ZEBRAŁA
Stephanie Perkins tłumaczenie Małgorzata Kafel
Kraków 2015
Tytuł oryginału: My True Love Gave to Me MY TRUE LOVE GAVE TO ME Copyright © 2014 by Stephanie Perkins MIDNIGHTS Copyright © 2014 by Rainbow Rowell. THE LADY AND THE FOX Copyright © 2014 by Kelly Link. ANGELS IN THE SNOW Copyright © 2014 by Matt de la Peña. POLARIS IS WHERE YOU’LL FIND ME Copyright © 2014 by Jenny Han. IT’S A YULETIDE MIRACLE, CHARLIE BROWN Copyright © 2014 by Stephanie Perkins. YOUR TEMPORARY SANTA Copyright © 2014 by David Levithan. KRAMPUSLAUF Copyright © 2014 by Holly Black. WHAT THE HELL HAVE YOU DONE, SOPHIE ROTH? Copyright © 2014 by Gayle Forman Inc. BEER BUCKETS AND BABY JESUS Copyright © 2014 by Myra McEntire. WELCOME TO CHRISTMAS, CA Copyright © 2014 by Kiersten Brazier. STAR OF BETHLEHEM Copyright © 2014 by Ally Carter. THE GIRL WHO WOKE THE DREAMER Copyright © 2014 by Laini Taylor Opieka redakcyjna: Agnieszka Urbanowska Opracowanie typograficzne książki: Daniel Malak Adiustacja: Anna Brynkus-Weber / d2d.pl Korekta: Anna Woś / d2d.pl, Kamila Zimnicka-Warchoł / d2d.pl Łamanie: Alicja Listwan / d2d.pl Projekt okładki: Urszula Pągowska, Eliza Luty Fotografie na okładce: gwiaździste niebo – © iStockphoto.com / sololos, twarze – © CP Photo Art / Stone / Getty Images ISBN 978-83-7515-381-1
www.moondrive.pl Zamówienia: Dział Handlowy, ul. Kościuszki 37, 30-105 Kraków, tel. (12) 61 99 569 Zapraszamy do księgarni internetowej Wydawnictwa Znak, w której można kupić książki Wydawnictwa Otwartego: www.znak.com.pl Wydawnictwo Otwarte sp. z o.o., ul. Smolki 5/302, 30-513 Kraków. Wydanie I, 2015. Druk: Abedik, Poznań
Gayle Forman
COŚ TY NAROBiŁA, SOPHiE ROTH?
W ciągu pierwszych piętnastu tygodni na Uniwersytecie w Bumfuckville zdążyła już co najmniej dziesięć razy zadać sobie pytanie: „Coś ty narobiła, Sophie Roth?”. Pierwszy raz w chwili, kiedy mama wysadziła ją przed akademikiem. Otaczały ją porośnięte bluszczem ceglane mury, wszystko jak w folderach. Silnik wypożyczonego samochodu jeszcze nie ostygł, kiedy Sophie zrozumiała, że ta uczelnia za miastem, w szczerym polu – sielska uczelnia, jak opisywała ją swoim brooklińskim przyjaciołom – była przy całej swej sielskości miejscem zupełnie obcym. Równie dobrze Sophie mogłaby studiować na uniwersytecie w Bejrucie. Towarzyszącego temu odkryciu ssania w żołądku nie łagodziła świadomość, że właściwie trudno tu było mówić o jakimkolwiek odkryciu. Sprawa była zupełnie oczywista – od samego początku, dla wszystkich przyjaciół Sophie zdumionych jej decyzją o wyjeździe do Bumfuckville i dla jej matki, która nie była zdumiona. Kiedy taszczyły walizki do pokoju, Sophie starała się nie zdradzić ze swoimi uczuciami. Nie chciała budzić u mamy poczucia winy. Sielskość Uniwersytetu w Bumfuckville nie 237
była prawdziwym powodem, dla którego Sophie postanowiła tam studiować. Kolejne „Coś ty narobiła, Sophie Roth?” nastąpiło jeszcze tego samego weekendu, kiedy poznała swoje współlokatorki. Miłe, ładne, serdeczne dziewczyny. Tylko że tamtego pierwszego wspólnie spędzonego wieczoru – z piwem i pizzą z brzegami, których grubość dorównywała długości kciuka Sophie – chyba z pięć razy musiała powiedzieć „żartowałam” i ta tendencja utrzymała się przez resztę semestru, aż wreszcie Sophie zdała sobie sprawę, że sarkazm nie jest dialektem rozumianym przez wszystkich. „Jakaś ty miastowa!”, mawiała wtedy któraś z Kaitlynn (w akademiku mieszkały trzy). Sophie nie była pewna, czy jej przypadkiem nie obraża. Wyobrażała sobie, że będzie na kampusie tajemniczą dziewczyną z dużego miasta, tymczasem to dziewczyny z małych miasteczek środkowego zachodu, które całe życie marzyły o tym, żeby tu studiować – których rodzice tu studiowali – okazały się prawdziwą tajemnicą. Faceci nie byli lepsi. Dorodne okazy o wielkich zębach i imionach Kyle albo Connor. Na początku semestru jeden z nich zaprosił Sophie na coś, co w jej mniemaniu miało być randką, a okazało się stadnym wyjściem na mecz ultimate frisbee. Sophie z początku zrzędziła, a potem ku własnemu zaskoczeniu dała się wciągnąć w grę, przechwytując punktowane podania i dogryzając zawodnikom z przeciwnej drużyny. Kiedy wracali do akademików, Kyle-Connor powiedział: – Ależ ty jesteś ambitna! Tym razem Sophie nie miała wątpliwości, że ją obraża. To było „Coś ty narobiła, Sophie Roth?” numer cztery, a może pięć. Z samymi tutejszymi chłopakami było ich kilka. Zaczynała tracić rachubę. Nadzieję straciła już dawno.
