Bartłomiej Dobroczyński
Wydawnictwo Znak Kraków 2026
Projekt okładki Michał Pawłowski
Na okładce wykorzystano obraz Jakuba Juliana Ziółkowskiego. Za udostępnienie dziękujemy Autorowi
Recenzent naukowy dr hab. Adam Lipszyc, prof. IFiS PAN
Opieka redakcyjna Karol Kleczka Anna Szulczyńska Adiustacja Laura Możdżeń
Korekta Barbara Gąsiorowska
Indeks Artur Czesak
Łamanie Piotr Poniedziałek
Copyright © by Bartłomiej Dobroczyński Copyright © for this edition by SIW Znak sp. z.o.o., 2026
ISBN 978-83-8427-104-9
Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37 Dział sprzedaży: tel. (12) 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl Wydanie I, 2026. Printed in EU
Wprowadzenie, czyli o fundamentach na marginesie I am a Freud, I am no longer very Jung. Daevid Allen
1
Kurt Danziger, wybitny psycholog kanadyjski urodzony we Wrocławiu, znany przede wszystkim jako wnikliwy i nowatorski badacz dziejów swojej dyscypliny, zakończył szkic autobiograficzny zaskakującym wyznaniem, że najbardziej szczęśliwy czuje się w miejscu, w którym zazwyczaj się znajduje, a mianowicie na marginesie 2. Co więcej, oświadczenie 1 Ta finezyjna i nieprzekładalna gra słów pochodzi z płyty sformowa-
nej ad hoc grupy New York Gong About Time z 1980 roku. Daevid Allen, nieżyjący już australijski muzyk specjalizujący się w tzw. rocku kosmicznym, był współzałożycielem legendarnych zespołów lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych XX wieku, między innymi brytyjskiego Soft Machine oraz francuskiego Gongu. Poeta i dziennikarz muzyczny Steve Turner (Znak wydał jego książkę Głód niebios. Rock’n’roll w poszukiwaniu zbawienia, przeł. Tomasz Bieroń, Kraków 1997) wyraził się o nim w 1971 roku następująco: „Mam wyraźne poczucie, że Daevid Allen jest jednym z niewielu prawdziwych geniuszy, których wypromowały rockowe media… To Dylan Thomas innej epoki”. Gong, Camembert Electrique, Bandcamp, https://bygrecords.bandcamp.com/album/camembert-electrique, dostęp: 26.05.2026. 2 K. Danziger, Confessions of a Marginal Psychologist, w: History of Psychology in Autobiography, ed. L.P. Mos, Dordrecht–Heidelberg–London–New York 2009, s. 127. Wszystkie obcojęzyczne cytaty, jeśli nie zaznaczono inaczej, w moim własnym tłumaczeniu. Wprowadzenie, czyli o fundamentach na marginesie
7
to stanowi swego rodzaju klamrę, zamyka bowiem cały tekst, który jest równie nieoczekiwanie – zważywszy niekwestionowaną pozycję tego badacza w środowisku naukowym – zatytułowany „Wyznania marginalnego psychologa” 3. Taka diagnoza własnej tożsamości zawodowej, po uporaniu się z zakłopotaniem, w które mnie zrazu wprawiła, stała się mi nader bliska i od dłuższego czasu współbrzmię z nią i mocno się identyfikuję. Chociaż wolę ją chyba w wersji „marginalny historyk psychologii”, a nawet lepiej – żeby nie drażnić profesjonalnych specjalistów od przeszłości – „marginalny badacz dziejów myśli psychologicznej”. Jest to aktywność, którą się najczęściej trudnię i uważam za sedno swojej praktyki akademickiej. Na swój własny użytek rozumiem tę dyscyplinę w bardzo prosty sposób – jako przyglądanie się temu, jak w różnych czasach przedstawiał się stan refleksji człowieka nad sobą samym. A więc zajmowanie się tym, co ludzie dawniej o sobie myśleli, jak się rozumieli i oceniali, jak wyobrażali sobie swoje kwalifikacje intelektualne, moralne albo emocjonalne. I czy sądzili, że są wolni i rozporządzalni, samoświadomi i dla siebie przejrzyści, czy wręcz przeciwnie, zniewoleni przez rozmaite siły i ograniczenia, zagubieni i wręcz „obcy samym sobie”, jak głosi tytuł znanej, niedawno wydanej książki 4. Nadal zaś najbardziej intryguje mnie to – wyrażając się nieco metaforycznie – czy spodziewali się w swoich mentalnych 3 Tamże.
4 T.D. Wilson, Strangers to Ourselves: Discovering the Adaptive Unconscio-
us, Cambridge, MA – London 2002.
