Joanna i Rafał Pasztelańscy
POLICJANCI ZA CENĘ ŻYCIA
Znak Horyzont Kraków 2016
Rozdział 1
MAREK GINIE JAKO PIERWSZY
Dostaje chwilę po wyjściu z radiowozu. A potem już leci seriami. Bach, bach, bach. Napastnicy strzelają jak do kukły. Jak do worka treningowego. Chwilę później podchodzą i dobijają. To nie ulice Chicago, to przecież spokojny polski Śląsk. Tutaj nikt nigdy do nikogo nie strzelał. A już na pewno nie do policjanta.
– Już nigdy nie dam się złapać policji. Nie wrócę za kraty. Jak dojdzie co do czego, nie będzie odwrotu. – Taką deklarację składa w marcu 1992 roku Andrzej M. swojemu najbliższemu kompanowi Ireneuszowi G. Poznali się w prudnickim areszcie, gdzie obaj pracowali w lokalnym radiowęźle. M. siedział za kradzieże nysek, na punkcie których miał bzika. G. musiał odpokutować wyrok za rozbój. Obaj przypadli sobie do gustu. – Założymy gang. Będziemy robić stacje benzynowe, kantory, banki. Kupimy broń, może od Ruskich. A jak będziemy zarobieni, to będziemy mieli najnowsze fury i panienki. Potem pojedziemy do Rajchu, bo tam są jeszcze większe możliwości. – Takie plany snuł M. Ireneusz G. nie ma najmniejszej wątpliwości, że deklaracja kompana to nie jest czcze gadanie. M. to twardziel. Uchodzi za bezwzględnego faceta. I już w maju 1992 roku udowodni, że tak jest w rzeczywistości. Zabije policjanta. Za nic.
15
POLICJANCI. ZA CENĘ ŻYCIA
Bez litości Bytom. Piątek, 1 maja 1992 roku. Kończy się Święto Pracy. Imieniny, pewnie hucznie, jak to w wolnym dniu, obchodzą: Aniela, Jeremi, Jakub. Słońce wzeszło o 5:02, zaszło o 20:42. Przysłowie na dziś brzmiało: „Kobiety i koty zawsze robią, co chcą, więc mężczyźni i psy niech się z tym pogodzą” – Robert A. Heinlein. O godzinie 22:00 Marek, Zbigniew i Ryszard ruszają na dyżurny patrol. Taki zwykły, najzwyczajniejszy. Tyle że w pierwszy dzień dłuższego majowego weekendu. Dużo osób wyjechało z miasta, wyjątek stanowią grupki imprezowiczów wałęsające się nocą po mieście. Poza tym powinien być spokój i cisza. Dla Marka to patrol zastępczy. Nieplanowany i spontaniczny. Tej piątkowej nocy powinien siedzieć przy telefonie w dyżurce. Przyjmować zgłoszenia i nie wychylać nosa z komendy. A potem wrócić do domu. Do bliskich. Tak miało być. W ostatniej chwili jednak zamienia się dyżurami z kolegą, nie lubi odmawiać. Nie ma złych przeczuć, noc jak każda inna. Koledzy powiedzą później, że dowcipkował, śmiał się. Planował, co będzie robić w wolną sobotę z żoną i synkiem. Cieszył się na ten czas spędzony we trójkę. Miał też pojechać jak wariat po chleb do rodziców, do Tarnowskich Gór. Bo najlepszy był właśnie w tarnowskiej piekarni – smak nie do podrobienia. W tym nocnym patrolu po raz kolejny jest ze Zbigniewem. Lubią się, polegają na sobie. Jeden przy drugim czuje się
16
ROZDZIAŁ 1. MAREK GINIE JAKO PIERWSZY