238
O dzisiejsze „Coś ty narobiła, Sophie Roth?” nie mogła mieć pretensji do nikogo oprócz siebie. Dwa dni temu odbył się ostatni egzamin i większość studentów wyjechała już na ferie świąteczne. Ceny biletów do Nowego Jorku na przyszły tydzień były o połowę niższe, więc przez kolejne dwa dni musiała tkwić w Bumfuckville, kręcąc młynka palcami. Dziś sprzedała w anty kwariacie niepotrzebne podręczniki, za które dostała jakieś marne grosze, bo, jak wyjaśnił jej sprzedawca, dwa wydania miały wkrótce zostać zaktualizowane, przez co Sophie wdała się w dyskusję z Bogu ducha winnym durniem, tłumacząc mu, dlaczego wszystkie podręczniki powinny być dostępne w wersji cyfrowej i aktualizowane automatycznie, tylko że to właściwie nie była żadna dyskusja, bo sprzedawca nie chciał mieć z tą debatą nic wspólnego. Wychodząc z księgarni, zauważyła ulotkę z informacją o koncercie kolęd na uczelnianym dziedzińcu. Z niewyjaśnionych powodów wydało jej się to dobrym pomysłem na spędzenie wieczoru. Zachodziła w głowę, kiedy się wreszcie nauczy, że wiele z tych rzeczy, które wydają się dobrym pomysłem, przy odrobinie analizy można zdemaskować jako czyste kretyństwo. Chociażby taki komunizm. Wydaje się dobrym pomysłem: wszyscy się dzielą, nikt nie chodzi głodny. Ale wystarczy to przemyśleć, żeby zdać sobie sprawę, że coś podobnego nie może się udać, bo wymagałoby nadludzkiej umiejętności współpracy albo jakiejś ludzkiej wersji totalitaryzmu. Tak czy owak, Sophie wysłuchała dość opowieści Luby o nędzy, podsłuchach i gułagu, żeby móc sobie wyobrazić, jak to wszystko się skończyło. Koncert kolęd? Naprawdę powinna być mądrzejsza. Takie imprezy polegają na tym, że wszyscy śpiewają. Przede wszystkim Sophie była żydówką. Już i tak źle się stało, że opuściła w tym roku Chanukę. A żeby jeszcze ostatniego wieczoru żydowskiego święta sławić śpiewem narodziny Chrystusa…? Nie no. Choćby nawet mieli zaśpiewać: „Jestem małym 239
drejdlem” (nie mieli – chanukowe piosenki były tu tak samo obce jak skały księżycowe), Sophie by nie śpiewała. Nie publicznie. Nie tutaj. Na swoją obronę mogła co najwyżej powiedzieć, że lubi kolędy. Nie te koszmarne zawodzenia, które wydobywają się z głośników w centrach handlowych, ale chóralny śpiew. Przypomniała sobie, jak pierwszy raz usłyszała kolędników na ulicy Brooklynu. Ich głosy tak pięknie współbrzmiały, że zapytała babcię, czy to śpiewają aniołowie. – Nie, kochanie – odparła Luba. – To tylko goje. W dzisiejszym śpiewie nie było nic złego. Śpiew był w porządku. Ale nie miał w sobie nic anielskiego czy magicznego. I chyba wszyscy włożyli tego wieczoru świąteczne swetry. Takie z Rudolfem Czerwononosym albo z Mikołajem. Jedna dziewczyna miała nawet sweter z choinką, która naprawdę świeciła. W Nowym Jorku takie swetry noszono by z ironią. Ale nie tu. Tu wszystko musiało być takie cholernie poważne. Łącznie z kolędami. Nie, żeby spodziewała się kpiny z kolęd: „Pada śnieg, Rudolf zbiegł, co za zimny drań…”. Jakoś tak się śpiewało w podstawówce. A ile było łez w oczach, ile serca włożonego w to całe „pa-ram-pam-pam”, kiedy przyszła kolej na Małego dobosza. No i te swetry. Czuła, że dłużej tego nie zniesie. – Ned Flanders rządzi – mruknęła pod nosem. Ostatnio często jej się to zdarzało. Kiedy przyznała się do tego Zorze, przyjaciółka ostrzegła ją, że to groźny objaw postępującej przemiany w zdziwaczałą kociarę. Sophie się z tego śmiała, ale kiedy pomyślała o mamie, która została sama w nowojorskim mieszkaniu, w towarzystwie swoich rzeźb i kotów Luby, nie było jej do śmiechu. – Hej, mówiłaś może coś o Nedzie Flandersie? Przyłapana na kociarzeniu. Oj! Sophie poczuła się, jakby ktoś ją zobaczył na golasa. Udała, że nie słyszy. – Owszem, mówiłaś. Powiedziałaś: „Ned Flanders coś tam”. 240
Odwróciła się. Obok niej stał jeden z czarnych studentów. Sophie czuła się okropnie, myśląc o nim w ten sposób – dorastała przecież w sercu „czarnego” Brooklynu – ale tutaj ciężko było pomyśleć inaczej. W całym college’u było najwyżej dwudziestu czarnych, w większości stypendystów tak jak ona. Wiedziała o tym, bo kilku z nich poznała w pierwszym tygodniu po przyjeździe na przyjęciu dla wybitnych studentów. Pochlebiało jej to, że otrzymała zaproszenie dziekana, jednak kiedy się tam zjawiła i wręczono jej materiały z informacjami o możliwościach podjęcia pracy podczas studiów, zrozumiała, że to spotkanie dla osób pobierających stypendium. Przycupnęła w kącie i podsłuchiwała rozmowę chłopaków z uczelnianej drużyny koszykówki (o dziwo, okazało się, że koszykówka tu rządzi). Właśnie wymieniali się najgłupszymi tekstami, jakie usłyszeli po przyjeździe. Sophie aż przebierała nogami, żeby dorzucić kilka własnych przykładów, ale się powstrzymała. Może i należała tu do mniejszości, ale jednak była biała. Próbowała sobie przypomnieć, czy ten chłopak też był na tamtym przyjęciu. Patrzył na nią tak, jakby ją znał. – Nie mówiłam. Najwyżej mruknęłam – powiedziała, a raczej mruknęła. Roześmiał się. Głośno, serdecznie – tak że Sophie znowu poczuła zapomnianą już satysfakcję z udanego żartu. Satysfakcję niepozbawioną jednak pewnej podejrzliwości. Tutaj nie rozumiano jej poczucia humoru. Tutaj jeżeli ktoś się śmiał, to raczej po jej wyjściu. To zresztą doprowadzało ją do szału. W Nowym Jorku ludzie mieli przynajmniej na tyle przyzwoitości, żeby roześmiać się człowiekowi w twarz. Ten pomysł z kolędowaniem okazał się wyjątkowo kiepski. Odwróciła się do wyjścia. Wtedy poczuła na ramieniu czyjąś dłoń. Masywną dłoń. – Przepraszam. Nie nabijałem się z ciebie. Naprawdę. Po prostu akurat myślałem o tym samym. 241
Odwróciła się. – Myślałeś o Nedzie Flandersie? Przygotowała się na skonsternowane: „Że co?” lub inną tego rodzaju odpowiedź. To w każdym razie powiedziałby Kyle albo Connor. A potem zapytałby ją, co studiuje. On jednak tylko się uśmiechnął. Leniwie, czarująco, aż zrobiło jej się podejrzanie gorąco jak na tak zimny wieczór. – Owszem. O Nedzie Flandersie – odparł. – Między innymi. – To „między innymi” zabrzmiało w jego ustach jakoś pikantnie i Sophie poczuła, że się czerwieni. Wyciągnął do niej rękę w rękawiczce bez palców. – Russell – powiedział. Spojrzała na niego. Musiała zadzierać głowę. Był bardzo wysoki, dobre trzydzieści centymetrów wyższy od niej, a Sophie mierzyła metr sześćdziesiąt cztery. Dość wysoki, żeby grać w kosza. Mógł być stypendystą tak jak ona. Ta myśl wydała jej się krzepiąca, podobnie jak uścisk jego dłoni – mocny, ale nie miażdżący. Niektórym chłopakom wydaje się, że muszą połamać ci palce, żeby pokazać, że traktują cię jak równą sobie. – Sophie – powiedziała. – No więc, Sophie – rozłożył ręce – co cię tu sprowadza? To zabrzmiało jak jedna z wersji pytania: „Co studiujesz?” (czytaj: „A skąd t y się tutaj wzięłaś?”). Sophie nienawidziła, gdy ludzie pytali ją, co studiuje. Jeszcze nie wybrała kierunku, ledwie zaczęła studia, na litość boską. Nie każdy ma zaplanowane całe życie przed opuszczeniem łona matki. A co do tego, co tu robi… Rok temu nawet nie słyszała o tej uczelni. Powiedział jej o niej doradca zawodowy w jej szkole, najwyraźniej obeznany w mało znanych uczelniach oferujących absurdalnie wysokie stypendia. Kiedy zaproponowano jej pomoc finansową tak hojną, tak dalece przekraczającą jej najśmielsze oczekiwania, Sophie po prostu nie mogła jej odrzucić. Zanim zdążyła spokojnie przemyśleć wszystkie konsekwencje swojej decyzji – tę całą sielankowość i tak dalej – już 242
