wiesław myśliwski w środku jesteśmy baśnią mowy i rozmowy
wydawnictwo znak kraków 2022
Projekt okładki Witold Siemaszkiewicz Na okładce portret Wiesława Myśliwskiego autorstwa Stanisława Baja będący własnością Ryszarda Morelewskiego Zdjęcie Wiesława Myśliwskiego na skrzydełku obwoluty Danuta Węgiel Redakcja Wojciech Bonowicz Jerzy Illg Redaktor prowadzący Dorota Gruszka Opieka redakcyjna Anna Szulczyńska Współpraca Katarzyna Przybylska Korekta Aleksandra Kiełczykowska Indeks Wojciech Bonowicz Łamanie Piotr Poniedziałek Copyright by Wiesław Myśliwski Copyright © for this edition by SIW Znak sp. z o.o., 2022 ISBN 978-83-240-6421-2
Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37 Dział sprzedaży: tel. (12) 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl Wydanie I, 2022. Printed in EU
J erzy I llg
Summa
Czytając powieści Wiesława Myśliwskiego, chciałoby się mieć pod ręką notes i co kilka stron przepisywać sobie do niego myśli, zdania i ustępy mające walor sentencji, uniwersalnych maksym, nad którymi warto się zastanawiać, odłożywszy książkę. Nie ma już właściwie dzisiaj pisarzy – mędrców, którzy mogliby być przewodnikami czy mistrzami, którzy umiejętność wydobywania z ludzkiego doświadczenia indywidualnej prawdy, a zarazem esencji wiedzy o człowieku i jego tajemnicy łączyliby z na wskroś oryginalną, niepowtarzalną w żadnym z kolejnych dzieł formą. Myśliwski pozostaje we współczesnej literaturze – myślę, że nie tylko polskiej – zjawiskiem wyjątkowym i zasługującym na najwyższą uwagę. Jego powieści, pisane bez pośpiechu, ignorujące literackie mody i rynkowe targowisko próżności, to w rzeczy samej pełne mądrości i dojrzałej wiedzy o życiu traktaty, przypowieści czy – jak pisano – filozoficzne eseje, które nie przestają równocześnie być fascynującymi narracjami, zachęcającymi do lektury wielokrotnej. 7
Jerzy Illg
Za każdym do nich powrotem odsłaniają nowe, niedostrzeżone wcześniej wymiary, odkrycia i znaczenia. Są w tych utworach pozostające na zawsze w pamięci sceny na poły magiczne – jak partia pokera rozgrywana na płycie nagrobnej z nieżyjącym partnerem w Ostatnim rozdaniu, są miejsca niepokojące i niewytłumaczalne – na przykład emocjonalne porażenie bohatera tej powieści niezdolnego do odwzajemniania uczuć, niezwykła historia miłosna rozpisana na listy otrzymywane przez całe życie przez tegoż bohatera, którego tożsamość scalana jest – i ocalana – dzięki miłości wiernej korespondentki. Podobnie wieloznaczna i migotliwa jest tożsamość rozmówcy, do którego kieruje swoje monologi narrator Traktatu o łuskaniu fasoli, jeszcze bardziej niepokojące jest rozdwojenie bohatera Ucha Igielnego. Co najbardziej fascynuje – partie te są niejasne nie tylko dla czytelnika, pozostają one zagadkowe także dla autora, który wiedziony intuicją poddaje się dyktatowi języka odkrywającego i zarazem stwarzającego rzeczywistość. Tym samym ufa on także opowieściom bohaterów, za którymi podąża, mającym – jak my wszyscy – swoje tajemnice. Mimo że pisarz ani nie udziela się publicznie, ani nie idzie na żadne kompromisy, które ułatwiałyby odbiór jego dzieł, ma liczne rzesze fanów – co wychodzi na jaw przy spotkaniach autorskich, w których, bez względu na pojemność sali, nigdy nie mogą wziąć udziału wszyscy chętni. Każde takie spotkanie – a tym bardziej każde nowe dzieło Wiesława Myśliwskiego – staje się wydarzeniem. Rzeczą niebywałą i przywracającą wiarę w sens prawdziwej literatury jest to, że utwory starego mistrza przemawiają także do ludzi młodych, potrafiących wyznać: ależ to jest opowieść o mnie! Podobne wyznania – godne osobnych 8
