Skip to main content

Obgadywanie świata

Page 1

O B G A DY WA N I E ล W I ATA

Wydawnictwo Znak Krakรณw 2017


6

11

95

121 127

145

239

251 267

287

355 367 377


47

29

79 179 203 223

215

311 306 339

321

405


AHOJ, PRZYGODO!


P

odróże to wróżenie. Tak mi się kojarzą. Od dziecka, od kiedy sobie przypominam, wszelkiego rodzaju podróże były w moim życiu zawsze tylko przepowiadane i wyobrażane, bo prawdziwych podróżników wokoło było niewielu. Nikt w latach pięćdziesiątych czy sześćdziesiątych nie miał takich możliwości, nigdzie nie jeździł, chyba że była to podróż służbowa z miasta do miasta. Polacy w tym czasie nie podróżowali, zwyczajnie byli trzymani za ryja, dlatego jeżeli gdziekolwiek toczyła się rozmowa o podróżach, to miała w sobie element wróżenia z kart, wróżenia z fusów czy z ręki, nieśmiertelny motyw Cyganki, która mówi: – Czekają cię, panie, dalekie podróże. Chociaż na dłoni człowiek mógłby mieć wyrytą masę tych zwiastujących podróże linii papilarnych, na fizycznej niemożności wszystko się kończyło. A słowo „podróżnik”, oznaczające wędrowanie gdzieś tam, daleko, było jak z opowieści z pogranicza fantazji. Więc tylko czytałem Sindbada Żeglarza i domyślałem się, wyobrażałem sobie, jakie mogą być te zamorskie wyprawy. Wspominam wróżby, ale tak naprawdę dzisiaj zadaję kłam swojemu dziecięcemu mniemaniu o nich. Bo potem, gdy byłem młodym człowiekiem, Cyganka w Olsztynie wywróżyła mi masę kasy, a ja dałem jej tylko pięć złotych i wybuchła kosmiczna awantura, bo ona chciała jeszcze dychę. Wywróżyła mi podróże, wywróżyła mi pieniądze i szczęście i zaczęła jeszcze o czymś opowiadać, a ja jej mówię: – O czym ty gadasz, kobieto? Podszedł do nas mój kumpel, patrzy i mówi: – Co to za wygłupy? – Sorry, Andrzej, ale namówiła mnie na wróżenie – powiadam. – Wynocha! – krzyknął. – Ty kretynie, wierzysz w te dyrdymały? Ale trudno było im się oprzeć, Cyganki chodziły w swoich kolorowych strojach i jeżeli w jakikolwiek sposób można było


Ahoj, przygodo!

przedstawiać sobie wtedy dalekie podróże, to one były ich wyobrażeniem. One były ich wcieleniem. Ich strój krzyczał, że jest skądś, i obiecywał inny świat. Byłem małym gówniarzem, mieszkałem w Gdańsku, a przy ulicy Malczewskiego, równoległej do Kartuskiej, znajdowały się ogromne łąki, na które zawsze w sezonie – wydaje mi się, że jesiennym, ale może wiosną (na pewno nie było zimno) – przyjeżdżali taborami Cyganie. Przyjeżdżali, rozkładali się, osiedlali tam na jakiś czas, a wraz z nimi wszystko, co związane z Cyganami: ogniska, zabawy, śpiew… Rodzice zakazywali nam, dzieciakom, chodzić do nich, ale my oczywiście podchodziliśmy jak najbliżej, żeby podejrzeć, co się dzieje wokół taboru. Pamiętam legendy: że ukradną, że porwą, że będzie masa nieszczęścia, ale nam Cyganie bardziej kojarzyli się z podróżą, przemieszczaniem się, drogą w nieznane. Wtedy w Olsztynie chciałem nawet odzyskać swoje pięć złotych, lecz na szczęście ich nie wydobyłem. Dychy nie dałem, a piątki nie odebrałem, a potem okazało się, że to wszystko było prawdą. To wróżenie z ręki wcale nie bywa takie głupie.

