Skip to main content

Ogień w gardle

Page 1


Ogień w gardle

Przełożyła Ewa Ratajczyk

Tytuł oryginału

Fuego en la garganta

Copyright © Beatriz Serrano, 2024

Copyright © Editorial Grupo Planeta, 2024

Projekt okładki i wewnętrznego zadruku okładki

Katarzyna Bućko

Obraz na okładce

Carlo Crivelli, Coronation of the Virgin with the Holy Trinity and Saints, 1493, olej na desce, Pinacoteca di Brera, Włochy / Alamy Stock Photo

Fotografia autorki na skrzydełku

© Andrea Casino

Redaktorka inicjująca

Dorota Gruszka

Opieka redakcyjna

Katarzyna Mach

Promocja

Emilia Rydel

Adiustacja

Aleksandra Kiełczykowska

Korekta

Barbara Gąsiorowska

Małgorzata Biernacka

Łamanie

CreoLibro

Copyright © for the translation by Ewa Ratajczyk

© Copyright for this edition by SIW Znak sp. z o.o., 2026

ISBN 978-83-8427-070-7

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl

Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl

Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37

Dział sprzedaży: tel. (12) 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl

Wydanie I, Kraków 2026. Printed in EU

CZĘŚĆ PIERWSZA

BLANCA I DZIEWCZYNY

Z  I NTERNETU

Ponoć historię najlepiej opowiadać od początku. Jednak zazwyczaj trudno określić, co jest początkiem wszystkich wydarzeń. Narodziny? Ślub? Nagła śmierć, pogrzeb i będący jego skutkiem podział pokaźnego spadku pomiędzy kilkoro rodzeństwa? Każdy z nas, biednych śmiertelników, sam decyduje, który moment życia stanowi punkt wyjścia jego opowieści.

Co z perspektywy czasu wyjaśnia jego historię. Która chwila dzieli życie na „przed” i „po”. Jakie zdarzenie nieodwracalnie ukształtowało nas takimi, jacy jesteśmy.

Początkiem historii Blanki nie mógłby być, na przykład, dzień jej narodzin, bo co miałby wnosić i kogo by zainteresował?; ani jej pierwszy dzień w szkole, bo nie miał znaczenia dla niej i nie ma znaczenia dla kwestii, którą się zajmujemy; ani tym bardziej dzień Pierwszej Komunii Świętej, ponieważ Blanca nie jest nawet ochrzczona. Historia Blanki rozpoczyna się w dniu, w którym ojciec – w deszczowy i nieprzyjemny lutowy poranek tego roku, kiedy premierę miały filmy Król Lew, Maska i  Flintstonowie – po tym jak postawił przed nią na stole w jadalni miskę płatków śniadaniowych z mlekiem

i sam usiadł przy nim z czarną kawą i papierosem Ducados, poinformował ją, że matka wyjechała na wakacje. To właśnie przyczyniło się do pierwszego cudu.

– Mama wyjechała na wakacje. – Ojciec wypuścił w kierunku sufitu, szczęśliwie pomalowanego na odpowiedni kolor o nazwie tytoń, dym z pierwszego zapalonego tego dnia papierosa.

– Dokąd? – zapytała dziewczynka bez większego przejęcia, nie odrywając wzroku od ekranu telewizora, emitowano bowiem animowaną wersję W 80 dni dookoła świata, wciąż nieświadoma znaczenia porannej informacji oraz tego, jak bardzo zmieni ona bieg ich życia.

– Niedługo wróci – odparł ojciec, również wpatrzony w postaci na ekranie, trzymając papierosa między palcami wskazującym i środkowym, które powoli się zażółcały.

Matka jednak nigdy nie wróciła.

Nie były niczym niezwykłym takie zniknięcia matki, zwłaszcza w ostatnim czasie, bo właściwie tylko ten ostatni czas potrafiła przechować w pamięci dziewięciolatka. Blanca do dziś nie przypomina sobie, żeby w dniu, w którym matka odeszła na dobre, atmosfera w domu znacząco się zmieniła: pachniało, jak każdego ranka, świeżo parzoną kawą, a jej ubrania naszykowane na rozpoczynający się dzień, również jak każdego ranka, leżały na krześle przy biurku, wyprasowane i gotowe do włożenia, niewzruszone jakimikolwiek oznakami nieobecności lub porzucenia.

