H A N N A H
J A N E
PA R K I N S O N
DROBNE PRZYJEMNOŚCI CZYLI Z CZEGO SIĘ CIESZYĆ, GDY ŻYCIE NIE ROZPIESZCZA
Ta książka to wcale nie taka drobna przyjemność! Nigella Lawson
DROBNE PRZYJEMNOŚCI
H A N N A H
J A N E
PA R K I N S O N
DROBNE PRZYJEMNOŚCI CZYLI Z CZEGO SIĘ CIESZYĆ, GDY ŻYCIE NIE ROZPIESZCZA
Tłumaczenie Anna Hikiert-Bereza
Kraków 2022
Tytuł oryginału The Joy of Small Things Copyright © 2021 Hannah Jane Parkinson Ilustracje © Chiyun Yeh, 2021 Published by arrangement with AJA Anna Jarota Agency Copyright © for the translation by Anna Hikiert-Bereza Projekt okładki Faber Adaptacja oryginalnego projektu okładki Karolina Korbut Redaktorka nabywająca Milena Rachid Chehab Redaktorka prowadząca Dominika Kardaś Opracowanie tekstu i przygotowanie do druku d2d.pl ISBN 978-83-240-8514-9 Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl Społeczny Instytut Wydawniczy Znak ul. Kościuszki 37, 30-105 Kraków Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl Wydanie I, Kraków 2022 Druk: OZGraf
Tym, którzy sprawili mi tak wiele radości
SPIS TREŚCI
Wstęp
11
Idealny szlafrok 13 Patrzenie w górę 16 Sztuki bez przerw 19 Pocałunki 22 Czcionki 24 Covery 27 Furgonetki z lodami 30 Świeża pościel 33 Całodniowe śniadania 36 Głaskanie kotów 39 Wyglądanie przez okno 42 Kieszenie 45 Jesienne liście 48 Hermetyczne żarty 50 Petrichor 53 Muzyka techno 55 Zagraniczne idiomy 58 Wracanie do zdrowia 61 Psy w parkach 64 Rozmowy telefoniczne 68 Czytanie na plaży 71 Wzory 73 Głupawka 76 Mycie zębów 78 7
Odnajdywanie zgubionych rzeczy 80 Mylenie się 83 Niemylenie się 86 Czerwona szminka 88 Małostkowość 91 Książki z drugiej ręki 94 Komplementy 97 Sobotnie gazety 99 Bycie stałym bywalcem 101 Zamykanie kart w przeglądarce 103 Uniknięcie kaca 105 Dziękowanie 107 Morsowanie 110 Niebieskie tabliczki 114 Drobne uprzejmości 117 Kąpiele 119 Przybywanie na miejsce przed czasem 122 Tapety 124 Flirtowanie 127 Rośliny doniczkowe 129 Trzyminutowe piosenki popowe 131 Kompresja 134 Gry komputerowe 136 Tryb samolotowy 139 Gol w ostatniej minucie 141 Filiżanka herbaty 143 Dzień wyborów 146 Kupowanie staroci 149 Drapanie swędzących miejsc 152 Bycie na rauszu 154 Przeczekiwanie deszczu 156 8
Memy 158 Bonusy 161 Cisza 163 Podsłuchiwanie 165 Opustoszałe miasta 168 Nocowanki 172 Masaże 175 Czekolada 178 Jednodniowe wycieczki 181 Bisy 184 Idealne długopisy 186 Dialekty 188 Ustawianie statusu „poza biurem” Dobra kawa 192 Nocne autobusy 194 Mięta 198 Ostatnie pociągnięcie pędzla 200 Niedzielny obiad 202 Majsterkowanie 205 Lokalne graffiti 208 Kompulsywne oglądanie 210 Odgłosy sportu 213 Farmaceuci 215 Chwila po przebudzeniu 218 Szlifowanie nowych umiejętności Spotkania z nieznajomymi 224 Podróżowanie z małym bagażem Bycie karmionym przez przyjaciół Lista rzeczy zrobionych 232 Przejmowanie się mniej 234 Zapach drewna 237 9
190
220 227 229