Z bandą na Siankach Moje prapodróże to Sianki, typowo miejska plaża z ubogą infrastrukturą. Jeździliśmy tam w wakacje, zawsze z kompotem z rabarbaru w butelkach po oranżadzie. Mama go nie przecedzała, więc dostawaliśmy z bratem szału na tę moc fusów nie do ominięcia. Ciocia Rosińska mówiła: – Maryś, przecedź, to dzieciaki wypiją bez gadania – ale nie pamiętam, żeby kiedykolwiek został przecedzony. Na Sianki jechało się dwunastką z przesiadką na szóstkę i nią już do końca, pod samą plażę. Uwielbialiśmy te podróże, bo latem tramwaje

13


14

były rozkosznie miłe. Wiało z każdej dziury, z każdego okna, a my siedzieliśmy na drewnianych krzesłach zrobionych z deszczułek i patrzyliśmy przez szybę. W dni powszednie tłoku nie było, za to w niedzielę tramwaj pękał wypchany ludźmi. Z miasta wyjeżdżało się szybko, potem kawał drogi tramwaj mknął wzdłuż domków, później wśród masy zieleni, aż wreszcie wjeżdżał na pętlę, a tam już panowały plażowe klimaty. Jednym z nich były głośniki, takie same jak te do „radiofonizacji kraju”, które jeździły na samochodach i nagłaśniały nasz kraj przy różnych okazjach. W Siankach wisiały na słupach przy plaży i zamiast pierwszomajowych pieśni zasuwała z nich supermuza. Był koniec lat pięćdziesiątych i raczyliśmy się Paulem Anką, którego w radiu nie można było złapać, a tam ­owszem, był. Zawodził swoim pięknym głosem, witając wszystkich wysypujących się z tramwaju. W siatkach dźwigaliśmy koce i żarcie, ale i tak największą atrakcją zawsze były mewy – lody na patyku w jasnożółtym kolorze.

Do dziś, jak ktoś mi strzela fotę, to robię miny, krzywię się, przybieram „giętką postać”, generalnie durnieję. Ten pierwszy z lewej to ja. Mój brat Andrzej to ten poważny koleś.


Ahoj, przygodo!

Mama była chora na te lody i uparcie nam tłumaczyła, że nie zapłaci za mrożoną wodę. Kończyło się więc tak, że to ciocia Rosińska płaciła, także za lody, które jadła mama. Bo mew się nie lizało, je się po prostu jadło. Sianki oczywiście w żaden sposób nie miały się do plaży w Sopocie, gdzie były wiklinowe kosze i więcej atrakcji typu wędzony węgorz, piwo i oczywiście mewy. Ale w Siankach był ten sam piasek i ten sam Bałtyk, zawsze zimny. I zawsze to my, dzieciaki, sypaliśmy wały, tworząc po dziś dzień popularne i chyba tylko w Polsce kombinowane grajdoły. Mogliśmy tam do woli wypoczywać, łapać słońce i zanurzać się w zimnym morzu. Biegaliśmy, sypaliśmy się piaskiem, kopaliśmy doły, a na końcu wszyscy, łącznie z rodzicami, wracaliśmy do domu koszmarnie zmęczeni, co niepomiernie mnie dziwiło, bo przecież miało być odwrotnie. Któregoś dnia wyruszyłem na Sianki z całą bandą dzieciaków z Kartuskiej. Najstarszy z nas miał dziesięć, góra jedenaście lat i nie dość, że pojechaliśmy nad Bałtyk, nie pytając dorosłych o zgodę, w jedną i drugą stronę podróżując na gapę, to jeszcze wszyscy się wykąpaliśmy. Miałem wtedy może sześć lat, ale dobrze pamiętam, jak wracaliśmy wieczorem w ogromnym strachu i przerażeniu. Łatwo się było domyślić, że szukają nas wszyscy dorośli, choć nikt z nas się nie domyślał, że już łącznie z milicją. A po drodze najstarsi chłopacy dali jeszcze nogę, zostawiając najmłodszych, tak że w końcu wracałem do domu zupełnie sam. Z tego strachu zamiast na Kartuską poszedłem do wujostwa Kiełbasińskich, którzy mieszkali niedaleko i u których, bywało, przesiadywaliśmy wraz z bratem. Wuj był działaczem sportowym i miał setki metalowych znaczków poprzypinanych do proporczyków, na które mogliśmy się gapić godzinami. Gapić się i je dotykać, bo tylko jednej rzeczy nie pozwalał ruszać: wielkiej wyścigówki w kształcie cygara z kierowcą w środku, która stała na regale. Gdy