To prawda, że matka pojawiała się i znikała, jak twierdziły –kręcąc głowami z dezaprobatą, jakby nikt ich nie widział i nie

słyszał – sąsiadki z bloku, w którym mieszkała Blanca wraz z rodzicami. „Ta to się pojawia i znika”, komentowały, siedząc na niedorzecznych białych plastikowych krzesłach – każdego popołudnia, przy dobrej pogodzie, wynosiły je przed dom –z wachlarzem w ręku w najgorętsze dni w roku. „Nie zwracaj uwagi na te przekupy”, odpowiadała zazwyczaj matka, gdy Blanca przynosiła plotki z dziedzińca, po części ze skrywaną intencją wkupienia się w łaski matki i okazania jej swojej lojalności, częściowo po to, by matka zdradziła, co się z nią działo. „Spotkania, pogawędki i takie tam”, tłumaczył ją z kolei ojciec, rzucając nieco światła na sprawę. „Twoja matka to niespokojny duch. Nie wszystkie kobiety spędzają całe dnie w domu na szorowaniu kuchennej podłogi”, dodawał bardzo nowocześnie, jak mężczyzna wyprzedzający swoje czasy, mężczyzna przybyły z przyszłości, choć Blanca setki razy widziała matkę w starej bawełnianej koszulce i znoszonych dżinsach, klęczącą i polerującą kuchenną podłogę, aż świeciła tak, że mogłaby być lustrem dla majtek.

A jednak Blanca, na podstawie własnych obserwacji i porównań z matkami swoich szkolnych koleżanek, stwierdziła, że jej matka rzeczywiście nie jest taka jak inne; dlatego bliscy nieco mniej przejmowali się jej wyjściami i nieobecnościami. Jej matka nigdy nie szykowała kanapek do szkoły, tylko kupowała Blance na drugie śniadanie coś w piekarni. „Przynajmniej torebka nie śmierdzi mi mielonką”, mówiła, udając odruch wymiotny. Jej matka nosiła minispódniczki i obcisłe swetry, jak dziewczyny z czasopism, i buty wysokie jak jej ambicje – sięgające powyżej kolan, zawsze na obcasie. Jej matka codziennie czekała na nią około piątej po południu, z dala od reszty rodziców, siedząc na ławce, paląc papierosa

i przeglądając jakiś magazyn, który właśnie pojawił się w kioskach, o modzie i trendach albo o historii. Jej matka nie siadała w kafejce na placu na kawę z innymi matkami, ale bawiła się z Blancą, a jeśli Blanca bawiła się z koleżankami, siedziała spokojnie z boku, paliła lub czytała. Obie te rzeczy często robiła jednocześnie. Jej matka nieraz się nie czesała, tylko upinała włosy w niedbały kok. Nie malowała się też nadmiernie, ale kiedy już nakładała makijaż, rysowała na powiece kreskę, która ciągnęła się aż do skroni, jak u współczesnej Kleopatry.

Jej matka śmiała się głośno i gestykulowała, śpiewała na całe gardło w samochodzie po drodze do szkoły i krzyczała na kierowców, którzy ją wyprzedzali. A kiedy przyszło jej rozmawiać z nauczycielami, zakładała ręce na piersiach i marszczyła brwi, w przeciwieństwie do innych matek, które patrzyły na nauczycieli pokornie, z anielskim uśmiechem, i niejednokrotnie zjawiały się z torbą pełną łakoci przywiezionych niedawno z rodzinnego miasteczka.

