Anna Piątkowska Katarzyna Pruszkowska-Sokalla
Ostatni Sprawiedliwi Rozmowy z Polakami, którzy ratowali Żydów podczas drugiej wojny światowej
wydawnictwo znak Kraków 2020
Projekt okładki Michał Pawłowski Fotografia na okładce diy13/Shutterstock Opieka redakcyjna i wybór ilustracji Damian Warszawski Redakcja Daniel Lis Adiustacja Urszula Horecka Korekta Ewdokia Cydejko Anastazja Oleśkiewicz Łamanie Dariusz Ziach Copyright © by Anna Piątkowska i Katarzyna Pruszkowska-Sokalla Copyright © for this edition by Wydawnictwo Znak, Kraków 2020 ISBN 978-83-240-6041-2
Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37 Dział sprzedaży: tel. (12) 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl Wydanie I, 2020. Printed in EU
ŁU C JA JURCZAK
Opowiada: Łucja Jurczak, ur. 1925 Miejsce ukrywania: Międzyrzec Podlaski Uhonorowani ratujący: Szymon Nestorowicz (ojciec), Michalina Nestorowicz (matka), Stanisław Nestorowicz (brat), Łucja Jurczak z d. Nestorowicz Uratowani: Bela Sztein, Helena Sztein, Siepsiel Sztein i inni Rozmowę przeprowadziła Katarzyna Pruszkowska-Sokalla
P
rzed wojną połowa mojej klasy to byli Żydzi. Lubiliśmy się. Pamiętam, że niektórzy nie radzili sobie z nauką języka polskiego, a ja byłam słaba z matematyki. Dlatego kiedy nauczyciel nie widział, wymienialiśmy się zadaniami. Rozdzielaliśmy się tylko na lekcje religii. Do nas przychodził ksiądz, a do nich rabin. Ale większy kontakt z Żydami miałam dzięki letniskom, na które zamożni Żydzi przyjeżdżali z rodzinami do Jelnicy. Wtedy ta nasza Jelnica, oddalona o sześć kilometrów od Międzyrzeca Podlaskiego, była przepiękna. Z gęstym, cudnym lasem. Z rzeką, w której woda była tak czyściutka, że urządzono tam płatne kąpielisko. Dlatego latem w te okolice wybierało się wielu Żydów, zwłaszcza chorych, do których codziennie zaglądał lekarz.
Gdzie mieszkali letnicy? Jedni w domkach letniskowych, budowanych z sosny, bo tak życzyli sobie Żydzi. Inni wynajmowali pokoje w domach okolicznych mieszkańców. Wybierali najczęściej te z dostępem do werandy. Choć moja rodzina mieszkała pięć kilometrów dalej, także zdarzało nam się przyjmować letników. Szczególnie zapadł mi w pamięć jeden pobyt, chce pani posłuchać? Oczywiście. To był maj. Przyjechał do nas młody mężczyzna i powiedział, że chciałby wynająć nasz dom na lato. Postawił jednak warunek: dom musi być udostępniony w całości. To oznaczało, że nasza rodzina musiałaby się przenieść do stodoły. Ojciec jednak się zgodził. Po pierwsze, dlatego że mieliśmy spore długi. Rodzice zapożyczyli się w banku, żeby mieć pieniądze na kształcenie najstarszego brata, który skończył siedmioletnie seminarium nauczycielskie. A tamten Żyd zaoferował bardzo dobre pieniądze.