8
Nieświadomość i inne rzeczy ostateczne
wnętrzach natrafić na groźną puszkę Pandory pełną zagrożeń i nieczystości, czy też uważali, że jest w nich ukryty róg kozy Amaltei, sowicie zaopatrzony we wszelakie dobra. Problematyka ta pociągła mnie od zamierzchłych czasów – niebagatelną rolę w wyborze studiów psychologicznych odegrała licealna fascynacja myślą i dziełami Ericha Fromma (trwająca do dziś) oraz Carla Gustava Junga (która przerodziła się w zaprawioną melancholią ambiwalencję) – a wszystkie moje akademickie prace na tzw. stopień, poczynając od magisterium, a na habilitacji kończąc, traktowały właśnie o przeszłości psychologii. W miarę rozwijania intelektualnej aktywności w tym obszarze okazało się, że pewne rzeczy pozostały w niej trwałe. Przede wszystkim to, że z dwoma najważniejszymi autorami, którzy bardzo wcześnie mnie zainteresowali i zadecydowali o moim naukowym losie, jestem intelektualnie związany do dzisiaj, a co więcej, różne aspekty ich twórczości i spuścizny nadal stanowią przedmiot moich książek i artykułów. Te postaci to Edward Abramowski 5 i Sigmund Freud, najistotniejszą zaś z mojej perspektywy ich wspólną cechą okazał się obiekt, którym (podobnie zresztą jak Fromm i Jung) niezależnie od wszelkich różnic zajmowali się przez całe życie, 5 O Abramowskim napisałem pracę magisterską, a w tym roku ukaza-
ło się obszerne omówienie jego najważniejszej koncepcji sporządzone specjalnie dla czytelników zagranicznych: B. Dobroczyński, A. Gruszka i A. Mysona, Mare tenebrarum, cryptomnesia, and experimental metaphysics: The normal subconscious according to Edward Abramowski (1868–1918), „History of Psychology” 2026, 29(2), s. 128–151, https://doi. org/10.1037/hop0000296.
Wprowadzenie, czyli o fundamentach na marginesie
9
a mianowicie nieświadomość czy też nieświadome, w polskiej literaturze pięknej i naukowej chętnie określane mianem podświadomości. Nieświadomość z punktu widzenia historii myśli psychologicznej, ale też wszelkiej antropologii, a nawet filozofii nauki, jest przedmiotem szczególnym, jeśli rozpatrywać ją pod kątem dostępności dla naszego poznania. Od czasów, kiedy psychologia w XIX wieku konstytuowała się jako osobna dyscyplina wiedzy, której ambicją było zerwanie z teoretycznymi spekulacjami i metafizyką, już nawet tak oczywista – jak mogłoby się na pozór wydawać – świadomość nastręczała niemałych kłopotów jako jej główny obiekt zainteresowania. Standardowy argument pozytywistów, którzy od czasów Auguste’a Comte’a wzięli na siebie rolę swego rodzaju arbitra scientiarum, głosił z imperatywną pewnością, że na miano nauki zasługuje tylko takie poznanie, którego przedmiot jest intersubiektywnie dostępny oraz intersubiektywnie komunikowalny. Mówiąc prościej, oznacza to obiekt lub proces dostępny naszym zmysłom bezpośrednio bądź pośrednio, z pomocą takich narzędzi jak teleskop czy mikroskop – jednak uwaga: więcej niż jednemu obserwatorowi. W ten sposób świadomość znalazła się niemal natychmiast na ławie oskarżonych, ponieważ powszechnie uważano wtedy – i to się w zasadzie do dzisiaj nie zmieniło – że bezpośrednio dostępna jest jedynie „od wewnątrz” i tylko jednej osobie, a mianowicie swojej właścicielce bądź właścicielowi6. 6 Piszę „w zasadzie”, ponieważ istnieją stanowiska epistemologiczne, we-
dług których cudze życie psychiczne jest nam dostępne w bezpośrednim
10
Nieświadomość i inne rzeczy ostateczne
Cóż zatem w takiej sytuacji zrobić z nieświadomością, która w swoich najbardziej radykalnych ujęciach i koncepcjach uchodzi za szeroko rozumiany obiekt/przedmiot/proces, w żaden sposób niedostępny dla nikogo? Już w punkcie wyjścia trudność sprawiało nie tyle nawet znalezienie do niej wiarygodnej poznawczej drogi, ile wykazanie, że należy poważnie potraktować samo tylko przypuszczenie, iż ona w ogóle istnieje! Jak sobie dawano radę z tym problemem, będzie przedmiotem rozmaitych rozważań przewijających się na kartach tej książki, w tym miejscu warto jednak zwrócić uwagę na coś innego, a przy tym co najmniej równie interesującego. Chodzi o to, że nieświadomość zaliczyła dość dramatyczną trajektorię w swojej wędrówce przez dzieje psychologii: począwszy od entuzjastycznego wręcz odkrycia, poprzez mniej lub bardziej radykalne odrzucenie, które kulminowało w całkowitej jej negacji, aby w końcu zostać pasowana na miejsce centralne, wręcz fundamentalne. Znakomicie oddaje to triada z tytułu artykułu znanych badaczy, głosząca, że została ona najpierw odnaleziona, następnie utracona, a w końcu odzyskana 7. Jego autorzy oświadczają z imperatywną pewnością, doświadczeniu. Takie poglądy głosił u nas np. Roman Ingarden. Patrz: tenże, Książeczka o człowieku, Kraków 1972. Z drugiej strony, w profesjonalnych kręgach coraz bardziej rozpowszechnione jest przekonanie, że bezpośredni, uprzywilejowany dostęp do naszej świadomości za pomocą introspekcji, uznawany przez lata za oczywisty, jest jednak niczym innym jak długotrwałym i dobrze utrwalonym złudzeniem. Patrz: W. Lyons, The Disappearance of Introspection, Cambridge, MA, 1986. 7 J.F. Kihlstrom, T.M. Barnhardt, D.J. Tataryn, The Psychological Unconscious: Found, Lost, Regained, „American Psychologist” 1992, vol. 47, no. 6, s. 788– 791.