Europejskie place 239 Awarie sprzętu 242 Porzucanie książek 245 Gry planszowe 247 Ręcznie pisane listy 251 Wysprzątany dom 254 Ulubione piosenki na losowej liście 257 Wpadanie na przyjaciół 260 Odbicia 263 Pobiegowy haj 265 Ogień 267 Odwołane plany 269 Chodzenie do kina samotnie 271 Obuwie sportowe 273 Zmienianie zdania 277 Przeglądanie stron z nieruchomościami 279 Cmentarze 281 Płytki 284 Wizyty u fryzjera 287 Morze 289 Czarno-białe fotografie 292 Domówki 294 Powroty do domu 297 Podziękowania
301
W ST Ę P
J. B. Priestleya kojarzycie zapewne głównie jako autora sztuk teatralnych, między innymi Pan inspektor przyszedł. Napisał on jednak również wiele powieści i scenariuszy oraz opracował teorię czasu (a także, jak z zaskoczeniem odkryłam, mieszkał w tym samym domu w Highgate w północnym Londynie, w którym rezydowali Samuel Taylor Coleridge czy Kate Moss). Ja jednak najbardziej cenię go za zbiór krótkich esejów o różnych rzeczach, ludziach, miejscach i uczuciach, które cieszyły go najbardziej, zatytułowany Delight [Przyjemność] i będący odpowiedzią na zarzuty, jakoby Priestley był zdeklarowanym malkontentem. Uwielbiam wszystko, co opisuje w tej książce! Są tam między innymi fontanny, odwoływanie planów, aby zostać w domu (o, tak!), czytanie o okropnej pogodzie pod ciepłym kocykiem… Ktoś dał mi tę książkę w dość trudnym dla mnie okresie mojego życia; pomogła mi ona wziąć się w garść i dojść do siebie. Dzięki niej zaczęłam doceniać drobiazgi, które dają radość m n i e: kaskady pasaży ośmiominutowego utworu kończącego album, nieznaną trasę nowego autobusu, ożywczą kąpiel w zimnej wodzie. Rok 2018 był dla mnie szczególnie trudny (nie wiedziałam wówczas, co przyniosą kolejne!). Eskalujące spory 11
w mediach społecznościowych, dzień w dzień trumpizm, określający na nowo definicję dna, coraz mniej pewny grunt brexitowych „negocjacji”… Lekarstwem było dla mnie ponowne sięgnięcie po spis rzeczy, które zachwycały Priestleya. On szukał swoich w roku 1949, gdy nastroje w Wielkiej Brytanii były zdecydowanie dalekie od euforii – powojenny okres reglamentacji i polityka zacis kania pasa przypominały to, czego doświadczamy obecnie. Stwierdziłam, że skoro ten zrzędliwy Yorkshirczyk mógł znaleźć czas na pisanie o swoich codziennych radościach, to dlaczego ja, osoba dość cynicznie nastawiona wobec otaczającego ją świata, nie miałabym spróbować tego samego w m o j e j rzeczywistości? Niezależnie od tego, co jest źródłem moich frustracji: zawirowania na skalę globalną czy też codzienne, małe uciążliwości (ludzie słuchający głośno muzyki z telefonów, zbiorowe e-maile, knajpy, w których można płacić tylko gotówką…). Poniższe felietony są czymś w rodzaju próby wskazania czytelnikowi kwiatów w gąszczu chwastów, zwrócenia jego uwagi na zachwycający fiolet szarej godziny, wygodę znoszonych butów. Inspiracją, która pozwoli przetrwać dzień bez konieczności przesyłania przyjacielowi gifa z płonącym śmietnikiem ani identyfikowania się z osobą przedstawioną na obrazie Krzyk Muncha.