Łucja Jurczak współcześnie
Łucja Jurczak
Po drugie, nasz dom był już stary i niezbyt atrakcyjny dla letników, więc taka oferta mogła się nie powtórzyć. Tata liczył, że synowie postawią nowy, większy. Ale zaczęła się wojna i nigdy się tego nie doczekał. Kiedy nadeszły wakacje, przenieśliśmy najpotrzebniejsze sprzęty do stodoły i czekaliśmy na letników. W końcu nadjechali. Na olbrzymim wozie siedzieli rabin, rabinowa i dwunastu uczniów. Okazało się, że wynajęliśmy dom szkole rabinackiej. Na całe dwa miesiące? Tak. To byli bardzo wierzący ludzie, chłopcy całymi dniami modlili się na werandzie. Kiedy moja mama doiła krowę, zawsze przysiadał się do niej mały chłopak i pilnował, żeby mleko nie było strefione. Przychodził dzień w dzień, więc mój tata, który lubił dowcipkować, powiedział mu kiedyś, że źle pilnuje. „Stoisz tu i stoisz, a nie widzisz, że moja żona tak doi, że raz dostajesz mleko od krowy, a raz od klaczy”. Chłopak zaraz poleciał do rabinowej i się poskarżył, że gospodyni sprzedaje im mleko od konia. I ona uwierzyła! Mama musiała jej potem tłumaczyć, że tata sobie z tego chłopaka zażartował. Kto jak kto, ale żona rabina musiała przestrzegać zasad koszeru. Tak. Kiedy byli u nas, korzystaliśmy z kuchni, która stała na podwórku. Tata wziął deski i tak ją podzielił, że mama i pani rabinowa miały po dwa palniki. A mimo to często padało pytanie: „Ale na pewno chazeryna nie przejdzie przez ścianę i nie strefi naszego jedzenia?”. Mamę te lęki dziwiły, mówiła: „Myślałam, że pani już inaczej patrzy na życie”. Ale tak, to była żona rabina, musiała przestrzegać tych wszystkich zasad. Wierzyła, że dzięki temu Bóg chroni jej rodzinę. I może miała rację.
17
18
o s tat n i s p r aw i e d l i w i
Pewnego dnia była straszliwa burza, a te burze przedwojenne były gwałtowne i z piorunami kulistymi, które wpadały przez okna i powodowały pożary. Mama pobiegła więc pod dom i kazała rabinowej zamknąć okna. A ona powiedziała jej tak: „Pani gospodyni, tam gdzie jest nasz Bóg, tam nie będzie żadnej krzywdy. Proszę się nie bać”. I rzeczywiście, burza minęła, dom stał. A potem minęły i wakacje, uczniowie wrócili do domów. Przyjeżdżali jeszcze? Nie, rabina więcej nie przyjmowaliśmy, bo ich pobyt był zbyt uciążliwy. Nie dość, że nie mogliśmy wchodzić do domu, to jeszcze w szabat pół podwórka było poodgradzane sznurkiem od lasu. Ale najmowaliśmy innym. Lubili do nas przyjeżdżać, a w dowód sympatii na początku każdego szabatu posyłali przez polskie gosposie kieliszek spirytusu, kawałek chałki i porcję ryby po żydowsku. Pamięta pani, jak na letniskach Żydzi szykowali się do szabatu? Pewnie. Przygotowania zaczynały się w piątek rano, z każdego domku słychać było uderzenia tasaków. To gospodynie siekały szczupaki na rybę po żydowsku. Do dziś pamiętam lekko słodki smak tego dania, nigdy potem nie jadłam lepszej ryby. Kiedy w domach trwało gotowanie, na plac we wsi przychodził mężczyzna ubrany cały na czarno. Wyglądał jak ksiądz w sutannie, niósł ze sobą futeralik z ostrą brzytwą [szohet, rzezak rytualny – przyp. K.P.S.]. Te letniska skończyły się oczywiście razem z nadejściem Niemców. Co, jak mówił mój tata, jeden z letników przewidział. Jak? Był u nas na wakacjach piekarz. Bardzo lubił jeździć wozem, więc raz, kiedy tata miał jechać na łąkę po siano, powiedział: „Panie
Łucja Jurczak
gospodarz, ja tu sobie tak usiędę trochę na wozie, mogę?”. Tata się zgodził i pojechali. Przejeżdżali akurat obok kąpieliska, gdzie Żydówki i Żydzi kąpali się razem. A zgodnie z prawem religijnym nie powinni. Ten mężczyzna był bardzo wierzący, więc zaraz zasłonił sobie oczy i powiedział: „Panie gospodarz, nadejdą straszne czasy i to będzie kara od Boga za takie zachowania”. No i po roku rzeczywiście przyszła. Tata wiele razy wspominał tego piekarza, mówił: „I patrzcie, jak on to wszystko mógł przewidzieć?”