bezpiecznie, rozumieją się bez słów. Jeden za drugim murem stanie, jak będzie trzeba. Na odprawie dostają do patrolowania ścisłe centrum. Taka klasyka w piątkowe dyżury. W Bytomiu lat 90. niewiele jest jeszcze klubów nocnych, dyskotek. To wszystko dopiero się zacznie. To wszystko jeszcze przed nimi. Póki co na ulicach co najwyżej paru bezdomnych, jakiś awanturnik i drobny złodziejaszek. Do północy nie ma praktycznie żadnych interwencji, a miasto wygląda na uśpione. Wyjątkowo ciepła jest ta majowa noc. Można biegać w krótkim rękawku. Szyb w radiowozie nie trzeba zamykać, a przecież zaczyna się sobota 2 maja. Imieniny będą świętować: Anatol, Zygmunt i Borys. Słońce wzejdzie dokładnie za 4 godziny i 25 minut, zajdzie o 20:44. Trwa oblężenie Sarajewa. A w Bytomiu mijają prawie dwa lata, od kiedy Marek Sienicki i Zbigniew Wierzba pracują w policji. Chwilę po północy zjeżdżają z patrolu do komendy. Ryszard wpada w popłoch, przypomina sobie, że nie dokończył pilnej roboty. Zostaje. Kilka godzin później uzmysłowi sobie, co właśnie się stało. Jaki dar od losu dostał. Gdyby wtedy nie wysiadł, gdyby został w radiowozie, na tylnej kanapie, pewnie już by go nie było. Kiedy wszystko to do niego dotrze, zaczną mu się trząść ręce. Na kolejny patrol tej nocy Sienicki i Wierzba wyruszają już tylko we dwójkę. Odliczają godziny do końca służby. Bierze ich znużenie. Dziwna, duszna jest ta noc. Spać się trochę chce. Dochodzi kryzysowa godzina, kiedy organizm zaczyna o ten sen krzyczeć. Normalnie przecież trafia się a to jakaś awantura domowa, a to bójka na ulicy, a to
17
POLICJANCI. ZA CENĘ ŻYCIA
włamanie do auta czy kradzież kół. A teraz nic. Taka trochę cisza przed burzą. Dochodzi 2:30 nad ranem. Pięć minut później przyjdzie przez radio pierwsze tej nocy wezwanie. W Śródmieściu zaczyna się coś dziać. Libacja domowa, wybucha awantura. Ktoś z kimś się szarpie, kopie. Z okien lecą butelki, słychać jakieś krzyki, wyzwiska. Zwyczajna sprzeczka po alkoholu, jakich w tamtych latach w Bytomiu wiele. Wylegitymowanie i pouczenie balujących zajmuje im jakieś 20 minut. W końcu wszyscy rozchodzą się spokojnie do domów, a gospodarz całego zamieszania uprząta rozbite szkło i obiecuje poprawę. Sienicki i Wierzba kiwają z politowaniem głowami i ruszają dalej. Adrenalina trochę skoczyła, na tyle, żeby przegonić sen. Jeżdżą w kółko po wyznaczonym śródmiejskim kwartale. Jakieś 30 minut później przejeżdżają przez skrzyżowanie trzech głównych ulic – Woźniaka z Dworską i Powstańców Śląskich. Jedno z największych w mieście. I w czasie kiedy przejeżdżają, od strony jednostki wojskowej i cmentarza przechodzi przez jezdnię dwóch młodych mężczyzn. Jeden ma przewieszoną przez ramię dużą torbę turystyczną. To dość niecodzienny i nagły widok na tle prawie wymarłego, uśpionego miasta. Ale to nie torba na pierwszy rzut oka budzi podejrzenia. W tę wyjątkowo ciepłą majową noc dziwne wydają się czapka i rękawiczki na rękach jednego z mężczyzn. Nie wyglądają na bezdomnych ani na wracających do domu imprezowiczów. Są schludnie ubrani. Idą prosto, nie hałasują. Zachowują się spokojnie, trzeźwo. Od razu widzą radiowóz, przechodzą przez pasy zgodnie z przepisami. Tak jak trzeba.
