trzeci. Pierwsza wśród równych ......... 131
Podrodzina anatolijska
Rozdział czwarty. Po drugiej stronie gór .......... 167
Języki tocharskie
Rozdział piąty. Lot skowronka ................... 197
Języki celtyckie, germańskie, italskie
Rozdział szósty. Wędrujący koń ................. 249
Języki indoirańskie
Rozdział
Języki bałtyckie i słowiańskie
ariomania
Najpotężniejszym bogiem w panteonie starożytnych Indusów był Ojciec Niebo – w sanskrycie Djaus Pitar . Najważniejszym bóstwem Greków był Dzeus pater, choć później zgubili człon pater i nazywali go po prostu Dzeusem. Rzymianie przekształcili inicjalną zbitkę Dj i stąd wziął się Iuppiter, czyli Jowisz. W staronordyjskim spółgłoska d zmieniła się w t, a więc wikingowie znali go pod imieniem Tyr, a użytkownicy blisko spokrewnionego staroangielskiego – Tiu. Anglofoni do dziś upamiętniają Ojca Niebo we wtorek – czyli Tuesday.
Sanskryt, greka, łacina, staronordyjski i angielski pochodzą od znacznie starszego języka: praindoeuropejskiego. „Pra” oznacza tu, że był poprzednikiem, a człon „indoeuropejski” to nazwa rodziny, do której wszystkie te języki należą. Użytkownicy praindoeuropejskiego – których zrazu mogło być tylko kilkudziesięciu – mieszkali
Wstęp
między Europą a Azją, nad Morzem Czarnym. Oni również czcili Ojca Niebo. Około pięciu tysięcy lat temu ich język nagle zaczął się gwałtownie rozprzestrzeniać poza swą czarnomorską kolebką, sięgał coraz dalej na wschód
i zachód i po drodze rozbijał się na nowe języki. W ciągu tysiąca lat jego potomstwo słyszało się już od Irlandii po Indie. Wielki wybuch języków indoeuropejskich to bez wątpienia najważniejsze wydarzenie ostatnich pięciu tysiącleci w Starym Świecie. Po kolejnych trzech i pół tysiąca lat oraz wynalezieniu okrętów zdolnych do podróży po oceanie część z tych języków osiadła w Nowym Świecie i rozpoczęła nową ekspansję.
Pięć tysięcy lat to wieczność w porównaniu z życiem człowieka, ale mgnienie oka w perspektywie istnienia ludzkości. Wiele języków i dialektów indoeuropejskich zdążyło w tym długim/krótkim czasie żyć i wymrzeć, lecz ponad czterysta z nich jest w użyciu do dziś. Zalicza się do nich wiele narzeczy obecnych w Indiach, Pakistanie, Afganistanie i Iranie, języki słowiańskie i bałtyckie, walijski, irlandzki i inne języki celtyckie, angielski i jego germańskich krewnych, grecki, ormiański i albański, a także nieprzeliczone potomstwo łaciny.
Mieszkańcy Europy i niektórych z jej niegdysiejszych kolonii wywodzą swój kulturowy rodowód przez judeochrześcijańskie średniowiecze od Rzymian i Greków. Na wschód od niej częste jest odwoływanie się do spuścizny języków irańskich i proroka Zaratusztry, a nawet dalej – do sanskrytu i religii starożytnych Indii. Jeśli jednak cofniemy się jeszcze bardziej, przed Owidiusza i greckie mity, przed
swarliwych bogów Azji Południowej, trafimy na szew, który wiąże Zachód ze Wschodem, na napiętą nić między nimi, drgającą w każdym z nas, kto mówi językiem indoeuropejskim, choć możemy nie zdawać sobie z tego sprawy.
Szew ten powstał w sercu Eurazji, zanim zaczęto spisywać mowę, zanim zaczęła się historia – w erze mitologicznej. Roi się w nim od smoków i niedźwiedzi, czarodziejów i wojowników, potężnych bogów nieba i mądrych (oraz powabnych) królowych. To kraina snów i koszmarów, fantazji i lęków. Czerpały z niej hinduskie święte teksty, eposy
Homera, Beowulf i Władca Pierścieni . Wszystkie one świadczyły o bardzo starożytnym elemencie psychiki ich odbiorców i wszystkie mają językowy dług wobec pierwszych Indoeuropejczyków. Ludzie ci – od dawna będący obiektem fascynacji, a nawet złudzeń – wreszcie wyszli na światło dzienne. W ostatnim dziesięcioleciu nau ce udało się zmienić to, jak ich rozumiemy. Ich język, jego poprzednicy i jego potomstwo na całym świecie są tematem niniejszej książki.
