lauren oliver
panika tłumaczenie monik a bukowsk a
kr aków 2016
Tytuł oryginału: Panic PANIC Copyright © 2014 by Laura Schechter. By arrangement with the author. All rights reserved Copyright © for the translation by Monika Bukowska Opieka redakcyjna: Agnieszka Urbanowska Opracowanie typograficzne książki: Daniel Malak Adiustacja: Joanna Mika Korekta: Iwona Boruszkowska, Joanna Mika Łamanie: Agnieszka Szatkowska Projekt okładki: Eliza Luty Fotografie na okładce: portret dziewczyny – © iStockphoto.com / CoffeeAndMilk, kąpiący się mężczyźni – © iStockphoto.com / TommL, dziewczyna siedząca na brzegu – © Alik Mulikov / Shutterstock.com ISBN 978-83-7515-385-9
www.moondrive.pl Zamówienia: Dział Handlowy, ul. Kościuszki 37, 30-105 Kraków, tel. (12) 61 99 569 Zapraszamy do księgarni internetowej Wydawnictwa Znak, w której można kupić książki Wydawnictwa Otwartego: www.znak.com.pl
Mojemu wydawcy Rosemary Brosnan Dziękuję Ci za Twoją mądrość, wsparcie i przede wszystkim za przyjaźń. Gdybyś nie dodawała mi otuchy, nie skończyłabym tej książki. I dziękuję za to, że pomagasz mi być lepszą pisarką
sobota, 18 czerwca
Heather Woda była tak zimna, że Heather zapierało dech w piersi, gdy przedzierała się przez tłum okupujący brzeg kąpieliska, którego większość stanowili kibice. Wymachiwali ręcznikami i ręcznie wykonanymi transparentami oraz zachęcali tych, którzy jeszcze nie skoczyli. Głęboko odetchnęła i zanurzyła głowę. Wszystkie odgłosy, śmiechy i krzyki natychmiast ucichły. Słyszała teraz tylko jeden głos. „Nie chciałem, by tak wyszło”. Te jego oczy, długie rzęsy, pieprzyk pod prawą brwią. „Jest w niej coś takiego…” Jest w niej coś takiego, to znaczy w Heather nic szczególnego nie ma. Właśnie tego wieczoru miała mu powiedzieć, że go kocha. Zimno przeszyło jej ciało jak prąd. Dżinsowe szorty zdawały się ciężkie, jakby ich kieszenie były wypełnione kamieniami. Na szczęście po tylu latach pływania w rzece i urządzania z Bishopem wyścigów po zalewie Heather Nill była świetną pływaczką. W wodzie roiło się od ciał, które wymachiwały rękami i nogami, chlapały, pływały w miejscu. Byli wśród nich zarówno skoczkowie, jak i kibice, taplający się w ubraniach, z piwem i jointami w dłoni. Słyszała odległe dudnienie i pozwoliła, by woda ją uniosła – bez myśli, bez lęku. 9
O to właśnie chodziło w Panice – o brak lęku. Wypłynęła na powierzchnię, by zaczerpnąć powietrza, i zobaczyła, że zdążyła już pokonać krótki dystans dzielący plażę od przeciwnego brzegu, na który składał się brzydki stos niekształtnych kamieni, śliskich od czarnego i zielonego mchu, przypominający stertę starych klocków lego. Poznaczone siatką pęknięć i szczelin, wznosiły się w stronę nieba, wystając nad powierzchnią wody jak balon. Trzydzieści jeden osób już wskoczyło. Heather znała wszystkich, do niedawna byli to jej koledzy z klasy. Tylko mała grupka ludzi wciąż stała na wystającym brzegu – postrzępionej, skalistej krawędzi od północnej strony kamieniołomu, sterczącej dwanaście metrów w górę jak ogromny ząb wyrastający z ziemi. Było zbyt ciemno, by ich dojrzeć. Latarki i ogniska rzucały światło tylko na linię brzegu, wąskie pasmo ciemnogranatowej wody i na twarze tych, którzy już skoczyli, a teraz unosili się na wodzie – dumni z siebie, zbyt podekscytowani, by czuć zimno – i rzucali kąśliwe uwagi pod adresem pozostałych zawodników. Szczyt skarpy wydawał się kudłatą masą czerni, gdzie drzewa wdzierały się na skałę albo też goła skała powoli wypierała las. Ale Heather i tak wiedziała, kto to był. Wszyscy uczestnicy gry musieli się zapowiedzieć, gdy tylko weszli na szczyt urwiska, a wtedy Diggin Rodgers, tegoroczny komentator imprezy, powtarzał nazwisko przez megafon, który pożyczył od starszego brata, gliniarza. Jeszcze trzy osoby szykowały się do skoku: Merl Tracey, Derek Klieg i Natalie Velez. Nat. Jej najlepsza przyjaciółka. Heather wetknęła palce w szczelinę w skale i się podciągnęła. W poprzednich latach obserwowała jak uczestnicy gry gramolili się w górę urwiska niczym gigantyczne, lśniące od 10