18
ROZDZIAŁ 1. MAREK GINIE JAKO PIERWSZY
Nie przyspieszają, nie wykonują nerwowych ruchów. Może nawet trochę za spokojnie. Tak jakby spacerowali. Jakby czekali, aż coś się wydarzy. Tylko ta czapka i rękawiczki nie pasują do całości, zaburzają obraz. Sienicki i Wierzba wolno przejeżdżają przez skrzyżowanie i skręcają łagodnie w prawo, w Woźniaka. Wierzba cały czas obserwuje mężczyzn we wstecznym lusterku, chociaż nie spodziewa się po nich żadnych ekscesów. W pole wyprowadza go ich normalne zachowanie. Bez śladu strachu, agresji czy nadmiernego podekscytowania. Przestępcy nie byliby aż tak spokojni, aż tak wyważeni. Wierzba jest dobrym gliną, potrafi wyczuć ściemę. Zna mowę ciała i trudno go zmylić. Ale wtedy, tej majowej nocy coś idzie nie tak. Bo nagle, w jednej sekundzie, krajobraz się zmienia. Mężczyźni dają dyla za stojącą nyskę. Tam wyjmują z torby dwa pistolety maszynowe PM, zwane peemami wz. 43, kal. 7.62 mm, i nerwowo podpinają magazynki. Obaj przeładowują broń. 7.62 mm to kaliber tzw. pośredni. Z czasów II wojny światowej. PM to już polska produkcja na wzór radzieckiego PPS-a. PPS ze zmodernizowanymi mechanizmami i skróconą lufą funkcjonował od 1943 roku. Wtedy też stał się elementem uzbrojenia Ludowego Wojska Polskiego. Już po wojnie peemy produkowano w Polsce, m.in. w Zakładach Hipolita Cegielskiego w Poznaniu, a z czasem w Fabryce Broni w Radomiu czy Kombinacie Maszyn Włókienniczych w Łodzi. Tymczasem Bytom, 1992 rok. Nieświadomi jeszcze zagrożenia Sienicki i Wierzba są czujni. Nie zaszkodzi sprawdzić, co tam ci dwaj kombinują. Wygląda, jakby coś ukrywali, może chcą buchnąć nyskę? Albo coś ukradli i świrują? Muszą
19
POLICJANCI. ZA CENĘ ŻYCIA
być za samochodem, nie zdążyliby uciec. To nadal ma być rutynowe wylegitymowanie. Policjanci nie spodziewają się oporu. A tym bardziej nie spodziewają się, że za chwilę padnie seria jak na froncie. – Marek, jako dysponent, wyszedł z samochodu, ja cofnąłem radiowóz, żeby odciąć podejrzanym ewentualną drogę ucieczki. W tym samym momencie Marek był już pod ostrzałem. Upadł trafiony kilkoma kulami. Nie docierało do mnie, co się dzieje. Strzelali do nas jak do tarczy. Ale skąd w środku nocy w Bytomiu bandyci z taką bronią? – wspomina Wierzba 23 lata po dramatycznych wydarzeniach. Peemy działają na zasadzie wykorzystania energii odrzutu zamka swobodnego, a zasilane są pudełkowym magazynkiem łukowym o pojemności 35 nabojów i łukowym o pojemności 23 nabojów. Bytomscy policjanci mają marne szanse w konfrontacji z nimi. Zbigniew jest jakieś 4 metry od Marka i powoli próbuje do niego dotrzeć, ale seria wystrzałów blokuje mu dostęp. Policjanci początku lat 90. nie mają kamizelek kuloodpornych. To nie są czasy na ochronę. Ledwo co skończyła się transformacja. Ledwo co skończyły się czasy Milicji Obywatelskiej i ZOMO, czyli Zmotoryzowanych Odwodów Milicji Obywatelskiej. Najbardziej znienawidzonego i najbardziej brutalnego symbolu PRL-u. Z dniem 10 maja 1990 roku wszedł w życie pakiet ustaw policyjnych. Trzech ustaw regulujących działalność urzędu ministra spraw wewnętrznych, Urzędu Ochrony Państwa oraz Policji. Tego dnia Resort Spraw Wewnętrznych, uosabiający sobą komunizm, został zniesiony. Policji przywrócono
20
ROZDZIAŁ 1. MAREK GINIE JAKO PIERWSZY
utraconą podczas reżimu apolityczność. Na czasy kamizelek, hełmów i dodatkowego wyposażenia przyjdzie jeszcze policjantom poczekać. Tak samo jak na specjalistyczne szkolenia z obchodzenia się z bronią w kryzysowych sytuacjach. Na początku lat 90. jeszcze nikt policjantów nie atakuje. Nie odważyłby się. Dlaczego więc ci dwaj goście z peemami strzelają? Czego chcą? Mogliby spokojnie uciec. Sienicki i Wierzba i tak by ich nie dogonili. Radiowóz był totalnie podziurawiony od kul.