Summa
studiów – znalazły się wśród przeszło tysiąca maili (!), jakie autor wywiadu z Myśliwskim na antenie ś.p. Programu 3 Polskiego Radia otrzymał po premierze Ostatniego rozdania od poruszonych słuchaczy i czytelników, wśród których przeważali właśnie ludzie młodzi. Potwierdzeniem uniwersalności tego pisarstwa są także sukcesy przekładów dzieł mistrza polskiej prozy – między innymi w Holandii, Francji i USA. Czytając okolicznościowe i ulotne teksty rozproszone Wiesława Myśliwskiego, a także najciekawsze wywiady z autorem Widnokręgu, w których odsłania tajemnice swojego warsztatu pisarskiego, prezentuje poglądy na literaturę i sztukę, dokonuje niejako autodefinicji siebie jako pisarza, także zacząłem wynotowywać sobie fragmenty mogące posłużyć opisaniu tego fenomenu. Ale rychło zdałem sobie sprawę, że w tym z założenia krótkim wprowadzeniu nie zdołam ogarnąć tak bogatego zjawiska, nie opiszę go wnikliwiej, aniżeli czynili to autorzy licznych książek i uczonych artykułów o twórczości Myśliwskiego: Bogumiła Kaniewska, Piotr Biłos, Tomasz Bocheński, Jerzy Jarzębski, Przemysław Czapliński, Józef Olejniczak. Sam pisarz w zgromadzonych w niniejszej książce tekstach dokonuje tej autoprezentacji najlepiej, wystarczy podążyć za tokiem jego wywodów. Niektóre wyznania i prawdy zostają w wywiadach z różnymi rozmówcami powtórzone, ale dzięki temu stają się tym wyrazistsze, lepiej zapadają w pamięć i potwierdzają swoją ważność jako stałe punkty odniesienia w jego myśleniu o literaturze i własnej twórczości. Rezygnując zatem z rekonstrukcji poglądów twórcy Ostatniego rozdania na literaturę, jej źródła i zadania, proces twórczy i powinności pisarza, ograniczę się tu do wyznań osobistych, podzielenia się z odbiorcą tej księgi tym, co mnie jako 9
Jerzy Illg
czytelnika, wydawcę i przyjaciela przyglądającego się z bliska twórczości Wiesława Myśliwskiego najbardziej fascynuje w nim i jego pisarstwie. 1. Nie zetknąłem się dotychczas z literaturą piękną, która tak ostentacyjnie utożsamiałaby się z epistemologią. W licznych wypowiedziach autor Nagiego sadu podkreśla, że akt pisania jest dla niego aktem poznania. Znam pisarzy, którzy strukturę pisanej powieści mieli wcześniej dokładnie przemyślaną, w skrajnych przypadkach rozrysowaną precyzyjnie niczym plan londyńskiego metra. Pisarstwo Myśliwskiego sytuuje się na przeciwległym biegunie. Na pytania, o czym będzie najbliższa albo właśnie pisana powieść, odpowiada on, że nie wie, że gdyby wiedział, toby jej nie pisał. Pisze, żeby się dowiedzieć – prawdy o bohaterach, o ludzkim losie, także o samym sobie. Prowadzi go język, któremu ufa. To opukiwanie tajemnicy, zawierzenie językowi, bohaterom, w których się wciela i którzy prowadzą go w nieprzeczuwanych kierunkach, umożliwia odkrycia zaskakujące jego samego, ale przynoszące w rezultacie utwory odkrywcze, na wskroś oryginalne, pozbawione odpowiedników w literaturze współczesnej. Na pytanie o to, czy powieść powstaje zgodnie z wcześniejszym planem, pisarz odpowiada: „Plan? Gdybym miał robić plan, nie napisałbym żadnej książki. (…) po co miałbym pisać książkę, którą znam. A ja się również chcę czegoś dowiedzieć z książki, którą piszę. Podobnie jak czytelnik, który będzie ją czytał”. 2. Zasługujące na uznanie i szacunek jest niepoddawanie się jakimkolwiek presjom wywieranym na uczestnikach życia literackiego, zwłaszcza na twórcach, przez rynek, media, krytykę literacką (której agonii jesteśmy skądinąd świadkami). Najczęściej zresztą presję tę wywierają oni sami. Przede wszystkim 10