15


16

do nich zaszedłem, wpadli w totalne osłupienie przekonani, że zaraz za mną wejdzie także mój brat, tata i mama. A ja byłem sam. Na szczęście wuj przytomnie wziął mnie w garść i najnormalniej w świecie odniósł do domu, co uratowało mnie przed przepotężnym klapsem, który absolutnie mi się należał.

Podróże z buta Pierwsze podróże, jakie w swoim życiu odbyłem, były przeprowadzkowe. Kiedy miałem osiem lat i świadomość otaczającego mnie świata, rodzice dostali z powrotem wezwanie do Warszawy. Byli z Warszawy, pojechali do Gdańska i znów wrócili do Warszawy. Pamiętam z tej podróży tylko to, że jedziemy wielkim samochodem marki Star, a jazda jest powolna, trwa długo i mijamy po drodze Polskę wąską, asfaltową, z bardzo małym ruchem, bo jeśli coś wówczas po kraju jeździło, to głównie ciężarówki i konne wozy. Pamiętam też, że na moment musieliśmy stanąć, żeby przepuścić przecinające szosę po ukosie czołgi. A potem dojechaliśmy do Strzegowa, już bliżej Warszawy, do którego czasem jeździłem w odwiedziny do rodziny mojej babci. Mam stamtąd zdjęcie z jakimś dziadkiem czy wujkiem z drugiej ręki, nie wiem nawet dokładnie, kto to był. Wujek stoi rozebrany do pasa, w luźnych spodniach i z cylindrem na głowie: wysokim i czarnym, bo był kominiarzem, na ramieniu przewiesił zwój sznura z kulą, a ja stoję obok, smyk w pantalonach. Patrzyłem na niego zawsze z podziwem, bo dla mnie każdy człowiek, który nosił ze sobą jakiś przedmiot do wykonywania pracy, nieważne, czy był to karabin czy przyrząd do czyszczenia kominów, był mistrzem świata. Był kimś! I odwrotnie: gdy niczego nie miał, czyli był urzędnikiem, był nikim. Ze Strzegowa zapamiętałem także drewniany most, na którym kiedyś widziałem, jak spłoszył się koń


Ahoj, przygodo!

17

i popędził, dudniąc po drewnianych deskach, a ludzie biegli za nim i za porwanym wozem. Warszawa szalenie mi się po przyjeździe spodobała, z miejsca trafiliśmy na ulicę Czerniakowską. Był rok 1961 i tak mi się tam spodobało, że już się stamtąd nie ruszyłem, już się w tej okolicy ostałem, a ojciec przy Czerniakowskiej mieszka do dziś. Stamtąd też odbywałem wszystkie moje podróże, a więc najpierw podróże niedalekie, z buta do szkoły, jeden przystanek trolejbusem linii 52. Szkoła była przedwojenna, nadwiślańska, piękny budynek fantastycznie wykonany, z wykorzystaniem przyjaznej ludzkiej myśli i miary, i do tej szkoły musiałem dymać Zawsze marzyłem o takiej czapce, z kumplami jeden przystanek plus kawałek pieszo. Jeźktórą ma na dziło się bez biletu i pytało się: sobie ten koleś – Czy można jeden przystanek? w jesionce. Mama mówiła, Jeśli kanar mówił: „Nie można!”, trzeba było zasuże po jej trupie. wać pieszo, ale jeżeli mówił: „Można”, to jechaliśmy do Brzydziłem się beretem, ale go szkoły niemal jak paniska. Kiedy musieliśmy, przechonosiłem. I jeszcze dziliśmy całość z buta, mijaliśmy domki fińskie, najte rajtuzy wiecznie piękniejszy dla mnie rejon Warszawy, prezent od Fiopadające! nów dla zburzonego miasta, w których oczywiście nie zamieszkał żaden lud Warszawy, tylko sami notable. Miałem w klasie kolegę, który tam mieszkał, jego ojciec był szefem MKOl-u, a może jakimś wysokim urzędnikiem, w każdym razie korzystał z takiego domku, marzenia nas wszystkich, którzy mieszkaliśmy w blokach. Bo domki fińskie


