r i c k
y a n c e y
piata fala Ostat n i a gwiazda
tłumaczenie m a r i a B o r z o B o h ata - S a w i c k a
K r a KĂł w 2 0 16
Tytuł oryginału: The Last Star Copyright © 2016 by Rick Yancey Copyright © for the translation by Maria Borzobohata-Sawicka Opieka redakcyjna: Agnieszka Urbanowska Opracowanie typograficzne książki: Daniel Malak Adiustacja, korekta i łamanie: Wydawnictwo PLUS Projekt okładki: Eliza Luty Fotografia na okładce: © iStockphoto.com / efks ISBN 978-83-7515-206-7
www.moondrive.pl Dystrybucja: SIW Znak. Zapraszamy na www.znak.com.pl
Dla Sandy Nowy początek po końcu świata
„Nie rozpaczajcie, choć pośród najciemniejszej nocy gaśnie ostatnia gwiazda nadziei”. Christoph Martin Wieland
Dziewczynka, która umiała latać
Dawno temu, jako dziesięcioletni chłopiec, jej ojciec wsiadł do dużego żółtego autobusu i pojechał do planetarium. Tam sklepienie rozprysło się na milion połyskliwych odłamków światła. Chłopiec rozdziawił usta w zdumieniu, a jego małe palce zacisnęły się na krawędzi drewnianej ławki. Nad jego głową wirowały punkciki białego ognia, tak nieskalane jak w dniu, w którym Ziemia narodziła się jako osmolona, dziobata kula – przeciętna planeta orbitująca wokół przeciętnej gwiazdy na obrzeżach przeciętnej galaktyki w nieskończonym wszechświecie. Wielki Wóz. Orion. Wielka Niedźwiedzica. Monotonna pogadanka astronoma. Dzieci podniosły twarze – ich usta były rozchylone, a oczy bez mrugnięcia spoglądały w sufit. Pod bezmiarem tego sztucznego nieba chłopiec czuł się niebywale mały. Miał zapamiętać ten dzień do końca życia. Wiele lat później, kiedy jego córka była malutka, biegła do niego na tłuściutkich nóżkach, a gdy silne ramiona unosiły ją w górę, jej oczy błyszczały w radosnym oczekiwaniu. „Tatuś! Tatuś!”, wołała, rozcapierzając pulchne paluszki i wyciągając ręce do niego, do nieba. 9
Rzucała się naprzód w nieustraszonym skoku w pustkę, ponieważ był nie tylko jej ojcem... Był jej tatusiem. Wiedziała, że ją złapie. Że nie pozwoli jej upaść. „Leć, tatusiu! Leć!”, wołała. I frunęła w górę, szybując w stronę bezkresu nieba, rozwierając ramiona, by objąć nieskończoność. Odchylała głowę i mknęła tam, gdzie spotykają się groza i zdumienie. Jej piski odzwierciedlały czystą radość płynącą z poczucia, że jest lekka i wolna, że jest bezpieczna w jego ramionach, że żyje. Cassiopeia. Od czasu tamtej wycieczki do planetarium, choć jej życie miało się zacząć dopiero piętnaście lat później, nie miał wątpliwości co do tego, jakie nada jej imię.
1
Posiedzę z Tobą „Oto ciało moje”. W najniższej komorze jaskini ksiądz unosi ostatnią hostię – jego zapas się wyczerpał – ku formacjom, które kojarzą mu się z zastygłą w połowie ryku paszczą smoka. Nacieki połyskują w świetle lampy na żółto i czerwono niczym kły. Tragedia boskiej ofiary w zasięgu jego dłoni. „Bierzcie i jedzcie z tego wszyscy...” Następnie kielich z ostatnimi kroplami wina. „Bierzcie i pijcie z niego wszyscy...” Północ pod koniec listopada. W głębokich jaskiniach garstka ocalałych znajdzie ciepło i schronienie, a zapasy pozwolą im przetrwać do wiosny. Od miesięcy zaraza nikogo nie zabiła. Wydaje się, że najgorsze minęło. Są tu bezpieczni, całkowicie bezpieczni. „Wyznając Twoją miłość i miłosierdzie, spożywam Twoje ciało i piję Twoją krew...” Jego szept niesie się echem w głąb jaskini. Słowa wspinają się po gładkich ścianach i prześlizgują wąskimi korytarzami w kierunku wyższych komór, gdzie podobni jemu uciekinierzy zapadli w niespokojny sen. 11