Choć sanskryt i jego języki pokrewne dotarły tak daleko, w historii języka pojawiają się dość późno. Mowa jest najstarszym z ludzkich narzędzi. Byli w nie wyposażeni już pierwsi homo sapiens , kiedy zaistnieli w Afryce trzysta tysięcy lat temu. Ich narządy mowy potrafiły wytworzyć te same dźwięki, którymi my się posługujemy, mieli też poznawczą zdolność do powiązania dźwięku ze znaczeniem
oraz łączenia jednostek znaczeniowych – czyli słów –w zdania.
Tyle mówi przynajmniej jedna hipoteza. Według innej język w ogóle nie wyewoluował, lecz został wynaleziony około osiemdziesięciu tysięcy lat temu na pustyni w południowo-wschodniej Afryce – być może przez grupę dzieci pozostawionych samym sobie, niczym we Władcy much, przy zabawie. Możliwe nawet, że wynaleziono go wielokrotnie w różnych częściach Afryki.
Pierwsze ludzkie języki były mówione lub migane albo też łączyły mowę i miganie. Nam wydałyby się pewnie bardzo prymitywne – nie miały na przykład przymiotników ani stałej kolejności wyrazów w zdaniu. Ale nawet za pomocą tak minimalnej składni ich użytkownicy byli w stanie przenieść interlokutorów poza „tu i teraz”, poza to, do czego miały bezpośredni dostęp ich zmysły. Zdolność do mówienia o zjawiskach hipotetycznych to jedno z najbardziej podstawowych wymagań języka. Na tej podstawie możemy zasadnie przypuszczać, że już pierwsi użytkownicy potrafili opowiadać historie.
Nasi przodkowie byli łowcami-zbieraczami, wędrującymi w niewielkich grupach i wiążącymi się z partnerami spoza nich. W ten sposób wprowadzali do grupy nowe języki, więc ich dzieci wychowywały się, słysząc więcej niż jedną mowę. Podświadomie dobierały z każdej z nich najbardziej pożyteczne cechy i w ten sposób rozwijały to narzędzie. Zanim ludzie opuścili Afrykę – sześćdziesiąt tysięcy lat temu – prawdopodobnie komunikowali się już głównie za pomocą mowy i potrafili wyrażać się w sposób bardziej zaawansowany1.
Sześćdziesiąt tysięcy lat temu świat był chłodny, a potem stał się jeszcze zimniejszy. Znaczną część zachodniej Eurazji pokryły lodowce, a tam, gdzie kończył się lód, zaczynała się bezdrzewna tundra. Człowiek podążył za łowną zwierzyną do cieplejszych krain. Opowiadanie historii – opisywanie innych światów – stało się być może zdolnością potrzebną do przetrwania. Lodowce zaczęły się cofać około czternastu tysięcy lat temu; ci, którzy przetrwali lód, znowu ruszyli w drogę. W ciągu kilku tysięcy lat ich potomkowie na obszarze Żyznego Półksiężyca, ciągnącym się od Eufratu i Tygrysu po ujście Nilu, zaczęli poświęcać energię raczej na pielęgnowanie roślin i zwierząt, a nie łowienie ich. Otworzyła się dla nich nowa żywnościowa rzeczywistość.
W przeddzień tej rolniczej rewolucji na świecie żyło około dziesięciu milionów ludzi. Mówili oni może dziesięcioma tysiącami języków, z których każdy miał tysiąc, najwyżej dwa tysiące użytkowników. Rolnictwo uwolniło jednak energię z nowych źródeł, dzięki czemu społeczności zaczęły rosnąć, a wraz z nimi ich języki. Pojawiały się dialekty, a niektóre z nich z czasem stawały się samodzielnymi językami. Rodziny językowe wybuchały jak supernowe. Ten okres – neolit, epoka kamienia gładzonego – był złotą erą naszej lingwistycznej płodności: nigdy w dziejach nie mówiono tyloma językami co wtedy. Być może w szczytowym momencie było ich nawet piętnaście tysięcy. Nie były jednak rozłożone równo, bo języki łączą się i dzielą tam, gdzie ludzie. Na archipelagu może być ich tyle co wysp. Na Kaukazie, nazwanym w X wieku przez
arabskiego geografa „górą języków”, językoznawcy zaobserwowali zjawisko „dwujęzyczności pionowej”: mieszkańcy wyżej położonych wiosek znają języki tych, którzy mieszkają niżej od nich, ale nie działa to w drugą stronę.