. Czy to na letnisku poznała pani Belę? Tak, często przyjeżdżała z rodzicami i starszym bratem. Była w moim wieku, więc szybko się zaprzyjaźniłyśmy, zresztą nasi bracia również. Gdy tylko się w wakacje spotykali, od razu brali piłkę i lecieli grać. Ostatni raz widzieliśmy się latem 1938 roku, miałam wtedy trzynaście lat. Spodziewali się państwo, że nadchodzi wojna? O tym, że będzie, wiedzieliśmy od wiosny. Tata miał takie radio na słuchawki i stąd się dowiadywał. Poza tym brat, który był nauczycielem, dostał wezwanie i musiał pojechać na ćwiczenia wojskowe. Może więc innych ludzi nadejście wojny zaskoczyło, ale nas nie. Zaraz na początku zabrano z domu dwóch braci. Jeden poszedł walczyć, drugiego Niemcy wywieźli na roboty do Niemiec. W domu zostali rodzice, siostra Zosia, brat Franek i ja. Niedługo później dołączyła do nas druga siostra, Maria, która do Międzyrzeca przyszła pieszo z Warszawy [odległość między miejscowościami wynosi około stu dwudziestu czterech kilometrów – przyp. K.P.S.]. Jej narzeczony był wojskowym, zginął w trakcie działań wojennych. W drodze widziała straszne rzeczy. Na jej oczach Niemiec zastrzelił jej najlepszą przyjaciółkę. Chciał, żeby oddała
19
20
o s tat n i s p r aw i e d l i w i
mu złotą obrączkę, ta zaczęła na niego po polsku przeklinać, a nie wiedziała, że ją rozumie. Być może te przeżycia i wyczerpujący marsz sprawiły, że siostra zachorowała na zapalenie stawów. A że wtedy nie było mowy o porządnym leczeniu, choroba postępowała i zaatakowała serce. Kiedy się zorientowaliśmy, zabraliśmy ją do szpitala. Była cała opuchnięta, lekarze wypompowali z niej siedem litrów wody, kazali szykować się na najgorsze. Ale jakimś cudem Marysia przyszła do siebie. Jednak lekarz powiedział tacie, że to chwilowa poprawa i najdalej za miesiąc siostra umrze. Tak się stało. Jeszcze dzień przed śmiercią była na spacerze, podnosiła dzieciom zabawki, choć wiedziała, że nie może się schylać. W dniu śmierci, jak co rano, mama podała jej kubek z ciepłym mlekiem. Siostra wypiła dwa łyki, a potem kubek wypadł jej z rąk na podłogę. I było już po wszystkim. Miała trzydzieści pięć lat. Niedługo później zginął brat. Jak? Został zamordowany w Katyniu. Niedługo przed Bożym Naro dzeniem w 1940 roku przyszedł od niego ostatni list, nadany z Katynia. Prosił o paczkę i żeby pisać do niego tylko wtedy, kiedy przyśle list. Do niewoli trafił w 1940 roku w Równem. Już wtedy musiał przeczuwać, że jest w niebezpieczeństwie, bo dał innemu żołnierzowi z powiatu sokołowskiego list i prosił, żeby „w razie czego” znalazł moją bratową i jej go przekazał. Temu chłopakowi udało się uciec, mówił nam potem, że namawiał ich do tego sam dowódca: „Chłopcy, bierzcie żołd i który może, uciekajcie. Bo niewola w Rosji nie skończy się dobrze”. Dopiero wiosną 1943 roku Niemcy odkryli, co tam się stało. W gazecie podawane były dane ofiar i wśród nich znalazłyśmy brata. Nazwisko było lekko przekręcone, bo dokumenty były
Łucja Jurczak
często zniszczone czy poplamione krwią, ale imiona matki i ojca się zgadzały. Śmierć Józka była kolejnym ciosem dla naszej rodziny. Kiedy był dzieckiem, jego nauczycielka prosiła tatę, by posłał go dalej do szkoły, bo będzie ciężko pokutował, jeśli taki talent pójdzie na zmarnowanie. I rodzice się zgodzili. Co miesiąc płacili sześćdziesiąt pięć złotych za seminarium i dodatkowo za stancję, co dla gospodarzy małorolnych było sumą zawrotną. Później, kiedy brat zaczął pracę, był bardzo szanowanym nauczycielem. Ludzie przychodzili do niego ze wszystkimi problemami, na przykład z drobnymi urazami, które potrafił opatrzyć. Jedyne, na co się żalił, to wiejska niechęć do uczenia dzieci. Chłopi przychodzili do niego i mówili: „Panocku, a na co jemu szkoła, jak ja mam dużo pola”. Bardzo nad tym ubolewał. Pierwsze lata wojny zawsze będą kojarzyły mi się z tymi osobistymi stratami, z którymi moja rodzina nigdy się nie pogodziła. A później, cóż, trzeba było nauczyć się żyć w nowej rzeczywistości. Jak wojna zmieniła Jelnicę? Nie było już letnisk, bo Niemcy w domkach urządzili stajnie. Ubywało żydowskich znajomych, bo szybko zaczęły iść transporty do Treblinki. W pierwszych wywozili właścicieli okolicznych fabryk i zakładów, na przykład Altera Szejmela, właściciela Fabryki Maszyn Rolniczych, który bywał na letniskach. Przybywało za to Żydów z innych rejonów kraju [przed powstaniem warszwaskiego getta byli gromadzeni w części miasta zwanej Szmulowizną – przyp. K.P.S.] i w 1942 roku powstało getto w Międzyrzecu. Bela z rodziną tam trafiła? Tak, choć my nie mieliśmy o tym pojęcia. Przed wojną jej ojciec, pan Sztein, handlował futrami, nie tylko w Warszawie, ale, dzięki