Wprowadzenie, czyli o fundamentach na marginesie
11
że „po stu latach lekceważenia, podejrzeń i frustracji procesy nieświadome zawładnęły obecnie zbiorowym umysłem psychologów” 8, co oznacza, iż międzynarodowa społeczność uczonych niemal zgodnie uznała tezę, którą już w latach sześćdziesiątych głosił Lancelot Law Whyte, twierdząc, że idea nieświadomości jest „nieuniknionym wnioskiem płynącym z doświadczenia” 9. Ma to oczywiście swoje niebanalne konsekwencje. Jeśli bowiem jest prawdą – a wiele na to wskazuje – że, jak piszą w swojej ostatniej książce na ten temat Joel Weinberger i Valentina Stoycheva 10, normatywne procesy nieświadome 11 są „ważniejsze i bardziej centralne dla naszego funkcjonowania, niż nauczała lub uważała jakakolwiek szkoła psychologiczna” 12, to kwestie ukrytej sfery naszej psychiki i jej działania są jednymi z najpoważniejszych problemów nie tylko wielu nauk traktujących o człowieku, ale także i naszego życia codziennego, choć na początku wcale nie było to takie oczywiste. Jak zauważają Weinberger i Stoycheva: „zakrawa na ironię, że badania nieświadomości rozpoczęto, kiedy świadomość była pewnikiem, a nieświadomość czymś 8 Tamże, s. 788.
9 L.L. Whyte, The Unconscious Before Freud, New York 1962, s. 57.
10 J. Weinberger, V. Stoycheva, The Unconscious: Theory, Research, and Cli-
nical Implications, New York 2020.
11 Autorzy definiują normatywne procesy nieświadome jako takie, „które
nie są konfliktowe lub motywowane jak dynamiczna nieświadomość postulowana przez teorie psychoanalityczne; lecz przeciwnie, są uniwersalne i działają niezależnie od wypartego materiału, mechanizmów obronnych lub doświadczeń deprywacji”. Tamże, s. 321. 12 Z psychoanalizą włącznie, wypada dodać. Tamże, s. 302.
12
Nieświadomość i inne rzeczy ostateczne
spornym, podczas gdy obecnie to nieświadomość jest oczywista, świadomość zaś jest tajemnicza i wątpliwa” 13. Co więcej, jeśli zgodzić się z powyższą konstatacją, to tym większe wrażenie musi wywierać postulowana przez współczesną naukę sama rozległość ukrytych przed nami nieświadomych operacji umysłowych. Timothy D. Wilson w swojej wspomnianej książce 14 porusza to zagadnienie w rozdziale zatytułowanym znamiennie Geniusz Freuda, krótkowzroczność Freuda. Według tego autora pogląd ojca psychoanalizy na rozmiary naszej nieświadomości, rozpatrywany ze współczesnej perspektywy, jawi się jako stanowczo nazbyt ograniczony, a wręcz naiwny. Kiedy bowiem Freud twierdził, że świadomość jest wystającym ponad powierzchnię wierzchołkiem umysłowej góry lodowej, to nie trafiał
w sedno, gdyż jej rzeczywisty rozmiar byłby bliższy wielkości śnieżnej kuli na jej szczycie. Umysł działa bowiem
najbardziej skutecznie dzięki temu, że pozostawia sporą
część wyrafinowanych i wysoko zorganizowanych procesów myślowych na nieświadomym poziomie, podobnie jak
nowoczesny jumbo jet jest w stanie lecieć na automatycznym pilocie, z niewielkim bądź zerowym udziałem ludzkie-
go, „świadomego” pilota 15 .
