Skip to main content

Rick Yancey, "Piąta fala. Bezkresne morze"

Page 1

Tytuł oryginału: The Infinite Sea Copyright © 2014 by Rick Yancey Copyright © for the translation by Marcin Wróbel Projekt okładki: Eliza Luty Fotografia miasta na okładce: © iStockphoto.com / panolixxim Opieka redakcyjna: Eliza Kasprzak-Kozikowska, Anna Małocha Opracowanie typograficzne książki: Daniel Malak Adiustacja, korekta i łamanie: Zespół – Wydawnictwo PLUS ISBN 978-83-7515-290-6

www.otwarte.eu Zamówienia: Dział Handlowy, ul. Kościuszki 37, 30-105 Kraków, tel. (12) 61 99 569 Zapraszamy do księgarni internetowej Wydawnictwa Znak, w której można kupić książki Wydawnictwa Otwartego: www.znak.com.pl


Dla Sandy, strażniczki nieskończoności


„Bo moja miłość równie jest głęboka Jak morze, równie jak ono bezkresna”. William Shakespeare, Romeo i Julia, tłum. J. Paszkowski


KSIĘGA PIERWSZA


I Problem szczur贸w


1

Świat jest zegarkiem z poluzowaną sprężyną. Słyszę ją w skrobaniu lodowatych pazurów mrozu o szyby. Potrafię to wywęszyć w woni zapleśniałych wykładzin i obłażących tapet starego hotelu. Czuję to w piersi śpiącej Filiżanki. Bicie jej serca, rytm oddechów, ciepło parujące w zimnym powietrzu – to wszystko ostatnie drgnienia sprężyny zegarka. Po drugiej stronie pokoju Cassie Sullivan trzyma wartę przy oknie. Księżycowy blask przesączający się przez niewielkie rozdarcia w zasłonie za plecami dziewczyny wydobywa z mroku zamarzającą parę unoszącą się z jej ust. Tuż obok niej, pod górą koców leżących na łóżku, śpi jej ledwie widoczny braciszek. Cassie krąży między oknem i łóżkiem, odwracając głowę z regularnością wahadła. Jej ruch, jej oddechy, tak jak oddechy Nuggeta, Filiżanki i moje również, są ostatnimi drgnieniami sprężyny zegarka. Wygramoliłam się z łóżka. Filiżanka jęknęła przez sen i zagrzebała się głębiej pod przykrycia. Natychmiast poczułam lodowate powietrze przenikające aż do kości, choć do spania zdjęłam tylko buty i kurtkę. Zgarnęłam je z podłogi 13


u stóp łóżka. Sullivan nie spuszczała mnie z oczu, gdy wciągałam buty i podeszłam do szafy, by zabrać plecak i karabin. Stanęłam obok niej przy oknie. Miałam wrażenie, że powinnam coś powiedzieć. W końcu mogłyśmy się już nigdy więcej nie zobaczyć. – A więc to tak – odezwała się Cassie. Jej jasna skóra lśniła w blasku księżyca, a piegi zdawały się unosić w powietrzu wokół nosa i policzków. – Ano tak – odpowiedziałam, przewieszając karabin przez ramię. – A możesz mi coś wyjaśnić? Wiem, skąd się wzięła ksywka Dumbo: to przez uszy. Nugget dostał swoją, bo jest taki mały, Filiżanka podobnie. Nie bardzo wiem, dlaczego Zombie się tak nazywa, a Ben nie chce mi wyjaśnić, za to Pączka nazwali tak, bo jest okrąglutki. Ale skąd się wzięła ksywka Ringer? Wiedziałam, dokąd to zmierza. Cassie nie była pewna, czy powinna ufać komukolwiek poza Zombie’em i swoim bratem. Samo brzmienie mojego przezwiska wzbudzało w niej paranoję. – Jestem człowiekiem. – Taa... – Spojrzała przez szparę w zasłonach na oblodzony parking piętro niżej. – Już to kiedyś od kogoś słyszałam. I uwierzyłam mu jak głupia. – Wcale nie taka głupia, biorąc pod uwagę okoliczności. – Daj spokój, Ringer – prychnęła. – Nie udawaj. Wiem, że nie wierzysz w to, co mówiłam o Evanie. – Wierzę ci, ale ta historia nie ma sensu. Ruszyłam do drzwi, nie czekając na jej odpowiedź. Naciskanie Cassie Sullivan w sprawie Evana Walkera nie było dobrym pomysłem. Nie miałam jej tego za złe. Uchwyciła się go kurczowo niczym gałęzi wystającej ponad krawędzią klifu, a to, że zniknął, nie miało dla niej znaczenia. Sprawiało nawet, że trzymała się jeszcze mocniej. 14


