Skip to main content

Królestwo za mgłą

Page 1

z autorką Pasażerki rozmawia Michał Wójcik

Zofia

Posmysz Królestwo za mgłą


ZOFIA POSMYSZ KRÓLESTWO ZA MGŁĄ Z AUTORKĄ PASAŻERKI ROZMAWIA MICHAŁ WÓJCIK

KRAKÓW 2017


Copyright © by Zofia Posmysz, Michał Wójcik Projekt okładki Magda Kuc Fotografie na pierwszej stronie okładki i na wyklejkach Sławomir Kamiński/Agencja Gazeta Redakcja Donata Lam Opieka redakcyjna Monika Kucab Anna Niklewicz Agata Pieniążek Opracowanie tekstu i przygotowanie do druku MELES-DESIGN ISBN 978-83-240-3727-8

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl Społeczny Instytut Wydawniczy Znak ul. Kościuszki 37, 30-105 Kraków Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl Wydanie I, Kraków 2017 Druk: Colonel


z butelki. Na mnie to nie zadziałało. Nie przestraszyłam się, już o tym mówiłam. Pomyślałam, że tam nic gorszego już nie może mnie spotkać. Co może być gorszego od gestapo? Podróż była wygodna, miejsca siedzące. Maj, ładnie za oknami. Mieliśmy dwóch znudzonych strażników. Na dworcu jak na dworcu: ruch umiarkowany, przechodnie się spieszą. Przejęli nas esesmani. Już ustawili w czwórki, w kolumny. Idziemy. I doszliśmy do bramy z napisem: „Arbeit macht frei”. I tu znowu pomyślałam sobie: Nie jest tak źle. Ja przecież mogę pracować. Nawet bardzo ciężko. Pracowałam już w kasynie, robiłam to dobrze, byłam chwalona. Szanowano moją pracę. Nie boję się, mogę harować nawet bardzo ciężko – uznałam. Może zwolnią mnie po paru miesiącach. Przecież nie zostałam skazana. Nic o żadnym wyroku nie wiedziałam. Najgroźniejsze przestępstwa to posiadanie radia, broni, aktywna działalność w podziemiu. A ja? Nic z tych rzeczy. Stoję przed bramą. Biorę głęboki wdech, i marsz. Pierwsze wrażenie? Miałam na sobie to, co w chwili aresztowania. Tymczasem tu, a weszliśmy od razu do części kobiecej obozu męskiego, kobiety w pasiakach. Jak jakieś klony, wszystkie jednakowe. Wszystkie w chustach na głowie. Włosów nie widać. To pierwsze spostrzeżenie. Poza tym samo miejsce. Drzewka były wtedy małe, rachityczne, teraz są pięknie rozrośnięte; wtedy nie zasłaniały czerwieni budynków. To wszystko wydało mi się schludne i zadbane. Dawne koszary. Najpierw 76


była rejestracja, spisano nasze dane. Każda dostała numer i przyszywała sobie łatę z numerem na pasiaku. Wtedy jeszcze nie tatuowano numerów.  …7566.

Numer jak numer. Mój optymizm został trochę zachwiany, gdy nas skierowano do łaźni, która w rzeczywistości łaźnią nie była, bo w tej części obozu męskiego, wydzielonej na obóz dla kobiet, nie było budynku łaźni. To była jakaś hala, może wielka pralnia. Z czymś w rodzaju betonowych, prostokątnych kadzi. Były już wypełnione wodą. Ale to nie była woda bieżąca i nie została nalana specjalnie dla nas. To mnie nieco zaniepokoiło. Dostałyśmy po małym kawałku mydła. Ciemnobrązowa kostka, w ogóle nieprzypominająca mydła. Jakaś utwardzona olejem grudka piachu. Nastąpiło rozbieranie. Zdejmowanie ubrania wśród kobiet, których się nie zna, nie idzie szybko. Dziewczyny się ociągały. Ale w końcu nagie zaczęły wchodzić do tych cembrowin. Woda momentalnie stała się mętna i brązowa od tego mydła. Postanowiłam, że nie wejdę do tej brei. Nie zauważyłam, że przyglądają mi się funkcyjne. Kapo. Jeszcze wtedy nie znało się tego terminu. Wtedy to były anwajzerki. Nie pierwszy raz widziały taką scenę, wiedziały, co to oznacza. Dekowałam się gdzieś z tyłu. I tylko patrzyłam, jak tu przemknąć do grupy „umytych”. Jakże byłam naiwna! Oczywiście dopadła mnie anwajzerka Niemka, 77