13 Tamże, s. 307. („It is ironic that the study of unconscious processes be-
gan with consciousness as a given and unconsciousness as questionable, whereas now unconsciousness is a given and consciousness is mysterious and questionable”). 14 T.D. Wilson, dz. cyt. 15 Tamże, s. 6. Wprowadzenie, czyli o fundamentach na marginesie
13
Wilson posługuje się tu oczywiście pewnym skrótem myślowym. Chodzi mu o słynną metaforę niesłusznie przypisywaną najpierw Freudowi, a później Gustavowi T. Fechnerowi, że umysł przypomina górę lodową, w której 1/8 znajduje się nad powierzchnią oceanu i jest widoczna (świadomość), podczas gdy 7/8 znajduje się pod wodą i jest ukryte przed wzrokiem obserwatora (nieświadomość) 16. Wedle tego współczesnego poglądu nieświadomość nie jest pojedynczym bytem obdarzonym własną wolą i intencjonalnością, ale raczej należy ją sobie wyobrażać jako zestaw rozmaitych modułów, które ewoluowały przez setki tysięcy lat i działają całkowicie poza naszą świadomością. Wilson sugeruje, że nieświadomość adaptacyjną najlepiej sobie przedstawić jako zbiór państw-miast, które potrafią robić bardzo różne rzeczy, np. jeden nieświadomy procesor pozwala nam opanować język i swobodnie się nim posługiwać, inny, niezależny od niego, umożliwia nam szybkie rozpoznawanie twarzy, a jeszcze inny pozwala błyskawicznie 16 Porównanie to zaczęło zyskiwać popularność po katastrofie Titanica
w 1912 roku, kiedy to wiedza o górach lodowych przedostała się do opinii publicznej dzięki artykułom zamieszczanym w gazetach codziennych. Dziś wiadomo tylko tyle, że metafora ta po raz pierwszy pojawiła się już pod koniec XIX wieku w tekstach jednego z ojców amerykańskiej psychologii, Granville’a Stanleya Halla, w których jej autorstwo przypisał właśnie Fechnerowi. Dlaczego tak zrobił, pozostaje zagadką, gdyż dokładna analiza pism Fechnera nie wykazała istnienia w nich takiego czy choćby podobnego ujęcia naszej architektury umysłowej. Kto zatem wymyślił to określenie, nadal nie zostało rozstrzygnięte. Patrz: C.D. Green, Where Did Freud’s Iceberg Metaphor of Mind Come From?, „History of Psychology” 2019, vol. 22, no. 4, s. 369–372.
14
Nieświadomość i inne rzeczy ostateczne
oceniać, czy stan środowiska jest dla nas w danym momencie przyjazny czy zagrażający 17. Jeśli jednak diagnoza Wilsona jest prawdziwa, to ogromna część naszego funkcjonowania, znacznie rozleglejsza, niż to sobie ktokolwiek może wyobrazić, jest zarządzana przez skomplikowane, a przy tym niesłychanie skuteczne procesy psychiczne (intelektualne, emocjonalne, decyzyjne), które przeprowadzają nas przez życie niejako bez naszej wiedzy, bądź w najlepszym wypadku na jej marginesie. Samo istnienie takiego przypuszczenia oznacza równocześnie, że nieświadomość jest obiektem ważnym i fascynującym z powodów daleko wykraczających poza samą psychologię. Dzieje się tak dlatego, że w świetle dotychczasowej wiedzy na jej temat łączy się ona z niemal każdym istotnym aspektem ludzkiej egzystencji. Wszystko wskazuje na to, że jest powiązana z fundamentalnymi kwestiami moralności, edukacji i wychowania, dotyczy jawnych i ukrytych motywów ludzkiego postępowania, naszych możliwości samopoznania i samokontroli, a także – podkreślanych przez kolejne inkarnacje psychoanalizy i jakże ważnych z życiowego punktu widzenia – kwestii seksualności i agresywności, które mimo niewątpliwych postępów ludzkości w wielu rozmaitych dziedzinach nadal sprawiają nam problemy niemal tak samo dolegliwe jak w odległych czasach, kiedy ze względu na wczesne etapy ewolucji wydawały się bardziej zrozumiałe czy na miejscu. Jak to brawurowo i wbrew krytykom Freuda ujął Slavoj Žižek: „dopiero teraz nadszedł 17 T.D. Wilson, dz. cyt., s. 7.