Filiżanka milczała, czułam jednak, że na mnie patrzy. Wiedziałam, że nie śpi. Ponownie podeszłam do łóżka. – Weź mnie ze sobą – szepnęła dziewczynka. Pokręciłam głową. Przerabiałam to już setki razy. – To nie potrwa długo. Wrócę za parę dni. – Obiecujesz? Nic z tego, Filiżanko. Obietnice to jedyna waluta, jaka nam pozostała. Należy je oszczędzać. Spojrzałam na jej drżącą wargę i wilgotne oczy. – Hej – szepnęłam. – Żołnierzu... pamiętasz, co ci mówiłam? – Z trudem powstrzymałam się przed wzięciem jej w ramiona. – Jakie są nasze priorytety? – Żadnego marudzenia – odpowiedziała posłusznie. – Bo co się dzieje, kiedy marudzimy? – Stajemy się miękcy. – I co wtedy? – Giniemy. – A chcemy zginąć? Dziewczynka potrząsnęła głową. – Jeszcze nie. Pogładziłam ją po twarzy. Po jej chłodnych policzkach płynęły ciepłe łzy. Jeszcze nie. Jako że czas ludzkości dobiegł końca, Filiżanka jest kobietą w średnim wieku. Ja i Sullivan jesteśmy stare, a Zombie? Najstarszy z najstarszych. Czekał na mnie w hotelowym westybulu ubrany w narciarską kurtkę i jaskrawożółtą bluzę z kapturem, które znalazł w hotelu: uciekając z obozu Przystań, Zombie miał na sobie tylko pobrudzony lekarski kitel. Jego pokryta krzaczastą brodą twarz zdradzała objawy szkarlatyny. Nasz dwunastoletni medyk załatał jakoś ranę postrzałową, pamiątkę, którą mu pozostawiłam podczas ucieczki z Przystani, jednak musiała się wdać jakaś infekcja. Przyciskając rękę do boku, opierał się o kontuar recepcji i próbował udawać, że wszystko w porządku. 15


– Myślałem już, że zmieniłaś zdanie – odezwał się, patrząc na mnie z prowokacyjnym błyskiem w oku. Choć równie dobrze mógł to być efekt gorączki. – Filiżanka – wyjaśniłam, kręcąc głową. – Nic jej nie będzie. – Pozwolił sobie na uwolnienie jednego z tych swoich zabójczych, kojących uśmiechów. Najwyraźniej nie nauczył się jeszcze, jak ważne są obietnice, nie szafowałby nimi bowiem tak beztrosko. – Nie martwię się o nią – stwierdziłam. – Za to ty wyglądasz, jakbyś miał umrzeć. – To ta pogoda. Wywiera fatalny wpływ na moje samopoczucie. – Podkreślił żarcik kolejnym uśmiechem i pochylił się w moją stronę, oczekując, że odpowiem tym samym. – Pewnego dnia będziesz się musiała w końcu uśmiechnąć, szeregowa Ringer. Świat rozleci się wtedy na kawałki. – Nie jestem gotowa, aby wziąć na siebie tak wielką odpowiedzialność. Zaśmiał się. Miałam wrażenie, że w jego piersi coś zazgrzytało. – Weź. – Podał mi kolejną broszurkę z przewodnikiem po jaskiniach. – Mam już taką. – Weź. Na wszelki wypadek. – Przecież się nie zgubię. – Pączek pójdzie z tobą – oznajmił. – Zapomnij. – To ja tu dowodzę. Idzie z tobą. – Potrzebujesz go tutaj bardziej niż ja. Pokiwał głową. Wiedział, że się sprzeciwię, ale musiał spróbować. – Może powinniśmy to odwołać. – Westchnął. – Przecież tutaj nie jest tak najgorzej. Tysiące pluskiew, setki szczurów, kilkanaście trupów, za to widok z okna jest po prostu 16