PETRICHOR
Zdarza się, że odkrywamy jakieś słowo, a nawet nie zdawaliśmy sobie sprawy, jak jest nam ono potrzebne. Gdy już je poznamy, to sami nie wiemy, jak mogliśmy bez niego żyć. Dla mnie jednym z takich słówek jest „petrichor”, którego słownikowa definicja brzmi: „miły, charakterystyczny zapach towarzyszący często w pewnych rejonach pierwszemu deszczowi, który przychodzi po okresie suchej, ciepłej pogody”. Strasznie się ucieszyłam, gdy je poznałam, bo oznaczało to, że mogę przestać pytać ludzi, czy oni również uważają, że „deszcz fajnie pachniał”. To nie jest co prawda jedno z najdziwniejszych pytań, jakie zdarzyło mi się zadać w życiu, ale i nieszczególnie mądre (jak sądzę). Radość, jaką daje petrichor, to uczucie odrębne, lecz jednocześnie łączy się z innymi korzyściami, płynącymi z zakończenia fali upałów: ponownej możliwości spania inaczej niż „na rozgwiazdę”, zdolności patrzenia w ekran telefonu na zewnątrz bez mrużenia oczu. Kocham słońce – uwielbiam upały, nawet jeśli budzi to we mnie poczucie winy płynące ze świadomości, co oznaczają dla naszej planety. Jednak podobnie jak w przypadku nowego przyjaciela, który początkowo wydaje się zabawny i zachwycający, przychodzi moment, w którym czar pryska 53
i człowiek wyczekuje wytchnienia od niego niczym, nomen omen, kania dżdżu. I wówczas pojawia się on: petrichor. Naukowe wyjaśnienia wspominają o olejkach uwięzionych w suchej glebie i skale podczas upału, które są uwalniane przez wilgoć. Dla mnie petrichor to zapach odnowienia. To deszczowy odpowiednik chluśnięcia na brudny bruk wielkim wiadrem mydlin. Albo psa wychodzącego z jeziora i otrząsającego się przed wyruszeniem na poszukiwania nowej przygody. Sygnalizuje odrodzenie, odnowę, nowy początek. Słowo stworzyli w 1964 roku australijscy naukowcy przez genialne połączenie greckiego petra, oznaczającego kamień, ze słowem ichor, używanym dla określenia mitologicznej krwi bogów. Stąd też uwalniany olejek jest „krwią kamieni”. Mimo to, jeszcze przed nadaniem mu tej nazwy, zapach ów został zidentyfikowany i był wytwarzany w Indiach, gdzie otrzymał miano „perfum ziemi”, inaczej mitti attar, a perfumiarze zamykają go w butelkach i dodają do swoich kompozycji (proszę, nie pytajcie, jak to możliwe – nazwijmy to po prostu magią). Podobno niektórzy ludzie (ale częściej zwierzęta) mogą wyczuć nadchodzący deszcz. Nie mam zdolności unoszenia nosa ku chmurom i węszenia zapachu bliskiej ulewy. Gdy jednak letnie niebo szarzeje, zaczynają rozbrzmiewać gromy i się błyska, wiem, że już wkrótce będę napawać się cudowną wonią.
ZAGRANICZNE IDIOMY
Jedną z grup zawodowych, dla których mam szczególny szacunek, są tłumacze. Ci, których praca przybliża nam przemowy i wypowiedzi zagranicznych przywódców na konferencjach prasowych (najlepiej bez doprowadzania przy tym do katastrof geopolitycznych dzięki niepopełnianiu błędów – aczkolwiek wiadomo: różne rzeczy się zdarzają), oraz tłumacze literatury, umożliwiający nam zapoznanie się z tak genialnymi dziełami, jak na przykład Prowadź swój pług przez kości umarłych, nominowana do międzynarodowej nagrody Bookera książka autorstwa noblistki Olgi Tokarczuk (sam jej tytuł zawiera nawiązania do tłumaczenia Williama Blake’a) czy poezją Anny Achmatowej. Jednak rzeczą zasługującą na szczególną uwagę są tłumaczenia przysłów i powiedzeń, idiomów, porzekadeł i aforyzmów z całego świata. Z nimi należy się obchodzić z wyjątkową troską, niczym z pamiątkami rodzin nymi przekazywanymi z pokolenia na pokolenie. Albo jak z przekazami ustnymi i podaniami z lokalnych mitologii. Zbieram te perełki tak, jak niektórzy kolekcjonują znaczki. Zgodnie z tym, czego można się spodziewać, Włosi mają mnóstwo idiomów nawiązujących do jedzenia. Avere il prosciutto sugli occhi, dosłownie „mieć szynkę 58