Takie rzeczy to tylko w filmach Wszystko dzieje się tak szybko. Mijają sekundy. Zza samochodu, prosto na Wierzbę, wychodzi jeden z napastników. Ten, który miał czapkę i rękawiczki. Teraz w ręku ma jeszcze pistolet maszynowy. Idzie, żeby Wierzbę zabić. Spokojnie, bez cienia strachu, bez wątpliwości. Jak zawodowy kiler. Wierzba: – Takie rzeczy widziałem w filmach, ale w Bytomiu? Jaka była moja reakcja? Byłem w szoku. Ledwo wystawiłem nogę z radiowozu, gdy zobaczyłem, że jeden z napastników wyłania się zza nyski, mierzy do mnie z peemu i momentalnie oddaje serię. Bez słowa. Poszła seria od przodu do tyłu wozu. Poczułem ostry ból i bezwładnie osunąłem się na ziemię. Siedziałem na asfalcie plecami oparty o samochód. Byłem świadomy, a jednak całkowicie bezsilny. Nastała straszna cisza. Tę martwą ciszę Wierzba długo jeszcze będzie słyszał w głowie. Nikt nie krzyczy, nikt nie ucieka. Wierzba nie zdążył wyciągnąć pistoletu z kabury. Wstrzymuje oddech.
21
POLICJANCI. ZA CENĘ ŻYCIA
Oprawca stoi nad nim przez dłuższą chwilę. Wierzbie wydaje się, że obserwuje go w nieskończoność. Kiedy jednak bandyta upewnia się, że policjant już nie wstanie, idzie w kierunku dogorywającego jeszcze Marka, leżącego na wznak z rozłożonymi rękoma. – Ten, który strzelał do mnie, dobił Marka. Już wcześniej, po tym, jak dostał pierwszą serię i upadł, któryś z nich krzyczał: „Dobij go!”. Jak skończył strzelać do Marka, podszedł do mnie. Nie ruszałem się. Pewnie myśleli, że już po mnie – wspomina dzisiaj Wierzba ze łzami w oczach. Zabójca znów podchodzi do Wierzby. Tylko po to, żeby sprawdzić, czy ten na pewno się nie poruszył. Policjant przymyka oczy. Napastnik nie dobija go tylko dlatego, że uznaje, iż ofiara nie żyje. Nie chce mu się sprawdzić pulsu. Po chwili razem z kompanem ruszają w kierunku cmentarza. Coś tam między sobą komentują. To szansa dla półprzytomnego Wierzby. Podnosi się, przeładowuje służbowego P-64 i wywala do zabójców cały magazynek. Sześć nabojów. P-64, zwane potocznie CZAKAMI od pierwszych liter nazwisk konstruktorów broni: Adamczyków, Czepukajtisa, Zimnego, Kaczmarskiego, w latach 60. zostały wprowadzone do uzbrojenia wojska i służb bezpieczeństwa. Sprawdziły się w samoobronie, do dziś używa się ich w niektórych oddziałach policji. Tym razem jednak Wierzba z CZAKA niestety nie trafia. Za daleko. Trudno też oddawać celne strzały, kiedy jest się w szoku. Kiedy straciło się dużo krwi. W tym momencie, już z oddali, uciekający oprawcy puszczają ostatnią serię strzałów w kierunku funkcjonariuszy. Wierzba ostatkiem sił uskakuje na bok. Spudłowali. Później
22
ROZDZIAŁ 1. MAREK GINIE JAKO PIERWSZY