wody insekty. Co roku ludzie ścigali się, kto pierwszy będzie na szczycie i kto pierwszy skoczy. Nie było za to żadnych dodatkowych punktów. To była kwestia dumy. Uderzyła nogą o ostro wystający kawałek skały. Kiedy spojrzała w dół, zobaczyła na kolanie strużkę ciemnej krwi. O dziwo nie czuła bólu. I choć z przeciwnego brzegu wciąż dochodziły ją krzyki i wiwaty, wszystko to brzmiało odlegle. Słowa Matta zagłuszały wszystkie inne dźwięki. „Posłuchaj, to po prostu nie działa”. „Jest w niej coś takiego…” „Zostańmy przyjaciółmi”. Powietrze było chłodne. Wiatr się wzmógł, śpiewając między gałęziami starych drzew, wydobywając z lasu głębokie jęki, ale jej już nie było zimno. Serce waliło jej jak młotem i podchodziło do gardła. Znalazła w skale kolejny punkt podparcia dla rąk, osadziła stopy na śliskim mchu i podźwignęła się, tak jak obserwowała to u graczy z poprzednich roczników, każdego lata od końca podstawówki. Jak przez mgłę dochodził do niej zniekształcony przez megafon głos Diggina. – Mamy jeszcze jednego zawodnika! Jak to mówią, lepiej późno niż wcale… Połowa jego słów ginęła na wietrze. Coraz wyżej i wyżej, mimo bólu rąk i nóg. Starała się trzymać lewej strony skarpy, gdzie nachodzące na siebie skały uformowały szeroką, wystającą krawędź, po której łatwiej się było wspinać. Nagle obok niej przemknęła jakaś ciemna postać. Heather o mało się nie poślizgnęła. W ostatniej chwili pewniej osadziła stopę w skalnym zagłębieniu i mocniej wbiła palce, by się utrzymać. Usłyszała głośne okrzyki i pomyślała, że to musi być Natalie. Ale wtedy Diggin wykrzyknął: 11
– Panie i panowie, następny! Merl Tracey, nasz trzydziesty drugi zawodnik, przyłączył się do gry! Była już prawie na szczycie. Zaryzykowała spojrzenie w dół i zobaczyła strome poszarpane zbocze oraz czarną wodę rozbijającą się o podnóże skarpy. Nagle wydało się ono oddalone o miliony kilometrów. Strach ścisnął jej żołądek i na chwilę mgła, która spowijała jej głowę, rozproszyła się, gniew i ból zniknęły, a ona zapragnęła poczołgać się w dół, z powrotem na bezpieczną plażę, gdzie czekał Bishop. Mogą zaraz skoczyć do Dot’s na gofry z dodatkową porcją masła i bitej śmietany. Mogą pojeździć po okolicy z opuszczonymi szybami, słuchając narastającego cykania świerszczy, albo siedzieć razem na masce samochodu i rozmawiać o niczym. Ale było już za późno. Głos Matta powrócił szeptem i Heather ruszyła dalej.
Nikt nie wie, kto wymyślił Panikę. Istnieje kilka teorii. Niektórzy twierdzą, że wszystko się zaczęło, gdy zamknięto fabrykę papieru, przez co z dnia na dzień czterdzieści procent dorosłej populacji Carp w stanie Nowy Jork straciło pracę. Mike Dickinson – który został niesławnie aresztowany za sprzedaż narkotyków tej samej nocy, kiedy został królem balu maturalnego, a teraz wymienia klocki hamulcowe w zakładzie Jiff y Lube przy szosie numer dwadzieścia dwa – lubi twierdzić, że to był jego pomysł. Dlatego wciąż przychodzi na Skok Otwarcia, choć minęły już cztery lata, odkąd skończył szkołę. Żadna z tych historii jednak nie jest prawdziwa. Panika zaczęła się w Carp, biednym, dwunastotysięcznym miasteczku, gdzie diabeł mówi dobranoc, z tego samego powodu co wiele innych sytuacji – bo latem nie było nic innego do roboty. 12