dostałam po twarzy i zostałam wepchnięta do basenu. I tak dobrze, że na tym się skończyło. Przy wyjściu już czyhała esesmanka. Patrzyła, co się dzieje. Gdyby włączyła się do akcji, byłabym naznaczona. Pierwsze uderzenie ma w obozie status piętna. To piętno z czasem procentuje. Nie dziś, to jutro, nie jutro, to pojutrze. Obrzęk zawsze wymaga ciągu dalszego. Potem w komandzie karnym więźniarka raz uderzona, raz naznaczona – umierała. Bo nigdy nie kończyło się na jednym uderzeniu. Ale wybiegam w przyszłość. I to bardzo. Na razie myć się odechciało panience! Czyli kąpiel się odbyła. Kąpiel? Tak, taka była wtedy kąpiel. Miałam po niej brązową skórę. Brudną. Z cembrowiny wyszłam… już jako więźniarka. Do tej pory byłam tylko aresztowana. Już nie odebrałyśmy naszej garderoby, ale dostałyśmy pasiaki i chodaki, koszmarne drewniane trepy. Każda para ładnie zapakowana, chyba były holenderskie. Skierowano nas do bloku VIII. I tu znowu zastrzyk optymizmu. Po pierwsze, blokową była Polka – Stefania Starostka. Pomyślałam, że nie będzie źle. Dogadamy się! To była kobieta z pierwszego tarnowskiego transportu. Po drugie, w bloku jest waszraum i toalety, bo przecież to były budynki przedwojennych koszar. Potem, gdy w Brzezince do latryn latało się nieraz kilkanaście metrów, myślałam: Jaki tam w głównym lagrze był komfort! Wchodząc do bloku, każda z nas dostawała koc, miskę i łyżkę. No i chustę na głowę. Chyba jeszcze ścierkę do wycierania. Sienniki na pryczach były. Poduszek nie było. Zanim zrozumiałam, gdzie, co i jak, zanim się rozgościłam, 78


już musiałam skoncentrować się na ciele. Dały o sobie znać trepy. Te holendry. Boże mój, jaka to była tortura! Trepy wymyślono pewnie po to, aby w nich nie biegać. Ale tu w obozie dostałyśmy je chyba, żeby nie uciec. Były ciężkie, niewygodne i potwornie raniły stopy. Po dniu chodzenia nogi nam krwawiły, nie dali nam żadnych skarpetek. Następnego dnia, wracając z pracy, szłyśmy na bosaka, niosłyśmy te trepy w rękach. Onuce? Ale z czego? W pasiakach nie było też kieszeni. Przekonałam się wówczas, jak proste rzeczy mogą ułatwiać życie. Brak kieszeni bardzo je komplikuje. Gdzie schowasz chleb? Po godzinie od „zameldowania” był apel. Esesmanka nas policzyła. Zapisała. A potem wieczorem blokowe wybrały dziewczy­ny, które poszły do kuchni po kolację. To był chleb i coś, co mi nawet smakowało. Kwark. Rodzaj serka w opakowaniu. Coś niby camembert. Można było pokrajać i zrobić kanapkę. Jeden kilogramowy bochenek był dzielony na trzy kawałki. Z tego można było zrobić trzy pajdy. I to miało starczyć na kolację i na śniadanie. Blokowa ostrzegała, żeby nie zjadać naraz wszystkiego. Ale byłyśmy przecież głodne i chyba tylko ja zostawiłam sobie kawałek chleba na rano. Pamięta pani pierwszą noc? Zasnęłam kamiennym snem i obudziłam się, czując na ciele ogień. Miliony pcheł. I już do rana nie zmrużyłam oka. O wpół do czwartej pobudka. Ciemno i zimno. 79


