Skip to main content

Nieugięte. Jakie naprawdę były wiejskie kobiety

Page 1


Projekt okładki

Kira Pietrek

Redaktorka inicjująca

Natalia Hońca

Redaktorka prowadząca

Urszula Ilnicka-Gębarowska

Redaktorka językowa

Agnieszka Mąka

Koordynatorka procesu wydawniczego

Agata Błasiak

Opieka promocyjna

Klaudia Kusy

Adiustacja

Maria Zając

Korekta

Paweł Denkowski

Karina Bednarska-Markot

Łamanie

Dariusz Ziach

Copyright © by Aneta Godynia

Copyright © for this edition by SIW Znak sp. z o.o., 2026

ISBN 978-83-8427-536-8

Znak Horyzont www.znakhoryzont.pl

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl

Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl

Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37

Dział sprzedaży: tel. (12) 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl Wydanie I, Kraków 2026. Printed in EU

spis treści

1. Ojciec dzieci utrzymuje, matka pielęgnuje .......

2. By uczciwi mężczyźni nie padali ofiarami kobiet ......................................

3. Zastrzega się pohańbionej prawo do odszkodowania ...........................

4. U wieśniaków bicie i znieważanie są częstymi  zjawiskami ..................................

5. Dwa światy Zofii .............................

6. Matołek nie przywiązuje uwagi do wartości grosza ......................................

7. Taka moja wola i tak dawno sobie umyślałam ....

nieugięte

Tak można nazwać kobiety, które 100 i więcej lat temu żyły na polskiej wsi, z dala od wielkiego świata, ale blisko rodziny, ziemi i codziennej walki o przetrwanie. Nieugięte wobec biedy i przeciwności, wobec męskich hierarchii i społecznych oczekiwań. Gospodarzyły, pisały testamenty, prowadziły procesy w sądach, broniły swoich dzieci, swojej ziemi i godności. Przez długie dekady ich historie kryły się w cieniu, w archiwach, w zapiskach notariuszy, w sądowych dokumentach, które przechodziły z rąk do rąk. Tam, gdzie historia widziała głównie mężczyzn –właścicieli, dziedziców, gospodarzy – one również były obecne: jako zaradne spadkobierczynie, odważne uczestniczki sporów, kobiety, które miały świadomość własnych praw i nie wahały się o nie walczyć. Choć często bez formalnego wykształcenia, często nieumiejące pisać ani czytać, ale potrafiące zadbać o to, co dla nich najważniejsze – planujące i myślące dalekosiężnie. Każda na swój sposób.

Młode kobiety pod obeliskiem w Michałowicach

Ta książka przywraca im głos. Pokazuje, że wiejska kobieta przełomu wieków to nie tylko gospodyni przy piecu, matka nad kołyską czy wyrobnica w polu. To opowieść o sile, która rodziła się z codziennych zmagań, z ciężkiej pracy i potrzeby zaradności budzącej determinację. To dzięki ich wytrwałości i waleczności żyjemy dzisiaj my. Spadkobiercy ich wyborów, ich sukcesów i porażek. To w nich tkwi źródło naszej codzienności: z jej cieniami i światłami, z tym, co trudne, ale i z tym, co budujące. Jeśli chcemy zrozumieć przeszłość w całym bogactwie, nie możemy jej malować jedynie w dwóch kolorach – czerni i bieli. Historie ludzkie, co widać chociażby w losach jednej rodziny, są zawsze pełne różnych barw, odcieni i półtonów. Nieugięte mają pomóc dostrzec właśnie tę wielowymiarowość. Życie kobiet, które były przed nami i które swoim uporem, swoją troską i swoim nieprzejednaniem ukształtowały świat, w jakim żyjemy.