Zasady są proste. Dzień po rozdaniu dyplomów następuje Skok Otwarcia, a później gra toczy się przez całe lato. Po finałowej konkurencji zwycięzca zgarnia nagrodę. Każdy licealista w Carp, bez wyjątku, dorzuca się do puli. Opłata wynosi dolara dziennie, przez każdy dzień roku szkolnego, od września do czerwca. Ci, którzy odmawiają partycypacji w kosztach, dostają upomnienia. Jedne są delikatne, inne bardziej przekonujące, jak włamania do szafek szkolnych, rozbite szyby albo posiniaczone twarze. Nie ma w tym żadnej niesprawiedliwości. W końcu każdy, kto zadeklaruje chęć włączenia się do gry, ma szansę na wygraną, bo kolejna zasada brzmi: wszyscy uczniowie ostatniej klasy, ale w y ł ą c z n i e ostatniej klasy, mogą wziąć udział w zawodach, a ogłaszają swój zamiar, zaliczając Skok, pierwsze z wyzwań. Bywało tak, że w Panice brało udział nawet czterdzieści osób. Ale zwycięzca może być tylko jeden. Nad wszystkim czuwa dwójka sędziów – to oni planują rozgrywkę, wymyślają konkurencje, wysyłają instrukcje, odejmują punkty i dostarczają nagrody. Są wyznaczani przez sędziów z poprzedniego roku – wszystko odbywa się w najściślejszej tajemnicy. Nikt w całej historii Paniki nie przyznał się do bycia sędzią. Jasne, były pewne podejrzenia, pojawiały się plotki i spekulacje. Carp jest małym miasteczkiem, a sędziowie dostają kasę za swoją robotę. Niby jakim cudem Myra Campbell, która zawsze wykradała dodatkowy lunch ze szkolnej stołówki, bo w domu nie było co jeść, nagle mogła sobie pozwolić na używaną hondę? Powiedziała, że dostała ją w spadku po wujku. Ale nikt nigdy wcześniej nie słyszał o wujku Myry – zresztą właściwie nikt nigdy nawet nie zauważał jej istnienia, dopóki nie przyjechała samochodem, z opuszczonymi szybami. Myra miała papierosa w ustach, a słońce odbijające 13
się w przedniej szybie prawie przysłoniło szeroki uśmiech na jej twarzy. Jest zawsze dwoje sędziów, wybieranych w tajemnicy, którzy są związani przysięgą i współpracują ze sobą. Nie może być inaczej. W przeciwnym razie na pewno dochodziłoby do prób przekupstwa, a może nawet gróźb. Dlatego właśnie jest ich dwoje – by zapewnić równowagę i ograniczyć ryzyko, że ktoś będzie oszukiwał, że zdradzi informacje o konkurencjach, że wyciekną wskazówki. Jeśli uczestnicy wiedzieliby, czego się spodziewać, mogliby się przygotować. A to nie byłoby sprawiedliwe. Po części to właśnie niewiedza i niepewność zaczynają zżerać graczy i eliminować jednego po drugim. Nagroda to zwykle ponad pięćdziesiąt tysięcy dolarów, już po odliczeniu kosztów i udziału sędziów – kimkolwiek oni są. Cztery lata temu Tommy O’Hare zgarnął wygraną i zjawił się w lombardzie po dwie rzeczy – jedną z nich był cytrynowożółty ford – a potem pojechał prosto do Las Vegas i postawił całą resztę kasy na czarne pola. Rok później Lauren Davis dzięki nagrodzie sprawiła sobie nowe zęby oraz nowe cycki i przeniosła się do Nowego Jorku. Wróciła do Carp dwa lata później na Boże Narodzenie, została na tyle długo, by pochwalić się nową torebką i jeszcze nowszym nosem, a potem zwiała z powrotem do Nowego Jorku. Po mieście krążyły plotki, że spotykała się z byłym producentem reality show o odchudzaniu albo że miała zostać modelką Victoria’s Secret, choć nikt nigdy nie widział jej w żadnym katalogu (a wielu chłopaków do nich zaglądało). Conrad Spurlock wszedł w produkcję mety, a w tej branży siedział już jego ojciec, i wpakował forsę w nową szopę przy Mallory Road, gdy jego ostatni „warsztat” spłonął do cna. Z kolei Sean McManus wykorzystał pieniądze z wygranej, żeby pójść na studia − zamierza zostać lekarzem. 14
W ciągu siedmiu lat gry doszło do trzech wypadków śmiertelnych, a nawet czterech, jeśli liczyć Tommy’ego O’Hare’a, który zabił się za pomocą drugiej rzeczy, którą wykupił z lombardu, po tym jak kulka w ruletce padła na czerwone. Widzicie? Nawet zwycięzca Paniki c z e g o ś się boi.
Wróćmy do dnia po rozdaniu dyplomów, do dnia rozpoczęcia Paniki, dnia Skoku. Wróćmy na plażę, ale zatrzymajmy się na kilka godzin, zanim Heather stanęła na skarpie, nagle sparaliżowana strachem. Obróćmy lekko kamerę. Jeszcze trochę. O, prawie. Już.