Summa
Myśliwski się nie spieszy, w przeciwieństwie do tak wielu pisarzy nie ma potrzeby potwierdzania co rok swojej obecności na literackiej giełdzie i listach bestsellerów. Poszczególne powieści dzieli od siebie pięć, siedem, czasem dziesięć lat. Obcy mu jest lęk przed środowiskowym horror vacui, wie, że pisanie jest ważne, ale ważne jest także życie, smażenie powideł, prace w ogrodzie, spacery, lektury, rozmowy, przyjaźnie. 3. Fascynująca jest także odwaga nakazująca z początkiem pisania każdej kolejnej powieści przeciwstawić się poprzedniej, zapomnieć o niej, unikać sprawdzonej drogi gwarantującej sukces. Nie ma w tym najmniejszej pokusy dyskontowania poprzednich osiągnięć – przeciwnie, po każdym dziele pisarz „zdrowieje”, potrzebuje czasu, żeby się z tamtego świata powieściowego oczyścić, uwolnić od pamięci o wypracowanych rozwiązaniach, podjąć ryzyko wkroczenia niejako nagim na nowy, nieznany obszar. To jedna z tajemnic oryginalności tego niezwykłego pisarstwa. 4. Po wszystkim, co powiedziano wyżej, oczywiste jest, że autorowi Traktatu o łuskaniu fasoli nie zależy na zabieganiu o sukces. W jego wypadku nie wchodzi w grę uleganie jakimkolwiek literackim modom czy trendom, tak rozpaczliwie upodabniającym do siebie seryjne autoplagiaty i produkty literaturopodobne. Nie ma tu także mowy o kokietowaniu czytelnika czy pisaniu pod jego oczekiwania – pisarz wyznaje zresztą, iż nigdy nie wyobraża sobie swojego wirtualnego czytelnika i nie zastanawia się, jak przyjęte będzie jego dzieło, za każdym razem wliczając w koszty uprawiania swego zawodu ryzyko porażki. Jakże wielu uczestnikom wyścigu po honory i miejsca na listach bestsellerów przydałaby się przestroga: „łatwiej znieść własne niepowodzenie niż własny sukces. Sukces bywa 11
Jerzy Illg
deprawujący. Sukces bywa zwodniczy, podstępny, częstokroć prowadzi na manowce”. Wielokrotnie usiłowałem namówić Wiesława Myśliwskiego na wywiad-rzekę. Pozostawał niewzruszony, a asertywność – jak miałem okazję się przekonać – jest jedną ze sztuk, jaką posiadł w stopniu równie doskonałym jak Wisława Szymborska. Dlatego księga ta w tych okolicznościach w sposób możliwie najpełniejszy taką nie istniejącą spowiedź pisarza zastępuje. Powściągliwość w odsłanianiu szczegółów swojego życia, unikanie mediów w dobie powszechnego autolansu i uprawianego „na fejsie” ekshibicjonizmu sprawia, że osobę pisarza otacza aura tajemniczości. Skutecznie strzeże on swojej prywatności, nie posługuje się internetem, pisze ołówkiem, świadom zagrożeń wynikających z cywilizacyjno-technologicznych uwikłań i środowiskowych „niszczących namiętności”, zachowuje dystans do literackiego światka, jego konwencji i hierarchii. Pozostaje człowiekiem wolnym („Bywam pisarzem z trudem i raz na parę lat. (…) piszę tylko wtedy, kiedy coś mnie wybierze, żebym to opisał”). W różnych wypowiedziach za bezzasadne uznaje doszukiwanie się w