To w tych opowieściach tkwi sens. W odkrywaniu, że nikt z nas nie pochodzi z pustki, że jesteśmy dziedzicami tysięcy małych decyzji, wyborów i poświęceń. Te historie ukryte w archiwach są jak mozaika: pojedynczo wydają się drobne, ale razem układają się w pełen, wielobarwny obraz naszego wspólnego dziedzictwa. I właśnie tam, pośród z pozoru nieciekawych, zakurzonych, starych papierów, odnalazłam je – kobiety, które mimo wszystko stawały do walki. Kobiety, które były nieugięte.

n asi przodkowie nie są tłem historii

To, co wiemy o życiu minionych pokoleń, zależy od tego, jakie ślady po sobie zostawiły. A jakie ślady mogli zostawić po sobie niepiśmienni chłopi i chłopki, którzy – ponieważ stanowili większość polskiego społeczeństwa – w ogromnej mierze są naszymi przodkami? Wiedza o przeszłości rodzin opiera się najczęściej na źródłach, które porządkują daty i nazwiska, ale niewiele mówią o codziennym życiu. W metrykach odnotowywano narodziny, śluby i zgony. To po nie sięga się w pierwszej kolejności podczas pracy nad historią rodu. Rejestrują wiek, zawód, miejsce zamieszkania. Są niezbędne, lecz tylko budują ramy dla mikrohistorii. Żeby zbliżyć się do realnego doświadczenia życia, trzeba zejść głębiej, wykraczając poza najbardziej oczywiste dokumenty. Testamenty, umowy, zapisy sporów sąsiedzkich i rodzinnych to zwierciadła codzienności dawnych czasów. W zeznaniach świadków i pytaniach sędziów kryje się obraz rzeczywistości, jakiego nie znajdziemy w pamiętnikach czy wspomnieniach.

Tamten świat, mający swe odbicie w protokołach sądowych, każe też zadać pytania, które burzą proste wyobrażenia o przeszłości, zwłaszcza o życiu kobiet. Czy obyczaj naprawdę nakazywał im cierpieć w milczeniu? Czy mówienie o przemocy, konfliktach małżeńskich, sprawach intymnych zawsze stanowiło tabu? Zebrane historie pokazują coś innego. Spory małżeńskie rzadko były sprawą wyłącznie dwóch osób. Do sądów wzywano dziesiątki świadków: sąsiadów, krewnych, mieszkańców rodzinnej

nieugięte

Obraz kobiety cierpiącej w zupełnej samotności okazuje się więc złudny. Czy zawsze była z góry skazana na przegraną? Dokumenty dowodzą, że nie. W wielu sprawach to właśnie kobieta budziła współczucie i odruch solidarności otoczenia. To jej wierzono, gdy mówiła o biciu, głodzeniu, odbieraniu majątku. Również w sądzie mężczyzna nie zawsze był stroną uprzywilejowaną. Ten, który według uproszczonych wyobrażeń miał niepodzielnie rządzić, sam podlegał ocenie społeczności. A ta, znająca realia życia swoich mieszkańców lepiej niż ktokolwiek z zewnątrz, potrafiła jasno wskazać, gdzie leżała wina.

Ta książka oddaje głos właśnie tym historiom. Opowiada dzieje kobiet widziane z nowej, nieeksplorowanej dotąd perspektywy, zapisanej nie w przefiltrowanych wspomnieniach, lecz w konkretnych doświadczeniach codziennego życia. To opowieść o przodkach, którzy nie byli tłem historii, lecz jej pełnoprawnymi uczestnikami.

Co istotne, te historie nie są opowiedziane jednym głosem. W przeciwieństwie do pamiętników czy wspomnień, które zawsze nakładają na rzeczywistość filtr wrażliwości autora, akta sądowe pozostają źródłami wielogłosowymi, a przy tym niewykorzystanymi. Okazuje się, że na pozór nudne, czysto urzędowe zapisy kryją w sobie bogate świadectwo życia minionych pokoleń. Sięgnęłam po te

nieugięte 13 wsi, a czasem także okolicznych miejscowości. Wieś wiedziała. Widziała ślady przemocy, słyszała krzyki, znała kulisy domowych sporów. Czasem interweniowała, czasem próbowała mediować, czasem tylko patrzyła. Biernie, ale nie w niewiedzy.

dokumenty z myślą o odczytaniu ich właśnie w ten sposób: nie jako suchych akt spraw, lecz jako zapisu ludzkich doświadczeń.