Wprowadzenie, czyli o fundamentach na marginesie
15
czas psychoanalizy, tylko ona bowiem jest w stanie ukazać naszym oczom ten gigantyczny, niekonsekwentny bałagan, który nazywamy »seksualnością«” 18. Poetycką wizję naszej skłonności do zła i przemocy doskonale zaś obrazuje fragment wiersza Emily Dickinson Nie trzeba być Komnatą: Własne Ja – gdy się zaczai Za Samym Sobą –
Przerazi bardziej niż Morderca
W pokoju obok 19.
Zdanie sobie sprawy z wyjątkowej pozycji nieświadomości w obrębie uprawianej od lat dyscypliny wiedzy doprowadziło mnie do odkrycia intrygującego paradoksu. Polega on na tym, że chociaż zajmuję się marginalnymi sprawami w kontekście współczesnej psychologii – jej dzieje nie są bowiem zwykle podstawowym obiektem zainteresowania ani badaczek i badaczy, ani adeptek i adeptów wstępujących w mury uniwersyteckie na studia psychologiczne – to jednak dzięki temu znalazłem się w samym środku jednego z najważniejszych problemów ludzkości. Można go najlepiej przybliżyć poprzez odwołanie się do znanej myśli Freuda i przedstawić w formie pytania o to, czy człowiek jest panem we własnym domu20. 18 S. Žižek, Z języczkiem czy po jajach?, „Krytyka Polityczna”, 26 kwietnia
2023, https://krytykapolityczna.pl/swiat/zizek-dalajlama-tradycja-i-konsensualnosc/, dostęp: 26.05.2026. 19 W tłumaczeniu Stanisława Barańczaka. 20 W dosłownym brzmieniu: „ja nie jest panem w swoim własnym domu” („das Ich nicht Herr sei in seinem eigenen Haus”). Jest to konkluzja,
16
Nieświadomość i inne rzeczy ostateczne
Innymi słowy, czy nasza ludzka natura i konstytucja są ukształtowane w taki sposób, że z „okrutną logiką” zmierzamy w niewiadomym kierunku, popychani przez nieznane nam siły, czy też jesteśmy w stanie wyjść poza nasze uwarunkowania i wziąć własny los w swoje ręce? Doniosłość tego pytania jest dodatkowo wzmocniona przez fakt, że wielu badaczy, którzy w przeszłości ukazywali te ukryte siły sterujące naszymi działaniami, podkreślało ich niszczycielski potencjał i charakter zarówno w odniesieniu do egzystencji jednostek, jak i całych społeczeństw, a nawet ludzkości jako takiej. Thomas Hobbes, Arthur Schopenhauer, Sigmund Freud, René Girard, Erich Fromm – to pierwsze z brzegu przykłady znanych autorów, prezentujących w swoich licznych tekstach niepokojącą wizję człowieczeństwa, w której rozmaite czynniki biologicznego i kulturowego pochodzenia z ukrycia wywierają na nas przemożny wpływ i uruchamiają najgorsze strony ludzkiej natury, co w efekcie prowadzi do przemocy, destrukcji, obłędu i cierpienia. W świetle aktualnej wiedzy o świecie trudno ich opinie lekceważyć czy przejść nad nimi do porządku dziennego. Współczesna psychologia akademicka nie podziela w pełni pesymistycznego rozumienia nieświadomości, jakie znajdziemy choćby u klasyków psychoanalizy, jednak nawet jeśli przyjmie się jej perspektywę, to i tak musimy dojść do którą Freud wyprowadza po stwierdzeniu, że naszego instynktownego życia seksualnego nie da się w pełni okiełznać, procesy psychiczne zaś są z natury nieświadome i dostępne dla ego za sprawą niepełnej i zawodnej percepcji. S. Freud, Eine Schwierigkeit der Psychoanalyse, „Imago” 1917, Bd. 5, H. 1, s. 1–7. W oryginale: s. 7.