Środek nocy! Apel dopiero o piątej. Do tej pory należało się uporać ze wszystkimi potrzebami i czynnościami. O wpół do szóstej przychodziła aufzejerka i liczyła stan bloku, czy któraś nie poszła na rewir, ile zmarło, ile się uchyla od pracy, symulując chorobę. Pierwszego dnia liczyła już trupy? Nie w mojej grupie, ale na bloku było przecież kilkaset kobiet. Każdego ranka ktoś nie stawał do apelu. Proszę się nie dziwić. Tego pierwszego dnia niosłyśmy już z pola cztery kobiety. Padły z wyczerpania. Nie miały śniadania, za dnia był upał. To specyfika tamtego klimatu. W Auschwitz było albo bardzo gorąco, albo lodowato. W ciągu dnia nic do picia, prócz zupy na obiad. No i ciężka praca. Wokół obozu rozciągały się pola należące niegdyś do polskich rolników, czyli Interessengebiets. Tereny te zostały przez Niemców przejęte, wysiedlono z nich właścicieli. Polacy zdążyli je jeszcze zaorać jesienią poprzedniego roku. Do czasu kiedy się pojawiliśmy, pola leżały odłogiem. Ciężkie skiby ziemi przez ten czas skamieniały. Dosłownie. Ziemia w okolicach Oświęcimia jest tłusta, żyzna. Ciężka. I te skiby należało rozdrabniać. To było nasze zadanie. Jak? Dostałyśmy motyki na metrowych styliskach. Należało dziabać. Proszę to sobie wyobrazić: wielkie pole, na przestrzeni 80


od kilkuset metrów do kilku kilometrów kwadratowych, setki kobiet, pochylonych, dziabiących tę ziemię. To była mordercza praca. Dosłownie mordercza. Bolały nie tylko ręce, plecy, nogi. Bolała głowa, potwornie. Mózg od tego walenia chlupał w czaszce. Na szczęście to Landwirtschaftkommando było podzielone na dziesiątki. Każda dziesiątka miała anwajzerkę. Wśród nich była jedna Polka. I ona tak rozumiała swoją funkcję, że zamiast nas poganiać i zmuszać do pracy, cichuteńko za naszymi plecami ostrzegała. Na przykład, że zbliża się esesman, Kommandoführer*. Ten czuwał nad całością. Stale przechodził, kontrolował. Ona z kolei pilnowała nas. Gdy tylko przeszedł dalej, mówiła: Dziewczynki, odpocznijcie sobie! No, to odpoczywałyśmy, wsparte o te styliska. Na chwilę, na kilka oddechów. Z kolei gdy zawracał, natężała głos: Bewegen! Ruszajcie się. Macht schneller! Potem się dowiedziałam, że to była Monika Galicyna, żona przedwojennego polskiego wysokiego oficera. Dziabałyśmy do pierwszej po południu. Przyjeżdżała ciężarówka z kotłami z zupą. Wtedy ustawiałyśmy się z miskami w kolejce i zaczynało się wydawanie tego posiłku. Miskę – pamiętam, że były czerwone, emaliowane – nosiło się na sznurku, przewieszoną przez dziurę u pasa. Łyżkę też. Która zgubiła łyżkę albo jej ukradziono, sama musiała ukraść komuś innemu.  * Kommandoführer – szef komanda więźniarskiego. Zob. Słowniczek wyrażeń obozowych, www.majdanek.com.pl/slowniczek/ak.html#k [data dostępu: 24.10.2016].

81


Kiedy pojawił się permanentny głód? Oj, szybko. Drugiego dnia. Może trzeciego. Ale ja ciągle żyłam nadzieją, że to jest tymczasowe, że to się musi skończyć. Po kilku dniach robota na tym naszym odcinku była skończona, bruzdy rozbite, pojawiły się brony. Przyjechał więzień z koniem zaprzężonym do brony i zaczął powoli to pole wyrównywać. W chwili gdy przesuwał się koło mnie, zagadnęłam, jak długo tu jest. I on tak półgębkiem odparł, że dwa lata. Pomyślałam, znowu optymistycznie, że można wytrzymać aż tyle. Dwa lata, długo. Gdy z powrotem przechodził, znowu się odezwałam: Za co pana wzięli? On, że za nic, z łapanki. Okazało się, że był z Warszawy. Wiedziałam, co to łapanki, bo przecież w Krakowie też były. Pomyślałam, że skoro już dwa lata siedzi za nic, to niedobrze. Bo długo bez winy. Wkrótce potem zemdlałam. Nie znoszę upałów, a ten był nie do zniesienia. Żadnego płynu i tylko chustka na głowie. Upadłam. Pewnie rzuciła się na mnie anwajzerka, tego nie pamiętam. Nie pamiętam również, czy mnie biła. Chyba nie, bo jeśli to była pani Monika, to zapewne perswadowała. Abym chwilę odpoczęła, a potem wróciła do pracy. Ale ja straciłam przytomność na dobre i wieczorem koleżanki musiały mnie do obozu nieść. Parę słów o noszeniu więźniarek. Dźwiganie nieprzytomnych to był koszmar. Wiem, bo wcześniej sama nosiłam te, które straciły przytomność. Albo trupy. Z motyk robiło się tragi, czyli nosze. I kładło się na nie ciało. Pod ramiona można było brać te kobiety, które jeszcze powłóczyły nogami. Bezwładne ciało jest niesforne. Nie leży tak, jakbyśmy chcieli. Nie pomaga. Nie było na nie dobrego sposobu. 82