18

były przepiękne, przytulne, zatopione w bzie, kwiatach i drzewach, enklawa jakiegoś niesamowitego szczęścia. Za nimi zaś rozkładał się Kanał Czerniakowski, który latem pełnił funkcję basenu kąpielowego, ale nie przyciągał zbyt wielu mieszkańców. Chodziliśmy tam z kolegami z podwórka, a nawet kilka razy zabrała tam mnie i brata mama, lecz w sumie za dużo było w nim amatorszczyzny. Latem całe dno było upstrzone wodorostami, między którymi pływały traszki, co wzbudzało w nas i strach, i obrzydzenie. Nasza szkoła – nieodmienny cel wszystkich tych moich pierwszych podróży – stała dokładnie vis-à-vis tego kanału. Odbywałem oczywiście także podróże do innych części miasta, wyprawy, które wydawały mi się strasznie dalekie i skomplikowane, na przykład po masło do Hali Kopińskiej na Ochocie, kiedy rodzice dostali cynę, że sprzedają tam masło niesolone. Ojciec zabrał mnie wówczas ze sobą, pojechaliśmy trolejbusem na plac Zawiszy, przesiedliśmy się na tramwaj, a potem jeszcze z buta musieliśmy zaliczyć kawałek drogi. Dla mnie, dziesięciolatka, wyprawa nieomal do innego miasta. Cała Polska żarła wtedy solone masło, które samo w sobie nie jest złe, ale jeżeli zechcesz zrobić z niego ciasto, będziesz wkurwiony na maksa. Znaleźliśmy w tej hali właściwą kolejkę i ustawiliśmy się po to cudne, niesolone masło, a tu nagle ojciec kopie mnie w kostkę, żebym przez moment się do niego nie przyznawał. Szybko skapowałem, o co mu chodzi, poprosiłem o ćwierć kilograma i z całą połową kila, szczęśliwi, Odbywałem oczywiście także wracaliśmy do domu. podróże do innych części re któ y, A na dworze, pamięraw miasta, wyp wydawały mi się strasznie tam, był już zimodalekie i skomplikowane, na i wy wieczór i znowu przykład po masło do Hal . ocie Och na Kopińskiej wydawało mi się, że


Ahoj, przygodo!

jedziemy na koniec świata. Absolutny koniec świata, chociaż do domu. Pamiętam też, jak odprowadzałem dziewczynę, Magdę cud urody. Była wyrośniętą, przepiękną hipiską i ja też byłem hipisem, ale sięgałem jej może do połowy szyi. Odwoziłem ją na chatę za rondo Wiatraczna, podejmując poważne ryzyko, bo wjeżdżało się na Pragę, gdzie wtedy za długie pióra każdy mógł nalać po mordzie. Jechaliśmy tramwajem, ja lekko zmieszany, mimo to jednak dumny, bo zachowałem się po męsku niczym Czapajew. Ale kiedy na Wiatracznej ona na szczęście poszła z buta, ja zrobiłem zawrotkę i nie oglądając się za nią, pomknąłem do tramwaju, który – jak dla mnie –­wracał do Warszawy. Pamiętam, zobaczyłem most Poniatowskiego i poczułem się, jakbym wrócił do cywilizacji: – Jezu, znów jestem w Warszawie! Znowu jestem w mieście! Ale to wszystko były tylko podróże przygotowawcze, podróże na rozruch, taka rozgrzewka przed autentyczną przygodą. Bo prawdziwe wędrówki, które odbyłem i które absolutnie, w stu procentach ukształtowały mój charakter, dał mi autostop.