na oczach”, oznacza bycie ślepym na coś oczywistego. We Francji o kimś, kto się nie śpieszy albo ma trudność z dokończeniem jakiejś czynności, mówi się: pédaler dans la choucroute – „pedałuje w kiszonej kapuście”. Gdy poznałam to powiedzenie, strasznie mi się spodobało, bo uznałam, że nawiązuje do mozołu poruszania się w kapuście. Później jednak dowiedziałam się, że pochodzi ono z pierwszych wyścigów Tour de France – pojazd zamykający peleton, w którym znajdowali schronienie kolarze z ogona, często był opatrzony reklamami kiszonej kapusty. Dużą przyjemność sprawia mi odkrywanie, jak ludzkość na przestrzeni dziejów, w różnych miejscach i kulturach, dochodziła do tych samych wniosków, i porównywanie, w jaki sposób je wyrażano. Na przykład po angielsku mówimy: a bad workman always blames his tools – „zły robotnik zawsze wini swoje narzędzia”. Po rosyjsku to samo wyraża się nieco brutalniej: на зеркало неча пенять, коли рожа крива – „nie wiń lustra za swoją brzydką twarz” (rany, piękne dzięki!). Gdy ktoś kichnie, Brytyjczyk może odpowiedzieć: god bless you [dosłownie: niech cię bóg błogosławi]. Mongołowie idą jednak nieco dalej i dodają z uśmiechem: Бурхан оршоо бутын чинээ сахал урга – „niech bóg ci błogosławi, a twoje wąsy będą bujne jak krzak”. Inne idiomy są tak osobliwe, że odwołują się do czys tej energii wyobraźni. „Lawirować” w łotewskim to pūst pīlītes – „dmuchać kaczki” (co nie ma sensu i wydaje się trochę niesprawiedliwe w stosunku do biednych kaczek). W chorwackim „jak ty komu, tak on tobie” to došla maca na vratanca – „przyszedł kot do (małych) drzwi”. Że co niby? 59
Chociaż mój kot wściekłby się, gdyby nagle jego otwór wejściowy się zmniejszył, więc może coś w tym jest… Zważywszy na nasz globalny krajobraz polityczny, szwedzki opis kogoś uprzywilejowanego, kto nie musi pracować, żeby dochrapać się wysokiej pozycji, brzmiący glida in på en räkmacka – „ślizgać się na kanapce z krewetkami” – wcale nie wydaje się taki niemądry. Zakończmy jednak czymś pozytywnym. Jak mawia chińskie przysłowie, yǔqí zǔzhòu hēi’àn, bùrú diǎnrán yī gēn làzhú, czyli „lepiej zapalić świecę niż przeklinać ciemność”.
ROZMOWY TELEFONICZNE
W dzisiejszych czasach każdy ma komórkę. A przynajmniej ponad pięć miliardów z nas. Mimo to rzadko kto już dzwoni. W istocie ludzie poniżej trzydziestki zostali ochrzczeni „generacją mute” z powodu nawyku odrzucania połączeń przychodzących. Z badania przeprowadzonego niedawno w Wielkiej Brytanii wynika, że zaledwie piętnaście procent młodych ludzi w wieku od szesnastu do dwudziestu czterech lat wskazuje na rozmowę tele foniczną jako na ulubioną formę kontaktu. Jakiś czas temu czytałam artykuł zatytułowany Gdy dzwoni telefon, zakładam, że ktoś umarł. Kiedyś miałam podobne nastawienie, ale niedawno zmieniłam zdanie i zaczęłam doceniać rozmowy tele foniczne – tak jak za dawnych, szkolnych czasów, gdy niemal wyrywałam kabel telefoniczny z gniazdka w desperac kiej próbie zapewnienia sobie jak największej prywatności. Gdy nawijałam przewód słuchawki na palce, poświęcając bite dwie godziny na rozmowy z przyjaciółmi, z którymi właśnie spędziłam większość dnia w szkole. Gdy wisiałam na linii, wkurzając się na piski i skrzeczenie modemu przerywające rozmowę, kiedy moja siostra próbowała się połączyć z internetem, a tymczasem obiad stygł na stole w jadalni, zmieniając się w zimną breję. 68
W czasach zwykłych telefonów stacjonarnych bez wyświetlaczy odbieranie rozmów miało w sobie zawsze pewien element ryzyka. Nigdy nie wiadomo, kto akurat dzwoni: naciągacz próbujący ci opchnąć nowe garnki? A może jakiś nudny daleki krewny… lub gadatliwy znajomy? Coś z tej obawy przetrwało do naszych czasów – coś, co powstrzymuje mnie przed odebraniem połączenia z nieznanego numeru. Nie mówiąc już o tym, że są pewne rozmowy, które zdecydowanie lepiej byłoby załatwić SMS-em albo e-mailem. Powoli wyzwalam się jednak z uścisku emotek – a przynajmniej staram się to robić – i zaczynam doceniać