Każda sprawa sądowa to mozaika relacji: stron sporu, świadków, sąsiadów, krewnych. Zachowały się w nich ich własne słowa, to, kim byli, jak postrzegali siebie nawzajem, jak widziała ich rodzina i lokalna społeczność. Każdy głos wnosi swój fragment opowieści, swoje emocje, interesy i swoją pamięć. Dzięki temu uzyskujemy wyjątkowy wgląd w dawny mikrokosmos: świat codziennych konfliktów, lęków, drobnych radości i nadziei, uchwycony z wielu perspektyw jednocześnie. Właśnie to czyni dokumenty sądowe jednym z najcenniejszych, a zarazem najbardziej niedocenianych źródeł wiedzy o życiu zwykłych ludzi, tych, o których historia w innych okolicznościach milczałaby zupełnie. Choć język tych zapisów bywa trudny, przesycony prawniczą terminologią i urzędowymi formułami, to właśnie one pozwalają nam zajrzeć najgłębiej w realne życie –zobaczyć, co naprawdę miało znaczenie dla ludzi w danej epoce. Przekładam ten formalny żargon sal sądowych na opowieść zrozumiałą dla współczesnego czytelnika: wydobywam sens ukrytych pod sztywną formą znaczeń i odkrywam emocje, które kryją się w protokołach. Spory o ziemię, posag, alimenty czy prawo do separacji pokazują, wokół czego toczyła się codzienność i jak definiowano sprawiedliwość. Warto pamiętać, że decyzja o wejściu na drogę sądową nigdy nie była łatwa. Pociągała za sobą koszty – finansowe, czasowe i emocjonalne. A jednak ludzie decydowali się na ten krok, gotowi przez lata walczyć

14 nieugięte

Prawdy równoległe

Dla mnie, jako genealożki, są to źródła wręcz bezcenne. Pozwalają mi nie tylko odtworzyć suche fakty, lecz także zobaczyć historię rodziny w całym jej ludzkim wymiarze. Od lat badam dzieje rodzin, wykorzystując zarówno podstawowe źródła genealogiczne, takie jak metryki urodzeń, małżeństw i zgonów, jak i szeroki zasób dokumentów pozametrykalnych. Sięgam po akta notarialne, sądowe, cechowe, podatkowe, hipoteczne i administracyjne, które umożliwiają osadzenie poszczególnych osób w realnym kontekście. Akta sądowe zajmują w moich badaniach miejsce szczególne. Są opisowe, szczegółowe i wyjątkowe pod jednym zasadniczym względem: zachowały słowa, które ci ludzie naprawdę wypowiedzieli. Nawet jeśli zostały zapisane cudzym piórem, w języku urzędowym, wciąż niosą autentyczny głos świadków i stron postępowania. Praca z tak szerokim wachlarzem dokumentów nadaje moim badaniom inny wymiar, pozwala mi wyjść poza schematyczne

15 o swoje prawa. To dowód, jak ważne były dla nich sprawy, z którymi stawali przed sądem. W tych dokumentach zapisały się nie tylko konflikty, ale i hierarchia wartości, troska o rodzinę, o honor, o byt dzieci. Dlatego procesy sprzed 100 i więcej lat nie są jedynie suchym zapisem prawnych procedur. To żywe świadectwo, jak w soczewce skupiające realia epoki, a przy tym najbliższe temu, w jaki sposób naprawdę wyglądało życie naszych przodków.