Wprowadzenie, czyli o fundamentach na marginesie
17
niepokojącego wniosku. Warto go poprzedzić nieco dłuższym cytatem, w którym autorzy zastanawiają się, na czym polega codzienna aktywność ukrytej części naszej psychiki: A czym zajmuje się przetwarzanie nieświadome? Koncentruje się na tym, co jest dla danej osoby istotne. Uczy się poprzez doświadczenie, ale w sposób bezkrytyczny, dosłownie empiryczny. Cokolwiek jest istotne i przypadkowo współzmienne z doświadczeniem, staje się z nim skojarzone i przyswojone (w pewnych granicach). To asocjacyjne uczenie się wpływa na nasze rozumienie i reakcję na doświadczenie. Im bardziej niejednoznaczna sytuacja, tym bardziej prawdopodobne jest, że nieświadome procesy uczenia się doprowadzą do osobliwego (idiosyncratic) jej rozumienia. Za każdym razem gdy doświadczamy jej ponownie, sieć asocjacyjna, z którą jest ona powiązana (to, czego się nauczyliśmy), również zostaje uruchomiona. To ustanowione rozumienie zostaje następnie „zablokowane” (locked in), z czego już sobie sprawy nie zdajemy. A z a te m p o j m owa n i e n a s z e g o d o św i a d czenia oraz reagowanie na nie może być trafne, nieco chybione, stronnicze, a nawet spektakularnie błędne. To, co się stanie, zależy od sieci asocjacyjnych powiązanych z tymi doświadczeniami, które z kolei zależą od tego, co było istotne, a zatem powiązane z doświadczeniem w danym momencie. Kiedy zaś nie jest dostępny jawny związek między zachowaniem a powodami, dla których je podejmujemy, wkracza interpretator Gazzanigi, SCI Kurzbana i Aktipis i wówczas coś zmyślamy (czyli racjonalizujemy)21.
21 J. Weinberger, V. Stoycheva, dz. cyt., s. 303. Wyróżnienie moje – B.D.
18
Nieświadomość i inne rzeczy ostateczne
Przy tym ostatnim sformułowaniu warto się na chwilę zatrzymać. Mamy tu bowiem pewien istotny punkt styczny między wieloma ważnymi autorami współczesności a klasycznymi pomysłami ojca psychoanalizy. Otóż zarówno Freud, jak i oni – oprócz wymienionych w cytacie, można by jeszcze dodać Richarda E. Nisbetta i Timothy’ego D. Wilsona czy Daniela M. Wegnera, autora znanej książki o złudzeniu świadomej woli – zgodziliby się przynajmniej w jednej kwestii (choć wskazywaliby odmienne mechanizmy, które stoją za tym fenomenem). Chodzi o to, że w znacznie większej liczbie sytuacji, niżbyśmy byli w stanie to sobie wyobrazić, nie mamy dostępu do rzeczywistych powodów naszego myślenia, odczuwania i postępowania. Kiedy jednak jesteśmy zmuszeni do tego, żeby je sobie uprzytomnić lub wyjawić przed innymi, to stwarzamy opowieść, która nie musi mieć wiele wspólnego z prawdą, wystarczy bowiem, że jawi się jako wiarygodna w naszych własnych oczach i tak samo ocenią ją nasi interlokutorzy. Robert Kurzban i C. Athena Aktipis 22 nazywają ten mentalny narząd odpowiedzialny za taki stan rzeczy interfejsem społeczno-poznawczym (social cognitive interface, SCI), Michael S. Gazzaniga interpretatorem, Freud zaś nadał tej procedurze miano racjonalizacji. Współcześnie używa się też czasem pojęcia rzecznika prasowego (press secretary) 23, aby podkreślić, że chodzi o sytuację, w której to jedna instancja (świadome „ja”) uzasadnia wybory i działania, 22 R. Kurzban, C.A. Aktipis, Modularity and the Social Mind: Are Psycho-
logists Too Self-Ish?, „Personality and Social Psychology Review” 2007, vol. 11, no. 2, 131–149. doi: 10.1177/1088868306294906. PMID: 18453459. 23 T.D. Wilson, dz. cyt., s. 47. Wprowadzenie, czyli o fundamentach na marginesie
19
których autorem jest ktoś inny – stoi bowiem za nimi ukryty „prawdziwy prezydent”, czyli nieznane nam nieświadome procesy decyzyjne. Daniel M. Wegner poruszał inny ciekawy aspekt tego zagadnienia, przedstawiając teorię pozornej przyczynowości psychicznej, zgodnie z którą nasze poczucie, że jesteśmy autorami, a więc sprawcami jakiegoś naszego działania, należy uznać za sytuację, w której umysł interpretuje i wyjaśnia sam siebie, a nie za dowód na to, że to właśnie my spowodowaliśmy to działanie. W jego ujęciu odczucie tzw. świadomej woli to nic innego jak tylko subiektywne (i zwykle fałszywe) przekonanie, że spowodowaliśmy jakieś działanie. Jest ono w istocie poznawczą iluzją, która nie ma wiele wspólnego z uchwyceniem rzeczywistych przyczyn wywołania da nego działania. A zatem, według Wegnera: Ludzie odczuwają wolę w odniesieniu do działań, których
nie spowodowali, i nie odczuwają woli wobec działań, które ewidentnie spowodowali. Fundamentalne oderwanie
uczucia od działania sugeruje, że uczucie świadomej woli
wynika z mechanizmów psychicznych, które nie są tożsa-
me z mechanizmami psychicznymi rzeczywiście powodu-
jącymi działanie 24 .