była studentką. Teraz skreślała dni w kalendarzu, jakby czekała na zwolnienie warunkowe. (Owszem, zdawała sobie sprawę, że dramatyzuje. Trafiło jej się darmowe wykształcenie warte pięćdziesiąt kawałków rocznie i powinna być za to wdzięczna. Jednak choćby nie wiadomo jak często to sobie powtarzała, nie czuła się dzięki temu mniej nieszczęśliwa). – Wierzę w potęgę nauk humanistycznych – powiedziała. To była jej standardowa odpowiedź na irytujące pytanie, do którego zdążyła się już przyzwyczaić, podobnie jak do sałaty lodowej w uczelnianym barze i żółtego sera, bo posypywano nim dosłownie wszystko. Ale Russell znowu się roześmiał. – Chodziło mi o to, co robisz t u: na koncercie kolęd dla fanów Neda Flandersa. W jego tonie było coś, co sprawiło, że Sophie poczuła się, jakby nadawali na tych samych falach. Coś się w niej polu zowało. – Prowadzę badania antropologiczne – odparła. – Jak etnografowie? – Tak. Szczególnie interesują mnie swetry. Symbolika tych świecących. Sophie umilkła na chwilę, spodziewając się pustego spojrzenia i pytania: „Serio?”, jakie padłoby z ust Kyle’a lub Connora. Wtedy musiałaby odpowiedzieć: „Nie, żartowałam” i byłoby po rozmowie. Tymczasem Russell pokiwał głową, pocierając podbródek z uczoną miną. – Sądzę, że są odzwierciedleniem rytuału godowego. – Rytuału godowego? – Tak. Otóż samiec świeci, żeby przyciągnąć uwagę samicy i doprowadzić do prokreacji. – Jak świetliki? – zapytała Sophie. – I ryba żabnica – dodał Russell. 243
– Pytanie brzmi: czy to swetry łączą się w pary, czy ludzie, którzy je noszą? Uczoną minę Russella zastąpił szeroki uśmiech. – Nie mam pojęcia, Sophie – powiedział. – Ale jedno i drugie wydaje mi się cholernie przerażające. Sophie się roześmiała. Nie był to udawany śmiech z uprzejmości, ale szczery, serdeczny, zakończony chrząknięciem. Ile to już czasu? – Nie byłoby ci do śmiechu, gdybyś wiedziała, jaki jest dalszy ciąg rytuału – ostrzegł Russell, konspiracyjnie zasłaniając ręką usta. – Boję się pytać. – Sophie przechyliła głowę. Trochę z nim flirtowała. To też było coś, czego dawno nie robiła. – Sygnałem do startu jest Rudolf Czerwononosy. Na dźwięk tej piosenki wszystkie swetry… – Pokręcił głową. – Wierz mi, nie chciałabyś tego zobaczyć. – Co? Jakaś orgia swetrów? – Pomyśl tylko: świecący nos Rudolfa, cały czerwony, pulsujący, symbolizuje… – Rozumiem – przerwała mu Sophie, machając ręką, jakby chciała odegnać od siebie tę wizję. Ale wciąż się śmiała. – Widać, że wnikliwie przeanalizowałeś to zagadnienie. – Przerażające, co? Przyszło jej do głowy, że Russell ma na myśli swoje wnikliwe rozważania nad wizją tych ładnych, czystych, rozśpiewanych ludzi odbywających orgię. Ale kiedy wkrótce potem kolędujący zaintonowali: „Rudolf, czerwononosy renifer, ma bardzo świecący nos…”, Sophie i Russell spojrzeli na siebie i jak na komendę skierowali się do wyjścia.
Sęk w tym, że nie mieli dokąd pójść. Okolica była bardzo sielska, same farmy i lasy. Niedaleko uczelni znajdował się 244
niewielki pasaż handlowy, ale sklepy zamykano wcześnie, nawet w trakcie semestru. Stali przed klubem studenckim, wprawdzie otwartym, ale wejście do środka byłoby równoznaczne z przyznaniem się do porażki. Po doświadczeniach ostatnich miesięcy – a może i ostatnich minut – Sophie już by tego nie zniosła. Ale wtedy Russell powiedział: – Tam mam auto. – Pstryknął pilotem. Samochód z tablicami z Teksasu ćwierknął i błysnął świat łami. – A nie skończę na dnie jakiegoś kamieniołomu? – zapytała dla formalności Sophie, żeby nie było, że ona, twarda nowojorska dziewczyna, naiwnie wsiada do samochodu z nieznajomymi. Ale zaraz się przestraszyła, że źle ją zrozumie. W końcu był czarny. A potem zgromiła samą siebie za to, że tak się tym przejmuje. Zora też była czarna, a Sophie nigdy nie czuła się skrępowana w jej obecności. No ale Zora nie była facetem. Jednak Russell tylko się uśmiechnął i rozpiął górne guziki płaszcza, odsłaniając sweter, który miał pod spodem. Wrzosowoszary, gładki. – Zero Rudolfa, zero światełek. Jesteś bezpieczna. Wsiedli. Russell przekręcił kluczyk i ruszył. Sprawiał wrażenie, jakby zmierzał do określonego celu, co było miłą odmianą. Jej nieliczne wieczory spędzone w towarzystwie Kyle’a czy Connora i spółki upływały wśród pokrzykiwań: „Co chcecie robić?!”, „Nie wiem! A co t y chcesz robić?!”. W rezultacie S ophie nie chciało się absolutnie nic. Wnętrze samochodu, całe w pluszach i skórze, pachniało nowością. – Ładne auto – powiedziała. – Dzięki – odparł. – Dostałem po starszym bracie. – Serio? Ja dostaję raczej zimowe płaszcze albo łyżwy. I jachty. Każdy chce mi wcisnąć niepotrzebny jacht. Masakra. 245
Russell się roześmiał. – Rzeczywiście. Szału można dostać. Na desce rozdzielczej były przyciski podgrzewanych foteli. Sophie uwielbiała podgrzewane siedzenia. Uwielbiała wszystko, dzięki czemu robiło się ciepło. W Bumfuckville zimno jakoś wyjątkowo dawało jej się we znaki. Wystawała pod prysznicem przez dwadzieścia minut, a i tak nie mogła się rozgrzać. Tęskniła za wanną. – Możemy włączyć podgrzewane fotele? – zapytała. – Możemy zrobić, co tylko zechcesz – odparł Russell, sprawiając tym samym, że podgrzewane fotele natychmiast stały się zbędne. Włączył je jednak i Sophie po raz pierwszy tej zimy poczuła się komfortowo. A zima zaczęła się punktualnie: na dzień przed Halloween. – Muzyka? – zaproponował. – Jasne – odparła. Włączył radio. – Puść coś. Sophie rozejrzała się za iPhone’em, stacją dokującą czy czymś w tym rodzaju. Russell zerknął na nią. – Radio ma sterowanie głosem – powiedział. – Wystarczy wymienić piosenkę. – Hokus-pokus! – powiedziała Sophie. Zaraz jednak pożałowała, że ominie ją przyjemność przeglądania kolekcji Russella. Miała gust muzyczny kobiety po pięćdziesiątce, czyli krótko mówiąc, gust muzyczny swojej mamy. Co za wstyd. Co się podoba normalnym ludziom? Zora lubiła ten swój niezależny folk, który na Sophie działał usypiająco. Może Kanye? Tylko czy on nie jest zbyt arogancki? A może Lorde? Chyba wszyscy lubią Lorde? – To nie test – powiedział Russell. – Po prostu wymień ulubioną piosenkę. 246