„Moja mama mówi, że twoja mama to dziwka”, powiedziała jej kiedyś szkolna koleżanka o imieniu Aurora. „Z twoją mamą jest taki problem, że jest prostaczką”, odparowała Blanca bez wahania i bez najmniejszej urazy. Słowo „prostak” często słyszała w domu, z ust swoich rodziców, kiedy mówili o innych. „Co za prostactwo”, narzekali, szukając miejsca, gdzie mogliby wbić parasol na plaży pełnej niedzielnych turystów. „Ta banda prostaków nie dogadałaby się nawet za kolejnej dyktatury”, komentowali ze śmiechem po powrocie ze spotkania wspólnoty mieszkaniowej, które jak zwykle zakończyło się krzykami, pretensjami i ożywionymi dyskusjami na temat kolorów markiz z przodu budynku. „Ta prostaczka z warzywniaka zwariowała z ceną kiwi”, oznajmiała matka po

powrocie z zakupów, wypakowując rzeczy z torby. Albo: „mój szef, prostak, się na mnie uwziął”, mawiał ojciec, gdy wracał z pracy. Dlatego Blanca wcześnie zrozumiała, że różni się od innych, w myśl jasnej zasady: świat dzielił się na prostaków i jej rodzinę.

Dwa tygodnie po tym jak matka wyjechała na wakacje, w szkole zaczęto plotkować na temat jej zniknięcia, a w sercu Blanki pojawiło się nieznane dotąd uczucie, nowy odcień w palecie zmiennych nastrojów, który raczej nie nawiedza najmłodszych, zidentyfikowany później przez Blancę jako niepokój.

W domu ojciec z uporem obstawał przy tym, że matka jest na wakacjach, ale Blanca widziała, że cienie pod jego oczami z dnia na dzień stają się coraz ciemniejsze, a odpowiedzi – coraz bardziej lakoniczne i opryskliwe. Zaniepokojenie Blanki narastało z każdym dniem, bo wyczuwała, że ojciec co rusz zmienia przedstawianą jej wersję wydarzeń. Najpierw twierdził, że matka jest w Benidormie, później zaś, pod wpływem nacisków córki, oznajmił, że wyjechała na Hawaje. „Na Hawaje?”, zapytała Blanca ze zdziwieniem, po czym pobiegła do swojego pokoju, żeby odszukać Hawaje na globusie. Brak możliwości umiejscowienia matki w konkretnym, niezmiennym punkcie na kuli, którą miała w swoim pokoju, potęgował jej zdenerwowanie, tym bardziej że ojciec przestał podawać konkretne miejsca (matka zdążyła zawitać do Singapuru, Nowej Zelandii i Wiednia) i zaczął odpowiadać mało krzepiącym i niezbyt entuzjastycznym: „Wróci”. Odpowiedzi na pytania o to, gdzie i kiedy, nie przynosiły dziewczynce

uspokajających ani tym bardziej konkretnych informacji na temat tajemniczego zniknięcia matki. Na to, żeby pytać: „dlaczego?”, była za mała.

„Nie uwierzysz, czego się dowiedziałam” stało się hasłem, które Blanca słyszała za każdym razem, gdy ze spuszczoną głową i z plecakiem przewieszonym przez ramię przechodziła obok cudzych matek. W tamtych czasach wszyscy się znali.

Pojęcie wszyscy obejmowało nieco ponad pięć tysięcy mieszkańców dzielnicy na przedmieściach Walencji. Choć znajdowała się ona rzut kamieniem od miasta, w odległości dłuższego spaceru, stanowiła odrębną enklawę z własną historią. Jej mieszkańcy nie uważali się za mieszkańców stolicy prowincji, z kolei mieszkańcy stolicy nie uważali tych spod miasta za swych prawdziwych sąsiadów.

W tamtym miejscu wszyscy wiedzieli, czyim jesteś synem i wnukiem. A jeśli się tu sprowadziłeś, wszyscy mieli dokładne informacje, skąd przybyłeś, ponieważ w takich przypadkach przybysz tracił swoje nazwisko i stawał się po prostu Murcjaninem, a jeśli Murcjanin zapuścił korzenie, to jego potomstwo, analogicznie, nazywano Dziećmi Murcjanina. Wiadomo było również, gdzie mieszkasz (czy w części eleganckiej, bliżej śródmieścia, z nowymi budynkami, w pobliżu głównej alei, placu i sklepów, czy też w części robotniczej, po drugiej stronie parceli z leżącą odłogiem ziemią, niedaleko stacji benzynowej), czym się zajmujesz, z kim się spotykasz i do której z dwóch tutejszych szkół uczęszczają twoje dzieci – do publicznej czy do prywatnej. A jeśli któraś z pociech napsociła, na przykład rozbiła szybę piłką lub kopniakiem zniszczyła lusterko samochodowe, po kilku minutach sąsiadka dzwoniła domofonem do drzwi matki sprawcy, żeby opowiedzieć o zajściu.