„Niech ten czyn nie skazuje mnie na potępienie, ale uzdrowi mój umysł i moje ciało”. Nie ma już chleba ani wina. To jego ostatnia komunia. „Ciało Chrystusa niech mnie strzeże na życie wieczne”. Czerstwy kawałek chleba mięknie mu na języku. „Krew Chrystusa niech mnie strzeże na życie wieczne”. Skwaśniałe wino piecze go w gardło. Bóg w jego ustach. Bóg w pustym żołądku. Ksiądz szlocha. Wlewa do kielicha kilka kropel wody. Jego dłoń drży. Pije drogocenną krew zmieszaną z wodą, po czym wyciera kielich do czysta puryfikaterzem. Skończone. Wieczna ofiara została spełniona. Dotyka policzków tym samym płóciennym ręczniczkiem, którym wyczyścił kielich. Łzy człowieka i krew Boga, nierozłączne. Nie ma w tym nic nowego. Wyciera patenę, po czym wtyka puryfikaterz do kielicha i odstawia go na bok. Ściąga z szyi zieloną stułę, ostrożnie ją składa i całuje. Uwielbiał każdy aspekt bycia księdzem. A najbardziej kochał odprawiać mszę. Jego wilgotna od potu i łez koloratka zwisa luźno wokół szyi – schudł siedem kilogramów, odkąd nadeszła zaraza i odkąd porzucił swoją parafię, żeby pokonać ciągnącą się przez setki kilometrów drogę do jaskiń na północ od Urbany. W podróży dołączyło do niego wielu wyznawców – w sumie ponad pięćdziesięciu, choć trzydzieścioro dwoje zmarło od infekcji przed dotarciem do celu. Kiedy stawali przed obliczem śmierci, wypowiadał rytualne słowa – nie miało znaczenia to, czy konający był katolikiem, protestantem czy żydem. „Niech Pan w swoim nieskończonym miłosierdziu wspomoże ciebie łaską Ducha Świętego...” Znaczył rozpalone czoła kciukiem, kreśląc na nich znak krzyża. „Pan, który odpuszcza ci grzechy, niech cię wybawi i łaskawie podźwignie...” Krew, która sączyła się z ich oczu, mieszała się z olejem, który wcierał im w powieki, a nad polami unosił się dym, opadał na lasy i pokrywał drogi jak lód skuwający ospałe rzeki w środku zimy. Pożary w Columbus. Pożary w Springfield i Dayton. W Huber 12
Heights i London, i Fairborn. We Franklin, w Middletown i Xenii. Wieczorami światło bijące z tysiąca ognisk nadawało dymowi ciemnopomarańczowy odcień, a niebo zniżało się, by zawisnąć kilka centymetrów nad ich głowami. Ksiądz przedzierał się przez tlący się krajobraz, powłócząc nogami, z wyciągniętą ręką, a drugą przyciskając szmatkę do nosa i ust, podczas gdy po policzkach spływały mu łzy sprzeciwu. Pod jego połamanymi paznokciami gromadziła się zaschnięta krew, zbierała się też w liniach znaczących jego dłonie i na podeszwach butów. „Już niedaleko – podnosił na duchu swoich towarzyszy. – Nie zatrzymujcie się”. Po drodze ktoś przezwał go Ojcem Mojżeszem, ponieważ wyprowadzał ludzi z ognia i ciemności dymu ku ziemi obiecanej, którą tworzyły „Najbarwniejsze jaskinie w całym Ohio!”. Na miejscu czekali na nich oczywiście inni. Ksiądz się tego spodziewał. Jaskinia nie płonie. Opiera się czynnikom atmosferycznym. A najlepsze jest to, że łatwo ją obronić. Oprócz baz wojskowych i budynków rządowych jaskinie były najpopularniejszym schronieniem przed Przybyszami. Zgromadzono zapasy, wodę oraz niepsujące się produkty, koce, bandaże i lekarstwa. Oczywiście zebrano też broń. Karabiny, pistolety, strzelby i mnóstwo noży. Chorych poddano kwarantannie w budynku informacji turystycznej nad ziemią, układając ich na łóżkach polowych wzdłuż półek sklepiku z pamiątkami, a ksiądz codziennie ich odwiedzał, rozmawiał i modlił się z nimi, wysłuchiwał spowiedzi, rozdawał komunię i szeptał słowa, które pragnęli usłyszeć: „Per sacrosancta humanae reparationis mysteria...” Przez święte misterium ludzkiego odkupienia... Jeszcze setki miały umrzeć, zanim umieranie dobiegło końca. Na południe od budynku informacji turystycznej wykopali dół szeroki na trzy metry i głęboki na dziesięć metrów, żeby spalić zwłoki. Ogień tlił się dzień i noc, a odór zwęglonych ciał stale unosił się wokół, tak że prawie przestano go zauważać. Listopadowa noc, w najniższej komorze podnosi się ksiądz. Choć nie jest wysoki, musi się zgarbić, żeby nie uderzyć głową 13