– You Can’t Always Get What You Want – wyrzuciła z siebie wreszcie. Zaczęła tłumaczyć, że to Rolling Stones, ale Russell już prosił swój magiczny samochód o utwór dziewiąty z albumu Let It Bleed. Po chwili wnętrze pojazdu wypełnił śpiew chłopięcego chóru (według Sophie o niebo lepszego od dzisiejszych kolędników), a potem pięknie zrujnowany głos Micka Jaggera. Śpiew Micka unosił się ponad ciemnymi wiejskimi drogami. Sophie uwielbiała tę piosenkę, więc zaczęła poruszać ustami, powstrzymując się jednak od nucenia. Jedno z jej „Coś ty narobiła, Sophie Roth?” było wynikiem nierozważnej interpretacji To Sir, with Love przy użyciu sprzętu do karaoke we wspólnym pokoju. – Nie najlepszy wybór dla kogoś, kto ma dębowe ucho – skomentowała to jedna z dziewczyn. Może i chciała dobrze, ciekawe jednak, że żadnej z nowojorskich koleżanek Sophie nie zdarzyło się czegoś podobnego powiedzieć, chociaż niektóre chodziły do szkoły muzycznej. Sophie nie miała pojęcia, dokąd jadą. Byli na pustkowiu, ale jakoś jej to nie przeszkadzało. I tak uważała, że jazda samochodem i słuchanie Stonesów to najlepsza randka, na jakiej była od przyjazdu na studia. (Nie, żeby to była randka. Chociaż…?) Po mniej więcej dwudziestu minutach Russell zjechał z autostrady. Przy puściuteńkiej drodze stała knajpa oświetlona jak choinka. I to nie j a k a ś tam knajpa. Coś jakby gigantyczna przyczepa kempingowa Airstream. Prawdziwy oldskulowy srebrny pocisk. – Co to za miejsce? – zapytała Sophie, kiedy żwir parkingu zachrzęścił pod kołami. To było tak nieoczekiwane, jak otrzymanie pięknie opakowanego prezentu bez żadnej okazji. – To miejsce, gdzie dają najlepsze kruche ciasto w całym stanie – odparł Russell. 247
– Ale skąd to się tu wzięło? – W ustach Sophie zabrzmiało to jak knajpiany odpowiednik „A skąd t y się tutaj wzięłaś?”. Jedynymi tego typu knajpami w pobliżu kampusu były sieciówki w rodzaju Applebee’s albo Fridays. – Z krainy Oz – wyjaśnił Russell. To by się zgadzało. Knajpa przywiana przez trąbę powietrzną albo knajpa w technikolorze po kilku miesiącach oglądania czarno-białych filmów. Może kiedy ludzie pytali Sophie, skąd jest – tym swoim przesadnie życzliwym, a zarazem lekko podejrzliwym tonem, sugerującym, że gdziekolwiek to jest, cieszą się, że oni stamtąd nie są – zamiast: „z Brooklynu” (miastowa!) powinna mówić, że z krainy Oz. Knajpa z krainy Oz pękała w szwach. Cudem udało im się znaleźć wolny boks. Kelnerka w dżinsach i koszulce z bernardynem w czapeczce elfa rzuciła im na stół po jednym menu. – Wesołych wsiąt – powitała ich ochrypłym od papierosów głosem. – Daj nam chwilę, Lorraine – powiedział Russell. – Co macie dzisiaj dobrego? – Dlaczego za każdym razem zadajesz to pytanie? – Lubię, jak mi słodzisz. – Och, przestań. – Poza tym mam gościa. Lorraine zerknęła na Sophie. – Widzę. – Odchrząknęła. – Specjalność dnia: krem bananowy. Ciasto z masłem orzechowym, bataty. Wiśniowe też jest dobre. Z mrożonych wiśni, za to zrywanych trzy kilometry stąd. Russell popatrzył na Sophie. – To jak? – A jest szarlotka? Lorraine popatrzyła na Russella. – N i e w i e r z ę – powiedziała. – Hej, nie wiedziałem. 248
– Czego nie wiedziałeś? – zapytała Sophie, ale nikt jej nie odpowiedział. – W takim razie dwie szarlotki – powiedziała Lorraine. – Z serem czy à la mode? Sophie się skrzywiła. Szarlotka z serem. Czemu nie polać jej od razu sosem pieczeniowym? Russell zauważył jej minę. – Jadłaś kiedyś szarlotkę z serem? Pokręciła głową. – Ale wiesz, że nie lubisz? – Wiem – odparła Sophie. – Bez próbowania? – Szarlotki ze szpinakiem też nie próbowałam, ale jestem przekonana, że nie muszę. Russell się uśmiechnął. Lorraine postukała ołówkiem o podkładkę. – Weźmiemy jedną z serem, a jedną bez – powiedział do Lorraine, a potem zwrócił się do Sophie: – Może się skusisz. – Zapomnij – odparła Sophie. – Lubię wyzwania. Sophie nie miała wątpliwości, że się z nią droczy, tylko nie była pewna, czy chodzi mu o szarlotkę. – To wszystko? – zapytała Lorraine. – Prawie – odparł Russell. Popatrzył na Sophie, jak gdyby byli w zmowie. – Kawa. Tak? – Wiadomo. – Dwie kawy. Po odejściu Lorraine Sophie rozejrzała się po sali. Otaczała ich ciekawa zbieranina ludzi. Byli wśród nich farmerzy w ubraniach roboczych, ale nie brakowało i takich, którzy lepiej pasowaliby do miasta, nawet jeśli w promieniu dwustu kilometrów żadnego nie było. Skąd wiedzieli o tym miejscu? – Czy ta knajpa jest na Yelp? – zapytała Sophie. 249
– Nie sądzę, żeby miała nazwę, a co dopiero recenzję na Yelp. – Jak ją namierzyłeś? – Pukasz trzy razy do drzwi czwartej stodoły na lewo i nasłuchujesz udzielanych szeptem wskazówek. – Bardzo elitarnie – przyznała Sophie. – A jak. Tylko dla koneserów. – Wskazał starszą parę obok. – Wyższy stopień wtajemniczenia. Roześmiała się. Nie, żeby kiedykolwiek uważała się za koneserkę, ale nigdy nie było z tym tak źle jak przez ostatnie trzy miesiące. – Tęsknię za takimi knajpami. – Nie ma to jak Nowy Jork – powiedział Russell. – Owszem. Czasem chodzimy z mamą na obiad na opak, czyli… – Śniadanie na obiad – dokończył Russell. – Uwielbiam obiady na opak. – Ja też. Zaraz, skąd wiedziałeś, że jestem z Nowego Jorku? Russell nie odpowiedział. A może uważał, że jego czarujący uśmiech wystarczy za odpowiedź. – No tak. Głupie pytanie. Taka jestem miastowa! – Miastowa? – Tak mi tu cały czas mówią. Tylko że nie mają na myśli konkretnego miejsca. To raczej uniwersalny komentarz na temat tego, jaka według nich jestem dziwna. Oglądasz zagraniczne filmy i robisz sarkastyczne uwagi, czyli jesteś miastowy. Russell zastanawiał się chwilę. – Lubisz pikantne jedzenie, czyli jesteś miastowa? – Czytasz „New York Timesa”? Tak poza pracą domową? Jakiś miastowy odpał. – Słuchasz jazzu? O ja cię! Miastowa! – Ubierasz się na czarno? Jak nic miastowa. – J e s t e ś czarny? Na mur miastowy. Chociaż nie. To już raczej „człowiek ulicy”. 250
Sophie się roześmiała. – Czasem myślę, że „miastowy” to takie określenie żyda, tylko nieświadome, bo miejscowi w życiu nie spotkali żyda. – Poważnie? Poważnie. Kiedy Sophie tu przyjechała, pytano ją, do jakiego kościoła chodzi. Odpowiadała, że żydzi chodzą do synagogi (nie, żeby sama tam chodziła, jej rodzina nie należała do tego rodzaju żydów). Nie wierzyła, że ktoś może tego nie wiedzieć, a jednak wiele osób nie wiedziało. Matka zapakowała jej do walizki niewielką menorę, ale Sophie nawet nie wyjęła jej z szafy. Nie miałaby siły tłumaczyć wszystkim, o co chodzi z tym zapalaniem świeczek. Zastanawiała się, ile z tego powiedzieć Russellowi, ale on właśnie wpatrywał się w swój telefon. Po chwili pomachał do Lorraine, a Sophie przestraszyła się, że posunęła się za daleko (zawsze posuwała się za daleko) i Russell chce poprosić o rachunek. Jednak on tylko zapytał, czy są placki ziemniaczane. – Te takie płaskie, nie te grube – wyjaśnił. – Te grube to kotlety ziemniaczane. P l a c k i ziemniaczane są płaskie. Mamy jedne i drugie – powiedziała Lorraine zniecierpliwiona, choć Sophie podejrzewała, że lubi, jak Russell się z nią droczy. – Dobrze. W takim razie p l a c k i ziemniaczane. Z musem jabłkowym i śmietaną. – Russell spojrzał na Sophie. – Zgadza się? – Tak – wykrztusiła. Z trudem. Nagle urosła jej gula w gard le. Placki ziemniaczane, czyli latkes, z musem jabłkowym i śmietaną? To była tradycyjna potrawa chanukowa. – Skąd wiedziałeś? – zapytała, kiedy już doszła do siebie. – Genialny wynalazek zwany kalendarzem – powiedział. – Wszystko tam znajdziesz. – Daty może i tak, ale latkes to jednak wyższy stopień wtajemniczenia. Skąd tak naprawdę jesteś? 251