W tym mikrokosmosie żadne zmiany – zakup najnowszego modelu samochodu rodzinnego, separacja, syn, który stał się narkomanem, czy nowy kolor włosów sąsiadki – nigdy nie pozostawały niezauważone.

Raptem codziennie po południu Blancę zaczął odbierać ze szkoły ojciec, a on, w przeciwieństwie do matki, rozmawiał z innymi matkami, prostaczkami. Trudno było więc ignorować nieobecność mamy, tym bardziej że od jakiegoś czasu budziła podejrzenia. Zwłaszcza że czasami to właśnie te kobiety musiały zaopiekować się Blancą, ponieważ jej ojciec dzwonił w ostatniej chwili, zaaferowany, i kajając się, prosił, żeby zabrały ją ze sobą do parku, bo skomplikowała mu się sytuacja w pracy.

– A z twoją mamą co się stało? – pytała zawsze któraś z matek, szturchając łokciem kobietę stojącą obok i obserwując dziewczynkę o smutnych oczach.

Blanca zawsze reagowała w ten sam sposób: wzruszała ramionami, wbijała wzrok w ziemię i milczała.

Matki, a jakże, zaczęły komentować. „Podobno przyłapał ją w łóżku z innym”. „Coś podobnego, jestem w szoku”.

„Przecież wyglądali na bardzo zakochanych, prawda?” „Słyszałam, że wróciła do rodzinnego miasteczka, bo jej matka jest bardzo chora”. „Akurat, to po co te wszystkie tajemnice?” „Święta racja, o takich rzeczach mówi się bez wstydu”. „Mnie to wszystko wygląda bardzo podejrzanie”. „Tym bardziej że wiadomo, jaka ona była. Gdybyś mi to powiedziała o Pili, skwitowałabym: «Aha», ale ona?” „Dziewczynka wydaje mi się smutna”. „Poza tym nic nie mówi, jakby ktoś ją zakneblował”. „Moim zdaniem ta kobieta była stuknięta i pewnie przebywa w jakimś ośrodku”. „Całkiem możliwe”. „Co wy

mówicie, rak piersi, wiem z pewnego źródła”. „Nie chce, żeby widzieli ją łysą”. „Coś w tym jest, zawsze była bardzo zadbana”. „Wyzywająca”. „Oj, ale ty jesteś złośliwa, Julita, posikam się ze śmiechu”. „No dobra, ja lecę, bo mały robi się głodny i marudny”. „Jeśli się czegoś dowiem, to do ciebie zadzwonię”. „Tak, tak, będziemy się informować”. I tak to wyglądało, aż w końcu matka Aurory wprost zapytała ojca Blanki, gdzie podziewa się jego żona, ponieważ dawno jej nie widziano i cała dzielnica się niepokoi. A ojciec Blanki, najprawdopodobniej zaskoczony w chwili słabości lub desperacji, odparł, że wyjechała na czas nieokreślony, zbytnio się nie tłumacząc, i że nawet on nie bardzo wie, dokąd i z kim. I wtedy dopiero się zaczęło.

Plotki krążyły z prędkością światła w mikrokosmosie dzielnicy i wkrótce, po kilku „Nie uwierzysz, czego się dowiedziałam” i „Jak ci powiem, co usłyszałam…” gremialnie uznano, że matka Blanki z pewnością przebywa w jakimś zakładzie psychiatrycznym, które wówczas nazywano domami wariatów, a ludzie nie byli do nich „przyjmowani”, lecz w nich „zamykani”. Trzeba zrozumieć charakter tamtej epoki i powszechną opinię na temat matki Blanki, ponieważ wszyscy wiemy, że plotki są zazwyczaj znacznie okrutniejsze, gdy dotyczą osoby zasadniczo nielubianej przez tych, co je rozpowszechniają.