Dodge Nikt na całej plaży nie kibicował Dodge’owi Masonowi. Dodge wiedział też, że nikt nie będzie mu kibicował w przyszłości, nieważne jak daleko by zaszedł. Ale to nie miało dla niego znaczenia. Jedyne, co się liczyło, to zwycięstwo. Do tego Dodge miał pewien sekret – wiedział coś o Panice, prawdopodobnie wiedział o niej więcej niż ktokolwiek inny na tej plaży. Właściwie to miał d w a sekrety. Dodge lubił tajemnice. Mobilizowały go, dawały poczucie siły. Kiedy był mały, fantazjował nawet, że ma swój własny sekretny świat, prywatne miejsce cieni, gdzie mógłby się zwinąć w kłębek i ukryć. Nawet teraz, gdy Dayna miała gorsze dni, bo ból powracał z mocą i zaczynała płakać, gdy jego mama opryskiwała dom odświeżaczem powietrza, zapraszała 15
swojego najnowszego gacha i potem w nocy Dodge słyszał, jak rama łóżka łomocze o ścianę, a każde takie uderzenie było dla niego jak cios w brzuch – myślał o tym, by się zanurzyć w tę ciemną przestrzeń, prywatną i cichą. Każdy w szkole uważał Dodge’a za mięczaka. Dobrze o tym wiedział. Nawet w y g l ą d a ł na mięczaka. Zawsze był wysoki i chudy, „sama skóra i kości, jak twój tata” – mówiła mu mama. Wiedział, że kości i skóra, ciemna skóra, to było wszystko, co łączyło go z ojcem, dekarzem z Dominikany, z którym jego mama spędziła upojną noc w Miami. Dodge nie mógł zapamiętać jego imienia. Roberto. Albo Rodrigo. Albo coś równie żałosnego. Na samym początku, gdy utknęli w Carp (właśnie tak zawsze o tym myślał: że u t k n ę l i, że on, Dayna i mama byli jak plastikowe reklamówki popychane wiatrem, od czasu do czasu zahaczające o słup telefoniczny lub o koła jakiejś ciężarówki, co na chwilę zatrzymywało je w jednym miejscu), Dodge trzy razy dostał łomot – od Grega O’Hare’a, potem od Zeva Kellera i znów od Grega, który chciał się upewnić, że Dodge zrozumiał, kto tu rządzi. A Dodge nie oddał, ani razu. W końcu bywało gorzej. I to był drugi sekret Dodge’a, a zarazem źródło jego siły. Nie bał się. Po prostu miał to gdzieś. A to bardzo, bardzo duża różnica. Pasma czerwieni, fioletu i oranżu przecinały niebo, które przypominało Dodge’owi ogromny siniak albo zdjęcie wnętrza ciała. Słońce zajdzie pewnie za jakąś godzinę, wtedy też zostanie ogłoszona wysokość wygranej i Skok. Dodge otworzył piwo. Jego pierwsze i ostatnie. Nie chciał się wstawić, do niczego nie było mu to potrzebne. Ale dzień był gorący, a on przyszedł tu prosto z pracy, z Home Depot, i chciało mu się pić. 16
Tłum dopiero zaczynał się powoli zbierać. Od czasu do czasu Dodge słyszał przytłumiony trzask drzwi samochodu, okrzyki powitania dochodzące z lasu, odległy ryk muzyki. Whippoorwill Road biegła niecałe pół kilometra stąd. Ludzie zaczynali się wyłaniać spomiędzy drzew, przedzierając przez gęste krzaki i pnącza winorośli. Taszczyli ze sobą lodówki turystyczne, koce, butelki oraz głośniki do iPodów i powoli zajmowali miejsce na piasku. Szkoła się skończyła – na dobre, na zawsze. Dodge wziął głęboki oddech. Spośród wszystkich miejsc, w których mieszkał – Chicago, Dystrykt Kolumbii, Dallas, Richmond, Ohio, Rhode Island, Oklahoma, Nowy Orlean – Nowy Jork pachniał najlepiej. W powietrzu czuć było życie, zmianę, rzeczy, które się przeobrażają i stają czymś innym. Ray Hanrahan i jego banda przyjechali pierwsi. Wszyscy się tego spodziewali. Nawet jeśli uczestnicy oficjalnie zgłaszali swój udział tuż przed Skokiem, Ray chełpił się od miesięcy, że zgarnie nagrodę, jak jego brat dwa lata wcześniej. Luke wygrał o włos w ostatniej rundzie Paniki. Odszedł z pięćdziesięcioma patykami. O drugim kierowcy, jego rywalce, nie można nawet powiedzieć, że odeszła z pustymi rękami, bo nie była w stanie. Jeśli lekarze mają rację, to już nigdy nie będzie chodzić. Dodge przerzucił w dłoni monetę, która zniknęła, a potem jak gdyby nigdy nic znowu pojawiła się między jego palcami. W czwartej klasie facet jego mamy – nie pamiętał już który – kupił mu książkę o magicznych sztuczkach. Mieszkali wtedy w Oklahomie, w zabitej dechami dziurze położonej na równinie w głębi kraju, gdzie słońce wypalało trawę i zmieniało ziemię w pył. W takich warunkach Dodge spędził całe lato, ucząc się, jak wyciągnąć monetę z czyjegoś ucha i włożyć kartę do kieszeni tak szybko, by nikt tego nie zauważył. 17