drzewa genealogiczne i opowiadać losy rodzin jako żywą, wielowątkową historię o relacjach, wyborach i doświadczeniach, które kształtowały ich codzienność. Z kart akt wyłaniają się animozje panujące w rodzinach i we wsiach, napięcia narastające latami, dawne urazy i konflikty, po których nigdzie indziej nie ma śladu. W zeznaniach można dostrzec wyraźne sympatie. To, kto staje po czyjej stronie, kto mówi z przekonaniem, a kto z widocznym dystansem lub niechęcią. Dokumenty te traktują o zatargach sąsiedzkich, o sporach między krewnymi, o niechęci maskowanej uprzejmymi formułkami i o jawnych oskarżeniach, które w innych okolicznościach nigdy nie zostałyby wypowiedziane na głos. Sąd był miejscem, w którym to, co prywatne, zostawało wyrażone słowami i zapisane.

Przede wszystkim jednak akta sądowe pokazują, jak jedna ludzka historia może być postrzegana na zupełnie różne sposoby. Ta sama osoba w jednych zeznaniach jawi się jako ofiara, w innych jako sprawca; jako człowiek spokojny albo niebezpieczny; jako matka dbająca o dzieci lub kobieta oskarżana o zaniedbania. Każdy świadek przynosi do sądu własne doświadczenie, własną pamięć i własne emocje, a zapis tych relacji tworzy kompozycję, w której nie ma jednej, prostej prawdy.

Właśnie ta wielogłosowość czyni dokumenty sądowe tak cennymi. Nie oferują gotowych ocen, lecz zmuszają do uważnego czytania, porównywania relacji i dostrzegania sprzeczności. Pozwalają zobaczyć, że przeszłość nie była jednolita ani jednoznaczna. Była przeżywana, oceniana i zapamiętywana różnie przez każdego z uczestników wydarzeń.

16 nieugięte

W czasach, gdy znaczna część społeczeństwa nie potrafiła ani pisać, ani czytać, fakt, że protokolant sądowy zapisał ich historie na kartach akt, jest prawdziwym skarbem. Ci ludzie nie prowadzili pamiętników, nie pisali listów z myślą o potomnych. Ich doświadczenie nie miało szansy przetrwać inaczej niż poprzez dokumenty wytworzone przez instytucje państwa. Sąd czy notariusz stawali się więc mimowolnymi kronikarzami ich życia.

Z dokumentów metrykalnych dowiemy się, kiedy się urodzili, ile mieli lat, kim byli z zawodu i gdzie mieszkali. Ale metryki milczą o tym, jak mieszkali, w jakich warunkach, ile zarabiali, czy byli chorzy, głodni, zadłużeni albo zmuszeni do życia na cudzym. To możemy wyczytać właśnie z akt sądowych. One przemawiają innym językiem i wymagają innego sposobu lektury. Trzeba nie tylko do nich dotrzeć, lecz także umieć je czytać wbrew ich oficjalnej formie, wydobywać sens, porównywać fragmenty, łączyć rozproszone ślady w spójną opowieść. To tam pojawiają się informacje o stanie zdrowia, o braku jedzenia, o długach, o przemocy, o pracy ponad siły. To w sądzie ludzie mówili o swoim życiu najpełniej, bo musieli je wytłumaczyć, uzasadnić, obronić.

Sens ukryty w szczegółach

Jako genealożka nie szukam sensacji, nie zależy mi na znalezieniu dokumentów przełomowych dla historii ogólnej. Sprawiam, że nasi przodkowie przestają być anonimowymi

punktami na osi czasu, a zaczynają być kimś bliskim, zrozumiałym, bardziej ludzkim. Od lat badam historie rodzin i nigdy nie trafiłam na taką, która byłaby prosta, łatwa i jednoliniowa. Każda opowieść, nawet ta pozornie podobna do innych, przy bliższym spojrzeniu rozpada się na wiele odcieni, sprzeczności i nieoczywistych wyborów. Dlatego nie generalizuję. Każdego dnia widzę, że uproszczenia w niczym nie pomagają. Przeciwnie, prowadzą w ślepy zaułek i zniekształcają odbiór dawnej rzeczywistości.