fantastyczny... – zażartował, próbując sprowokować mnie do uśmiechu, a potem pokazał trzymany w ręku folder. „20 stopni Celsjusza przez cały rok!” – Chyba że akurat pada śnieg albo znowu zrobi się zimno. Mamy problem, Zombie. Już i tak za długo tu siedzimy. Nie potrafiłam tego zrozumieć. Obgadaliśmy to już ze wszystkich stron, a on wciąż upierał się przy swoim. Czasem naprawdę się o niego martwiłam. – Musimy spróbować i wiesz, że nie możemy tego zrobić na ślepo – mówiłam dalej. – Istnieje szansa, że ktoś przetrwał w tych jaskiniach, ale nie powinniśmy zakładać, że rozwiną przed nami czerwony dywan, zwłaszcza jeśli natrafili na jednego z tych uciszaczy, o których mówiła Sullivan. – Albo rekrutów. Takich jak my. – Dlatego chcę to sprawdzić. Wrócę za parę dni. – Wierzę, że dotrzymasz tej obietnicy. – To nie jest obietnica. Nie zostało już nic więcej do powiedzenia. Chociaż o milionach rzeczy nigdy nie rozmawialiśmy. Oboje musieliśmy myśleć o tym, że możemy się już nigdy nie zobaczyć, ponieważ usłyszałam, jak mówi: – Dziękuję, że uratowałaś mi życie. – Wpakowałam w ciebie kulkę. Możesz od tego umrzeć. Pokręcił głową. Jego oczy błyszczały od gorączki, miał wysuszone, poszarzałe usta. Dlaczego nazwali go Zombie? Brzmiało to jak zła wróżba. Przypomniałam sobie nasze pierwsze spotkanie – robił pompki na kostkach, jego twarz była wykręcona z bólu, a krew z rąk ściekała na asfalt dziedzińca. Musiałam zapytać, kim jest ten koleś. „To Zombie” – padła odpowiedź. Mówili też, że udało mu się przetrwać zarazę, ale im nie wierzyłam. Nikomu nie udało się pokonać choroby. To był wyrok śmierci. Wrzeszczący na niego sierżant Reznik nie zwracał uwagi, że chłopak w zakrwawionym dresie dawno już 17


osiągnął kres sił. Zupełnie nie rozumiał, dlaczego byłam zaskoczona, gdy rozkazał mi strzelić do Zombie’ego, aby spełnić obietnicę daną Nuggetowi. Jeśli patrzysz śmierci w oczy i to ona mrugnie pierwsza, nic już nie wydaje się niemożliwe. Nawet czytanie w myślach. – Wiem, co ci chodzi po głowie – oznajmił Zombie. – Nie. Wcale nie wiesz. – Zastanawiasz się, czy powinnaś pocałować mnie na pożegnanie. – Dlaczego to robisz? – zapytałam. – Po co ze mną flirtujesz? – Bo to normalne. Nie stęskniłaś się za normalnością? – Spojrzał mi prosto w oczy, a ja jak zwykle nie byłam pewna, czego w nich szuka. – Za wypadami do kina w sobotę, lodami, sprawdzaniem nowych statusów na Twitterze? Pokręciłam głową. – Nie używałam Twittera. – To może Facebooka? Zaczynało mnie to trochę wkurzać. Czasem nie potrafiłam zrozumieć, jakim cudem przetrwał tak długo. Tęsknota za tym, co straciliśmy, jest równie głupia jak nadzieja na to, co nigdy nie nadejdzie. W obu przypadkach na końcu czeka rozpacz. – Nieważne – odparłam. – To już nie ma żadnego znaczenia. Usłyszałam jego śmiech wydobywający się gdzieś z głębi brzucha. Wytrysnął z niego jak para wodna z gejzeru i nie potrafiłam się już dłużej wkurzać. Wiedziałam, że próbuje zadziałać na mnie swoim urokiem, ale wiedza ta w żaden sposób nie umniejszała efektu. To kolejny powód, dlaczego czułam się przy nim niepewnie. – To zabawne, jak wiele myśleliśmy o tym, co się stało – stwierdził. – A wiesz, co tak naprawdę jest ważne? – Zamilkł, 18