21
22
o s tat n i s p r aw i e d l i w i
rozległym kontaktom, także w Nowym Jorku i Paryżu. Byli zamożni, bardzo dbali o edukację dzieci. Zatrudnili nawet polskie gosposie, jak mawiali, jedną do dzieci, drugą do kuchni – żeby Bela i jej brat umieli pięknie mówić po polsku. Bardzo im na tym zależało. Być może dlatego myśleliśmy, że jakoś sobie poradzili, dzięki znajomościom i pieniądzom wyjechali. Pewnego dnia przechodziłam obok getta i usłyszałam, że ktoś woła mnie po imieniu. Głos wydał mi się znajomy, więc odwróciłam się i zobaczyłam Belę. Zaczęłam wypytywać ją, jak trafiła do getta, z kim. Okazało się, że mieszka tam z rodzicami. Pytałam dalej, dlaczego nie próbowali się ratować, wykupić. Wiedziałam, że do getta przychodzili ludzie, którzy proponowali Żydom, że za pieniądze ich przechowają. O tym mówiło się głośno, nie robiono z tego tajemnicy. A ona powiedziała, że nie mają już tyle pieniędzy, bo jej brat oddał je Niemcom. W jakich okolicznościach? Pełta już od początku wojny miał polską kenkartę i często jeździł pociągiem do Warszawy, do znajomej. Był bardzo przystojny, nie miał rysów zdradzających pochodzenie, więc zawsze mu się udawało. Nie wiedział jednak, że od dłuższego czasu jest obserwowany. Niemieccy żandarmi złapali go na stacji, kiedy po raz ostatni przyjechał do Międzyrzeca po pieniądze. Powiedzieli, że jeśli wskaże im, gdzie rodzice schowali kosztowności, to darują mu życie. Ten biedny chłopak uwierzył, zabrał ich pod ścianę, w której zamurowane były jakieś pieniądze i złoto. Kiedy wyjął wszystko, zastrzelili go. Strasznie, strasznie to było naiwne… Pełta miał wtedy dziewiętnaście lat, mógł zostać już w tej Warszawie, uratować się. Ale ciągnęło go do rodziców, do Beli. Kiedy Bela mi to powiedziała, zrozumiałam, że jej położenie jest tragiczne. Tym bardziej że były już plotki o tym, że getto
Łucja Jurczak
będzie zlikwidowane, a reszta Żydów wywieziona do obozów. Bela też je słyszała, dlatego zapytała mnie: „Słuchaj, a nie znalazłoby się u was miejsce dla mnie?”. Obiecałam jej, że zapytam rodziców. Wróciłam do domu i od razu poszłam ich prosić. „Dziecko, widzisz, jak u nas jest ciężko” – mówili. Faktycznie, tata miał na utrzymaniu jeszcze moją dorosłą siostrę z małym dzieckiem, bo szwagier też trafił do niewoli. Oczywiście rozumiałam, ale rozpaczałam strasznie, bo wiedziałam, że bez naszej pomocy Bela zginie. Jak udało się pani przekonać rodziców? Myślę, że zgodzili się z miłości do mnie. Byłam ich najmłodszym dzieckiem, takim wykochanym. Najgorzej było z siostrą, bo się bała, że jak sprawa się wyda, Niemcy zabiją i Belę, i nas, i Józia. Czyli mojego siostrzeńca, który miał wtedy dwa latka. Jednak w końcu wszyscy się zgodzili i mogłam pójść po Belę do getta. Jak zorganizowałyście ucieczkę? To była niedziela, więc najpierw poszłam do kościoła. Bo jestem wierząca i zapamiętałam ulubione zdanie mamy: „bez Boga ani do proga”. No a później pod getto. Żydowscy policjanci, którzy pilnowali porządku, byli kolegami mojego brata z letnisk. To byli fajni chłopcy, chcieli pomóc Beli i powiedzieli jej, że jeśli w pobliżu nie będzie żandarmów niemieckich, przymkną oko na ucieczkę. Jak obiecali, tak zrobili. Bela wyszła. Jednak żeby dojść do mojego domu, musiałyśmy przejść przez całą wieś i minąć kościół. Akurat wtedy zauważyły nas jakieś kobiety i zaczęły głośno mówić: „O, patrzcie, jakieś Żydówki z getta uciekają”. Zrobiło się groźnie, ale uratowała nas burza. Zaczęło tak przeraźliwie padać, że ludzie pochowali się w domach, ulice opustoszały, a my szczęśliwie dotarłyśmy do domu.