To właśnie Aurora, dziewczynka, która pewnego dnia nazwała matkę Blanki dziwką, ponownie skonfrontowała się z Blancą podczas przerwy, gdy ta ustawiła się w kolejce do do zabawy pozostałych dzieci, być może chodziło o skakanie przez skakankę. Aurora złapała Blancę za kucyk i powiedziała, że wszyscy wiedzą, iż jej matka ich porzuciła, bo jest wariatką. „Skończoną wariatką”, powiedziała, idealnie naśladując ton,

jakim wypowiedziano by takie zdanie w jednej z telenoweli, oglądanych przez starsze kobiety podczas sjesty. Wtedy Blanca po raz pierwszy usłyszała z czyichś ust słowo porzucenie i pomyślała o swoim krzesełku przed biurkiem, na którym już nie czekały ubrania wyprasowane na następny dzień, i poczuła, że to prawda. Jej matka nie była na Hawajach ani w Singapurze, ale odeszła na zawsze. Blanca rozejrzała się i zauważyła, że pozostali chichoczą. „Twoja matka jest wariatką, twoja matka jest wariatką”, zaczęli skandować ze złośliwością charakterystyczną dla małych dzieci, które nie obawiają się jeszcze konsekwencji swoich czynów.

Blanca poczuła, że pali ją głęboko w piersi i że ten ogień, ta gęsta i gorzka ciecz wywołująca pieczenie, podchodzi jej do gardła niczym lawa wulkanu, gotowa wylać się z jej ust jak wymioty po zjedzeniu całego zestawu dziecięcego w Burger Kingu. Chwyciła Aurorę za rękę i patrząc jej w oczy, wycedziła: „Mam nadzieję, że dostaniesz niewidzialnego raka i że żaden lekarz go nie wykryje”. A później ją spoliczkowała. Aurora odeszła, szlochając na cały głos, z dłonią na czerwonym policzku. Właśnie to wszyscy zapamiętali: uderzenie w twarz. Efektowny cios był tak gwałtowny i głośny (plask!), że na klątwę Blanki obecne na miejscu dzieci nie zwróciły uwagi. Blanca nie poniosła żadnej kary, ponieważ wszyscy, a zwłaszcza dorośli, współczuli biednej, porzuconej dziewczynce. Aurora natomiast otrzymała surową reprymendę od dyrektorki – została pouczona, że powinna wykazywać więcej empatii wobec innych, „ponieważ nie wszystkie dzieci mają tyle szczęścia co ty”. Przez szczęście rozumiejąc posiadanie ojca i matki oraz wiedzy na temat tego, gdzie mniej więcej się znajdują. Aurora nie doczekała końca roku szkolnego.

Po trzech miesiącach zmarła na rzadką chorobę; lekarze nie byli w stanie znaleźć lekarstwa ani terapii, które zdołałyby przedłużyć jej krótkie życie. Choroba postępowała błyskawicznie i była niezwykle bolesna.

Blanca niewiele więcej pamięta z tego, co wydarzyło się w tamtym roku. Pamięć jest bez wątpienia kapryśna, a ona przeżyła zbyt wiele traumatycznych wydarzeń w krótkim czasie, by móc zachować wierną chronologię tych mrocznych miesięcy. Od momentu gdy odeszła matka i życie zamieniło się w pełne cierpienia oczekiwanie, jej wspomnienia traciły ostrość, jakby przechowywała je za szybą, po której spływa deszcz. Zwyczaje i domowy rytm codzienności zmieniały się, przekształcały i ewoluowały, aż w końcu zastąpiły je nowe zwyczaje i nowy rytm. Rano nadal unosił się w domu zapach świeżo parzonej kawy, ale Blanca sama zaczęła wybierać ubrania do szkoły, a codzienne menu ograniczyło się do dwóch nowych specjałów tej smutnej restauracji: makaronu z pomidorami i mielonym mięsem w południe oraz filetu z kurczaka i szparagów z majonezem wieczorem. Z tamtego roku pamięta jednak to, że pojęła prawdziwe znaczenie słowa cisza – czasami stawała się nie do zniesienia i Blanca miała wrażenie, że tak bardzo ciąży na barkach jej samej i ojcu, iż oboje zaczęli chodzić ze spuszczoną głową, skuleni, jakby wyrosły im garby. Czasami ciszę wypełniały banały („Co byś zjadła na kolację?”, „W sobotę rano zacznę cię zawozić na pływanie”) zamiast pytań, które Blanca chciała zadać („Gdzie jest mama? Kiedy wróci?”), i odpowiedzi, które pragnęła usłyszeć. Dokładnie nie pamięta, kiedy przestała zadawać te pytania ani kiedy przywykła do samotności przeżywanej we dwoje.