stare, dobre pogaduchy. Przerzucanie się wiadomościami tekstowymi ma swój urok, ale pogawędki ucinane z przyjaciółmi lub bliskimi sercu osobami, gdy leżę wyciągnięta na sofie albo – częściej – dokądś idę, nierzadko otwierają drogę do dyskusji na tematy, którym przestaliśmy poświęcać odpowiednią ilość czasu (rodzina, zdrowie, problemy w pracy), bo nie wpisują się dobrze w kanały komunikacyjne, na które się przestawiliśmy. Coraz szybsze tempo życia i wieczne zabieganie sprawiają, że nie zawsze można się z kimś spotkać twarzą w twarz (zwłaszcza w okresie pandemii, podczas której spotkania skutecznie uniemożliwiała nam seria lockdownów). Wiadomości głosowe są bardziej jak szybkie myśli albo chaotyczne, solipsystyczne wyznania. Trudno jest ocenić trafnie czyjąś odpowiedź na szczere pytanie, jak się czuje, gdy jesteś odcięty od dodatkowych podpowiedzi w postaci tonu jego głosu. Napisane „hahaha!” nie może się równać temu cudownemu odgłosowi 69
parsknięcia, gdy przyjaciel wybucha do słuchawki śmiechem. A znak zapytania nie oddaje w pełni całej gamy intonacji, czyż nie? Zawsze czuję się lepiej po rozmowie telefonicznej z kimś znajomym – to jak zastrzyk energii po ciężkim dniu. Albo proste „dobranoc”, nim położę się spać – lub zwykłe podniesienie na duchu, gdy mam kiepski nastrój. Cóż mogę rzec: posłuchajcie Debbie Harry i zróbcie tak, jak śpiewa w piosence Blondie Call Me – zadzwońcie!
G Ł U PAW K A
Głupawka to coś, czego nie można sztucznie wywołać. To ona wybiera moment, kiedy zaatakować bez ostrzeżenia i kiedy odpuścić. Nie bez powodu, zanosząc się śmiechem, wołam: „O, nie! Tylko nie to! Nie znowu!” (o ile zdołam w ogóle coś wykrztusić). Nie bez powodu mówi się o „napadach” głupawki, bo niezależnie od miejsca i czasu – jesteśmy zdani na jej łaskę. Bolą nas policzki, cali się trzęsiemy, łzy płyną nam strumieniami, a nozdrza falują. Głupawka to kwintesencja czystej, nieskrępowanej, pierwotnej radości. Niektóre z jej ataków są przelotne i nie zapadają nam w pamięć. Inne, gdy tylko przypomnimy sobie ich przyczynę, wywołują tę samą reakcję nawet po latach – czasem przez całe życie. To jak pamięć mięśniowa (w tym konkretnym przypadku mięśni twarzy). Śmianie się jest formą zacieśniania więzi społecznych – to, że będziemy się śmiać w towarzystwie, jest o trzydzieści procent bardziej prawdopodobne niż to, że będziemy się śmiali w samotności. Śmiech jest również zaraźliwy. Całkiem możliwe, że coś mnie nie rozśmieszy, ale śmiech wywoła u mnie sam widok osoby śmiejącej się z tego. Głupawka nie wybiera. I chociaż uwielbiam jej napady, zdarzało się nieraz, że wpędzała mnie w tarapaty albo była 76
przyczyną mocnego skrępowania. Czasem jej niestosowność tylko ją pogłębia. Dopadła mnie na pogrzebie mojego taty, gdy wraz z siostrą próbowałyśmy wysiąść z samochodu. Jak można było przewidzieć, napad śmiechu osłabił mnie, utrudniając jeszcze bardziej otworzenie drzwi. W końcu wytoczyłyśmy się z auta, zaśmiewając się do łez. Nie wiem, czy starczyłoby mi palców u rąk, by zliczyć chwile, kiedy musiałam wychodzić z kolegium w redakcji „The Guardian”, bo coś rozśmieszyło mnie tak mocno, że nie mogłam się opanować. Szczególnie trudno jest mi się opamiętać, gdy podchwycę wzrok kogoś, kto wywołał u mnie napad śmiechu. Ten jedyny raz, gdy głupawka była dla mnie tak stresującym przeżyciem, że na samo wspomnienie cierpnie mi skóra, przytrafił mi się, kiedy dopadła mnie na scenie wielkiego centrum kultury Southbank Centre. Coś, o czym nie ośmielę się tu wspomnieć, rozśmieszyło mnie przed publicznością liczącą tysiąc osób i następne pięć minut spędziłam, pocąc się, wiercąc i przecierając twarz dłonią w desperackiej próbie uspokojenia się i jednocześnie modląc się, żebym tylko nie musiała nic mówić. Teraz jednak, gdy w zaciszu swojego domu myślę o tym, co mnie wówczas tak rozbawiło, znowu się zaczyna… O, nie! Tylko nie to!