Uśmiechnął się chytrze. – Sugerujesz, że czarny ziomal z Teksasu nie może wiedzieć o latkes? – Nie no, to musi być karalne w co najmniej kilku stanach – powiedziała Sophie. Russell się roześmiał. – Pewnie masz rację. Chodziłem kiedyś z żydówką. No dobrze. – Więc w Teksasie są żydzi? – To nie było w Teksasie. – Och. – Teraz, kiedy się nad tym zastanowiła, doszła do wniosku, że Russell rzeczywiście nie mówi jak chłopak z Teksasu. Ale ona też nie mówiła jak dziewczyna z Nowego Jorku. Ludzie na uczelni byli tym zdziwieni. Czyli jej akcent nie brzmiał jak miastowy. – To skąd tak naprawdę jesteś? – Tak naprawdę? Nie wiem, czy tak naprawdę skądś jestem. – Teraz to już po prostu zgrywasz tajemniczego bruneta. – Jak mi idzie? – James Bond może się schować. Ale nawet on skądś jest. Trochę spoważniał. – Nigdzie nie mieszkałem dość długo, żeby stamtąd być – wyjaśnił. A potem zaczął wymieniać miejsca, w których mieszkał: Dubaj, Seul, Amman, Meksyk, a w Stanach Dakota Północna, Kolorado i ostatnio Houston w Teksasie. – Mój tata pracuje w przemyśle naftowym – dodał. – Och, myślałam… – zaczęła Sophie, kiedy jej mózg z mozołem przyswoił kolejną informację, która w gruncie rzeczy wydawała się oczywista. Russell był bogaty. Dlaczego sądziła, że jest stypendystą, skoro wszystko wskazywało na to, że sprawy wyglądają zupełnie inaczej? – Co myślałaś? Że jestem miastowy? – Popatrzył na nią i chyba wyczytał coś w wyrazie jej twarzy. – Och. Myślałaś, że dostaję stypendium sportowe. – Wciąż mówił tym samym 252
swobodnym tonem co wcześniej, ale teraz już z pewną rezerwą. Jego wersja „żartowałem”. – Przykro mi – powiedziała. I naprawdę było jej przykro. Przykro to mało powiedziane. Była załamana. Z jakiegoś powodu wbiła sobie do głowy, że ona i ten chłopak są do siebie podobni. Jej rosnący przez cały wieczór optymizm prysł jak bańka mydlana. – Nic się nie stało – powiedział Russell, choć jego mina mówiła coś zupełnie innego. – Niech zgadnę. Koszykówka. Sophie zgubiła wątek. – Co takiego? – zapytała. – A, tak, chyba tak. Russell wydał z siebie dźwięk przypominający kaszel. Sophie wzięła się w garść i popatrzyła na niego. Spodziewała się, że zareaguje irytacją albo drwiną, ale to było znacznie gorsze. Jego oczy przywodziły na myśl zgaszone lampki choinkowe. Zachowała się jak Kyle albo Connor. Rozczarowała go. Tak bardzo chciała mu wytłumaczyć, dlaczego tak myślała, albo przekonać go, że w gruncie rzeczy wcale tak nie myślała. Chciała mu opowiedzieć o swojej czarnej przyjaciółce, o dorastaniu na Brooklynie, potwierdzić jakoś swoją miastową (uliczną) tożsamość. Ale nie zrobiła tego. Bo w pewnym sensie siebie też trochę rozczarowała.
I właśnie po tej spektakularnej klapie Lorraine przyniosła ich zamówienie. Szarlotka z serem. Szarlotka à la mode. Placki ziemniaczane z musem jabłkowym. Tylko że zamiast śmietany podano twarożek. „Typowe”, pomyślała Sophie. Wszystko to stało na stole pomiędzy nimi i stygło. Sophie czuła się bezgranicznie smutna, nieszczęśliwa i straszliwie tęskniła za domem. To było chyba najgorsze „Coś ty narobiła, Sophie Roth?” w jej życiu. Przyjechała tu, żeby zdobywać wiedzę, a z każdą minutą czuła się głupsza. Tak jak teraz. Nie chodziło o to, że nie przywykła 253
do towarzystwa ludzi bogatych, wszelkiego rodzaju bogatych. Kiedy jej mama zamieszkała na Brooklynie, przed urodzeniem Sophie, ich okolica uchodziła za tanią i mało atrakcyjną, jednak z biegiem czasu nabierała prestiżu. Gdy Sophie miała dziesięć lat, jedną z pobliskich kamienic kupiła pewna rodzina. Zanim się wprowadzili, zrobili generalny remont. Mieli córkę o imieniu Ava, która była w wieku Sophie i szybko stała się jedną z jej bliskich przyjaciółek. Ava ciągle proponowała Sophie, że zafunduje jej kino, obiad, wyjazd na weekend. Z początku Sophie uważała te gesty – dotacje najlepszej przyjaciółki, jak je nazywała Ava – za sympatyczne, ale wkrótce zaczęła się czuć, jakby wytykano jej ubóstwo. Zaczęła odmawiać, lecz Ava nie przestawała proponować. Sophie miała jej to za złe. W drugiej klasie strasznie się pokłóciły. – Nie potrzebuję jałmużny! – wykrzyczała jej wtedy Sophie. Propozycje się skończyły. A przyjaźń wkrótce potem. Sophie było przykro, ale nigdy nie umiała naprawiać popsutych relacji. Teraz też nie wiedziała, jak uzdrowić sytuację, ale ponieważ jedzenie stało nietknięte jak wyrzut sumienia, uznała, że musi coś zrobić. Russell już i tak uratował pół wieczoru. Nie tylko rozśmieszył Sophie i ocalił przed grożącą jej swetrową orgią, ale w dodatku sprawił, że znowu mogła być sobą. Nawet nie zdawała sobie sprawy, jak bardzo jej tego brakowało. Ostatnio brakowało jej tylu rzeczy, że nigdy by jej nie przyszło do głowy umieścić siebie na szczycie listy. Wzięła głęboki oddech. – Co to ja miałam powiedzieć? Wydawało mi się, że jesteś podobny do mnie – zaczęła. Russell znowu na nią popatrzył, ale po jego minie było widać, że nie rozumie, o co jej chodzi. Więc Sophie wyjawiła mu coś, czego jeszcze nikomu tutaj nie mówiła, choć wiedziała, że to nie powód do wstydu. Raczej do dumy. 254
– Ja jestem stypendystką. Chyba myślałam… miałam nadzieję… że jeżeli ty też jesteś tu z powodu stypendium, to mamy ze sobą coś wspólnego. Milczenie się przeciągało. Sophie nie wiedziała, czy jej wyznanie uratuje ten wieczór, w każdym razie naprawiło coś w niej. Ale wtedy Russell powiedział: – Kto mówi, że nie jestem? Pchnął szarlotkę z serem w jej stronę. Nie była pewna, czy to wyzwanie, czy gałązka oliwna. Tak czy owak, wzięła do ręki widelczyk i choć ciasto wyglądało wyjątkowo nieapetycznie – ser się roztopił i zrobił się na nim pęcherz – ostrożnie odkroiła mały kawałeczek. O. Mój. Boże. Ostry smak sera wydobywał słoną nutkę w spodzie z kruchego ciasta i kontrastował ze słodyczą jabłek. No i ta mieszanina konsystencji: jedno maziowate, drugie chrupiące, trzecie soczyste, a wszystko ciepłe. Odkroiła kolejny kęs, tym razem większy. Russell nie spuszczał jej z oka. Wydawał się rozbawiony. Zjadła trzeci kawałek. Teraz już uśmiechał się wyraźnie zadowolony z siebie. – Co? – zapytała Sophie. – Zdaje się, że wygrałem zakład – odparł.