w sufit lub w jeden z kamiennych zębów, którymi najeżone jest podniebienie smoczej paszczy. „Ofiara spełniona. Idźcie w pokoju Chrystusa”. Zostawia kielich i puryfikaterz, patenę oraz stułę. To teraz relikty, artefakty z epoki, która odchodzi w przeszłość z prędkością światła. „Zamieszkiwaliśmy jaskinie na początku – myśli ksiądz, wspinając się na górę – i do jaskiń powróciliśmy”. Nawet najdłuższa podróż odbywa się po okręgu, a historia zawsze zatoczy koło do miejsca, gdzie wszystko się zaczęło. Podobnie jak zapisano w mszale: „Prochem jesteś i w proch się obrócisz”. Ksiądz wznosi się niczym nurek płynący w stronę migoczącej nad wodą kopuły nieba. Dno wąskiego korytarza, który wije się łagodnie w górę pomiędzy kamiennymi ścianami, jest gładkie jak tory na kręgielni. Zaledwie kilka miesięcy wcześniej maszerowały tędy gęsiego wycieczki szkolne – dzieci przesuwały palcami po skalnych ścianach i w zacienionych szczelinach szukały potworów. Były jeszcze na tyle małe, by wierzyć w ich istnienie. Ksiądz powstaje jak lewiatan z mrocznej otchłani. Droga na powierzchnię prowadzi obok Tapczanu Jaskiniowca oraz Kryształowego Króla do Dużego Pokoju, głównego pomieszczenia zajmowanego przez uciekinierów, a w końcu do Pałacu Bogów, jego ulubionej części jaskiń, gdzie krystaliczne formacje migoczą jak zamarznięte odłamki księżycowego światła, a sklepienie faluje zmysłowo niczym morskie bałwany rozbryzgujące się o brzeg. W tym miejscu, tuż pod powierzchnią, powietrze się rozrzedza, staje się bardziej suche, przesycone dymem pożarów. Płomienie wciąż trawią świat, który ukryci tu ludzie zostawili za sobą. „Panie, pobłogosław popiół, który przypomina nam, iż jesteśmy prochem”. Po głowie krążą mu strzępki modlitw. Urywki pieśni. Litanie i błogosławieństwa oraz słowa rozgrzeszenia. „Bóg niech ci udzieli przebaczenia i pokoju, i ja odpuszczam tobie grzechy...” A także 14
fragmenty Biblii: „Do posad gór zstąpiłem, zawory ziemi zostały poza mną na zawsze”*. Kadzidło palące się w trybularzu. Łagodne, wiosenne światło rozszczepione przez witraż. Ławki skrzypiące w niedzielę niczym skorupa starożytnego okrętu na pełnym morzu. Dostojna miara pór roku – kalendarza, zgodnie z którym od niemowlęctwa płynęło jego życie. Adwent, Boże Narodzenie, Wielki Post, Wielkanoc. Zdaje sobie sprawę z tego, że lubił w nich nie to, co trzeba – rytuały i tradycje, celebrę i bufonadę, za które osoby postronne winiły Kościół. Uwielbiał formę, a nie istotę. Chleb, a nie Ciało. Nie oznaczało to jednak, że był złym kapłanem. Był cichy i skromny, i wierny swojemu powołaniu. Lubił pomagać ludziom. Nigdy dotąd nie czuł się tak spełniony jak w czasie tych kilku tygodni w jaskini. Cierpienie sprowadza Boga do jego naturalnego domu, do żłobu przerażenia i zamętu, bólu i utraty, gdzie sam się narodził. „Wystarczy odwrócić monetę cierpienia – myśli ksiądz – by ujrzeć Jego twarz”. Wartownik siedzi tuż obok wejścia nad Pałacem Bogów, a jego krzepka sylwetka odcina się na tle gwiazd. Silny północny wiatr zwiastujący zimę oczyścił niebo. Mężczyzna ma naciągniętą na czoło bejsbolówkę i znoszoną skórzaną kurtkę. W dłoniach trzyma lornetkę, a na jego kolanach spoczywa karabin. Wita księdza skinieniem głowy. – Gdzie twój płaszcz, ojcze? Noc jest zimna. Ksiądz uśmiecha się blado. – Obawiam się, że pożyczyłem go Agacie. Mężczyzna chrząka ze zrozumieniem. Agatha to największa maruda w grupie. Zawsze jej zimno. Zawsze głodna. Zawsze c o ś. Wartownik podnosi lornetkę do oczu i uważnie obserwuje niebo. – Widziałeś jeszcze jakiś? – pyta ksiądz. * Jon 2, 7. Wszystkie cytaty biblijne za: Biblia Tysiąclecia, wyd. 5 na nowo oprac. i popr., Poznań 2012 (wszystkie przypisy pochodzą od tłum.).