23
24
o s tat n i s p r aw i e d l i w i
Dwa miesiące później getto zostało zlikwidowane [17 lipca 1943 roku – przyp. K.P.S.]. Wszyscy Żydzi i jedna Polka, która weszła do środka, żeby pohandlować, zostali zabrani pod las, na stary kirkut [cmentarz żydowski – przyp. K.P.S.] i wystrzelani. Zginęli też ci chłopcy, którzy nam pomogli. Jeden miał na imię Kuba. Wiem, że można o nich źle myśleć, bo współpracowali z Niemcami, ale oni robili to, żeby przeżyć. Łudzili się, że im się uda. Po egzekucji ściągnięto ze wsi gospodarzy, którzy mieli rozbierać ciała pomordowanych i szukać kosztowności. Żandarmi uprzedzili ich zaraz, że za próbę wyniesienia czegokolwiek, choćby grzebyka, jest kara śmierci. Jak wyglądała codzienność, kiedy mieszkała z wami Bela? Na początku nie było źle, bo przez pierwsze dwa miesiące Bela mieszkała ze mną w pokoju. Ale później Niemcy zorientowali się, że im Żydzi z getta pouciekali, i zaczęły się nocne rewizje. Bela miała co prawda kenkartę, którą kupiła w getcie, ale słabiutką, warszawską. Wpisali jej, że jest studentką, a ona nijak nie wyglądała na studentkę. Dlatego tata zrobił jej kryjówkę w stodole. Nocami w niej spała, a za dnia ukrywała się w polu, bo lato było ciepłe. Tata był gospodarzem. Czy mimo to bardzo doskwierał wam głód? O tak. Mieliśmy pole, ale kontyngenty dla Niemców były tak wysokie, że nam niewiele zostawało. W domu mieszkało przecież wtedy sześć dorosłych osób i mały Józio, który musiał mieć do jedzenia coś lepszego. Dlatego, żeby odciążyć rodziców, zaczęłam robić na zamówienie na drutach. Ludzie dostarczali mi włóczkę, a ja dziergałam im, co sobie zażyczyli – swetry, spódnice. Jeśli zgłaszał się do mnie ktoś ze wsi, jako zapłatę brałam zboże.