Na początku magiczne sztuczki były tylko sposobem na zabicie czasu, ale potem zabawa przerodziła się w pewnego rodzaju obsesję. Było coś niezwykłego w tym, jak ludzie patrzyli, nie dostrzegając, że ich umysł zapełniał się tym, czego oczekiwali. Dodge’a zadziwiało też to, jak wiele zależy od zdecydowanego spojrzenia. Panika – Dodge dobrze o tym wiedział – to jedna wielka iluzja. Sędziowie byli magikami, pozostali – tylko tępą gawiedzią. Następny przyjechał Mike Dickinson razem z dwójką kumpli, wszyscy wyraźnie wstawieni. Dick zaczynał już powoli łysieć i kiedy się nachylił, by postawić lodówkę na plaży, wszystkim ukazały się prześwity jego nagiej czaszki. Kumple dźwigali zbutwiałe krzesło ratownika – tron, na którym podczas imprezy miał siedzieć Diggin, komentator. Dodge usłyszał brzęczenie. Uderzył odruchowo i zabił komara, gdy ten zaczynał ssać krew. Rozsmarował po swojej nagiej łydce rozgnieciony czarny ślad. Nienawidził komarów, pająków zresztą też. Ale owady w zasadzie lubił, uważał je za fascynujące. W jakimś sensie były podobne do ludzi – głupie i czasami bezwzględne, kiedy zaślepiał je egoizm. Niebo pociemniało. Światło gasło, kolory blakły i wirując, znikały za linią drzew rosnących na skarpie, jak gdyby ktoś wyciągnął z wanny korek. Następna na plaży zjawiła się Heather Nill razem z Nat Velez i Bishopem Marksem, który dreptał za nimi radośnie jak wyrośnięty owczarek. Nawet z tej odległości Dodge mógł stwierdzić, że obie dziewczyny były podenerwowane. Heather zrobiła coś z włosami. Nie był pewien co dokładnie, ale nie były zebrane w kucyk, jak zwykle, i chyba nawet je prostowała. Wydawało mu się też, że się umalowała. Rozważał przez chwilę, czy do nich podejść i powiedzieć „cześć”. Heather była równą laską. Podobało mu się, że jest 18
wysoka, a do tego na swój sposób twarda. Podobały mu się jej szerokie ramiona i to, jak chodziła, z wyprostowanymi plecami, nawet jeśli był pewien, że wolałaby mieć kilka centymetrów mniej – domyślał się tego, bo nosiła tylko buty na płaskim obcasie i trampki ze zdartymi podeszwami. Jeśli podszedłby do niej, to musiałby się też odezwać do Natalie, a nawet spojrzenie na nią na drugim końcu plaży sprawiało, że coś ściskało go w żołądku, jak gdyby dostał kopniaka. Nat nie była wobec niego p o d ł a w ścisłym tego słowa znaczeniu – nie tak jak inni ludzie ze szkoły. Ale nie była też miła, a na tym zależało mu bardziej niż na czymkolwiek. Zwykle uśmiechała się niemrawo, gdy przyłapała go na rozmowie z Heather, a gdy jej oczy przebiegały po nim, jak gdyby był przezroczysty, to przestawał się łudzić, że kiedykolwiek zwróci na niego uwagę. Raz nawet, na ognisku w poprzednim roku, nazwała go Dave’em. Poszedł tam właśnie dla niej. Kiedy zauważył ją w tłumie, ruszył w jej stronę – oszołomiony gwarem, upałem i szklanką whisky wypitą na parkingu, żeby dodać sobie odwagi. Poszedł tam właśnie po to, żeby z nią porozmawiać, po raz pierwszy naprawdę z nią porozmawiać. Gdy wyciągnął rękę, by złapać ją za łokieć, cofnęła się i nadepnęła mu na stopę. – Ups! Przepraszam, Dave – powiedziała, chichocząc. Jej oddech czuć było wanilią i wódką. Zawartość żołądka podeszła mu do gardła. W ich szkole na ostatnim roku było stu siedmiu uczniów, tylko tylu zostało ze stu pięćdziesięciu, którzy zaczęli naukę w pierwszej klasie. A ona nawet nie pamiętała jego imienia. Teraz stał więc w miejscu, grzebiąc butem w ziemi i czekając na zmrok, na sygnał gwizdka rozpoczynający rozgrywkę. Wygra Panikę. Zrobi to dla Dayny. Zrobi to z zemsty. 19