15
Pierwszy srebrnoszary, podłużny jak cygaro obiekt zauważyli tydzień wcześniej. Przez kilka minut wisiał nieruchomo nad jaskiniami, po czym bezdźwięcznie wzbił się w górę i zniknął, zostawiając po sobie drobną bliznę w bezkresie nieba. Kolejny (a może ten sam) pojawił się dwa dni później. Sunął ponad nimi bezgłośnie, aż zniknął za horyzontem. Mieszkańcy jaskini nie mieli wątpliwości co do pochodzenia tych statków – wiedzieli, że nie są ziemskie. Tym, co ich przerażało, była zagadka ich przeznaczenia. Mężczyzna opuszcza lornetkę i pociera oczy. – Co tam, ojcze? Nie możesz zasnąć? – Ostatnio niewiele sypiam – odpowiada ksiądz, po czym dodaje: – Jest tyle do zrobienia. – Nie chce, by mężczyzna pomyślał, że narzeka. – W okopach nie ma ateistów. – Banalne stwierdzenie zawisa w powietrzu jak zapach zjełczałego tłuszczu. – Ani w jaskiniach – mówi ksiądz. Odkąd się spotkali, kapłan próbował lepiej poznać mężczyznę, on jednak przypomina zatrzaśnięty pokój o drzwiach zaryglowanych gniewem, smutkiem i rozpaczliwym strachem skazańca, którego dni są policzone. Przez wiele miesięcy nie mają jak od tego uciec ani jak się przed tym schować. Niektórzy uważają śmierć za akuszerkę wiary. Inni za jej oprawcę. Z kieszeni na piersi mężczyzna wyciąga paczkę gumy do żucia, ostrożnie odwija listek i wtyka go do ust. Przelicza pozostałe listki, po czym wsuwa paczkę z powrotem do kieszeni. Nie częstuje księdza. – To moja ostatnia paczka – wyjaśnia. Poprawia się na zimnym kamieniu. – Rozumiem – odpowiada ksiądz. – Czyżby? – Żuchwa przeżuwającego mężczyzny porusza się w hipnotycznym rytmie. – Naprawdę ksiądz rozumie? Suchy chleb, skwaśniałe wino. Na języku wciąż czuje ich smak. Mógł połamać chleb i rozdzielić wino. Nie musiał celebrować mszy w samotności. 16
– Wierzę, że tak – potwierdza ksiądz. – Ja nie – cedzi mężczyzna powoli i wyraźnie. – Ja w nic nie wierzę. Ksiądz się rumieni. Jego łagodny, zażenowany śmiech przypomina tupot dziecięcych stóp na schodach. Nerwowo muska koloratkę. – Kiedy wysiadł prąd, wierzyłem, że wróci – mówi wartownik. – Wszyscy w to wierzyli. Prąd wysiada, a potem pojawia się z powrotem. To wiara, prawda? – Przeżuwał gumę, przesuwając zieloną masę językiem w tę i z powrotem. – Potem przedostają się wiadomości, że wybrzeży już nie ma, a Reno to teraz fantastyczna miejscowość nadmorska. Wielki mi problem. Co z tego? Zdarzały się już trzęsienia ziemi. I tsunami. Komu potrzebny Nowy Jork? Co takiego wyjątkowego jest w Kalifornii? Odbijemy się od dna. Zawsze udawało nam się od niego odbić. Wierzyłem w to. Wartownik kiwa głową, wpatrując się w nocne niebo i jarzące się zimnym blaskiem gwiazdy. Oczy spoglądają wysoko, głos przemawia nisko. – Potem ludzie zaczęli chorować. Antybiotyki. Kwarantanny. Środki dezynfekujące. Zakładaliśmy maski i szorowaliśmy dłonie aż do krwi. A większość z nas i tak umarła. Mężczyzna z karabinem patrzy w gwiazdy, jak gdyby sądził, że oderwą się z czarnego sklepienia i spadną na Ziemię. Dlaczego nie miałoby się tak stać? – Moi sąsiedzi. Przyjaciele. Żona i dzieci. Wiedziałem, że przecież nie wszyscy umrą. Czy to możliwe? Niektórzy się rozchorują, ale większość ocaleje, a reszta wyzdrowieje, prawda? To wiara. W to właśnie wierzyliśmy. Wartownik wyciąga z buta wielki nóż myśliwski i czubkiem ostrza zaczyna wydłubywać brud zza paznokci. – To właśnie jest wiara: dorastasz, idziesz do szkoły, znajdujesz pracę, bierzesz ślub, zakładasz rodzinę. Kończy pracować nad jedną dłonią i przechodzi do drugiej. Każdy paznokieć to rytuał przejścia. 17