A czasami trzeba było dźwigać kogoś cztery kilometry. Zupełnie nie pamiętam, jak dziewczyny mnie niosły. Ocknęłam się dopiero przy bramie, gdy usłyszałam słowa: Mein Gott, so jung! Mój Boże, taka młoda! Nade mną pochyliła się esesmanka. Nie wiem, czy mnie obudziło to, że zatrzymała się cała kolumna, czy ten ludzki odruch, ta troska w głosie. I znowu optymistyczny wniosek: to jednak była esesmanka. Zatem są wśród nich ludzie nie całkiem wyzuci z człowieczeństwa. Przecież ona to powiedziała ze współczuciem. Ale potem był kolejny dzień, znowu na polu, znowu to dziabanie. Pamiętam, że koncentrowałam się na tym, aby wytrzymać każdą następną chwilę. Nie cały dzień! Aż tak długo nie sięgałam w przyszłość. Wytrzymać jeszcze kwadrans, jeszcze pół godziny. Najgorsze, że pracowałyśmy w ciszy, nie można było rozmawiać. Przecież w rozmowie czas leci szybciej. Mimo to próbowała pani kogoś zagadnąć? Poznać kogoś bliżej? Wtedy nie. Może byłam w szoku, może nie miałam śmiałości. Poza tym w dziesiątki dobierały nas anwajzerki. Do kilku słabszych fizycznie kobiet ze dwie silniejsze. I one nadawały tempo. Solidarność więźniów to mit? Walkę o chwilę wytchnienia toczy się w pojedynkę. Potem miałam koleżanki, naturalnie. Ale na początku wchodzenie w ten świat lagrowy jest powolne, brak zaufania jest 83


dominujący. Nie ma się czemu dziwić. To jest samotny bój. Poza tym na początku nikt nie zna reguł. Ta nauka przychodzi z czasem. Powoli. Chłonie się atmosferę, wyciąga wnioski. Każde wydarzenie jest nauką. Jeśli boli, to kolejny ruch, kolejną czynność wykonasz inaczej. Pamiętam, że ważną nauczką na początku było, gdy zobaczyłam dziewczynę na drutach. Poszła na druty… Tak się mówiło. Z waszego komanda? Nie, nawet nie wiem, z jakiego bloku. Po prostu rano wychodziłyśmy do pracy i w przerwie między blokami zobaczyłam odcinek ogrodzenia. Na drutach w takiej dziwnej pozie wisiała więźniarka. Nie wiem kto, nigdy się nie dowiedziałam. To były pierwsze zwłoki, jakie widziałam. Wstrząs. Nie rozmawiałam o tym z nikim. Taki widok nie dodawał otuchy, może dlatego nie chciałyśmy o tym rozmawiać. Ale – pamiętam – pomyślałam, że ona pokazała drogę. Chcesz być wolny, idź na druty. Szybka śmierć. Pomyślałam wtedy, że akurat to mnie nie dotyczy. Bo przecież śmierć mnie tu nie spotka. Wkrótce przyszło pierwsze zwątpienie. To było wtedy, gdy z naszego komanda uciekła więźniarka. Kiedy? Trzy tygodnie po przyjeździe. Wtedy pracowałyśmy nad rzeką Sołą, wycinając szuwary w krzakach. Lżejsza praca, nie tak gorąco. I nie było tylu osób do pilnowania. Esesmani nie zachodzili na brzeg. Anwajzerki dawały wytchnąć. Można było przysiąść. Można było kawałek cienia znaleźć 84