Heather – Próba mikrofonu. Raz, dwa, trzy – to był Diggin, sprawdzał, czy wszystko działa. Stary kamieniołom przy Whippoorwill Road, nieeksploatowany od końca dziewiętnastego wieku, został zalany w latach pięćdziesiątych ubiegłego stulecia i utworzono tu kąpielisko. Na południowym brzegu była plaża – wąskie pasmo piasku i kamieni, gdzie nie należało zapuszczać się po zmroku. O wcześniejszych porach też rzadko z niej korzystano. Pełno tu było papierosowych niedopałków, zgniecionych puszek po piwie, opróżnionych woreczków po prochach, a czasami, o zgrozo, zdarzały się zużyte kondomy, porozrzucane bezwładnie po ziemi jak podłużne meduzy. Tego wieczoru plaża była zatłoczona, wyłożona kocami i leżakami, a w powietrzu unosił się ciężki zapach środka przeciw komarom i alkoholu. Heather zamknęła oczy i wzięła głęboki oddech. To właśnie był zapach Paniki – zapach lata. Na brzegu nastąpiła nagła eksplozja kolorów i dźwięków – rozległy się piski i śmiechy. Fajerwerki. W ich czerwono-zielonym blasku Heather zobaczyła Kaitlin Frost i Shaynę Lambert, zwijające się ze śmiechu, podczas gdy Patrick Culbert próbował odpalić następne sztuczne ognie. Nie mogła uwierzyć, że rozdanie dyplomów odbyło się zaledwie wczoraj. Wyszła przed końcem ceremonii, bo Krista, jej mama, nie przyszła na uroczystość, a ona sama nie miała ochoty udawać, że prześlizgiwanie się przez cztery lata obowiązkowych zajęć było czymś godnym pochwały. Teraz miała wrażenie, że od szkoły średniej minęły wieki, jakby to był jeden długi sen, o którym można od razu zapomnieć. Może, myślała, to przez to, że ludzie się nie zmienili. Wszystkie te dni po prostu zlały się w jedno i teraz miały zostać wessane w przeszłość. 20
W Carp nic nigdy się nie działo. Nie było niespodzianek. Głos Diggina rozchodził się echem po plaży. – Panie i panowie, pora na ważne ogłoszenie: szkoła została zamknięta i nie otworzą jej przez całe lato! Wszyscy zaczęli wiwatować. A potem znowu: pyk, pyk, pyk, wybuchy fajerwerków. Znajdowali się w środku lasu, osiem kilometrów od najbliższego domu. Mogli hałasować do woli. Mogli krzyczeć. Mogli wrzeszczeć. I tak nikt ich nie usłyszy. Heather poczuła ucisk w żołądku. Zaczynało się. Domyślała się, że Nat pewnie umiera ze strachu. Wiedziała, że powinna ją jakoś pocieszyć – ona i Bishop przyszli, żeby kibicować Natalie, jakoś ją wesprzeć. Bishop zrobił nawet plakat z napisem: „Do boju, Nat!”. Obok narysował wielkiego ludzika. Natalie mogła się rozpoznać, ponieważ ludzik miał na sobie różową dresową bluzę i stał na stosie pieniędzy. – Jak to się stało, że Nat nie ma na sobie spodni? – spytała Heather. – Może zgubiła je w trakcie Skoku – odparł Bishop. Odwrócił się do Nat, szczerząc zęby w uśmiechu. Zawsze gdy się w ten sposób uśmiechał, jego brązowe jak syrop oczy przybierały miodowy odcień. – Rysunki nigdy nie były moją mocną stroną. Heather nie lubiła rozmawiać o Matcie w towarzystwie Bishopa. Nie mogła znieść, że przewraca oczami, kiedy o nim wspomina, jakby zmieniała stację radiową na taką grającą kiepski pop. Ale w pewnym momencie nie wytrzymała. – Jeszcze go nie ma – powiedziała cicho, tak że tylko Nat ją słyszała. – Przepraszam, Nat. Wiem, że to nie jest odpowiednia pora… to znaczy wiem, że przyszliśmy tu dla ciebie… – Nie ma sprawy. – Nat wyciągnęła obie ręce i ścisnęła dłoń Heather. Zrobiła dziwną minę, jak gdyby właśnie zmuszono ją do wypicia jednym tchem soku z cytryny. – Posłuchaj. Matt nie zasługuje na ciebie. Jasne? Stać cię na więcej. 21