Pochłonęli ciasto i większość placków ziemniaczanych. Z twarożkiem nie były jednak takie złe. Wkrótce została tylko reszta roztopionych lodów. Kiedy Lorraine przyniosła rachunek, Sophie sięgnęła do torebki. Russell pokręcił głową. – Planowałem cię zaprosić już wtedy, kiedy myślałem, że jesteś bogata, więc gdybym teraz tego nie zrobił, wyszłoby, że jestem protekcjonalny. Sophie się roześmiała. – Czekaj, myślałeś, że j a jestem bogata? 255
Russell uniósł brew i zrobił wstydliwą minę. – Czyli chyba jesteśmy kwita? – zapytała. – Nie prowadziłem punktacji – odparł. – W każdym razie sytuacja przedstawia się interesująco. – Położył na blacie dwie dwudziestki. – Dziękuję – powiedziała Sophie. – Za wszystko. Ale szczególnie za latkes. To pewnie jedyne, jakie w tym roku zjadłam. – Dlaczego? – Dziś jest ostatni wieczór Chanuki. Sezon na latkes minął. – Nie jedziesz do domu na święta? – Będę w domu na Boże Narodzenie i Nowy Rok, ale Chanuka przeszła mi koło nosa. – Dlaczego? Sophie umilkła, zastanawiając się, jak odpowiedzieć na to pytanie. – Dwieście sześćdziesiąt siedem dolarów – rzuciła wreszcie. Wyjaśniła mu, że o tyle stanieją bilety, jeśli wyjedzie w przyszłym tygodniu. Pokłóciła się o to z mamą, co im się nie zdarzało. Przywykła do oszczędzania. Oszczędzały, bo nie miały innego wyjścia. Były same i musiały im wystarczyć skromne dochody matki. Poza tym każdą nadwyżkę odkładały na studia Sophie. Zeszłej zimy, kiedy Sophie wypełniała formularze zgłoszeniowe, Luba miała wylew. Ani Sophie, ani jej matka nie mogły znieść myśli o tym, że ostatnie dni życia spędzi w jednym z tych publicznych domów opieki (były takie s o w i e c k i e) . Kiedy umarła pięć miesięcy później, ich oszczędności były już historią. Sophie dostała się na uniwersytet nowojorski, ale wymarzona uczelnia stała się tymczasem nieosiągalna, nawet z pakietem pomocy finansowej. I wtedy uniwerek w Bumfuck ville złożył jej swoją szczodrą propozycję. Mama Sophie nie mogła zapłacić za jej przylot do domu na Święto Dziękczynienia. A teraz jeszcze to opóźnienie. Ich pierwsze święta bez Luby. Sophie zastanawiała się, czy to nie 256
było prawdziwym powodem odłożenia jej przyjazdu. Może jej mama wolała w tym roku zrezygnować ze świętowania. Może Sophie także. Na myśl o tym wszystkim Sophie się rozpłakała. Na miłość boską. To się kwalifikowało jako kolejne „Coś ty narobiła, Sophie Roth?”. – W porządku? – zapytał Russell. – Świąteczne bzdety – powiedziała, wycierając nos. – Nawet nie wiem, dlaczego płaczę. Głupia Chanuka. Co z tego, że ją przegapiłam? Russell popatrzył na nią. Z zaciekawieniem. Z łagodnością. Ze zrozumieniem. – Kto mówi, że przegapiłaś?
Skoro już zaczęli z tą Chanuką, postanowili doprowadzić sprawę do końca, zapalając menorę, która leżała gdzieś na dnie szafy. To była menora Luby. Ostatni raz używały jej rok temu, na krótko przed udarem. Chanuka wypadała idiotycznie wcześnie, nakładała się na Święto Dziękczynienia, więc urządziły wielką ucztę: indyk, mostek, latkes, ziemniaki, pączki i ciasto na deser. Ale Sophie pozwoliła sobie na wspomnienia tylko przez chwilę. Przywoływanie ich było jak dotykanie gorącego garnka. Szybko stawało się nie do wytrzymania. W drodze powrotnej zdała sobie sprawę, że może i ma menorę, ale nie ma świeczek. Pojechali do supermarketu na obrzeżach miasteczka. Był pusty, alejki wąskie, podłogi obskurne i zniszczone. Russell pchał Sophie w rozklekotanym wózku, a zmęczeni pracownicy łypali na nich podejrzliwie. Sophie zanosiła się od śmiechu. Jazda wózkiem sklepowym – kto by pomyślał, że może z tego wyjść taka rewelacyjna randka? (Bo teraz była już prawie pewna, że to jest randka). 257
Zgodnie z przewidywaniami wybór świec był niewielki. Cała półka lampek do kontaktu, dziwny zestaw cyferek urodzinowych (z miażdżącą przewagą czwórek i siódemek) i jakieś szklane świeczki na wypadek awarii prądu i innych katastrof. Nic, co choć z grubsza mogłoby pasować do menory. Russell wyjął telefon i zaczął szukać sklepów, które o tej porze byłyby jeszcze otwarte. Ale Sophie już sięgała po świeczki awaryjne. – W tym święcie chodzi o to, żeby umieć się przystosować – powiedziała. – My, żydzi, jesteśmy skromni. – Zauważyłem – powiedział Russell. – To ile potrzebujemy? – Dziewięć – odparła Sophie. – Osiem na każdy wieczór Chanuki i jedną do odpalania. Oficjalnie. Na półce stało dziewięć świeczek awaryjnych. – No proszę – rzuciła Sophie. – To prawdziwy cud. – Opowiedziała mu o tym, skąd się wzięło to święto, o oliwie w dziewięcioramiennej lampie, która powinna była wystarczyć na jedną noc, a wystarczyła na osiem. – To właściwie tylko pomniejszy cud – dodała. Russell popatrzył na nią i przekrzywił głowę. – Nie wiem, czy istnieje coś takiego, jak pomniejszy cud. W drodze ze sklepu na kampus znowu włączyli You Can’t Always Get What You Want. Tym razem Sophie naprawdę śpiewała, z początku cicho, potem na całe gardło. Nie obchodziło ją, czy fałszuje.