jego powieściach elementów autobiograficznych, co tym bardziej podnieca wyobraźnię czytelników tropiących ślady autora Widnokręgu w Sandomierzu, dociekających pierwowzorów opisanych tam panien Ponckich czy usiłujących dopasować losy bohaterów poszczególnych powieści do tego, co wiadomo o biografii pisarza. Myśliwski nie znosi wywiadów-rzek, nigdy też nie wyobrażał sobie, że mógłby prowadzić dziennik. W takich przedsięwzięciach wietrzy zawsze skłonność do autokreacji, tworzenia zmistyfikowanego obrazu samego siebie. Tę książkę, przypuszczam, też będzie miał w podjerzeniu. W pomieszczonych tu 12
Summa
wywiadach pisarz, dociskany przez dociekliwych rozmówców, jakieś rzeczy jednak powiedzieć musiał. Czytelnik pozna tu zatem różne szczegóły z jego dzieciństwa i wspomnienia wojenne, dowie się, kim byli dziadkowie i rodzice, jak wyglądały lata studiów i etapy kariery Myśliwskiego jako wydawcy i redaktora kwartalnika „Regiony” oraz dwutygodnika „Sycyna”, jakie są jego poglądy na temat przyjaźni, miłości i małżeństwa. Szczególnie ciekawscy dowiedzą się, dlaczego z Wacławą, poznaną, gdy miała szesnaście lat (on był o rok starszy), nie mają zdjęcia ślubnego albo ile papierosów dziennie wypala. Ktoś zainteresowany procesem twórczym uświadomi sobie, dlaczego tak ważne jest dla autora pierwsze zdanie, bez którego, dopóki nie zostanie odnalezione, nie powstanie żadna powieść („Gdy mam pierwsze zdanie, mam książkę, choć jeszcze niczego o niej nie wiem” – wyznaje pisarz). Będzie mógł podpatrzeć autora na jego „górce”, gdzie potrafi przesiedzieć cały dzień nad białą kartką papieru, wierząc w „bezradność owocującą” i przebywając w innym, powieściowym świecie, z którego – przywoływany na obiad – z trudem powraca do rzeczywistości. Poszukujący korzeni, patronów i twórców bliskich Myśliwskiemu dowie się, dlaczego tak ważny jest dla niego Jan Kochanowski, bliższy od innych romantyków Norwid czy wychowujący całe pokolenia autor Przedwiośnia – ale także Franz Kafka, Robert Musil, Marcel Proust, a wśród filozofów przede wszystkim Ludwig Wittgenstein. Przy okazji usłyszy rzeczy zaskakujące – na przykład, że jedną z największych powieści polskich XIX wieku są, zdaniem pisarza, listy Krasińskiego do ojca. Nie sposób pominąć tu obszaru, o którym badacze twórczości Myśliwskiego pisali najczęściej: jego związków z wsią, 13
Jerzy Illg
kulturą chłopską, roli, jaką odgrywa w tym pisarstwie mowa jako źródło języka. Autor mówi o tym w wywiadach, ale także w znajdujących się w tym tomie tekstach: odsłaniającym korzenie jego powieściowego uniwersum przemówieniu na Kongresie Tłumaczy Literatury Polskiej, wystąpieniach takich jak Koniec wsi – przyszłość wsi, a przede wszystkim w klasycznym, legendarnym już eseju Kres kultury chłopskiej. Wyznania Myśliwskiego na wymienione powyżej tematy chciałoby się cytować bez końca. Ale o wiele lepiej oddać głos pisarzowi. Dla wszystkich, którzy chcieliby się dowiedzieć jak najwięcej o autorze Ucha Igielnego, o jego życiu, pisarstwie, istocie procesu twórczego i o tym, jaką rolę odgrywa w nim muzyka, o ważnych dla niego autorach, przemyśleniach filozoficznych, a także o roli pamięci, pojmowaniu ludzkiego losu, relacji między przypadkiem a przeznaczeniem, poetyką chaosu a żelazną logiką konstrukcji dzieła – zbiór ten jest lekturą obowiązkową, prawdziwą pisarską Summą.