okaże się, że najbardziej aktywny z zabójców postrzelił przypadkowo swego kompana, który znalazł się na linii ognia. Wierzba dopada do Marka, wzywa pomoc przez radio. Próbuje ratować kolegę, uciskać rany, nie dopuścić do wykrwawienia, ale obrażenia są zbyt rozległe. Marek umiera z otwartymi oczami. Teraz widać, że próbował odeprzeć atak. Kabura jego pistoletu, pokryta krwią, jest odpięta. Gdyby napastnicy nie przygotowali się na interwencję policjantów, gdyby nie rekordowa liczba nabojów, którą mieli, wszystko mogłoby wyglądać zupełnie inaczej. Dopiero teraz Wierzba orientuje się, jak poważnie sam oberwał. Nie czuje bólu. Nie widzi krwi. Jest w szoku. Nie dociera do niego, że z Markiem to już koniec. Że dla Marka już za późno. Nadaje komunikat do centrali i mdleje. Dochodzi 3:40 nad ranem. Mija dobrych kilka minut, zanim z całego miasta zaczną zjeżdżać radiowozy i rozpęta się piekło. To się nie mieści w głowie. Strzelanina w centrum? Strzały do policjantów? Kto? Dlaczego? Co chciał zyskać? Do tej pory nikt nie zaatakował policjanta w tak brutalny sposób. Ani od czasu transformacji w 1990 roku, ani wcześniej. Wierzba: – To nigdy nie był lubiany zawód. Zwłaszcza po krwawych pacyfikacjach kopalń na Śląsku. Ale najpoważniejsze incydenty to było wyzywanie. Czasem szarpanina. Ale istniała granica, której nikt nie przekraczał. Po Marku to już się posypało w całej Polsce. Bandyci zobaczyli, że tak można. Ktoś musiał być pierwszy, aby dotarło do nich, że policjanci nie są nieśmiertelni – wzdycha Wierzba. – A my nie
23
POLICJANCI. ZA CENĘ ŻYCIA
byliśmy na coś takiego przygotowani. Nikt w policji nie był. Nie przeprowadzono żadnego szkolenia czy nawet uświadamiania nas, że taki atak może się zdarzyć. Mieliśmy te koszmarne P-64 z sześcioma nabojami w magazynku. Często się zacinały. Sprawne radiowozy to też było wówczas marzenie ściętej głowy. Polonezy uchodziły za luksus. Na stanie były przede wszystkim osławione nyski. Tylko jeden z przysłanych przez centralę radiowozów rusza w pogoń za sprawcami. Na miejsce dociera także ciężarówka z funkcjonariuszami oddziałów prewencji. Dowodzący akcją każą im ustawić się w tyralierę i ruszyć w kierunku, w którym pobiegli napastnicy. Młodzi policjanci nie chcą wyjść, bo do ścigania bandytów wyposażonych w broń maszynową wysłano ich tylko z pałkami szturmowymi. Po jakimś czasie policyjna nyska dowozi im broń. Mogą liczyć tylko na to, że w razie konfrontacji nacisną na spusty szybciej niż zbiegowie. To nadal są czasy, kiedy kamizelek kuloodpornych nie ma w radiowozie. Na stanie całej komendy jest jedna. Góra dwie. Zamknięte w dyżurce. Ciężkie jak diabli, trudno się w nich poruszać. Taki luksus, tak samo jak kolczatka czy hełmy. Policjanci na co dzień, na te zwykłe patrole, zabierają jedynie podstawowe wyposażenie. W radiowozie mają kajdanki, pałki szturmowe, pałki krótkie i gaz. Nigdy wcześniej nic więcej nie było im potrzebne. Bytom to przecież nie Chicago, gdzie gliniarze chodzą uzbrojeni po zęby. To spokojne, do tej pory, ospałe śląskie miasto. I teraz, tej majowej nocy, to miasto jest sparaliżowane strachem. Szok, niezliczone znaki zapytania, drżenie rąk i nóg.