W świetle powyższych poglądów nasuwa się przeto podejrzenie, że w życiu codziennym o wiele częściej, niżbyśmy 24 D.M. Wegner, Précis of the Illusion of Conscious Will, „Behavioral and Brain
Science” 2004, vol. 27, no. 5, s. 659. doi: 10.1017/s0140525x04000159.
20
Nieświadomość i inne rzeczy ostateczne
chcieli i zdawali sobie z tego sprawę, przypada nam rola porównywalna do tej, jaką odgrywa chór w greckiej tragedii, który tylko komentuje wydarzenia rozgrywające się poza jego kontrolą, bez jego udziału, a co więcej bez możliwości wywierania na nie istotnego wpływu. Nie trzeba chyba specjalnie podkreślać, że jest to wniosek, obok którego nie sposób przejść obojętnie. Równocześnie zyskuje on dodatkowe znaczenie w kontekście podzielanego przez wielu autorów przekonania, że jednym z najważniejszych zakotwiczeń naszego funkcjonowania, które w bezprecedensowy sposób decyduje o jego jakości i większości podstawowych aspektów, jest osobista i kulturowa narracja, w jakiej jesteśmy „zanurzeni”. To właśnie ona, rozumiana jako opowieść (czasem kilka mniej lub bardziej przystających do siebie opowieści), porządkuje i wpływa na nasze codzienne, te zwykłe i te niezwyczajne, bardziej odświętne, aktywności na wiele sposobów, z których zdajemy sobie sprawę, i na jeszcze większą liczbę sposobów, z których już sobie nie zdajemy sprawy. Co więcej, są one – owe osobiste i kulturowe narracje – w pewnym sensie niezastąpione. Bez nich w ogóle nie bylibyśmy w stanie żyć ani funkcjonować albo też byłaby to egzystencja o charakterze wegetacji, nastawiona tylko na przetrwanie, pozbawiona jakiegokolwiek pociągającego aspektu 25 . 25 Sporo na ten temat pisali choćby Yuval N. Harari (Od zwierząt do bogów.
Krótka historia ludzkości, przeł. J. Hunia, Warszawa 2014), Byung-Chul Han (Duch nadziei i inne eseje, przeł. R. Pokrywka, Warszawa 2025) czy Jonathan Lear (Nadzieja radykalna. Etyka w obliczu spustoszenia kulturowego, przeł. M. Rychter, wstęp P. Nowak, Warszawa 2013).
Wprowadzenie, czyli o fundamentach na marginesie
21
Opowieści te konstruujemy indywidualnie i zbiorowo – w rodzinach, w szkole, w kręgach przyjaciół i bliskich, ale też na poziomie narodu, wspólnoty intelektualnej, artystycznej, religijnej czy politycznej. Na większość z nich natykamy się na kolejnych etapach naszego życia, są one zwykle czymś zastanym, przynależą do tzw. kulturowego dorobku ludzkości. Natrafiamy na nie w książkach i artykułach, ale także w mediach społecznościowych, telewizji i kinie, na platformach internetowych oraz w codziennych społecznych relacjach z ludźmi bliskimi i obcymi. Od pewnego czasu wiele takich opowieści może podsuwać nam AI – sztuczna inteligencja. Innych dostarczają nam boty i farmy trolli, które działają w interesie różnych podmiotów: korporacji, rządów obcych krajów, partii politycznych, agentów wpływu etc. Sporą część nich budujemy jednak w miarę samodzielnie, niczym collage, czy wręcz bricollage, z „tego, co mamy pod ręką”, co zapewnia nam nasze życie wraz z jego wyzwaniami, zerwaniami ciąg łości i załamaniami, przemianami oraz osiągnięciami. Po pewnym czasie, co doskonale wiedzą terapeuci, psychoanalityczki, ale i politycy czy liderzy opinii, tracimy z oczu źródło, które dostarczyło nam opowieści, staje się ono (często wraz z różnymi fundamentalnymi jej fragmentami) nieświadome, ukryte przed naszą samowiedzą, my sami zaś traktujemy opowieść, w którą wierzymy, jako naszą własność, częstą cenną i wartą obrony, wręcz niezbywalną część naszego stanu posiadania. Opowieści te mają jednak swoją ciemną stronę. Nie rzuca się ona od razu w oczy, na plan pierwszy bowiem wysuwają się zwykle ich zalety – pełnią one funkcję map, kompasów
22
Nieświadomość i inne rzeczy ostateczne