Heather uśmiechnęła się kwaśno. – Nat, jesteś moją najlepszą przyjaciółką. Nie musisz mnie okłamywać. Natalie pokręciła głową. – Jestem pewna, że zaraz się tu zjawi. Za chwilę wszystko się zacznie. Heather znowu sprawdziła telefon, po raz setny. Nic. Wyłączała go kilka razy i restartowała, aby się upewnić, że działa. Głos Diggina zagrzmiał znowu – zasady Paniki są proste. Każdy może wziąć w niej udział. Ale tylko jedna osoba wygra. Po czym ogłosił wysokość wygranej. Sześćdziesiąt siedem tysięcy dolarów. Heather poczuła się tak, jakby ktoś kopnął ją prosto w brzuch. Sześćdziesiąt siedem tysięcy. To chyba najwyższa nagroda w historii gry. Po tłumie przeszedł szmer – ta kwota przebiegała między nimi jak prąd, przeskakując z ust do ust. „Cholera, stary, trzeba być głupim, żeby n i e g r a ć”. Nat miała taką minę, jakby właśnie zjadła wielką łyżkę lodów. Nie zważając na hałas, Diggin ogłosił zasady – w ciągu całego lata rozegranych zostanie sześć konkurencji, przeprowadzonych w warunkach najściślejszej tajemnicy; po każdej rundzie ktoś odpada; każdy z uczestników, któremu uda się przejść półmetek, będzie się musiał zmierzyć z indywidualnymi wyzwaniami. Nikt go nie słuchał. Gadka była ta sama co zawsze. Heather oglądała Panikę od końca podstawówki. Sama mogłaby wygłosić tę mowę. Jednak wymieniona przez niego kwota – sześćdziesiąt siedem tysięcy – miała niezwykłą moc, zakradła się do jej wnętrza niczym wąż, oplotła je i ścisnęła. Mimowolnie zaczęła się zastanawiać, co by zrobiła z taką forsą. Myślała o tym, jak daleko mogłaby pojechać, co mogłaby za to kupić, jak długo byłaby w stanie się utrzymać. Jak daleko od Carp mogłaby się znaleźć. 22
Ale nie. Nie mogła przecież zostawić Matta. Matt powiedział, że ją kocha. On był jej przyszłością. Poczuła, że jej serce trochę się uspokoiło, a ona znowu może oddychać. Obok niej Natalie zsunęła z siebie dżinsowe szorty i kopniakiem pozbyła się butów. – Nie do wiary, co nie? – powiedziała. Zdjęła koszulkę i zaczęła dygotać na wietrze. Heather nie mogła uwierzyć, że Nat uparła się na to absurdalne bikini, które pewnie od razu z niej spadnie, gdy wskoczy do wody. Jej argumenty Natalie skwitowała śmiechem i zażartowała, że może dzięki temu uda się jej zdobyć dodatkowe punkty. Oto cała Natalie – uparta. I próżna. Heather wciąż nie mogła uwierzyć, że zdecydowała się wystartować. Przecież bała się dosłownie wszystkiego. Ktoś – pewnie Billy Wallace – zagwizdał. – Niezły tyłek, Velez. Nat nie zareagowała, ale Heather mogłaby się założyć, że usłyszała, tylko nie chciała dać po sobie poznać, że jej to schlebia. Heather zastanawiała się, co powiedziałby Billy Wallace, gdyby ona sama założyła na siebie taki skrawek materiału. „O rany, patrzcie, co ona ma na sobie! Heather, czy nie trzeba specjalnego pozwolenia, żeby się w czymś takim pokazywać publicznie?” Ale Matt ją kocha. Matt uważa, że jest ładna. Gwar na plaży narastał, aż przerodził się w ryk – słychać było pohukiwania i krzyki, ludzie wymachiwali ręcznie wykonanymi transparentami i flagami, fajerwerki grzmiały jak mała kanonada, i Heather wiedziała, że to już. Zaraz rozlegnie się gwizdek. Zaraz rozpocznie się Panika. I wtedy go zobaczyła. Tłum rozstąpił się na chwilę. Mogła dojrzeć, jak się uśmiecha, rozmawia z kimś. A potem tłum znowu się poruszył i straciła go z oczu. 23
– On tu jest. Nat, on t u j e s t. – Co? – Nat była już skupiona na czymś innym. Heather zaschło w gardle. Tłum znowu się rozstąpił, gdy zaczęła iść w kierunku Matta, jak gdyby przyciągała ją tam jakaś niewidzialna siła – czuła ulgę wzbierającą w piersi, to była szansa, by wszystko naprawić, szansa, by wszystko dobrze rozegrać, chociaż raz. W tej samej chwili dostrzegła, że Matt rozmawia z Delaney O’Brien. Nie tyle rozmawia, ile szepcze jej coś do ucha. A potem ją całuje. Rozległ się gwizdek, ostry i cienki. Przeciął nagłą ciszę jak krzyk egzotycznego ptaka.