Po przyjeździe na miejsce poszli przez dziedziniec w stronę akademika Sophie. Teraz było tu pusto, ani śladu reniferowej orgii, przed którą zbiegli. Miała wrażenie, że od tamtego czasu minął milion lat. 258
– Dlaczego mnie zagadnąłeś? – zapytała Sophie. – Z powodu Neda Flandersa? – Po części – odparł Russell, przeciągając to słowo w taki sposób, że Sophie miała ochotę go połaskotać. – A po części? – Nie pamiętasz mnie? Pamiętać go? Zapamiętałaby, gdyby miała powód. Na pewno. Tylko że patrzył na nią tak, jakby coś ich łączyło. – Poezja. Sophie chodziła na te zajęcia jedynie przez tydzień. Nie cierpiała ich. Nawet nie prowadził ich profesor, tylko asystentka, która mówiła przez nos i nalegała na bardzo konkretne interpretacje wierszy. Sophie pokłóciła się z nią o wiersz Yeatsa Kiedy już siwa twa głowa. Skończyło się to jednym z jej „Coś ty narobiła, Sophie Roth?”, z tych większych. Z tych sprawiających, że wyrzucała sobie przyjazd tutaj. – Żałowałem, że cię nie poparłem w tym… sporze. Sporze. Raczej wojnie na słowa. Debata z asystentką nad jednym wersem utworu – „Wspomnij, jak wielu kochało uśmiech łagodny i jasny” – prawie doprowadziła Sophie do łez. Musiała opuścić salę przed końcem zajęć. Więcej tam nie przyszła. – Jeżeli to cię pocieszy, potem niektórzy z nas zaczęli ją prowokować – powiedział Russell. – „Poezja to nie matematyka”. To był nasz okrzyk bitewny. Tak Sophie powiedziała wtedy asystentce. Teraz doświadczyła czegoś w rodzaju ulgi z mocą wsteczną – a może oczyszczenia? Przekonała się, że miała w tamtej grupie obrońców. Sprzymierzeńców. Nawet jeśli ich nie zauważyła. Nie zauważyła j e g o. Prawdę mówiąc, wielu rzeczy na uczelni nie zauważała. Chodziła ze spuszczoną głową, z klapkami na oczach. Taką przyjęła taktykę, żeby przetrwać. Tylko że teraz zastanawiała się, czy to aby nie było głupie. Coś w rodzaju zakładania kamizelki ratunkowej z ołowiu. 259
– Wypytywałem o ciebie po zajęciach. Dowiedziałem się paru ciekawych rzeczy: że jesteś miastowa i tak dalej – opowiadał z prowokacyjnym uśmiechem. – Ale potem jakoś się rozmijaliśmy. Aż do dzisiaj… Właśnie się zastanawiałem, jak by cię zagadnąć. Wydawałaś się rozdrażniona, nie pasowałaś do towarzystwa. – Znowu uśmiechnął się szeroko, ale tym razem inaczej, nie tak prowokująco, za to bardziej nieśmiało i w rezultacie chyba z tysiąc razy bardziej pociągająco. – Wtedy wspomniałaś o Nedzie Flandersie i po prostu m u s i a ł e m coś powiedzieć. – Dlaczego? Ned jest twoim guru? Roześmiał się. Tym swoim szczerym, serdecznym śmiechem. – Ciągle się przeprowadzaliśmy, czasami co roku. Jedyną stałą rzeczą w moim życiu byli Simpsonowie. Wszędzie ich mają, czasem po angielsku, czasem z dubbingiem, nieważne. Taka nagroda pocieszenia. – Mówisz o tym tak ponuro – stwierdziła Sophie. – A mnie się wydawało, że to wielka przygoda mieszkać w tylu ciekawych miejscach. – Nie wszystko jest takie, jakie się wydaje. Spojrzenia, które wymienili, były jak mapa z zaznaczonym szlakiem ich wspólnej podróży. – Więc jak to wyglądało naprawdę? – zapytała. – Widziałaś Między słowami? Pokiwała głową. Uwielbiała ten film. – Właśnie tak to wyglądało, ciągle tak samo. Tylko tysiąc razy gorzej, bo jestem czarny. W niektórych miejscach ludzie po prostu nie ogarniają czarnych. W Korei mówili na mnie Obama. – Westchnął. – Zanim Obama został prezydentem, byłem Michaelem Jordanem. – To dlatego przyjechałeś tu na studia? – zapytała Sophie. – Bo wiedziałeś, jak tutaj jest? Russell przyglądał jej się przez chwilę, zanim odpowiedział: 260
– Tak. Trochę tak. I jeszcze żeby wkurzyć rodziców. Myśleli, że mi odbiło, ale mnie się wydawało, że w ten sposób coś im udowodnię. Hej, moje życie zawsze tak wyglądało, jakiś problem? – Zaśmiał się, tym razem trochę smutno. – Kłopot w tym, że oni tego nie zrozumieli, a nawet gdyby, to i tak żaden odwet. Poza tym, że czesne jest wysokie. – Wyrzucił ręce w górę. – Cóż, trzeba przyznać, że dziennikarstwo mają rewelacyjne. – I nauki humanistyczne – dodała Sophie. – I piękne miastowe dziewczyny, które rozmawiają same ze sobą o Nedzie Flandersie. – O, tak. Czytałam o nich w folderach – powiedziała Sophie trochę wytrącona z równowagi komplementem. A także tym, że dotarli do jej akademika. – Jesteśmy. Russell wziął ją za rękę. Było jej ciepło. – Gotowa, żeby zacząć Chanukę? – Jak mawiał Ned Flanders: okily dokily! – odparła Sophie.
W ich segmencie nie było nikogo. Kaitlynn, Madison i Cheryl wyjechały już na święta, zostawiając po sobie radosny bałagan. Kiedy Sophie znalazła się sama w akademiku z Russellem, nagle poczuła się tak zdenerwowana, że kolana się pod nią ugięły. Trajkotała w rytmie migających lampek choinkowych Madison. – A to nasza sztuczna choinka i tradycyjna ofiara z popcornu i cukrowych lasek. Wnętrze zdominowała wszechobecna lameta o niejasnej symbolice. Dmuchany mikołaj został wykonany z klasycznej folii aluminiowej. A jeśli głęboko odetchniesz, wychwycisz w powietrzu sosnową nutkę potpourri. Witamy w krainie, w której Boże Narodzenie zwymiotowało. Próbowała jeszcze żartować ze swetrów z Rudolfem, ale wypadło to nijako. Może był to dowód, jak daleką przebyli dziś drogę. 261
– Pokaż mi, gdzie mieszkasz – poprosił cicho Russell. Pokój Sophie kojarzył się z tą zabawą z Ulicy Sezamkowej, w której wszyscy śpiewają: „Jedna z tych rzeczy nie pasuje do reszty”. Żadnych plakatów, żadnych tablic korkowych z kolażami szkolnych przyjaźni. Na jej półce z książkami stało oprawione w ramkę zdjęcie Zory, stare zdjęcie Luby – wytwornej i jakby złośliwej – oraz zdjęcie Sophie z matką w weneckiej gondoli. Płynęły kilka razy z tym samym gondolierem, k tóry zaczął mówić do niej „Sophia” i śpiewał dla niej po włosku. Russell przyglądał się zdjęciu. – Mama była wtedy na biennale w Wenecji, bardzo ważnej imprezie artystycznej – wyjaśniła Sophie. Kiedy dorastała, marzyła o tym, żeby jej mama była prawniczką, pracowała w banku albo w firmie, która coś produkuje. Takiego rodzaju zawody wykonywali rodzice jej przyjaciół. Kiedy jednak została zaproszona do wystawienia swoich prac na prestiżowym weneckim biennale, a Luba sprzedała pierścionek, żeby Sophie też mogła polecieć do Europy, była z niej taka dumna. Cieszyła się, że mama pozostała wierna swojej pasji. Do tego magiczna podróż: gondole, kręte kanały i uliczki, zatłoczone galerie sztuki, a nade wszystko uczucie, że oto właśnie rozpoczyna się coś nowego. Już od dawna nie czuła się w ten sposób. Aż do dzisiejszego wieczoru. – Jakiego rodzaju sztuką zajmuje się twoja mama? – zapytał Russell. – Rzeźbiarstwem. Nie takim tradycyjnym w glinie czy w marmurze. Bardziej abstrakcyjnym. – Sięgnęła na najwyższą półkę i zdjęła z niej małą kostkę, całą ze splątanych drucików i kawałeczków szkła. – Większość jej prac jest znacznie większa – tłumaczyła. – Na przykład wielkości tego pokoju. Niestety moja współlokatorka Cheryl uparła się, żeby mieć łóżko, więc nie mogę tu obcować ze sztuką. 262