Nigdy nie powiem, że „wszyscy tak żyli”. Tak żyła jedna konkretna osoba, w określonym miejscu i czasie, wśród konkretnych ludzi i uwarunkowań. Inna, choćby mieszkająca w tej samej chałupie, mogła mieć zupełnie odmienne doświadczenia. Dopiero dostrzeżenie takiej różnorodności pozwala naprawdę zrozumieć przeszłość. To ona burzy schematy. Czyni historię bliższą, bardziej ludzką i prawdziwszą.

Te mikrohistorie nadają poprzednim pokoleniom koloryt. Sprawiają, że przodkowie przestają być czarno-białymi postaciami z drzew genealogicznych, zredukowanymi do dat i lakonicznych określeń. Dzięki nim zyskują głębię –stają się ludźmi uwikłanymi w relacje, emocje i wybory, które nie zawsze były proste i jednoznaczne. Mikrohistorie wypełniają luki pomiędzy suchymi faktami. Pokazują złość, strach, nadzieję, lojalność i rozpacz. Ujawniają chwile słabości i momenty odwagi, codzienne konflikty i drobne gesty solidarności. Dzięki nim można zobaczyć nie tylko, co się wydarzyło, ale także jak to było przeżywane. To właśnie emocje zapisane w zeznaniach, skargach i odpowiedziach powodują, że przeszłość ożywa. Słowa

18 nieugięte

wypowiedziane przed sądem, nawet jeśli zapisane urzędowym językiem, niosą w sobie napięcie chwili, drżenie głosu, gniew lub bezradność. Przodkowie stają się bliżsi, bardziej ludzcy, zrozumiali w swoich decyzjach. Dzięki tym drobnym, jednostkowym historiom dawne pokolenia wychodzą z cienia. To właśnie te mikroopowieści sprawiają, że przeszłość przestaje być martwa, a zaczyna mówić ludzkim głosem. Trzeba jednak pamiętać, że wiele spraw na zawsze pozostało pod strzechą, a wiele dramatów nigdy nie wykroczyło poza ściany domów. To, co dziś odnajdujemy w aktach, jest świadectwem niezwykłej odwagi, na którą nie każdą kobietę było stać. Wiele drobnych historii nie zostało zapisanych i nigdy nie zostanie opowiedzianych. Akta sądowe pozwalają usłyszeć niektóre głosy przeszłości, ale zarazem przypominają o tych, które na zawsze pozostaną niesłyszane.

Co więcej, ludzie ci nie mówią o sobie w odniesieniu do wielkiej historii, do przełomowych wydarzeń politycznych czy społecznych. Innymi słowy, wszystko, o czym uczono nas jako o kluczowych momentach epoki, pozostaje w tle lub nie pojawia się wcale. Nie one kształtują narrację o ich życiu, nie one ich definiują. W aktach sądowych ludzie występują przede wszystkim jako oni sami. Jako mężowie i żony, matki i ojcowie, sąsiedzi, rodzeństwo. Mówią o tym, co dla nich najważniejsze „tu i teraz”. O krowie sprzedanej bez zgody, o pieniądzach, których zabrakło na utrzymanie dzieci. Ich świat nie jest abstrakcyjny ani symboliczny. Okazuje się do bólu konkretny, osadzony w codzienności mierzonej kawałkiem chleba i morgą ziemi. Ich tożsamość

buduje się wokół relacji i zwykłych doświadczeń, a nie wokół dat ani wydarzeń znanych nam z podręczników.