Heather dotarła na szczyt wzniesienia w tej samej chwili, gdy Derek Klieg wziął rozbieg i z krzykiem wystrzelił w powietrze, z dziwnie wykręconym ciałem. Kilka sekund później rozległy się wiwaty, gdy uderzył w taflę wody. Natalie kucała kilka stóp od krawędzi, blada na twarzy. Przez chwilę Heather wydawało się, że słyszy, jak jej przyjaciółka odlicza. Wtedy Nat odwróciła się i zamrugała oczami, jakby nie widziała Heather wyraźnie. Otworzyła usta i zaraz je zamknęła. Serce Heather waliło jak młotem. – Cześć, Nat – powiedziała, gdy przyjaciółka się podniosła. – Co ty tu robisz, do cholery? – wyrzuciła z siebie Natalie. Nagle do Heather wszystko dotarło – ból w rękach i łydkach, ból w palcach, ostre ukąszenia wiatru. Natalie wyglądała na wściekłą. Trzęsła się, choć powodem mogło być zimno. – Zamierzam skoczyć – wyjaśniła Heather i w tym samym momencie uświadomiła sobie, jak głupio to brzmi, jakie to j e s t głupie. Nagle poczuła, że robi jej się niedobrze. 24
„Będę ci kibicować”, oznajmiła przyjaciółce. Teraz ogarnęło ją poczucie winy, pulsowało w niej na przemian z falami mdłości. Ale głos Matta był silniejszy niż wszystko inne. Głos Matta i wspomnienie nacieków na suficie nad jej łóżkiem; tępe dudnienie muzyki z parku; zapach trawki i papierosów; dochodzące ją śmiechy, a potem czyjś krzyk: „Ty idioto…”. – Nie możesz skoczyć – zaprotestowała Nat, wpatrując się w nią. – Przecież to j a skaczę. – No to skoczymy razem – powiedziała Heather. Natalie zrobiła dwa kroki w jej stronę. Heather zauważyła, że zaciska pięści niemal rytmicznie. Ścisk, rozluźnienie. Ścisk, rozluźnienie. Trzy razy. – Dlaczego to robisz? – zapytała Natalie niemal szeptem. Heather nie potrafiła odpowiedzieć. Nawet nie wiedziała dlaczego, nie tak dokładnie. Wiedziała i czuła tylko tyle, że to jej ostatnia szansa. Odparła: – Muszę skoczyć teraz. Zanim stchórzę. Gdy odwróciła się w stronę wody, Natalie wyciągnęła do niej rękę, jakby chciała ją zatrzymać. Ale tego nie zrobiła. Heather miała wrażenie, że skała pod nią zaczęła się kołysać, wierzgając jak koń. Ogarnął ją nagły lęk, że straci równowagę, stoczy się po skalistym zboczu i roztrzaska sobie głowę o skały. Panika. Stawiała małe, niepewne kroki, ale i tak dotarła na skraj urwiska zbyt szybko. – Przedstaw się! – ryknął Diggin. Kilka metrów poniżej, w wodzie czarnej jak ropa, wciąż kłębiły się ciała. Chciała do nich krzyknąć: „Ruchy, ruchy, zaraz w was uderzę!”, ale nie była w stanie wydobyć z siebie głosu – w ogóle ledwo oddychała. Miała wrażenie, jakby jej klatkę piersiową ściskała jakaś obręcz. 25
Aż nagle przypomniała sobie i nie mogła odpędzić tej myśli, jak cztery lata temu Chris Heinz wypił jedną piątą butelki wódki przed skokiem, a potem stracił równowagę. Jego czaszka rozbijająca się o skały wydawała delikatny dźwięk, niemal jak tłuczona skorupka jajka. Pamiętała, jak wszyscy zbiegli na dół przez las. Miała przed oczami jego ciało, połamane i bezwładne, do połowy zanurzone w wodzie. – Powiedz, jak się nazywasz! – pospieszył ją Diggin, a tłum zaczął skandować: – Po-wiedz, po-wiedz, po-wiedz! Otworzyła usta. – Heather – wychrypiała. – Heather Nill. – Wiatr porywał jej słowa. Okrzyki nie cichły: – Po-wiedz! Po-wiedz! Po-wiedz! Po-wiedz! A potem: – Skacz! Skacz! Skacz! Skacz! Miała wrażenie, jakby wszystko w niej zdrętwiało, jakby było skute lodem. W ustach czuła posmak wymiocin. Wzięła głęboki oddech. Zamknęła oczy. I skoczyła.
sobota, 25 czerwca