Niewiele więcej pamięta z tamtych pierwszych miesięcy nieobecności matki – ani co robili z ojcem w domu, ani o czym rozmawiali, jeśli w ogóle o czymkolwiek. Dziś potrafi zamknąć oczy i zdobywając się na wysiłek, od którego na czole występują kropelki potu, przywołać mgliste wspomnienie szkolnej bramy z czerwonej cegły, porośniętej bugenwillą, swojej małej miętowozielonej ławki i błękitnego plecaka. Pamięta też nauczycielkę muzyki klaszczącą, żeby wszyscy nadążali za rytmem melodii. I nauczyciela matematyki wyjaśniającego coś i dodającego: „To będzie na sprawdzianie”. Potrafi sobie przypomnieć swoje żółte kalosze i odgłos, jaki wydawały, gdy skakała po kałużach, i przezroczysty parasol, dzięki któremu wiedziała, jak mocno pada deszcz. Pamięta ojca w domu, rozmawiającego z kimś przez telefon, prawdopodobnie z jakimś krewnym, jak mówił: „Nie wiem, kurwa, nie wiem”, po czym z wściekłością odkładał słuchawkę. Przypomina sobie, że dzieci w szkole odsuwały się od niej i szeptały, gdy je mijała. I że nikt nie chciał się z nią bawić na przerwie, jakby była czarną owcą, bo Blanca na zawsze stała się tą, która spoliczkowała chorutką dziewczynkę.

Niezwykle wyraźnie pamięta jednak tamto popołudnie, kiedy chowano Aurorę. Miejscowy, klaustrofobicznie mały, kościół parafialny, zapach kadzidła, syk płonących świec i mdlący, słodkawy zapach dziesiątek wieńców przed ołtarzem. Nikt w całej dzielnicy nie zapomniał o małej Aurorze. Blanca ma w głowie obraz Aurory, niczym z fotografii, bladej jak woskowa laleczka, w czerwonej sukience i czarnych lakierowanych pantofelkach, w których Blanca nigdy jej nie widziała, z nieskazitelnie czystymi podeszwami, lśniącymi i niezużytymi, leżącej w sosnowej trumnie wielkości zabawkowego

samochodu. Pamięta kobietę ocierającą łzy chusteczką i wykrzykującą raz po raz z przejęciem: „Wygląda jak Czerwony Kapturek!”. Pamięta, że wszystkie dzieci z klasy zaśpiewały Barkę, choć gdy teraz o tym myśli, ta pieśń nie wydaje jej się odpowiednia na pogrzeb dziecka, ale być może wtedy była to jedyna piosenka, którą wszyscy znali, a w niespodziewanych sytuacjach lepiej nie improwizować. Pamięta, że matka Aurory zemdlała dwukrotnie: raz, gdy dotarła do kościoła i zobaczyła całą scenę, a drugi raz, gdy szła za trumną swojej jedynej córki. Pamięta księdza wypowiadającego słowa, które choć głośno rozbrzmiewały w małym kościółku, pozostawały bez echa, ponieważ do ludzi stłoczonych na ciemnych drewnianych ławkach nie docierała pociecha, jaką powinny nieść, na przykład te o akceptacji Bożej tajemnicy, kiedy duchowny wskazywał na trumienkę z dziewczynką, która przeżyła zaledwie kilka lat. I pamięta też łzy zaraźliwe jak wirus tak radośnie rozprzestrzeniający się w szkołach. Że najpierw zaczęła płakać Berta, która uważała się za najlepszą przyjaciółkę Aurory, a potem, jakby nastąpił efekt domina, rozpłakały się wszystkie dzieci ze szkoły, które tego dnia uczestniczyły w pogrzebie koleżanki. Blanca również płakała, opierając kolana na klęczniku drewnianej kościelnej ławki, modląc się, w teorii, za duszę zmarłej dziewczynki. Ale nie modliła się za duszę Aurory.