Część I
Mowy
Wyznanie
Spotkało mnie wyróżnienie niezwykłe. Niezwykłe – ponieważ przyznana po raz pierwszy nagroda Klubu Kultury Chłopskiej przypadła mojej książce*. Niezwykłe – ponieważ w nagrodzie tej odczytuję nie tylko uznanie dla wartości literackich mojej książki, ale także dla jej społeczno-kulturowej genezy, dla jej moralno-egzystencjalnej miary świata, wynikającej z wielowiekowego chłopskiego doświadczenia. Niezwykłość tego wyróżnienia obliguje mnie zatem do czegoś w rodzaju pisarskiego wyznania. Wyznania z natury rzeczy nie są sprawą łatwą. Ale wyznanie pisarskie jest chyba najbardziej podatne na konwencjonalność, na okazjonalność, na koniunkturalność, ponieważ tak zwana świadomość literacka podlega presji zbyt wielu okoliczności, i to zarówno zewnętrznych, społecznych, jak * Chodzi o powieść Kamień na kamieniu, za którą Wiesław Myśliwski otrzymał wspomnianą nagrodę w 1985 r. (wszystkie przypisy w niniejszym wydaniu pochodzą od redakcji). 17
Mowy
i wewnętrznych, emocjonalnych i intelektualnych. Toteż ilekroć staję przed faktem zmuszającym mnie do określenia relacji między moją twórczością a mną, do samointerpretacji tego, co piszę, dlaczego piszę, z jakiego źródła bije moje pisarstwo, nachodzi mnie obawa, czy to, co powiem, będzie prawdą, półprawdą czy całkowitą mistyfikacją owej świadomości. Nie wiem bowiem, jaka jest prawda we mnie. Gdybym to wiedział, nie uprawiałbym literatury. Gdybym to wiedział, musiałbym wówczas siebie zaakceptować lub odrzucić, a wyrosła z takich przekonań literatura byłaby albo ciągłym utwierdzaniem się w samozadowoleniu, albo ciągłym samounicestwianiem. Tym samym pozbawiona by została swojego naturalnego powołania, jakim jest ustawiczne poszukiwanie. Czy więc byłaby jeszcze literaturą? Literatura jest przecież nie tylko poszukiwaniem prawdy o świecie, jest także, a może przede wszystkim, poszukiwaniem prawdy o sobie samym, pragnieniem dotarcia do siebie poprzez pisanie o innych, a tym samym odnalezienia siebie wśród innych. W nie zrutynizowanym akcie twórczym nie ma takiej kolejności, że coś najpierw wiem i dopiero o tym piszę. Piszę, bo nie wiem. Literatura nie jest więc dla mnie ilustracją tego, co wiem, jest ledwo tlącą się o wieczorze naftową lampą w dawnej chłopskiej izbie, prowadzącą mnie po mrokach mojej niewiedzy, mojego nieodczuwania i nieprzeczuwania. Każde słowo jest wydarciem z siebie cząstki tajemnicy, każde zdanie poszerzeniem granic swojej wyobraźni, swojej wrażliwości. Toteż moje książki wiedzą więcej o mnie niż ja sam i wiedzą prawdziwiej.
Uroczystość wręczenia Nagrody Klubu Kultury Chłopskiej za Kamień na kamieniu w Starej Prochowni. Przemawia Wiesław Myśliwski, siedzą członkowie jury – od lewej: Dyzma Gałaj, Henryk Bereza, Marian Pilot – grudzień 1985 roku
Wyznanie
Świadomość literacka jest przecież wtórna wobec aktu twórczego, często nawet od tego aktu potrafi się oderwać, często mu się sprzeniewierzyć, zakłamać go, a nawet zniewolić, stając się mechanizmem samowystarczalnym i do własnych usług, samoistną sprawnością umysłu, nierzadko umiejętnością bycia w literackiej doraźności, literackim zgiełku, literac kich przetargach. W obszarze literatury XX wieku dokonało się szczególne nadużycie świadomości literackiej, można nawet powiedzieć, że została ona doszczętnie zdeprecjonowana. Przyznano jej bowiem nie tylko prymat nad aktem twórczym, ale rolę wręcz prawodawcy wobec aktu twórczego, uznając ją tym samym za źródło wszelkich twórczych zamiarów. Obarczono ją także wieloraką pozaliteracką użytecznością. Czy zatem można jeszcze ufać świadomości literackiej? Od dawna jej nie ufam, ale