Dzięki temu te źródła są tak wyjątkowe. Pozwalają zobaczyć przeszłość bez historycznego patosu. Ludzie występujący w aktach sądowych nie próbują wpisywać swojego życia w wielkie narracje. Nie tłumaczą się historią, nie odwołują się do ideologii ani do „czasów, w jakich przyszło im żyć”. Opowiadają o sobie bez pośredników. Dzięki temu zyskują niezwykłą autentyczność. Przestają być elementem tła dla wielkich wydarzeń, a stają się centrum własnej opowieści. Ich doświadczenie nie jest ilustracją historii, jest historią samą w sobie.

r ozdział 1

ojciec dzieci utrzymuje,

matka pielęgnuje

Mogłoby się wydawać, że alimenty na dzieci i obowiązek partycypowania ojców w kosztach wychowania to zdobycze dopiero XX wieku. Otóż nie. Już w XIX stuleciu kobiety, także te ze wsi, walczyły o to, by ojcowie ich dzieci ponosili odpowiedzialność za własne czyny. Domagały się wsparcia od mężów, którzy porzucili rodzinę, od ojców dzieci nieślubnych próbujących uchylić się od powinności, i od tych, którzy zapominali, że dziecko to zobowiązanie nie tylko kobiety, ale też mężczyzny. Opowiem o losach chłopek, które stawały przed obliczem cesarsko-królewskich sądów w Galicji, przed sądami w Królestwie Polskim, a później przed sądami II Rzeczypospolitej. Walczyły o uznanie ojcostwa dzieci spoza małżeństwa, o alimenty

ojciec dzieci utrzymuje, matka P ielęgnuje 21

dla potomstwa1, o należne wsparcie dla siebie i swoich rodzin. Każda taka sprawa jest również fragmentem większej opowieści o tym, jak kobiety egzekwowały swoje prawa w warunkach, w których miały przecież ograniczone możliwości do działania. A jednak dawały sobie radę. To, co tu pokazuję, to jedynie wycinek, kilka przykładów spośród tysięcy podobnych historii. Historii kobiet, które nie czekały biernie na łaskę od losu. m arianna, która nie rozumie, co się do niej mówi

W 1911 roku przed cesarsko-królewskim sądem powiatowym w Liszkach rozpoczyna się historia związana z pozwem o uznanie Wincentego ojcem nieślubnego dziecka, Michała – syna Marianny2. Marianna ma dwadzieścia trzy lata, mieszka z rodzicami w Liszkach i jako panna zaszła w ciążę. Podczas rozprawy, która odbywa się z końcem stycznia, zeznaje, że raz jeden tylko obcowała cieleśnie z Wincentym, w 1910 roku. Nie potrafi jednak podać dokładnie, w jakim miesiącu miało to miejsce. W protokole zapisano, że do stosunku doszło w marcu albo kwietniu. Dziewczyna swoje zeznanie powtarza co do joty pod

1 Austriacki Kodeks cywilny (ABGB) z 1811 r., §166: „Także dziecko nieślubne ma prawo żądać od swoich rodziców stosownego do ich majątku utrzymania, wychowania i zaopatrzenia […]. Do utrzymania jest głównie zobowiązany ojciec […]”.

2 Archiwum Narodowe w Krakowie, sygn. 29/1027/5072.

22 nieugięte

ojciec dzieci utrzymuje, matka P ielęgnuje 23 przysięgą. Protokół z rozprawy, która skończyła się bardzo szybko – bo już o godzinie dziewiątej – podpisują własnoręcznie i starannie: świeżo uznany za ojca Wincenty, pełnomocnik małego Michała oraz Jan, prawny opiekun chłopca. Wincenty, którego sąd na podstawie zeznań Marianny uznał za ojca naturalnego jej nieślubnego dziecka, jest zobowiązany do zapłaty 5 koron miesięcznie tytułem utrzymania syna do ukończenia przez niego czternastu lat: „Obowiązek alimentacji dziecka ograniczono w zasadzie do ukończenia 14 lat życia, albowiem w wieku tym dziecko wieśniaków, zadośćuczyniwszy obowiązkowi szkolnemu, zwyczajnie samo na siebie zapracować potrafi”. Czy 5 koron miesięcznie to dużo? Dla porównania roczna suma tych alimentów (czyli 60 koron) odpowiada mniej więcej jednej czwartej rocznego wynagrodzenia wójta3 . Wysokość tej kwoty nie wzięła się znikąd. Co prawda nie ma żadnej instrukcji nakazującej przyznania alimentów w określonej wysokości, ale istnieje wymóg, by kwota taka została zawsze dostosowana do stanu majątkowego ojca. A ponieważ Wincenty posiada jedynie ćwierć morgi gruntu (jedna morga w Galicji to niewiele ponad pół hektara, odpowiadała w przybliżeniu powierzchni boiska piłkarskiego), nie może być obciążony zbyt wysokim zobowiązaniem. Ponadto sąd zaznacza, że również matka jest zobowiązana do utrzymania dziecka. Półtora miesiąca później Wincenty składa apelację od wyroku.