Modliła się za własną.

Blanca pamięta, że podniosła wzrok, gdy reszta pogrążonych w modlitwie kolegów i koleżanek nadal wpatrywała się w podłogę, i uświadomiła sobie, że Aurora to już nie dziecko, lecz zwłoki. Jej twarz, niegdyś pogodna i bystra, była teraz jedynie pozbawioną wyrazu maską, co sprawiło, że Blanca, mimo tego, co usłyszała owego popołudnia

z ust proboszcza, zaczęła się zastanawiać, czy ta istota, która nie czuje ani nie cierpi, mogła mieć duszę i gdzie ta dusza się teraz znajduje. Nad ich głowami Jezus Chrystus przybity do krzyża z bolesnym wyrazem twarzy wydawał się śledzić Blancę wzrokiem, choć próbowała się ukryć, i dziewczynka miała wrażenie, że ten mężczyzna na wysokościach wie o jej grzechu pierworodnym czy jaki tam popełniła. Silny zapach kadzidła, kwiatów i ludzi skupionych w tak małej przestrzeni przyprawił Blancę o zawroty głowy i musiała mocno chwycić się kościelnej ławki, żeby nie zemdleć. Pomyślała o ogniu, który buchnął z jej gardła. Pomyślała o klątwie, którą rzuciła na Aurorę. Pomyślała o tym, że zmarli przestają przypominać ludzi, którymi byli. I w chwili gdy ostatnie promienie popołudniowego słońca wpadały przez okna do kościoła, poczuła, że strach, zimny jak lód, przebiegł przez całe jej ciało i osiadł w kościach i osiadł w jej kościach.

Po pogrzebie Blanca dostała wysokiej gorączki, z powodu której spędziła w łóżku kilka tygodni, co nie pomogło wypełnić luk w i tak już kruchej pamięci. Ojciec uznał, że przyczyną tego stanu rzeczy były trudne przeżycia ostatnich miesięcy, zwieńczone nieszczęsnym pogrzebem dziecka, co potwornie zasmuciło całą dzielnicę. Jednak Blanca, pocąc się w swoim łóżeczku, czuła w ustach gorycz winy, a na karku – przeszywający wzrok Jezusa Chrystusa z kościoła parafialnego, którego progu nigdy więcej nie przestąpiła.

A później pamięta, że nadeszło lato.

Choć początek tej historii mógłby wskazywać na coś innego, dzieciństwo Blanki było w sumie dość szczęśliwe; a może, biorąc pod uwagę okoliczności, należałoby raczej powiedzieć, że było dość normalne. W porównaniu z tym, co przeżywali niektórzy koledzy i koleżanki ze szkoły – ojciec jednej pewnego dnia wyszedł po papierosy i więcej nie wrócił; matki innych pojawiały się od czasu do czasu w ogromnych ciemnych okularach, by ukryć podbite oko; a ojcowie jeszcze innych nieustannie przesiadywali na piwie w barze Manolín, z twarzami czerwonymi jak buraki, po czym wracali do domów, zataczając się w tym samym parku, w którym bawiły się ich dzieci – Blanca nie miała najgorzej. W miejscach, gdzie mnóstwo jest historii, których nikt nie chciałby przywoływać podczas toastu weselnego, nieszczęście wielu jest zazwyczaj pocieszeniem dla wszystkich.

Po pierwszym roku od odejścia matki, która pozostawiła po sobie ogromną pustkę, życie Blanki stopniowo się zapełniało, a pod jej stopami ukształtowało się dość stabilne podłoże, dzięki czemu mogła iść dalej. Ojciec mężnie zmierzył się

z nową rzeczywistością i dostosował do niej, zdaniem sąsiadek z plastikowych krzeseł, z wielką godnością i opanowaniem; nie bez pewnego pragmatyzmu postanowił przestać wyczekiwać wieczorami powrotu żony, wypalając papierosa za papierosem, i z nadejściem września oraz rozpoczęciem nowego roku szkolnego pogodził się z tym, że są już nie we troje, lecz tylko we dwoje. Być może w głębi duszy wiedział o tym od zawsze.