Przez chwilę zastanawiała się, jaką minę zrobiłaby Cheryl, gdyby naprawdę przywiozła tu którąś z większych instalacji mamy. Ale potem przypomniała sobie, że Cheryl zdawała się podziwiać jej miniaturową rzeźbę. Kiedy zobaczyła ją po raz pierwszy, długo trzymała ją w ręce, zupełnie jak teraz Russell. – Twoja mama rzeźbi – powiedziała wtedy – a moja organizuje kiermasze dobroczynne. Sophie uznała to za ukrytą „miastową aluzję”, jeszcze jeden przytyk do jej inności. Dopiero teraz przyszło jej do głowy, że może umknęła jej jakaś swoista odmiana sarkazmu współlokatorki. Russell obracał rzeźbę w palcach, przyglądając się jej pod różnymi kątami. – Moja babcia robiła takie różne rzeczy… Nie wiem, czy można to nazwać rzeźbami… z drewna i trawy morskiej. Na Saint Vincent. Słyszałaś o Saint Vincent? – To wyspa na Morzu Karaibskim, prawda? – Tak. Moja mama stamtąd pochodzi. Przyjechała na studia do Stanów, poznała tatę i już nie wróciła na Karaiby. Kiedyś jeździłem tam na wakacje do babci. Mieszkała w małym domku, pomalowanym na kolory wyspy, tak mówiła babcia. Wkoło biegali kuzyni, kurczaki i kozy. Russell uśmiechał się do swoich wspomnień. Sophie uśmiechnęła się razem z nim. – Potem mój tata zaczął wysyłać mnie latem na obozy: tenisowe, żeglarskie, golfowe. Teraz jeździmy na Saint Vincent tylko na Boże Narodzenie. Przez ostatnich kilka lat zatrzymywaliśmy się w eleganckich kurortach jak turyści. I ludzie inaczej nas teraz traktują. Jak turystów. Nawet rodzina. – Odstawił rzeźbę ze smutkiem i nostalgią. – Oprócz babci. Sophie zamknęła oczy. Wyobraziła sobie jego babcię, jej piękną pomarszczoną twarz, dłonie stwardniałe od długoletniej pracy, surowość skrywającą głęboką, bezgraniczną 263
miłość. Po chwili obraz jego babci zlał się ze wspomnieniem Luby. Sophie przypomniała sobie, jak w zeszłym roku z miotłą w ręce stukała w czujnik alarmu dymnego, który sfiksował w trakcie smażenia placków ziemniaczanych. Zamiast odegnać od siebie to wspomnienie, pozwoliła mu spokojnie odpłynąć. Z zaskoczeniem przekonała się, że nie parzyło. Potem otworzyła oczy. – Czy twoja babcia żyje? – zapytała. – Tak. – Russell się uśmiechnął. – Zobaczysz się z nią w tym roku? – Nagle wydało jej się to bardzo ważne. – Lecę w niedzielę. Bardzo się cieszę. – Umilkł. – I boję. Wiesz. Święta. – Będzie dobrze – zapewniła go, zdając sobie sprawę, że powtarza słowa, które od jakiegoś czasu słyszała z ust innych. Po śmierci Luby: „Będzie dobrze, czas leczy rany”. Po przyjeździe na studia: „Będzie dobrze, wyprowadzka z domu to duża zmiana”. Sophie w to nie wierzyła. Nie można odwrócić straty. Nie można odkręcić błędu. Ale teraz zastanawiała się, czy pielęgnując wspomnienia, nie można sprawić, że przesłonią pustkę. I czy z wyjazdem na studia nie było przypadkiem trochę tak, jak z pierwszą kąpielą na początku lata. Choćby czekało się na nią z utęsknieniem, zawsze trzeba było najpierw przywyknąć do zimnej wody. Może każde miejsce, do którego wyjechałaby w tym roku, okazałoby się jakimś Bumfuckville. W tym Bumfuckville były przynajmniej knajpy przeniesione z krainy Oz. Sprzymierzeńcy, którzy poparli ją na zajęciach z poezji. Osoby takie jak Cheryl, która, jak się nad tym zastanowić, była po miastowemu sarkastyczna. I faceci tacy jak Russell. Co, jeśli to nie przyjazd tutaj był błędem, tylko niedostrzeganie tego wszystkiego? 264
„Coś ty narobiła, Sophie Roth?”, pomyślała po raz enty. Tylko że tym razem zupełnie inaczej się czuła. Może i popełniła błąd, ale miała jeszcze czas, żeby go naprawić. I co więcej, nie mogła się tego doczekać.
Pogasiła lampki choinkowe i ułożyła świeczki w rzędzie na podłodze. Znalazła menorę Luby i ustawiła ją obok. Zapalili świece. Ciemność wypełniła się teraz ciepłym blaskiem. – Normalnie odmawia się modlitwę po hebrajsku – powiedziała Sophie. – Ale myślę, że możemy zrobić to trochę po swojemu. Dziękuję za ten kretyński koncert kolęd dziś wieczorem. – Dobrze – powiedział Russell. – A ja za swetry z reniferami. Sophie zachichotała. – Za samochody z podgrzewanymi siedzeniami. – Za dobrze ogrzane siedzenie. – Za placki ziemniaczane – wyliczała Sophie. – Nie zapomnij o cieście. – Za ciasto z serem. Russell przyciągnął Sophie do siebie. Był wysoki, więc usiad ła na podwiniętych nogach. – Za doskonałe dopasowania – wyszeptał Russell. – I niedoskonałe dopasowania – dodała Sophie. Wyciągnęła rękę, żeby dotknąć ust Russella, a on przytrzymał jej dłoń i całował jeden po drugim jej palce: kciuk, wskazujący, środkowy, serdeczny, mały i z powrotem. – Za Neda Flandersa – powiedział Russell. – O tak, po tysiąckroć za Neda Flandersa. Powinniśmy ustanowić święto Neda Flandersa – powiedziała Sophie. Russell uniósł jej włosy i pocałował ją w szyję. Zadrżała. – Za Rolling Stones – wyszeptał. W tamtej chwili nawet Mick Jagger nie mógłby tego powiedzieć w bardziej pociągający sposób. 265
– I za to, że nie zawsze można mieć to, czego się chce – powiedziała Sophie. – … ale czasem dostaje się to, czego się potrzebuje – dokończył Russell. Wtedy pocałowała go w usta. Smakowały jabłkami i serem. Odkryciem, że tak niespodziewanie dobrze do siebie pasują. Czuła też smak topniejących lodów, oporów, i to, jak sama stapia się z Russellem. Pocałowała go, nie wiedząc, czy ten pocałunek potrwa minutę, godzinę, czy całą noc. Pocałowała go, nie wiedząc, co się wydarzy w przyszłym semestrze, w przyszłym roku. Ale w tej chwili żadna z tych rzeczy nie miała znaczenia. Liczył się pocałunek. Nie tylko sam pocałunek, ale i to, co ten pocałunek mówił. Co rozpoczynał. Co rozpoczynała ta noc. Co oni rozpoczynali. Jutro wszystko się zmieni. Tyle Sophie rozumiała. Naprawdę nie istniało coś takiego, jak pomniejszy cud.