Języki są najbardziej różnorodne tam, gdzie największa jest bioróżnorodność, bo regiony takie są zdolne pomieścić większą liczbę grup mówiących różnymi językami i mieszkających obok siebie. Melanezja i Afryka Zachodnia, czyli miejsca, gdzie można wciąż zobaczyć ślady globalnej dawniej obfitości, do dziś są pełne różnych języków.
Języki trzymają się więc terenów nadających się do zamieszkania. Ale to w bardzo dosłownym sensie ruchomy cel: zdatność jakiegoś miejsca do ludzkiego osadnictwa określają po części środowisko naturalne, po części klimat, po części ludzka zdolność do przystosowania się. Zmiany klimatu skłaniały ludzi do przesiedlania się albo przystosowania w inny sposób, a ich język – jak zawsze elastyczny – dopasowywał się do tej reakcji. Kiedy około pięciu tysięcy lat temu rolnicy z ludów Bantu zaczęli ekspansję na południe ze środkowej Afryki, do ich języków zaczęły się włączać mlaski zapożyczone od napotykanych tam mieszkańców buszu. Gdy Alaska stała się bardziej przyjazna rolnictwu, w języku Aleutów wyrazy dawniej oznaczające „zarzucić wędkę” oraz „rozdzielać połów” zaczęły znaczyć odpowiednio „sadzić” i „siać”. Istnieją jednak granice ludzkiej zdolności do adaptacji: nordyccy osadnicy z Grenlandii zniknęli w XV wieku wraz ze swoim językiem – prawdopodobnie dlatego, że zmusiło ich do tego ochłodzenie klimatu.
Od czasów neolitycznego szczytu ludzka różnorodność językowa powoli się kurczy. Jej spadek zaczął się od powstania pierwszych państw, około pięciu tysięcy lat temu, wśród Sumerów w Mezopotamii (w dzisiejszym Iraku). Języki, które państwa te postanowiły wykorzystywać na potrzeby swojej administracji, stawały się bardziej popularne. W ciągu tysiąca lat pojawiły się pierwsze narzecza posiadające milion użytkowników. Niektóre z nich rozprzestrzeniały się kosztem mniejszych języków. Wiele wymarło, lecz z reguły nie bez śladu, bo ocalałe języki wyciągały z nich przydatne innowacje. Dziś osiem miliardów ludzi na świecie mówi mniej więcej siedmioma tysiącami języków. Należą one do około stu czterdziestu rodzin językowych, lecz większość z nas używa języka z jednej z zaledwie pięciu z nich: indoeuropejskiej, chińsko-tybetańskiej, nigero-kongijskiej, afroazjatyckiej lub austronezyjskiej. Wśród tej piątki wyróżniają się dwa kolosy: rodzina indoeuropejska, której największym przedstawicielem jest angielski, i chińsko-tybetańska, do której zalicza się mandaryński. Mandaryński ma więcej rodzimych użytkowników niż angielski, ale języki indoeuropejskie mają ich więcej niż chińsko-tybetańskie. Jeśli doliczymy osoby posługujące się którymś z tych języków jako drugim, trzecim i tak dalej, to rodzina indoeuropejska bezspornie będzie największą rodziną językową w dziejach świata. Do podobnych wniosków prowadzi analiza zasięgu geograficznego. Niemal co druga osoba na świecie mówi jakimś językiem indoeuropejskim.
Choć w naszej współczesnej mowie słychać duchy martwych języków, nigdy nie dowiemy się, jak brzmiała większość z nich, bo nie zostały nagrane. Gdyby trzysta tysięcy lat istnienia homo sapiens przedstawić w postaci zegara, pismo pojawiłoby się mniej więcej pół godziny przed północą. Wtedy właśnie zaczęła się historia – co po grecku znaczyło „wiedza” albo „badanie”, a później „kronika” lub „relacja”. Wszystko, co działo się wcześniej, nazywamy prehistorią.