Łucja Jurczak
Jakoś sobie radziliśmy, ale im bliżej było jesieni, tym częściej martwiliśmy się, co będzie dalej z Belą. W stodole robiło się coraz zimniej, zwłaszcza nocami. Wiedzieliśmy, że zimą nie będzie mogła się tam ukrywać, ale Niemcy dalej nie dawali nam spokoju, więc i do domu wrócić nie mogła. Z pomocą przyszedł wtedy mój brat. Ten, który wyjechał do Niemiec? Tak, był wojskowym, trafił do obozu w Niemczech, gdzie przebywało około dwóch tysięcy żołnierzy różnej narodowości. Wykombinował tam, że zgłosi się do Arbeitsamtu jako szewc. Co prawda nigdy szewcem nie był, ale tata jego kolegi miał przed wojną zakład szewski i Staszek coś tam podłapał. Niemcy nie sprawdzili, czy rzeczywiście coś umie, tylko chętnie się zgodzili, tym bardziej że świetnie mówił po niemiecku. Tak trafił do domu naprawdę porządnego Niemca. Mówił, że ten człowiek traktował go niemal jak członka rodziny, mimo że jego starszy syn był gestapowcem, który szczególnie nienawidził Polaków. Zgrzytał ze złości zębami, bo gospodarz postanowił, że Staszek będzie jadł posiłki z całą rodziną, jak równy z równym. W domu był też drugi syn, siedemnastoletni, który został zabrany do wojska, kiedy nie było już komu walczyć z ruskimi. Trzy miesiące później przyszła wiadomość, że zginął. W domu zapanowała straszliwa rozpacz, bo to było ich ukochane dziecko. Brat wtedy wspomniał, że nie widział swoich rodziców od czterech lat. Jak ten Niemiec to usłyszał, zaraz wystarał się o urlop i dzięki niemu po kilku latach wreszcie zobaczyliśmy Staszka. W jaki sposób brat pomógł Beli? We wrześniu 1943 roku zabrał ją ze sobą do Niemiec. Ta jej kenkarta była słaba, ale postanowił zaryzykować, bo naprawdę
25
26
o s tat n i s p r aw i e d l i w i
nie było innego wyjścia. W Międzyrzecu przekonał urzędnika w Arbeitsamcie, że Bella to jego narzeczona, i tak zdobył pozwolenie na pracę. Mama kupiła Beli nową sukienkę, żeby nie wyróżniała się wśród podróżnych, i pojechali. Pamiętam, jak brat instruował ją przed samą podróżą, że ma absolutnie nie mówić po niemiecku, bo ma akcent i ludzie natychmiast się zorientują, że jest Żydówką. I co zrobiła po wejściu do pociągu? Poprosiła jakiegoś Niemca o gazetę! Oczywiście zaraz się domyślił, z kim ma do czynienia, ale że był młody, brat uprosił go, żeby dał Beli spokój. Kiedy dojechali do miasteczka, brat przedstawił Belę jako swoją narzeczoną. Koledzy szybko się zorientowali i zaczęli mu dokuczać: „Stachu, nie czaruj, tyś tu przywiózł Żydówkę”. To nie byli sprawdzeni ludzie, nie było wiadomo, czy dochowają tajemnicy, czy nie doniosą. Dlatego brat wystarał się w Arbeits amcie o pracę dla Beli. Zależało mu na tym, żeby poszła na wieś. Akurat pewna gospodyni, której mąż zginął na wojnie, szukała niani do ósemki swoich dzieci, więc Bela od razu do niej trafiła. Na odchodne brat jeszcze raz ją prosił, żeby udawała, że dopiero uczy się mówić po niemiecku, bo będzie wpadka. Tym razem posłuchała? Tego nie wiem, ale na pewno nie posłuchała Staszka w innej kwestii. Ona tam cały czas występowała jako jego narzeczona, więc ustalili, że nie będzie się z nikim spotykała. Nie minęło kilka tygodni, a gospodyni już mu doniosła, że Bela zdradza go z jakimś polskim chłopakiem. Brat wymyślił na poczekaniu jakąś wymówkę i po raz kolejny uratował Beli skórę. Kiedy Bela wyjechała, odetchnęliście? Tak, ale nie na długo. Pewnej nocy usłyszeliśmy pukanie do drzwi. Tata poszedł otworzyć, a na progu stali rodzice Beli. „Ratujcie
Łucja Jurczak
nas” – prosili. Okazało się, że przeżyli likwidację getta, ale nie mieli dokąd pójść. My nie mieliśmy ani warunków lokalowych, żeby przechowywać dwie osoby, ani pieniędzy na ich utrzymanie. Wiedzieliśmy jednak, że jest w okolicy mężczyzna, który ukrywa Żydów, jeśli mogą zapłacić za swoje utrzymanie. Okazało się, że państwu Szteinom zostały jakieś pieniądze, więc postanowiliśmy, że spróbujemy ich tam ulokować. Żeby mieć pewność, że się uda, tata wymyślił podstęp. Kazał Szteinom podejść pod dom tego mężczyzny i powiedzieć, że przysłał ich pan Nestorowicz. Chodziło o to, żeby się domyślił, że wiemy o jego ukrywaniu, i przyjął też naszych znajomych. Choćby nawet ze strachu, że jak nie przyjmie, to na niego doniesiemy. Widzi pani, do takich sposobów musieliśmy się posuwać, żeby mieć pewność, że rodzice Beli znajdą jakiś bezpieczny kąt. Udało się? Tak, przyjął