24
ROZDZIAŁ 1. MAREK GINIE JAKO PIERWSZY
Wierzba też jest w szoku. Na karetkę mimo ran postrzałowych czeka ponad kwadrans. A wszystko dzieje się zaledwie pół kilometra od szpitala. Po przyjeździe medycy próbują jeszcze reanimować Marka. W aktach śledztwa w sprawie ataku na policjantów w Bytomiu znalazły się takie ustalenia biegłych: M. Sienicki zmarł na miejscu. Przeprowadzone oględziny i sekcja zwłok wykazały, że doznał sześciu ran o charakterze postrzałowym: głowy, klatki piersiowej, pośladka, pleców i dwóch ran uda. (…) Przyczyną zgonu stały się rany postrzałowe klatki piersiowej, głowy i brzucha.
Odtworzenie toru lotu pocisków wskazywało, że co najmniej połowa ran powstała, gdy policjant leżał na ziemi, po pierwszej serii. Mało tego, pewne jest, że Marek przeżył pierwszy atak i skonał dopiero po tym, jak trafiły go pociski z drugiej serii. Tymczasem Wierzba zostaje w końcu dowieziony do szpitala. Na stół operacyjny trafia z przeładowanym pistoletem w kieszeni, który w każdej chwili może wypalić. Nie do końca dociera do niego, co się stało. Wie tylko, że prawdopodobnie Marek nie przeżył. Nie ma pojęcia, dlaczego zostali zaatakowani. Strach faluje na przemian z bólem, zmęczeniem. I paniką, że być może nie ocalił Marka. Że wobec takiej brutalności i pistoletów maszynowych okazał się bezradny jak dziecko. Bytom zostaje otoczony pierścieniem zapór i blokad. Przetrząsane są dziesiątki melin w mieście i okolicznych
25
POLICJANCI. ZA CENĘ ŻYCIA
dzielnicach. Odwiedzono blisko 3000 mieszkań. Trzon grupy poszukiwawczej stanowią starzy wyjadacze z wydziałów operacyjno-rozpoznawczych i dochodzeniowo-śledczych komendy rejonowej w Bytomiu i wojewódzkiej w Katowicach. Na czele grupy staje skrupulatny i wnikliwy nadkomisarz Mirosław Majchrzak. Na miejscu zdarzenia nie ma żadnych śladów. Poza 16 łuskami ze wspomnianej amunicji kaliber 7.62 mm. Ponadto z ciała Sienickiego wyciągnięto jeden pocisk, a drugi znaleziono w jego kurtce. Ekspertyzy przeprowadzone w Centralnym Laboratorium Kryminalistycznym potwierdzą, że pociski pochodzą z pistoletu maszynowego PM wz. 43 o numerze własnym H 49742. Z broni tej pochodziło także 11 znalezionych łusek. Pięć łusek odstrzelono z broni oznakowanej symbolem A-1560. W nocy z 10 na 11 kwietnia skradziono je z Zakładów Przemysłu Odzieżowego „Omex” w Głuchołazach. Tropienie morderców przenosi się z Bytomia na cały Śląsk. Potem obejmuje cały kraj. Na antenach policyjnych samochodów w Katowicach, Zabrzu, Bytomiu pojawiają się czarne wstążki. Władze miejskie wyznaczają nagrodę 50 mln zł dla osoby, która wskaże sprawców morderstwa. W 1992 roku przeciętna pensja wynosi niewiele ponad 5 mln. Kilogram cukru kosztuje 9500 zł, a litr wódki Krakus – ponad 71 tys. zł. Jednak na wymarzonego malucha nagroda nie wystarczy – trzeba za niego zapłacić około 80 mln zł. Trzy lata później, na początku 1995 roku, Polska przejdzie denominację, a Polacy z dnia na dzień przestaną być milionerami. Tym samym skończą się skutki hiperinflacji z lat 1989–1990, która sprawiła przerost nominałów nad wartością pieniądza.