Podobnie jak sam język, pismo wymyślono w kilku niepowiązanych ze sobą miejscach i czasach. Najstarszy znany system pisma wymyślili Sumerowie. Wykorzystywali w nim ideogramy, czyli symbole obrazujące różne koncepcje. Z czasem powstały systemy bardziej abstrakcyjne, w których poszczególne znaki odpowiadały dźwiękom. Można je podzielić na dwie główne kategorie: pisma sylabiczne, czyli sylabariusze, w których każdy znak odpowiada sylabie, oraz pisma alfabetyczne, czyli alfabety, w których każdy znak odpowiada jednemu dźwiękowi. Były też systemy stanowiące hybrydę obu podejść, czasem z dodatkiem kilku ideogramów.
O ile nam wiadomo, alfabet wymyślono tylko raz –w Egipcie albo jego okolicy. Potem wielokrotnie go kopiowano – zawsze z pewnymi zmianami. Ważne tu jest, by zrozumieć, że każdy system pisma może posłużyć do zapisywania różnych języków, a każdy język można zapisać różnymi systemami pisma. Starożytne systemy pisma, których
nie potrafimy dziś rozszyfrować – jak pismo linearne Krety minojskiej czy też pismo kultury Indusu – mogą zatem kryć zarówno teksty w językach nam znanych, jak i kompletnie nieodkrytych. Nie dowiemy się tego, póki nie zostaną odczytane.
Gdybyśmy chcieli poznać przeszłość języka, opierając się wyłącznie na piśmie, niniejsza książka byłaby bardzo krótka, bo językami indoeuropejskimi przez wiele tysiącleci posługiwali się ludzie, którzy nigdy nie widzieli w formie pisanej nawet swoich imion. Na szczęście możemy wnioskować o historii za pomocą innych metod. Język jest podatny na zmiany i bez przerwy się rozbudowuje, a więc stanowi zarazem archiwum swojej własnej wędrówki. Kiedy mówimy o „narodzinach” lub „śmierci” jakiegoś języka, rozumiemy go jako zestaw narzędzi komunikacyjnych niezrozumiałych dla użytkowników innych, podobnych zestawów (na podobnej zasadzie w biologii gatunki wyróżnia się na podstawie niezdolności dwóch osobników do krzyżowania się – albo ściślej mówiąc, niezdolności ich potomstwa do krzyżowania się z innymi). To przydatna definicja, ale nie jedyna. Równie prawdziwe jest stwierdzenie, że wszystkie języki można wyprowadzić od tych najstarszych, tak jak wszystkie gatunki pochodzą od pierwszych żywych organizmów. W tym znaczeniu wszystkie języki są równie stare. Te, którymi mówimy dziś, to żywe skamieliny. Język jest nie tylko narzędziem, lecz także pomnikiem. Ludzie wiedzą od dawna, że struktura języka i jego pokrewieństwo z innymi tworzą kapsułę czasu. Herodot – Grek, którego czasem z podziwem nazywamy ojcem
historii, a czasem ze znacznie mniejszym podziwem ojcem kłamstw – pojął to instynktownie już w V wieku p.n.e. 2 Pisał, że gdy mieszkańcy stepów na północ od Morza Czarnego chcieli handlować z plemionami mieszkającymi w górach Ałtaju w Azji Środkowej (czyli w jego przekonaniu na skraju płaskiej Ziemi), musieli posługiwać się siedmioma tłumaczami przekładającymi wiadomości na siedem języków po kolei. Rozumiał zatem, że dwa języki mogą być od siebie odrębne i jednocześnie ze sobą spokrewnione.
Herodot mówił prawdopodobnie tylko po grecku. Wspomnianą wyżej koncepcję mógł natomiast bardziej jednoznacznie wyłożyć jedynie poliglota, czyli ktoś, kto ma w głowie imponującą liczbę języków. Poliglotą był na przykład Dante Alighieri, człowiek, który gwałtownie przyspieszył śmierć łaciny przez napisanie jednego z najważniejszych dzieł średniowiecznej literatury europejskiej po włosku, czyli w języku używanym na co dzień przez swoich rodaków. Wpływ Boskiej komedii był tak przemożny, że na kilkaset lat toskański dialekt Dantego stał się standardowym językiem literackim Europy Zachodniej. Na początku XIV wieku, kiedy łacinę relegowano już do uczelni, Dante przyjrzał się językowemu krajobrazowi Europy. Podzielił języki na podstawie tego, jak brzmiało w nich słowo „tak” – wyróżnił zatem języki germańskie (jo) oraz romańskie, którymi posługiwano się na zachód i południe od tych pierwszych. Te drugie podzielił następnie na langue d’oc i langue d’oïl, między którymi granica przebiegała na rzece Loarze, oraz języki sì, którymi mówiono
we Włoszech i na Półwyspie Iberyjskim. Potem zasugerował, że oc, oïl i sì pochodzą od łaciny.