19
Mowy
też nie potrafię się jej pozbyć. Toteż akt twórczy jest dla mnie przemaganiem się nie tylko z własną niewiedzą, ale i z własną świadomością literacką, tą wiedzą rzekomą, nieczystą, przebiegłą i jakże daleką od bezinteresowności. Tą wiedzą składającą się z różnorakich konwencji i owoców czyjegoś poznania, z różnorakich uzurpacji i gotowych formuł świata. Owo przemaganie się z własną świadomością literacką jest może najbardziej dramatycznym wątkiem aktu twórczego, ale też warunkiem jego autentyczności. Bo wszelkie poznanie, a tym bardziej poznanie pisarskie, zaczyna się od pokory wobec świata, od przeświadczenia, że to, co postrzegamy dookoła i codziennie, jest zaledwie drogowskazem do tajemnicy bytu, że jedynie pewne w tej podróży ku poznaniu jest tylko to, skąd wyruszamy, z jakiego lądu. To przemaganie zbliża nas w jakimś stopniu do tego nieodzownego stanu pokory, do owej pierworodnej, idealnej sytuacji wewnętrznej, w której percepcja świata byłaby stanowieniem świata. Lecz do takiej sytuacji może zaledwie tęsknić pisarz żyjący współcześnie, choć była ona dana niejako z woli natury twórcy w kulturze chłopskiej. Owemu Wielkiemu Bezimiennemu, który pierwszy wystrugał Chrystusa Frasobliwego, chcąc jedynie w ten sposób oddać mu hołd jako Bogu, a że nie miał nic więcej prócz bezradności i zatroskania, podzielił się z nim tą swoją bezradnością i zatroskaniem, nie przypuszczając, że przekłada swój jednostkowy los na wielką syntezę losu chłopskiego, że przemienia swoje człowiecze cierpienie w filozoficzną koncepcję współcierpiącego Boga. I także owej Wielkiej Bezimiennej, która ułożyła słowa i melodię tej wspaniałej pieśni: „Kamień na kamieniu / Na kamieniu kamień / A na tym kamieniu / Jeszcze jeden kamień…”. Być może tylko żegnała tą pieśnią swojego 20
Wyznanie
kochanka, lecz żegnała go poprzez odczucie pożegnania jako nieodłącznego atrybutu ludzkiego przeznaczenia. To poprzez tę pieśń może jak nigdy przedtem odczułem tożsamość ze swoim chłopskim światem. Tożsamość ze swoim prawdziwym światem nie jest mechaniczną konsekwencją miejsca, w którym się na świat przychodzi. Jest rezultatem samopoznania i przyznania się, a więc odkryciem siebie w zbiorowości i zbiorowości w sobie. Odkryciem nie tylko w czasie i przestrzeni, ale i w losie. Nawet więcej, jest rezultatem przywłaszczenia sobie owego losu zbiorowości jako losu własnego, jednostkowego i niepodzielnego. Z tego przywłaszczenia sobie chłopskiego losu wzięła się moja twórczość. Z dotkliwej tożsamości z tym losem, kiedy po wielu próbach umiejscowienia się w świecie i po wielu złudzeniach odkryłem, że jestem chłopem. Być chłopem – to dla mnie coś więcej niż urodzić się na wsi, pochodzić ze wsi, mieszkać na wsi, znać wieś, to powrócić do swojego pierwszego świata, jako świata przyrodzonej mowy, przyrodzonej wyobraźni, przyrodzonych wartości, to powrócić do miejsca, gdzie kiedyś był raj, choć owoce w tym raju były gorzkie. Żmudna droga prowadziła mnie do tego prostego odkrycia. Może dopełnieniem, które przesądziło, że mi się udało tego odkrycia dokonać, była któraś z tych wspaniałych chłopskich pieśni losu. W każdym razie to z jednej z nich, tej niby o kamieniach, a przestrzennej jak otchłań, poczęła się moja książka. Cała moja książka, kosztująca mnie dziesięć lat trudu, jest niczym innym, jak próbą sprostania tej króciutkiej pieśni, rozpoznania w jej kilkunastu słowach-olbrzymach i tego chłopskiego świata, który ją wydał, i siebie samego, który także z tego świata wyszedłem. Pierwodruk: „Polityka” 1985, nr 51/52.