Podróże z książeczką Autostop zaczął się w komunie nagle, w sposób dziwny, bo podróżowanie niemal bez pieniędzy, bez biletów, z kartką, na której się pisało nazwę miejscowości, by wystawiać ją potem przed oczami kierowców, było absolutną istotą zachodniej kultury. I ktoś nagle pozwolił zaistnieć autostopowi! Dał komuś to zorganizować! Wszystko odbywało się w realiach naszego siermiężnego, ubogiego, politycznie strasznie głupiego, ale w detalach podróży przepięknego świata. Komuś może się dzisiaj wydawać: cóż to takiego wielkiego – autostop? Wystarczy wyjść na drogę, pomachać ręką

19


20

i poczekać, aż stanie samochód. Ale dla nas to były pierwsze wyprawy w świat, pierwsze spotkania innych ludzi, docieranie do miejsc, o których dotąd tylko słyszeliśmy, a bardzo chcieliśmy do nich dotrzeć. A w jaki sposób, kiedy – to już była nasza wolna decyzja. Po prostu coś niesamowitego. Miałem szesnaście lat, gdy namówiłem rodziców, żeby mnie puścili na taki autostopowy wojaż. Co tam zresztą rodzice. Trzeba było mieć wpłacone w PKO pięćset złotych, pięć okrągłych paczek, by móc pójść do organizatorów akcji autostop i powiedzieć: mam pieniądze na wakacje, dajcie książeczkę. Specjalną autostopową książeczkę wielkości dwóch paszportów albo publikacji z serii „Tygrys”. Książeczki zdobywało się w specjalnie wyznaczonych punktach. W sezonie stały do nich ogromne kolejki i raz zdarzyło się tak, że tuż przed nosem zamknięto nam okienko. Kurna, jaka rozpacz! Rwaliśmy się niesamowicie do wyprawy nad morze, a tu bęc, musieliśmy przyjść następnego dnia. Książeczka autostopowa miała z przodu duży Dopiero pod koniec napis AUTOSTOP, z tyłu znak STOP, a do każdej autostopowej dołączona była mapa Polski z siecią dróg, która prahistorii dołączyła do mnie Dzidzia, która wie się nie zmieniła przez całe dekady. Nazwy więkcierpliwie czekała ze szych miast, które były na niej zaznaczone, do dzimną na jakąkolwiek podwózkę. siaj kojarzą mi się z rysunkami w moim elementarzu


Ahoj, przygodo!

Falskiego, bo obok podpisu zawsze był charakterystyczny zabytek. Nie tylko miast: Wisła to dla mnie była nie niebieska kreska, tylko rzeka wstęga, której nurt mknie w stronę Bałtyku, a Bałtyk oznaczony jest sieciami rybaków i wszystko jest kolorowe. W środku książeczki mieściły się najróżniejsze instrukcje, na przykład, że jako autostopowicze mamy być mili, czyści i serdeczni. Były tam również kupony na kilometry: na dwadzieścia pięć kilometrów, na pięćdziesiąt, największe chyba na sto kilometrów. Dawało się je kierowcy w zależności od tego, ile kilometrów cię wiózł. A kierowcy chętnie je zbierali, licząc na to, że później w gazecie „Sztandar Młodych” będą mogli o sobie przeczytać: „Stanisław Marczewski, kierowca bazy transportowej Sieradz, w nagrodę za największą liczbę zebranych kuponów autostopowych otrzymuje aparat fotograficzny marki Zorka”. Zorka kojarzy się z filmem Rejs, ale słowo honoru, że oni dostawali właśnie taką zorkę albo radio tranzystorowe Szarotka. Ciśnienie na te kupony, na to radio Szarotka i aparat Zorka było tak duże, że zdarzali się kierowcy, którzy brali tylko autostopowiczów z książeczką. Bez niej nie było siły, żeby podwieźli, więc książeczek pilnowało się jak oka w głowie, zwłaszcza że nam ginęły, od czasu do czasu ktoś próbował je nam kraść. Taki zeszycik autostopowicza taszczony ze sobą setki kilometrów w kieszeni czy plecaku był najczęściej strasznie zmaltretowany, ale nadawał nam szczególny status i odróżniał od tych, którzy łapali na rączkę. Bo na rękę, czyli za pieniądz, jechali lokalsi, chcący taniej niż pekaesem dobrnąć do domu. Tacy kolesie patrzyli na nas z pogardą, bo kompletnie nie rozumieli naszej zabawy i uważali ją za fanaberię miastowych. Ale niepisane prawo mówiło, że mają pierwszeństwo, trzeba było więc wyjść z miasta na wylotówkę, minąć tych, którzy machali ręką, bo mieli pieniądze, a jeżeli za nimi stali jacyś autostopowicze, przejść także obok nich i ustawić się na samym końcu. Nieraz szło się i szło bardzo daleko. Zawsze jednak bardzo wyraźnie