3 J. Słomka, Pamiętniki włościanina. Od pańszczyzny do dni dzisiejszych, Kraków 1929, s. 305.

Tak właściwie to nawet nie on sam to robi, a jego matka Franciszka. Ich adwokatem zostaje Rudolf Reiner, a to, że Wincenty nie występuje tutaj sam, a razem z mamą, oznacza, że jest niepełnoletni. W Galicji pełnoletność osiąga się dopiero w wieku dwudziestu czterech lat. Franciszka podważa cały wyrok. Adwokat młodego ojca i jego matki pisze, że kardynalnym błędem było uznanie przez sąd, że do obcowania cielesnego z Wincentym doszło w 1910 roku jedynie na podstawie zeznań Marianny. Bez wnikliwego zbadania, kiedy dokładnie odbyli stosunek: „[…] wieczorem pewnego dnia i to tylko jeden raz, ale absolutnie stwierdzić tego matka dziecięcia nie mogła, w którym to było miesiącu”. Bez wskazania konkretnego miesiąca nie można przecież ustalić, czy zdarzenie to miało miejsce w czasie wymaganym przepisami. Ponadto miano zignorować prośby Wincentego o przesłuchanie świadków, których zeznania miały go oczyścić „z zarzutów”. Wincentemu bardzo zależało na tym, by wysłuchano tych dwóch mężczyzn, bo według jego wiedzy Marianna współżyła z nimi niejednokrotnie. Nigdzie nie odnotowano też tego, że wedle słów

Wincentego Marianna „[…] jest dziewczyną co najmniej umysłowo niedołężną i że za taką uchodzi w całych Liszkach, że ją za głupkowatą uważają”. Według Franciszki są to fakty, które mogą mieć niebagatelny wpływ na obrót sprawy, co skutkować by mogło odrzuceniem przez sąd zeznań Marianny. Interesy małego Michała reprezentował od czerwca adwokat Leopold Bader. Odpierając wszystkie zarzuty podniesione w apelacji, Bader odniósł się także do kwestii, dlaczego Marianna nie potrafiła podać

24 nieugięte

dokładnej daty stosunku cielesnego z Wincentym: „Marianna […] dziewczyna wiejska – przy swoim przesłuchaniu nie umiała wprawdzie ściśle podać daty dnia oraz miesiąca, w którym pozwany z nią cieleśnie obcował, a to dlatego, bo Marianna […] w ogóle nie zna nazw dwunastu miesięcy w roku”. Bader zaznaczył jednak, że Marianna była w stanie precyzyjnie określić porę roku i okoliczności zdarzenia: „[…] pozwany obcował z nią cieleśnie na wiosnę 1910, że pozwany ją wtedy porwał, wlókł do pola, przewrócił ją i zgwałcił, cieleśnie z nią obcował, a było to na wiosnę 1910, że wówczas ziemniaki już były zasadzone, zaś ozimina, tj. żyto wówczas już było trochę

ojciec dzieci utrzymuje, matka P ielęgnuje

Krakowianki z Liszek

Turn static files into dynamic content formats.

Create a flipbook
Nieugięte. Jakie naprawdę były wiejskie kobiety by SIW Znak - Issuu