Kres kultury chłopskiej
Na początku konstatacja, a może nawet prowokacja. Inteligent polski, poza wyjątkami, niewiele wie o kulturze chłopskiej i nigdy nie chciał wiedzieć więcej. Wytłumaczyć więc, co dobiegło swojego kresu, jest zadaniem niełatwym, jeśli nie daremnym. Naturalnie, ów stan niewiedzy ma wielorakie, historyczne i społeczne, przyczyny, lecz nie tu miejsce, żeby ich dochodzić. Pozostaje jedynie zauważyć, że świadomość inteligenta polskiego jest w tym względzie europejskim ewenementem. W wielu krajach, gdzie kultury chłopskie stanowiły naturalne, stałe dorzecza, zasilające kultury narodowe, a często determinowały tych kultur charakter, w świadomości ogółu dziedzictwo chłopskie partycypowało jako naturalny jej składnik. W Polsce, mimo Chopina, Mickiewicza, Norwida, Wyspiańskiego, Leśmiana czy Szymanowskiego, którzy byli drogowskazami ku chłopskiej kulturze, znakami jej nieprzebranego bogactwa, kultura ta aż do ostatnich swoich dni pozostawała na uboczu, nie rozpoznana, deprecjonowana, częstokroć 22
K r e s k u lt u ry c h ł o p s k i e j
fałszowana lub ideologizowana, dla wielu egzotyczna, dla niektórych wręcz nie istniejąca. Warto więc przypomnieć, że to ubocze jeszcze w 1939 roku – według Rocznika statystycznego – zamieszkiwane było przez mniej więcej siedemdziesiąt procent społeczeństwa polskiego. A jeśli dodamy do tego uwagę, że dzisiejsza inteligencja polska w ogromnym stopniu legitymuje się chłopską genealogią – do której, niestety, nie zawsze się przyznaje – to paradoks owego rozbratu inteligenckiej świadomości z kulturowym dziedzic twem chłopów, najogólniej mówiąc, staje się niezrozumiały, a podnosząc ton, nabiera wymiaru kulturowego dramatu. Można bowiem w najogólniejszym jedynie domniemaniu zdać sobie sprawę, cośmy na tym stracili, co w kulturze narodowej zostało zaprzepaszczone. Nie bez powodu Henryk Bereza nazwał kulturę chłopską kulturą matką. Były okresy – nie przeczę – w których inteligencję polską, a ściślej jej światłą elitę, ogarniały wyrzuty sumienia wobec tak zwanej sprawy chłopskiej czy, jak to określano, niedoli ludu. Dawała temu niejednokrotnie wyraz i w publicystyce, i w literaturze pięknej, i bezpośrednio w działaniach edukacyjno- -oświatowych czy humanitarnych. Można by tu przywołać wiele prominentnych nazwisk, zwłaszcza z okresu pozytywizmu, choć nie tylko. Były to jednak na ogół akty miłosierdzia, i nie tylko w moralnym, także w estetycznym planie. Na przeciwległym biegunie sytuuje się zjawisko tak zwanej chłopomanii. Polegało ono z grubsza na tym, że mimo marginalizacji chłopa w społeczeństwie, mimo nędzy jego bytu, desygnowano go na spadkobiercę Piasta Kołodzieja, przypisując mu pierworodność słowiańską, dynastyczną hieratyczność, w jego rzekomej sile biologicznej i zdrowiu moralnym 23
Mowy
pokładając nadzieje na odrodzenie całego narodu. Były to naturalnie mistyfikacje nie mające nic wspólnego z prawdziwym stanem rzeczy. Z katalogu tych mistyfikacji, którymi podniecała się na przykład młodopolska inteligencja i młodopolska literatura, pochodzi hasło „chłop potęgą jest i basta”. Zakrawa na gorzką ironię, że hasło to narodziło się w tle przysłowiowej nędzy galicyjskiej i nasilającej się emigracji chłopów za chlebem. Historia stosunku inteligencji polskiej do chłopów jest oczywiście o wiele bogatsza i bardziej zawiła. Niemniej jednak można by z tej historii wyciągnąć skrótowy wniosek, że chłopów darzono albo współczuciem, albo obojętnością, albo się ich bano, albo ich eksploatowano, albo ich lekceważono, albo im schlebiano, nigdy ich tak naprawdę nie rozumiejąc. Owo niezrozumienie najwyraźniej odbija się w obrazie kultury chłopskiej ukształtowanym przez inteligenckie wyobrażenia, inteligenc kie uproszczenia i uprzedzenia. Taki obraz, niestety, pokutuje w powszechnej świadomości do dziś. Nielicznym próbom dotarcia do prawdziwych złóż tej kultury stała na przeszkodzie niemożność oderwania się od widzenia chłopa li tylko w zbiorowym, społecznym planie, jako owego zbiorowego planu charakterologiczny, typowy element. Nie potrafiono dostrzec chłopa jako człowieka w jednostkowym, egzystencjalnym wymiarze, naturalnie pozostającego, jak każda jednostka na tym świecie, w determinujących relacjach ze zbiorowością, w której żyje, która wpływa na jego wybory i sposoby zachowań, ze środowiskiem, w którym rodzi się i umiera. Na pytanie, jaki jest chłop, inteligent polski ma w odpowiedzi na ogół kilka stereotypów, określających z zasady jednostkę poprzez zbiorowość i zbiorowość poprzez jednostkę, 24
W y m a z y wa n i e
się tych światów, człowiek staje się coraz bardziej pusty. Dochodzi do takiego stanu, że Pan już nie ma czym w sobie żyć.