i przewodników, dzięki którym możemy nawigować przez nasze życie i jako tako orientować się w nieznanym terenie. Bywają pomocne także dlatego, że często doradzają nam, co mamy zrobić w konkretnej sytuacji, w jakim kierunku się udać, czego bronić i przeciwko czemu się opowiadać. A co chyba najważniejsze, mówią nam o tym, kim jesteśmy, dokąd zmierzamy, z czego możemy być dumni, a czego powinniśmy się wstydzić. Jednak gdy patrzy się na nie z tej ciemnej strony, widać wyraźnie, że równie często bywają naszymi mentalnymi barierami, miejscami odosobnienia, punktami alienacji, a wręcz więzieniami, których mury ograniczają nasze perspektywy widokowe, zasłaniają nam inne światy, inne możliwości, inne wartości, inne racje. A jeśli nawet niekoniecznie zasłaniają, to – co niekiedy nawet bardziej niebezpieczne i nieobliczalne – wykrzywiają nasze spostrzeganie, niczym lustra w owych słynnych gabinetach śmiechu, stanowiących jeszcze nie tak dawno temu atrakcję wesołych miasteczek i parków rozrywki. Przy czym przeglądanie się w takim lustrze zwykle wywołuje w nas samych rozbawienie, natomiast postawienie wykrzywiającego zwierciadła przed Innym lub Innymi, co chętnie i często robimy, zwykle wiąże się z emocjami negatywnymi, staje się okazją do okazania wyższości, niechęci czy pogardy, a w najgorszym razie – bodźcem uruchamiającym spiralę przemocy. Z takich i podobnych refleksji wyrosła ta książka, która nie oferuje jednak żadnych przepisów na to, jak poradzić sobie z naszą rozległą nieświadomością. Co więcej, jej ogólny wydźwięk, o czym trzeba od razu wyraźnie powiedzieć, jest w najlepszym razie podszyty melancholią, a dominująca
Wprowadzenie, czyli o fundamentach na marginesie
23
tonacja raczej minorowa, żeby nie powiedzieć pesymistyczna. Jednak z tej racji ma ona (mam taką nadzieję) pewną wartość dodaną, gdyż przynajmniej część zawartych w niej tekstów stanowi próbę pokazania, „na czym stoimy”, w jakim miejscu jesteśmy. W przeważającej mierze są to teksty, które już zostały opublikowane w rozproszonych wydawnictwach, gdzie gubiły się pośród wielu innych i niejako rozpuszczały swoje przesłanie. Po ponownej ich lekturze uznałem, że warto byłoby je rozszerzyć, uzupełnić i nieco „podrasować” 26, a następnie przedstawić zebrane razem. Łączy je bowiem pewien wspólny mianownik, powtarzający się motyw przewodni, który spaja je w jedną całość. Wyraża się on w trzech pojęciach czy też filarach, które dla tej książki stanowią „nieświadomość”, „psychoanaliza” i „rzeczy ostateczne”. O pierwszym składniku już było sporo powiedziane, a jeszcze więcej znajdzie się w kolejnych rozdziałach. Teraz warto skupić się na psychoanalizie, która będzie rozumiana nieco inaczej niż zwyczajowo, choć, oczywiście, z tym źródłowym jej sensem będzie miała sporo wspólnego. Kategoria ta pojawia się tutaj bowiem jako swoiste wezwanie do samopoznania, które ma w naszej śródziemnomorskiej kulturze specjalne zakotwiczenie w postaci słynnej frazy – gnōthi seauton, z akcentem na ostatnią sylabę, wyrytej na ścianie świątyni w Delfach, a zacytowanej przez Freuda w 1901 roku 26 W ramach tego „podrasowywania” nierzadko korzystałem z fragmen-
tów swoich innych jeszcze tekstów, w związku z czym ostateczna całość jest czymś w rodzaju kolażu czy też patchworku. Dzięki temu jednak udało mi się scalić większość moich najważniejszych pomysłów w jednym miejscu.
24
Nieświadomość i inne rzeczy ostateczne
Spis treści
Wprowadzenie, czyli o fundamentach na marginesie . . . . . . 7 Dziedzictwo psychoanalizy. „Ambiwalentne Elizjum” według Freuda . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 37 Polskie zmory, czyli dlaczego psychoanaliza się nam nie udała . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 89 Carl Gustav Carus (1789–1869) – skazany na zapomnienie prekursor psychologii nieświadomości . . . . . . . . . . . . 159 Religia New Age z tęsknoty za „zaczarowanym” światem „współuczestnictwa” . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 203 Ewangelia getta à rebours. Nowa Legenda Natalii Zylberlast-Zand . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 263 Patagonia (o patologicznym stanie, w którym się znaleźliśmy, i nadchodzącej agonii) . . . . . . . . . . . . . . 293 Epilog bardziej osobisty. Czekając na poetę i ponowne zaczarowanie świata . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 311 Podziękowania . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 370 Źródła pierwodruków . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 373 Bibliografia . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 374 Indeks nazwisk . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 397