26
ROZDZIAŁ 1. MAREK GINIE JAKO PIERWSZY
Po śmierci Marka śledztwo zaczyna się niemal natychmiast, lecz jeszcze długo nie będzie wiadomo, kto zaatakował. Podejrzewa się lokalnych recydywistów, ale też rosyjską mafię. Zwłaszcza że przez jakiś czas po zdarzeniu ktoś wydzwania do szpitala i nadmiernie interesuje się stanem zdrowia Wierzby. Ten, jako główny świadek, natychmiast zostaje objęty ochroną. Pilnują go dzień i noc. Przechodzi dwie operacje. W szpitalu jest ponad miesiąc, kolejne dwa na zwolnieniu. Powoli dochodzi do siebie fizycznie i psychicznie. Trauma jest ogromna, ale nie może już doczekać się podjęcia służby na nowo. Wie, że tylko szybki powrót do codzienności pozwoli mu nie zwariować. Sprawi, że przestanie analizować każdy swój ruch, każdy znak tego dnia na drodze, gdy zbliżali się do skrzyżowania przy Woźniaka. Do pracy może wrócić we wrześniu, czyli trzy miesiące po ataku. I trzy miesiące po śmierci Marka. Ciężkie i dziwne są to czasy dla policji. Na resztkach, na starym, zdezelowanym sprzęcie. Byle jak. Jeszcze w listopadzie Wierzba nie ma broni służbowej, bo jego poprzednia wciąż jest na badaniach. Szósty miesiąc idzie. Nikt nie wpada na pomysł, żeby przydzielić mu nową. Pracuje więc bez broni. Radiowóz, a jakże, też dostaje stary. Ten sam, w którym tamtej majowej nocy pełnił patrol z Markiem. Podziurawiony jak sito, wyklepany u blacharza polonez. Wierzba: – Żałuję, że nie wróciłem jeszcze wcześniej. Może mniej bym się zadręczał. I tak wciąż mam w głowie pytania, analizy. Odtwarzanie tej majowej nocy od nowa. Raz za razem. Co by było gdyby. Lata mijają, a ja wciąż przeżywam tę noc.
27
POLICJANCI. ZA CENĘ ŻYCIA
Gdyby zdążył wyciągnąć broń, gdyby od razu wezwał posiłki. Gdyby na tę jedną noc uparł się na kamizelki kuloodporne z dyżurki. Dla Marka i siebie. Po powrocie ze zwolnienia do czynnej służby robi wszystko. Zabezpiecza mecze, zatrzymuje poszukiwanych listem gończym. Bez oglądania się, bez rozpamiętywania. – Pamiętam jedną z interwencji – około 5:00 nad ranem dostaliśmy wezwanie, że podejrzany o włamanie mężczyzna ucieka. To było dosłownie kilka dni po moim powrocie do służby. Udało nam się go dogonić i obezwładnić. Ja działałem bez broni, instynktownie. Gdzieś po drodze przestałem o tym myśleć. Ale wydarzenia owej feralnej nocy 1992 roku zostaną w Wierzbie do końca jego życia. Twardy gliniarz, a gdy mówi o Marku, łamie mu się głos.
Bez odpowiedzi Wcześniej. Marek – 25-letni wysportowany chłopak. Ćwiczy kulturystykę. Studiuje zaocznie we Wrocławiu. Jest pełen życia, planów. Sumienny, zawsze można na niego liczyć. Ma żonę Paulinę i dziewięciomiesięcznego syna, Marka juniora. Jest szczęśliwy. Cieszy się ze związku i dziecka, chociaż mają ciężkie warunki lokalowe. Stłoczeni w jednym pokoju w Czeladzi, w mieszkaniu dzielonym z matką Pauliny. Marek cały czas marzy o domku z ogródkiem. Ale to kiedyś, nie teraz. Teraz jeszcze trzeba swoje wycisnąć. Paulina Sienicka po kilku latach wspomni w „Gazecie Policyjnej”:
28
ROZDZIAŁ 1. MAREK GINIE JAKO PIERWSZY
– Nigdy nie przestrzegałam go: „Bądź ostrożny”, „Wracaj cały” czy „Uważaj na siebie!”. Żadnych takich formułek. Zazwyczaj mówiłam mu: „Baw się dobrze!”. A on unosił dłoń: „Baj” – mówił i znikał. Wtedy jednak przygarnął mnie do piersi i całując po oczach, wyszeptał: „Wiesz, wolałbym nie odchodzić od ciebie…”. – Policja była dla niego całym życiem. Służbę traktował najpoważniej w świecie. Nieraz przyganiałam mu, że ma dwie kochanki: policję i siłownię – a dopiero potem mnie – powie „Gazecie Policyjnej” Paulina. Ale tak naprawdę rodzina jest dla Marka na równi ze służbą.