czekając na moją odpowiedź, ale czułam, że próbuje mnie wkręcić, więc milczałam. – Dzwonek lekcyjny – dopowiedział w końcu. Zapędził mnie w kozi róg. Wiedziałam, że próbuje mną manipulować, ale nie potrafiłam się temu przeciwstawić. – Dzwonek lekcyjny? – Tak. Najzwyklejszy dźwięk na świecie. Kiedy to wszystko się skończy, znów usłyszymy dzwonki. – Przytknął palec do ściany, jakby nie dowierzał, że rozumiem, o co mu chodzi. – Pomyśl tylko! Kiedy znowu usłyszymy ten dźwięk, będzie to oznaczało powrót normalności. Dzieci znów będą pędzić do sal, nudzić się na lekcjach i czekać na dźwięk dzwonka, zastanawiając się, co będą robić tego wieczoru, w najbliższy weekend czy za pięćdziesiąt lat. Tak samo jak my będą się uczyły o katastrofach naturalnych i wojnach światowych. Wiesz: „w wyniku inwazji obcych zginęło siedem miliardów ludzi” i nagle dzwonek, wszyscy wstają z miejsc i idą do stołówki, gdzie będą narzekać na rozgotowane ziemniaki. „Nieźle, siedem miliardów trupów. Całkiem sporo. To przykre. Będziesz jadł te ziemniaki?” Tak właśnie wygląda normalność. To jest najważniejsze. Najwyraźniej wcale nie żartował. – Rozgotowane ziemniaki? – Dobra, jak tam chcesz. Bredzę bez sensu i jestem idiotą. Uśmiechnął się. Krzaczasta broda podkreślała biel jego zębów. Przez to, co wcześniej powiedział, zaczęłam się zastanawiać, czy zarost nad jego górną wargą zacząłby mnie łaskotać, gdybym go faktycznie pocałowała na pożegnanie. Odepchnęłam od siebie tę myśl. Obietnice są bezcenne, a pocałunek to też forma obietnicy.


2

Światło gwiazd sączące się z bezchmurnego, czarnego nieba oblewało autostradę perłowym blaskiem. Wysuszone trawy kołysały się na wietrze, bezlistne drzewa potrząsały gałęziami. Nie licząc wycia wiatru nad martwą ziemią, nad całym światem zapadła zimowa cisza. Przykucnęłam za SUV-em i po raz ostatni spojrzałam na hotel. Przeciętny, jednopiętrowy biały klocek, jeden z wielu na tej ulicy. Od dziury w ziemi, która kiedyś nosiła nazwę Przystań, dzieliło go jakieś dziesięć kilometrów. Nazwaliśmy go hotel Walker, upamiętniając sprawcę wybuchu, który zmiótł obóz. Sullivan twierdziła, że to właśnie tu umówiła się na spotkanie z Evanem. Moim zdaniem byliśmy zbyt blisko miejsca, z którego uciekliśmy, budynek słabo nadawał się do obrony, a Evan Walker najprawdopodobniej zginął. Próbowałam przekonać Zombie’ego, że nie ma sensu na niego czekać, ale zostałam przegłosowana. Jeśli Walker faktycznie był jednym z tamtych, to mógł znaleźć jakiś sposób na przetrwanie. – Jaki? – dopytywałam. 21