ich nawet chętnie, ale oczywiście musieli płacić za swoje wyżywienie. Wtedy w lesie ukrywało się już sześć osób, razem ze Szteinami była ich ósemka. Jak wyglądała leśna kryjówka? To była głęboka dziura zasłonięta krzakami. Podobno do mas kowania najlepiej służyły gałęzie jałowca, oczywiście musiały być stale wymieniane, żeby były zielone. Na dole jamy mieli jakąś wyściółkę, żeby było cieplej. Ale powtarzam tylko to, co słyszałam, bo nigdy tam nie byłam. Wiem, że takie kryjówki były trzy, bo po lasach chodzili rozmaici ludzie, także Polacy, którzy węszyli za Żydami. Dlatego ukrywających się trzeba było przenosić z miejsca na miejsce. Szteinowie ukrywali się w lesie, ale co drugi dzień, wieczorem, przychodzili do nas „na herbatę”, żeby się ogrzać i zjeść coś
27
28
o s tat n i s p r aw i e d l i w i
ciepłego. Tata nie lubił tych wizyt, bo słyszał, jak sąsiedzi gadają, że „do kogoś tu Żydzi chodzą”, i węszą do kogo. Ale mama tłumaczyła, że nie możemy ich zostawić, że oni cały dzień czekają na ten talerz zupy. Zresztą mama nie gotowała tylko im, tylko posyłała do kryjówki całe garnki, żeby wszyscy zjedli. Franek podawał im tam też do kryjówki cebulę, masło, czosnek – co było – żeby zjedli coś pożywnego. Bo mimo że ci Żydzi płacili za wyżywienie, z jedzeniem było ciężko. Zimą nic nie rosło, więc gospodarze niechętnie sprzedawali swoje zapasy. Żeby coś kupić, trzeba było chodzić do miasta. Rodzice znali innych Żydów, którzy ukrywali się w lesie? Tak. Jeden pan przyszedł kiedyś do taty, bo okrutnie zranił sobie nogę. Było ryzyko zakażenia, bo przecież oni się ukrywali w strasznych warunkach. Mieliśmy przed wojną znajomego aptekarza, tata posłał więc do niego moją siostrę. Powiedziała, że potrzebuje maści, ale chory nie może pójść do lekarza, więc nie ma recepty. Znajomy się domyślił, o jakiego chorego chodzi, a że przed wojną farmaceuci robili większość leków samodzielnie, ukręcił odpowiednią maść i dał siostrze. Zastrzegł tylko, że nie chce mieć z tego powodu problemów. Maść pomogła? Tak, wszystko skończyło się dobrze. Ten pan miał duże szczęście, bo nie tylko sam ocalał, ale wojnę przeżyła także jego żona. Miała kenkartę i mieszkała u Polaków, tak się złożyło, że bardzo wierzących ludzi, którzy wymagali, żeby chodziła z nimi do kościoła. Nie tylko na msze, ale także do komunii świętej. Nie wiedziała, co robić, poszła więc do spowiedzi i powiedziała wszystko księdzu: kim jest, jaką ma sytuację. On jej doradził, że może się modlić do swojego Boga, a komunię przyjąć, bo inaczej czeka
Łucja Jurczak
ją śmierć. Mimo to nieustannie drżała o swoje życie, bo do jej gospodarza przychodził na obiady żandarm Franek, który ciągle ich pytał: „Po coście sobie Żydówkę zatrudnili?”. Oni zaprzeczali, mówili, że ona do kościoła chodzi, modli się, papiery ma. A on na to, że papierom nie ufa, a jak będzie miał chęć, to przyjdzie i ją zbije. Skończyło się tak, że kiedy przychodził na obiady, gos podyni dla świętego spokoju chowała tę kobietę i mówiła, że wyszła. Franek to był drań jakich mało, a na dodatek bezbłędnie rozpoznawał Żydów. Pytała pani, jak zmienił się Międzyrzec. Pojawiło się w nim okrucieństwo. Ten Franek, Niemiec, pochodził z Międzyrzeca, więc pięknie mówił po polsku. Ale strasznie nienawidził ludzi. Słynął z tego, że w getcie wybierał sobie dziewczynki, kazał im śpiewać, a kiedy kończyły, strzelał do nich ze słowami: „No, teraz mogę spokojnie zjeść sobie śniadanie”. Kiedyś mijałam go na ulicy, uśmiechnął się do mnie, tak zimno, a ja ze strachu uśmiech odwzajemniłam. Na to podszedł do starszego człowieka, który akurat przechodził, i kopnął go tak, że tamten się przewrócił. Bez powodu, chyba tylko po to, żeby mnie przerazić. Muszę powiedzieć, że to był piękny człowiek, bardzo przystojny. Ale kompletnie oszalały w swoim okrucieństwie. Wziął sobie polską gosposię, bo lubił polską kuchnię, i ona mówiła, że zawsze, kiedy spóźnia się na śniadanie, wie już, że on tam gdzieś znęca się nad ludźmi. Akowcy ciągle szykowali na niego zasadzki, przez całe pięć lat. Ale zawsze wychodził z nich cało. Kpił sobie z ataków, chyba jednak obawiał się o życie, bo wzdłuż drogi, którą jeździł, kazał wyciąć wszystkie drzewa na pięć metrów w pole. W końcu jednak dosięgła go sprawiedliwość. Żołnierze z AK złapali go pod koniec wojny, kiedy w pośpiechu próbował opuścić Międzyrzec.