Uważał tak, ponieważ miały wiele wspólnych wyrazów, w tym oznaczających boga, miłość, niebo, morze i ziemię.
Widać to na pierwszy rzut oka nawet przy nauce nowoczesnych języków romańskich, które miały więcej czasu na rozwój w odmiennych kierunkach. Bóg, po łacinie deus, to po francusku dieu, po włosku dio, po hiszpańsku dios. Miłość, po łacinie amor, to w tych trzech językach odpowiednio amour, amore i amor; niebo, caelum, stało się ciel – cielo – cielo, morze, czyli mare – mer – mare –mar, ziemia, czyli terra – terre – terra – tierra. W języku oksytańskim, jednym z langue d’oc, który do dziś używany jest w niektórych zakątkach Francji, Hiszpanii i Włoch, pojęciom tym odpowiadają kolejno dieu – amor – cèl –mar – tèrra3 . Dante twierdził, że różnice między tymi językami wynikały ze stopniowych przemian. Wyjaśniał to za pomocą porównania: „To zaś, co mówimy, nie powinno wzbudzać większego zdziwienia niż fakt, że widzimy dorosłego młodzieńca, a nie zauważyliśmy, jak rósł: nie dostrzegamy bowiem wcale zmian zachodzących powoli, i im więcej czasu wymaga przemiana jakiejś rzeczy, żeby ją dostrzec, za tym bardziej niezmienną tę rzecz uważamy”4.
Trudno wyrazić, jak bardzo heretycka była to wówczas myśl. Średniowieczni Europejczycy inaczej tłumaczyli sobie, dlaczego mówią odmiennymi językami: po tym jak arka Noego wylądowała na górze Ararat, jego potomkowie odważyli się wznieść wieżę sięgającą nieba. Oburzony Bóg
„pomieszał mowę mieszkańców całej ziemi”*. Owocem
tego karnego wymieszania były wszystkie języki oprócz jednego: hebrajskiego, języka przedpotopowego, który Noe zabrał ze sobą do arki. Ponieważ wszystko to stało się najwyżej kilka tysięcy lat wcześniej, nie było dość czasu, by dokonały się stopniowe zmiany, jakie wyobrażał sobie Dante. Był ewidentnym wariatem, podobnie jak współcześni mu szaleńcy, którzy doszukiwali się wspólnego przodka także dla języków germańskich.
…uczeni filologowie, co gonią
Zziajaną sylabę przez wieki i miejsca, Nachodzą ją w domu i tropią po nocy, Do Galii, do Grecji, do Noego arki…5
Wyjaśnienie ewolucyjne powoli – bardzo powoli – zyskało przewagę nad biblijnym. Wreszcie zaakceptowano ideę, że istnieją rodziny językowe: italska, germańska i celtycka. Na początku XVIII wieku kolejny poliglota, Gottfried Wilhelm Leibniz, stwierdził, że wszystkie one mają wspólnego przodka. Do tego czasu Europejczycy panowali już nad ogromnymi, globalnymi imperiami i wielu z nich trafiało do ich odległych zakątków w roli zarządców. W kontakcie z olbrzymim wachlarzem ludów i języków niektórzy nawet nauczyli się nimi mówić, aby tym lepiej panować nad podwładnymi imperium. W 1786 roku
* Wszystkie cytaty z Biblii za Biblią Tysiąclecia. Rdz 11,9 (przyp. tłum.).
sir William „Oriental” Jones, brytyjski sędzia i poliglota osiadły w Kalkucie, wygłosił cytowaną później w nieprzeliczonych podręcznikach językoznawstwa mowę, w której stwierdził, że sanskryt, łacina i greka „wyłoniły się z jakiegoś wspólnego źródła, które być może już nie istnieje”. Dodał do tego, że mogą z niego pochodzić też języki germańskie, celtyckie i irańskie.