– Mieli kapsuły ratunkowe – przypomniała Sullivan. – No i? Spojrzała na mnie spod uniesionych brwi i wzięła głęboki oddech. – No i... mógł uciec w jednej z nich. W milczeniu spojrzałyśmy sobie w oczy. – I tak musimy znaleźć jakąś kryjówkę – wtrącił się Zombie, który nie znalazł jeszcze przewodnika po jaskiniach. – A Walker zasłużył sobie na to, żebyśmy mu wierzyli. – W co mamy wierzyć? – zapytałam. – Że jest tym, kim twierdzi, że jest. – Zombie spojrzał na Sullivan, która wciąż przewiercała mnie spojrzeniem. – I że dotrzyma obietnicy. – Przysięgał, że mnie odnajdzie – wyjaśniła dziewczyna. – Widziałam ten samolot transportowy – przypomniałam. – Nie zauważyłam żadnych kapsuł ratunkowych. – To, że ich nie widziałaś, nie oznacza, że... – Na piegowatej twarzy Sullivan pojawił się rumieniec. – To nie ma sensu. – Odwróciłam się do Zombie’ego. – Dlaczego ktoś tysiąckrotnie bardziej rozwinięty niż my miałby zdradzić dla nas własną rasę? – Nie dopytywałem dlaczego – odparł Zombie z delikatnym uśmieszkiem. – Ta cała historia nie trzyma się kupy – kontynuowałam. – Czysta świadomość okupująca ludzkie ciało. Przecież jeśli nie mają ciał, to niepotrzebna im planeta. – Może potrzebują jej do czegoś innego. – Zombie starał się ze wszystkich sił coś wymyślić. – Niby do czego? Hodowli zwierząt? A może przylecieli tu na wakacje? – W mojej głowie wciąż rozbrzmiewał cichy, irytujący głos, który podpowiadał, że coś się tu nie zgadza. Ale nie wiedziałam co. Myśl uciekała, jeśli tylko próbowałam się na niej skupić. 22


– Nie miałam czasu dopytywać o szczegóły – odcięła się wściekła Sullivan. – Byłam zajęta ratowaniem własnego brata z obozu śmierci. Uznałam, że lepiej będzie odpuścić. Wyglądała, jakby za chwilę miała jej eksplodować głowa. Patrząc teraz w stronę hotelu, dostrzegałam zarys tej samej głowy w oknie na pierwszym piętrze. To naprawdę nie był dobry pomysł – stanowiła doskonały cel dla snajpera. A następny uciszacz, na jakiego się natknie, może nie być tak kochliwy jak pierwszy. Przemknęłam się ku drzewom porastającym pobocze. Pod moimi butami chrzęściły zamarznięte resztki jesieni. Liście zwinięte niczym pięści, śmieci i ludzkie kości porozwlekane przez padlinożerców. W chłodnym powietrzu unosiła się odległa woń dymu. Planeta będzie płonąć przez setki lat. Ogień pochłonie drewno, plastik, gumę i tkaniny, a woda, wiatr i czas poradzą sobie z kamieniami i stalą, zamieniając je w pył. Wyobrażaliśmy sobie miasta zniszczone bombami obcych i promieniami śmierci, okazało się, że wystarczy czas i Matka Natura, by nie pozostał żaden ślad. Oraz zgodnie z tym, co mówiła Sullivan, żadne ludzkie ciało. Choć ciała nie były im do niczego potrzebne – to również jej słowa. Coś tutaj nie grało. Bezcielesne byty nie potrzebują rzeczywistej planety. Ale Sullivan nie chciała o tym słuchać, a Zombie zachowywał się tak, jakby nie miało to znaczenia. Jego zdaniem istotne było tylko to, że chcieli pozbyć się ludzkości. Cała reszta to nieistotny szum. Być może miał rację. Ale nie czułam się przekonana. Przede wszystkim z powodu szczurów. Zapomniałam mu powiedzieć o szczurach.


Turn static files into dynamic content formats.

Create a flipbook
Rick Yancey, "Piąta fala. Bezkresne morze" by SIW Znak - Issuu