29
30
o s tat n i s p r aw i e d l i w i
Jak potoczyły się losy ludzi z kryjówki? Wszyscy przeżyli wojnę. Czasem myślę o tym, w jakich warunkach żyli ci ludzie, i uważam to, że ocaleli, za cud. Mimo zimna, głodu, chorób. Jedynym człowiekiem, który zginął, był ten ukrywający ich mężczyzna. Został zamordowany zaraz po wojnie, sprawców nigdy nie ujęto. Ludzie gadali, że skoro ukrywał Żydów, to dorobił się złota. Bandyci po to złoto poszli, a jak nie znaleźli, bo i skąd on miał je niby mieć, to go ze złości zabili. Co po wojnie stało się z Belą i jej rodzicami? Jeszcze w Niemczech Bela wyszła za tego Polaka, który do niej przychodził. Spodziewała się już dziecka, więc mój brat pytał go: „No i co teraz? Jakie masz plany?”. On na to mówił, że nie wie, bo Bela jest Żydówką. A Staszek na to: „No moment, a tyś wcześniej nie wiedział, że to Żydówka?”. I tak doszło do ślubu, niedługo później urodził im się synek. Matka Beli miała o ten związek ogromny żal do mojego brata, bo mąż Beli od początku nie przypadł jej do gustu. Gdyby to brat się z nią ożenił, zrozumiałaby. A tak wypominała, że jej w tych Niemczech nie upilnował, mimo że Bela robiła tam, co chciała. Potem sprzedali domy, bo mieli kilka nieruchomości w Międzyrzecu, i wyjechali do Paryża. Chcieli otworzyć tam restaurację. Wtedy nasz kontakt się urwał. A jak wyglądało po wojnie pani życie? Zaraz po wojnie wyszłam za mąż za chłopaka, którego poznałam podczas wojny. Kiedy poszliśmy dać na zapowiedzi, ksiądz za głowę się łapał, jak myśmy się znaleźli, skoro dzieliło nas ponad trzysta kilometrów. Bo gdzie Międzyrzec, a gdzie Bełżec.
SPIS TREŚCI Sprawiedliwi. Historia dla dorosłych, Michał Okoński . ................
7
Łucja Jurczak...................................................................................
13
Józef Walaszczyk . ...........................................................................
39
Maria Nowak..................................................................................
69
Władysław Misiuna.........................................................................
91
Irena Senderska-Rzońca................................................................. 113 Anna Stupnicka-Bando................................................................... 135 Witold Lisowski............................................................................... 157 Zbigniew Mańkowski..................................................................... 189 Alicja Schnepf ................................................................................. 217 Janina Garbień . .............................................................................. 245 Jadwiga Przybylska-Wolf . .............................................................. 271 Mirosława Gruszczyńska ............................................................... 289 Janina Rościszewska ....................................................................... 313 Rudolf Kosiba ................................................................................. 343 Eugeniusz Janczarski . .................................................................... 357 Leszek Mikołajków......................................................................... 385 Jadwiga Smolińska, Cecylia Dębska i Józef Maliński.................... 403 Tadeusz Stankiewicz . ..................................................................... 425 Józef Jarosz...................................................................................... 453 Anna Grygiel-Huryn . .................................................................... 473 Teresa Dietrich................................................................................ 485 Podziękowania . .............................................................................. 505 Spis źródeł ilustracji........................................................................ 507