Jones nie był pierwszym, który przedstawił ten pomysł, ale jako pierwszy miał słuchaczy gotowych go zaakceptować. Sugestia, że istnieje jakaś pradziejowa więź między Europą a Orientem, rozbudziła wyobraźnię mas. W świecie przed samolotami i internetem, a więc jawiącym się jako znacznie większy i bardziej tajemniczy niż ten znany nam dzisiaj, zdumienie budziły łacińsko-sanskryckie pary: domus – dam („dom”), deus – dewa („bóg”), mater – mata („matka”), pater – pita („ojciec”), septem – sapta („siedem”) czy rex – radża („król”), a także porównania pierwszych trzech liczb w niemieckim (eins, zwei, drei), greckim (heis, duo, treis) i sanskrycie (ekas, dwau, trajas). Słychać było w nich echa pradawnych, fantastycznych spotkań –ale jakich? „Zasłyszane melodie słodkie są, lecz słodsze są te niezasłyszane…”* Studia nad sanskrytem na Zachodzie rozkwitły.
Językoznawstwo historyczne bada, jak zmieniały się języki z biegiem czasu. Jego znawcy ustalili w końcu, że
* J. Keats, Oda do urny greckiej , przeł. S. Baliński, w: J. Keats, Ody, Stowarzyszenie Pisarzy Polskich, Londyn 1951, s. 9 (przyp. tłum.).
istnieje dwanaście głównych podrodzin indoeuropejskiej
rodziny językowej: anatolijska, tocharska, grecka, ormiańska, albańska, italska, celtycka, germańska, słowiańska, bałtycka, indoaryjska i irańska6. Wypisanie ich w postaci
takiej listy wyrządza im jednak olbrzymią krzywdę, bo każda skrywa nie jeden, lecz wiele światów ludzkich wędrówek i myśli.
Podrodzina anatolijska to garść dawno wymarłych języków, którymi niegdyś mówiono w azjatyckiej części dzisiejszej Turcji. Uważa się ją za najstarszą, choć została uznana jako jedna z ostatnich. Tocharska to też córa marnotrawna: nikt nie spodziewał się, że zostanie przyjęta do rodziny z otwartymi ramionami, mimo że dowodów świadczących o jej przynależności do niej jest multum. Ona również obejmuje martwy język (albo raczej dwa), którym dawniej mówiono w karawanserajach szlaku jedwabnego na terenie należącym dziś do północno-wschodnich Chin.
Jest to więc najdalej wysunięta na wschód gałąź rodziny. Podrodziny indoaryjska i irańska są tak blisko powiązane, że większość językoznawców łączy je w jedną: indoirańską. Jest zdecydowanie największa pod względem zajmowanego obszaru i liczby użytkowników; należą do niej również mniej znane języki nuristańskie, funkcjonujące w trudno dostępnych dolinach Hindukuszu. Do podrodziny irańskiej należą wymarłe awestyjski, czyli ojczysty język Zaratusztry, oraz sogdyjski, którym mówili kupcy na szlakach jedwabnych wczesnego średniowiecza, lecz także żyjące do dziś farsi (czyli nowoperski), paszto i kurdyjski. Ich martwy kuzyn, sanskryt, język najstarszych pism
indyjskich i hinduskich, czyli Wed, może być najbardziej płodnym ze wszystkich języków indoeuropejskich. Wśród jego żyjącego potomstwa są między innymi hindi, urdu, romski oraz syngaleski, którym mówi się na Sri Lance.
Grecki, albański i ormiański są na tyle wyjątkowe, że każdy ma własną podrodzinę. Ich sieroca natura każe nam doszukiwać się bliskich im języków duchów, dawno wymarłych krewnych, którzy może niegdyś wędrowali z nimi przez dzieje, po czym znikli jeden po drugim i pozostawili tylko tę trójkę. Dwa istniejące do dziś języki bałtyckie –łotewski i litewski – są dziejowo powiązane z narzeczami Słowian, co możemy wywnioskować z ich bliskości. Ale języki słowiańskie mają też własną opowieść, rozdzieloną między zespoły: zachodniosłowiański (w tym polski i czeski), południowosłowiański (jak bułgarski i słoweński) oraz wschodniosłowiański (tu szczególnie ukraiński i rosyjski).