Powiedział Pan kiedyś, że z każdą kolejną książką wydaje się Panu, że coraz mniej umie pisać. Tak, tak… Takie odczucie towarzyszy mi zawsze. Z każdą nową książką jestem coraz bardziej bezradny. To wynika z tego, o czym właśnie przed chwilą mówiliśmy. Ale i każda książka poszerza moją świadomość pisarską, pozwala mi głębiej wniknąć w tajemnicę pisania, a wraz z tym w ogóle w świat, w siebie. Dzięki rozpychaniu wciąż granic mojego języka. Bo każda książka wymaga przecież innego języka.
Muzyka jest dla Pana najważniejszą dziedziną sztuki, być może dlatego, że brak w niej słów… Schubert zajmuje u Pana szczególne miejsce. A przecież Schubert to smutek i łzy zamknięte w prostocie kompozycji. Powiedział Pan kiedyś: „Proszę posłuchać Schuberta i zobaczyć, jakie to jest tragiczne”. Pan chyba szczerze lubi ten smutek i te łzy bez patosu, ten tragizm, również na co dzień? Sam się zastanawiałem, skąd moje przywiązanie do Schuberta. Być może stąd, że Schubert, mimo młodego wieku, był dojmująco naznaczony piętnem śmierci. Jakby przeczuwał swoją przedwczesną śmierć. A przecież śmierć jest obecna w każdym z nas i to od samego naszego początku. Jej nieuchronność jest tym lejtmotywem rozpaczy, ciągnącym się przez całe nasze życie. Ta rozpacz w szczególnym natężeniu 337
Rozmowy
występuje, w moim przekonaniu, w muzyce Schuberta. Ujawnia się w niej najwyraźniej to, co nas wszystkich dręczy.
Ale to Pana przywiązanie do rozpaczy… Mnie, na szczęście, przyszło żyć dużo, dużo dłużej, a tak długie doświadczenie tym bardziej przekonuje o obecności w człowieku tej rozpaczy. Niezależnie jak nam się życie układa, nie jesteśmy w stanie tego odczucia się pozbyć. Towarzyszy nam wiernie jak pies. Możemy je tłumić w sobie, zapominać na chwilę, ale to ono kreuje nasz los. I może to właśnie owa rozpacz jest w nas twórcza. Może jest źródłem wszelkich naszych pragnień, a więc i tworzenia. Pierwodruk: „Exclusiv” 2008, nr 2.
Wszystko jest mową Z Wiesławem Myśliwskim o powieści Kamień na kamieniu rozmawia Katarzyna Janowska
Fanfary towarzyszyły ukazaniu się powieści Kamień na kamieniu*. Henryk Bereza i Jerzy Lisowski napisali o niej, że jest to arcydzieło na miarę światową, i wydrukowali w odcinkach w „Twórczości”. W tekstach z tamtego czasu można wyczytać, że niektórzy koledzy po piórze z trudem znosili entuzjazm krytyków wywołany Pańską powieścią. Czy Pan był zaskoczony tym, co działo się wokół książki? Bereza przyjechał do mnie i przeczytał mi to, co napisał o mojej książce. Był wzruszony, a ja kompletnie zaskoczony, tym bardziej że on był oszczędny w pochwałach i niesłychanie odpowiedzialny za to, co pisze. Czułem jakiś rodzaj niedowiary, jak zawsze zresztą. Nie wierzyć sobie to jest upoważnienie *
Premiera powieści miała miejsce w 1984 r. Rozmowa niniejsza związana była z opublikowaniem jej w 2008 r. w kolekcji „Polska Literatura Współczesna” przygotowanej przez tygodnik „Polityka”. 339