pod drzewem. Do dziś nie mogę ustalić, gdzie to było konkretnie. Tam nad brzegiem stał pałacyk. Nie dworek, bo nie było żadnych zabudowań gospodarczych, tylko coś w rodzaju pałacyku. Piękny, piętrowy. Pytałam po wojnie w muzeum, nikt nie wie, gdzie to było. Drzwi były otwarte, okna powybijane. Ale bryła bardzo ładna. To się stało gdzieś tam. Dziewczyna przeszła przez Sołę na drugi brzeg i uciekła. Może w tym czasie esesmani gdzieś się zabawiali, nie wiem. Była chwila nieuwagi, uciekła. Mogła to być Janina Nowak. Właśnie jej ucieczka była bezpośrednim powodem skazania waszego komanda na Strafkompanie*. Co ciekawe, złapali ją osiem miesięcy później. Wróciła do obozu. Nie została przykładnie ukarana śmiercią. Wiem, że przeżyła obóz i mieszkała potem w Łodzi. Cud. Bo przecież później złapanych uciekinierów karano śmiercią. Ale wracam do tego dnia. Dopiero wieczorem, gdy liczyli nas przed odejściem komanda do obozu, zorientowali się, że coś jest nie tak. Brakuje kogoś. Znowu liczyli, coraz bardziej nerwowo. Wszczęli alarm. Nie pozwolono nam się rozejść ani siadać. Godziny pełne grozy. My już wiedziałyśmy, że będzie kara zbiorowa. Że odpowiemy za ten zuchwały czyn.

*

Zdaniem Teresy Cegłowskiej ucieczka Janiny Nowak była przyczyną utworzenia pierwszej karnej kompanii. Od tego czasu więźniarkom w karnych kompaniach obcinano włosy. Zob. taż, Karne kompanie w KL Auschwitz, „Zeszyty Oświęcimskie” 1975, nr 17, s. 188.

85


Jak? Dziesiątkowanie. Co dziesiąta do rozstrzelania. Skąd się to wiedziało? Przeciekały wiadomości z obozu męskiego. Człowiek szybko się uczy. Czekamy. Słychać płacz, pochlipywanie. Te gorączkowe pytania: Dlaczego my? Co mamy wspólnego z ucieczką? W końcu przyjechał konno jakiś oficer, coś powiedział Kommandoführerowi. Tym jeźdźcem był sam komendant obozu Rudolf Höss. Więźniarka komanda Antonina Piątkowska zeznała po wojnie, że zjawili się też Grabner, szef oddziału politycznego, Palitzsch, Fritzsch i kilku innych. Tego nie wiedziałam. Ale widać było, że ta ucieczka to dla nich ważne wydarzenie. W końcu nastąpił wymarsz. Pomyślałam z ulgą: jeszcze nie teraz. Wchodzimy do obozu, nie pozwalają nam rozejść się do bloków. Wciąż nie wiemy, co dalej. Wreszcie rozkaz: wymarsz do Bud. Od razu. A Budy to podobóz, kilka kilometrów za głównym obozem. Obóz Strafkompanie, w skrócie SK. Dopiero potem usłyszałam, że odbyły się konsultacje z Berlinem. I uratowało nas to, że uciekinierką była więźniarka kryminalna, a nie polityczna. Podobno po raz pierwszy Niemcy nie zastosowali dziesiątkowania. Litościwi.

86


Czyli pani wyszła z tego Królestwa? Mnie się udało. Tak, mnie to się udało. Żeby przeżyć, trzeba przestrzegać reguł obozowej gry. Nie można dać się uderzyć – bo nie przestaną bić. Trzeba wyglądać w miarę zdrowo – inaczej wezmą na rewir. I przede wszystkim należy wiedzieć, jak rozmawiać z oprawcami. Bo nawet kat ma słabości. a ofiara nie zawsze jest bezbronna. Trafiła do Auschwitz, mając niespełna dziewiętnaście lat. Ponad siedemdziesiąt lat po wojnie zdecydowała się po raz pierwszy opowiedzieć całą swoją historię. Zofia Posmysz mówi o tym, skąd czerpała wewnętrzną siłę, choć była świadkiem niewyobrażalnego. i jak to się stało, że ponownie zaufała życiu. zofia Posmysz – więźniarka Auschwitz, Ravensbrück i Neustadt-Glewe. Przeżyła eksperymenty medyczne i Marsz Śmierci. Po wojnie była dziennikarką Polskiego Radia, autorką słuchowiska W Jezioranach. Swoje obozowe doświadczenia zamieniła w literaturę najwyższej próby. Jej szokującą Pasażerkę sfilmował Andrzej Munk. michał wójciK – dziennikarz i historyk, współautor książek Ptaki drapieżne. Historia Lucjana „Sępa” Wiśniewskiego oraz Made in Poland o żołnierzu Kedywu Stanisławie Likierniku.

Już wkrótce w serii Proza PL wznowienie wstrząsającej powieści Zofii Posmysz Wakacje nad Adriatykiem.

Cena 39,90 zł


Turn static files into dynamic content formats.

Create a flipbook