Po drugiej stronie Europy spotykamy języki celtyckie, podzielone między północ a południe. Irlandzki, szkocki i manx poszły inną drogą niż walijski i kornijski, które są bliższe bretońskiemu i wymarłemu galijskiemu zza kanału La Manche. Podrodzina italska składa się z łaciny i jej potomków, od portugalskiego po rumuński, ale też dawno wymarłych braci, jak umbryjski i oskijski. Oskijski był językiem Sabinów, których kobiety według legendy zostały porwane przez założyciela Rzymu i jego pomagierów. Wreszcie do podrodziny germańskiej należą języki Skandynawii oraz angielski, niderlandzki i niemiecki, a także wymarły gocki, niegdyś słyszany aż na Krymie i w południowej Rosji.
Większość języków nie jest monolitami. Weźmy na przykład współczesny angielski, który pochodzi od staroangielskiego przez średnioangielski. Według językoznawców potrzeba średnio od pięciuset do tysiąca lat, by język stał się niezrozumiały dla tych, którzy mówili nim pierwsi (choć oczywiście nie mogą być już tego świadkami). Współcześni anglofoni rozumieją wczesny nowożytny angielski język Szekspira, który tworzył w XVI wieku, ale już nie staroangielski, w którym ułożono Beowulfa dziewięćset lat wcześniej. Pierwsze wersy Beowulfa brzmią: Hwæt. We Gardena in geardagum, þeodcyninga, þrym gefrunon, hu ða æþelingas ellen fremedon*. Amerykański poeta Stephen Mitchell przełożył je na współczesną angielszczyznę tak:
Of the strength of the Spear-Danes in days gone by we have heard, and of their hero-kings: the prodigious deeds those princes performed!7
Może się wydawać, że języki indoeuropejskie kompletnie zdominowały Europę, ale to nieprawda. Fiński, estoński i węgierski należą do rodziny uralskiej, baskijski jest zaś rzadką, anachroniczną perłą: wyspą czegoś starszego na indoeuropejskim oceanie. W pierwszym tysiącleciu n.e.
* Staroangielska litera æ wymawiana była podobnie do a we współczesnym angielskim słowie cat. Litery þ i ð odpowiadają dzisiejszemu dwuznakowi th i używano ich zamiennie. Żadna z nich nie funkcjonuje we współczesnym angielskim ani nie jest rozpoznawalna dla jego przeciętnego użytkownika.
Wizygoci, którzy podbili Iberię, próbowali „uwspółcześnić” Basków – każdy z ich królów pysznił się, że domuit Vascones. To zwrot po łacinie, w języku przyjętym przez germańskojęzycznych Wizygotów podczas wędrówki na zachód. Oznacza „poskromił Basków”. Za każdym razem była to nieprawda.
Na logikę wydawałoby się, że praszczur wszystkich języków indoeuropejskich musiał wziąć się od jeszcze wcześniejszego przodka, dzielonego z innymi rodzinami językowymi, i w ten sposób moglibyśmy cofać się coraz dalej i dalej aż do pierwszych języków ludzkości. Ale im dalej cofamy się w czasie, tym trudniej stwierdzić, czy dane języki są do siebie podobne dlatego, że łączy je pochodzenie, czy z jakiejś innej przyczyny – na przykład przez zapożyczenie. Poza horyzontem dziesięciu tysięcy lat wstecz nie da się już rozróżnić tych zjawisk. O ile zatem nikt nie przeczy, że istnieją językowe „makrorodziny” (zaproponowano na przykład taką, która łączyłaby języki indoeuropejskie i uralskie), o tyle badanie ich to zajęcie raczej niszowe. Większość uczonych skupia się na pytaniach, na które odpowiedź jest nam dostępna. Od kiedy wykazano istnienie więzi między językami europejskimi i indyjskimi, ludzie zastanawiali się, gdzie mówiono ich wspólnym przodkiem. Odszukanie ojczyzny indoeuropejskiej przez dwieście pięćdziesiąt lat było Świętym Graalem wielu intelektualistów i niekoniecznie intelektualistów. Myśliciele epoki oświecenia szybko ogłosili, że języki indoeuropejskie wywodzą się z Indii, a najstarszym z nich musi być sanskryt. Narzuca się myśl, że