KO M P L E M E N T Y
Któregoś razu byłam w jednej z cukierni należących do sieci Sayers, bardzo popularnej w północno-zachodniej Anglii, i skomplementowałam kolczyki pewnej klientki. Nie podziękowała za komplement. Zamiast tego sprawiała wrażenie bardzo zakłopotanej i przez pięć minut wyjaśniała mi, że te kolczyki to naprawdę nic takiego: zwykła taniocha. No i ten kolor – zupełnie jej nie pasuje! Nie są też z prawdziwego srebra. Zasadniczo wychodziło na to, że owe kolczyki były źródłem całego zła na świecie. Pamiętam to, ponieważ tydzień wcześniej przeczytałam w jakimś czasopiśmie dla nastolatek, że dziewczyny i kobiety nie umieją przyjmować komplementów – i oto zdobyłam na to dowód empiryczny. Wówczas obiecałam sobie solennie, że zawsze będę przyjmować komplementy i się nimi cieszyć. Prawdę powiedziawszy, często dodaję od siebie coś autoironicznego, ale zdecydowanie częściej po prostu uśmiecham się i dziękuję. I to jest super. Czy lepiej jest prawić, czy przyjmować komplementy? Podobnie jak z seksem – i jedno, i drugie jest tak samo przyjemne. Regularnie komplementuję innych. Uwielbiam to! Mówię miłe rzeczy ludziom na ulicy. Czasem przemykam między nimi niczym Bond w czołówce kolejnego filmu o agencie 007 – tylko po to, żeby zapytać 97
dogonioną osobę, gdzie kupiła tę fantastyczną bluzkę (odpowiedź nigdy nie brzmi po prostu: „W Zarze w ubiegłym miesiącu”. Zawsze jest to coś w stylu: „Och! Na małym straganie ulicznym w Peru cztery lata temu!”). W większości przypadków ludzie naprawdę cieszą się z takich niespodziewanych komplementów. Jeśli ktoś wygląda świetnie, dlaczego mu o tym nie powiedzieć? Podobnie: jeśli ktoś stworzył coś, co naprawdę ci się podoba, daj mu o tym znać! Jedna z moich zaprzyjaźnionych autorek napisała kiedyś na Twitterze: „Jeśli spotkasz kiedyś udręczoną powieściopisarkę, która stoi w alejce z konserwami w Lidlu i sprawia wrażenie bliskiej załamania, i zastanawiasz się nad tym, aby ją zagadnąć i poinformować, ile radości sprawiła ci jej ostatnia książka, zrób to! To naprawdę poprawiło mi humor na cały tydzień”. Niewiele jest rzeczy, które dostajemy na tym świecie za darmo, ale komplementy nic nie kosztują, a mogą naprawdę podnieść kogoś na duchu i przynieść mu nieco pocieszenia w trudnej godzinie. Mogą też stłumić niepewność lub przypomnieć komuś, jaki dobry z niego przyjaciel – albo że wokół nadal istnieją ludzie dobrej woli. Piszę to na tarasie kawiarni, siedząc tuż przy chodniku. Jakiś mężczyzna właśnie przeszedł obok – wyglądał bardzo elegancko. Powiedziałam mu o tym! „Bardzo dziękuję!” – odpowiedział. Widzę teraz, jak maszeruje ulicą z uśmiechem na ustach.
Świeża pościel. Kubek gorącej herbaty. Ulice miasta opustoszałe w długi weekend. Przeczekiwanie deszczu. Pocałunki. Szelest jesiennych liści. Ustawianie statusu „poza biurem“.
A TOBIE CO SPRAWIA PRZYJEMNOŚĆ? Hannah Jane Parkinson, felietonistka „The Guardian”, to ekspertka w dziedzinie smakowania życia. Jej zbiór krótkich, błyskotliwych tekstów jest jak pudełko czekoladek – każdy z nich okazuje się cudowną, bezpretensjonalną lekcją tego, jak czerpać przyjemność z najzwyklejszych rzeczy.
Cała radość życia to suma drobnych przyjemności. Każda kolejna strona tej książki odkryje przed tobą cuda, które są na wyciągnięcie ręki.
Marzena Rogalska Cena 44,99 zł
W czasach kryzysu jedyne, co mamy, to drobne przyjemności. Ten niewielki zbiór pomaga wyostrzyć na nie zmysły, dostrzec je i docenić.
Aleksandra Kwaśniewska