Marek Sienicki rozpoczął służbę w policji w 1990 roku. Na zdjęciu siedzi za kierownicą milicyjnego poloneza.
29
POLICJANCI. ZA CENĘ ŻYCIA
– Takiego męża życzyłabym każdej kobiecie. Doskonale ułożony, ufny i serdeczny ludziom. Nigdy nie zrażał się do nikogo. Miał zadziwiający dar. Potrafił hasłem-łatką bezbłędnie, lecz bez złośliwości, określić charakter człowieka. Kiedy na świat przychodzi Marek junior, szaleństwu i szczęściu nie ma końca. Po prostu ojciec doskonały – wszystko potrafi, wszystko wie. Nie boi się zabierać za typowe czynności przy małym dziecku – przewijanie i kąpiel. – Trzeba było widzieć Sienickiego „Seniora”, bo tak kazał się tytułować, jaki był dumny, jak bałwochwalczo wpatrzony w syna. Z poświęceniem prał pieluchy. Wprawdzie tylko cztery dni, bo zaraz poszedł do policyjnej szkółki, ale zawsze! Był mistrzem w uspokajaniu syna. Wspaniałym partnerem, mimo że czasami, jak wszyscy mężczyźni, miewał wybryki. Namiętny wideoman, trochę leń. Kłóciliśmy się, bywało, ale nigdy nie dochodziło do wielkich scen. Stara się nie przynosić pracy do domu, ale są takie dni, że przeżywa służbę podwójnie, rozmyśla, co stało się podczas interwencji, próbuje pogodzić się z wyrokami losu. – Godzinami potrafił opowiadać o wrażeniach ze służby. Kiedyś ofuknęłam go, żeby nie przynosił roboty do domu. Pamiętam, jak mocno przeżył widok pierwszego martwego człowieka. Przez tydzień sypiał nerwowo, przygasł, stracił apetyt. Jeszcze w piątek, przed tą majową nocą, Marek i Paulina bawią się razem ze znajomymi nad zalewem w Przeczycach. Jeden z uczestników majówki, gdy dowie się o śmierci kolegi, powie później, że nie mógł odżałować, iż tego dnia nie przesadzili z alkoholem.
30
SPIS TREŚCI Prolog. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Rota ślubowania. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
7 11
Rozdział 1. Marek ginie jako pierwszy. . . . . . . . Rozdział 2. Robert. Jedna sekunda. . . . . . . . . . Rozdział 3. Marek z letniego posterunku. . . . . . Rozdział 4. Andrzej, Wiktor, Bartek. Pozostawieni. Rozdział 5. Justyna i Tomek. Blue taxi. . . . . . . . Rozdział 6. Mirek, szef wszystkich szefów. . . . . Rozdział 7. „Krasnal” i fabryka kurzu. . . . . . . . Rozdział 8. Andrzej dostał noża. . . . . . . . . . . Rozdział 9. Marek w starciu z morzem. . . . . . .
. . . . . . . . .
. . . . . . . . .
. . . . . . . . .
13 47 83 115 157 193 243 281 317
Podziękowania. . Księga pamięci. . Słowo od Policji. . Źródła ilustracji. .
. . . .
. . . .
. . . . .
349 351 377 381
. . . .
. . . .
. . . .
. . . .
. . . .
. . . .
. . . .
. . . .
. . . .
. . . .
. . . .
. . . .
. . . .
. . . .
. . . .
. . . .
. . . .
. . . .