Ojciec Blanki miał liczną rodzinę, a jej członkowie zaczynali niepostrzeżenie ingerować w domowe życie i zajmowali miejsca i przestrzenie, które dawniej zajmowała matka Blanki. Babcia i ciotki roztoczyły nad nią opiekę jak nad własną córką, obdarzając ją miłością i troską, a dzięki stosikom pojemników z domowym jedzeniem, zostawianym w zamrażarce, oraz zacięciu do porządków i umiejętności prowadzenia domu wydawało się, że mieszkanie, do niedawna zastygłe w czasie, znów ożyło.

Pierwszą rzeczą, jaką zrobiły ciotki Blanki, było usunięcie śladów pozostawionych przez jej matkę: opróżniły ze wszystkiego, co po niej zostało, szafy, szuflady i półki, podzieliły się kosmetykami pochowanymi w łazience, schowały rodzinne fotografie, na których widniała matka, porozstawiane do tej pory po domu, wyrzuciły nawet stare prześcieradła i pościel, w której matka Blanki z pewnością w potach podjęła decyzję o odejściu.

Zrobiło się tak, jakby matki nigdy tam nie było.

A mieszkanie znów stało się domem, w którym rzadko panowała cisza, przynajmniej ta z pierwszych miesięcy nieobecności, bo prawie zawsze ktoś się w nim kręcił. Najczęściej, ze dwa lub trzy razy w tygodniu, zaglądała do nich ciotka Felisa,

starsza siostra ojca, samotna i bezdzietna – od czasu do czasu pojawiała się jednak z jakąś współlokatorką, zawsze nieatrakcyjną, z bardzo krótkimi włosami. Często zostawała na kolacji i przedłużała wizytę do północy. Czasami, gdy Blanca liczyła owce, docierały do niej salwy śmiechu ojca, dźwięku niemal zapomnianego, podobnie jak dawne podziały społeczne („Co za banda prostaków, Felisa”), i zasypiała spokojnie, otulona pewnym poczuciem bezpieczeństwa, z przekonaniem, że w jej życiu wszystko jest mniej więcej w porządku, skoro z salonu dobiegał śmiech.

Oczywiście tęskniła za matką. Z początku nieustannie, później sporadycznie. Najgorzej było, gdy matka jej się śniła, bo w ciągu dnia mogła zajmować swoją uwagę na tysiące sposobów, ale podświadomość bywała zdradliwa. W ciepłym śnie zdarzało jej się nawet poczuć matczyny zapach, a potem się budziła i nagle, z bólem, uświadamiała sobie, że matki już przy niej nie ma.

Jednak istniało coś silniejszego niż tęsknota: obawa, żeby nie odeszła już żadna z pozostałych w jej życiu osób. Czasami budziła się ze łzami w oczach, gdy przyśniła jej się mama, jednak o wiele gorsze były koszmary, w których mózg podsuwał jej wizję, że tata również wyprowadził się z domu, i wtedy nie budziła się z płaczem, ale z uczuciem ogromnej pustki w sercu. I tak Blanca dorastała jako dziecko wewnątrz pełne niepokoju, jednak z zewnątrz kochające, dobrze wychowane i urocze. Nie hałasowała, nie podnosiła głosu, dostawała dobre oceny i każdego ranka sama przygotowywała sobie śniadanie, tak jak robiły to zawsze odpowiedzialne starsze siostry w amerykańskich serialach familijnych, które oglądała w weekendy.

Spis treści

Blanca i dziewczyny z Internetu 9

Część druga

Wyjaśnienia 125

Część trzecia

Dziewczyna znikąd 243

CZĘŚĆ PIERWSZA

Turn static files into dynamic content formats.

Create a flipbook
Ogień w gardle by SIW Znak - Issuu