21


22

trzymaliśmy nasze książeczki w rękach, aby nie daj Boże nie pomylono nas z tymi, co chcieli jechać za forsę. Najbardziej można było wtedy liczyć na tak zwaną miotłę, czyli samochód, który zabierał wszystkich. Bo w tamtych czasach można było jeździć na pace, nikt nikogo nie denerwował paragrafami i zakazami. Wsiadało się do pojemnego ciężarowego wozu, bo właśnie takie najczęściej brały autostopowiczów i jechało. Pojęcia „samochód prywatny” nie było, a już „samochód prywatny, a w nim młody człowiek” to w ogóle. Dosłownie parę razy zdarzyło mi się jechać autem osobowym i zawsze z kumplami słyszeliśmy tę samą gadkę: – Jak wy wyglądacie! Umyjcie się! Nie możecie się inaczej ubrać? Nie macie czystej koszuli? To prawda, że nasze ciuchy nie były czyste, włosy mieliśmy długie, a niektórzy bardzo długie, możliwości mycia się też były takie sobie, plecaki jak worki, zakurzone – co tu gadać, wyglądaliśmy raczej niechlujnie. Ale słuchanie o tym było nieznośne, dlatego woleliśmy, żeby nas jakiś ciężarowy wóz zgarnął na pakę i powiózł. Autostop wtedy to było absolutne „ahoj, przygodo!”. Na szosie stało się nieraz po trzy godziny, a kiedy indziej znów samochód brał cię od razu, dystanse też pokonywało się różne, przeważnie kilkudziesięciokilometrowe, kilkaset kilometrów zdarzało się rzadko. Do Krakowa czy Gdańska jechało się w dwóch, trzech turach, nocując po drodze. Paka oznaczała też przygodnych kumpli, autostopowiczów tak jak ja, którzy na nią kolejno się dosiadali, przez co wspólnie gotowaliśmy sobie zły los. Bo jak w końcu z paki ciężarówki wysypywało się trzydzieści osób, zgraja koleżków i koleżanek (koleżanek raczej mało) i wszyscy znów stawali przy drodze, na wylotówce kolejnej miejscowości w jednej kupie, to trudno było złapać następnego stopa i stało się, czekało, nieraz godzinami. Nasze podróże odbywały się według pewnego wzoru: dojechać do Gdańska, stamtąd kolejką do sopockiego Monciaka, dotknąć


Projekt okładki i makiety, obróbka graficzna zdjęć, skład i łamanie Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN® www.panczakiewicz.pl Fotografia na okładce Piotr Blawicki/East News Redakcja Andrzej Niziołek Opieka redakcyjna Damian Warszawski Adiustacja Magdalena Koch Korekta Barbara Gąsiorowska Anastazja Oleśkiewicz Jeśli spodobały wam się te opowieści, wejdźcie na stronę kreciola.tv, tam możecie zobaczyć nagrania z podróży. Copyright © by Jerzy Owsiak © Copyright for this edition by SIW Znak sp. z o.o., 2017

ISBN 978-83-240-5006-2

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37 Dział sprzedaży: tel. (12) 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl Wydanie I, 2017. Printed in EU


Turn static files into dynamic content formats.

Create a flipbook
Obgadywanie świata by SIW Znak - Issuu