CIEKAWOSTKI HISTORYCZNE.PL Krak贸w 2016
Spis treści
Prolog / Z siekierą na Moskwę 7 I / Kijów / 1018–1019, 1569–1667 23 II / Berlin i okolice / 1150–1197 47 III / Polska nad Morzem Czarnym / 1394–1633 65 IV / Krym / 1462–1475 79 V / Mołdawia / 1387–1699 97 VI / Wołoszczyzna / 1395–1396, 1600–1602 133 VII / Bari i Rossano / 1524–1557 153 VIII / Szwecja / 1598–1599 171 IX / Moskwa / 1610–1612 199 X / Kurlandia i Semigalia / 1562–1795 231 XI / Tobago / 1642–1690 253 XII / Wyspa Kunta Kinte / 1652–1661 271 XIII / Słowacja: starostwo spiskie / 1412–1770 291 Nota od autora / A co z tą Litwą i co z tą Finlandią? 311 Przypisy 315 Indeks osobowy 323 Wybrana Bibliografia 333 Źródła ilustracji 347
Prolog / Z siekierą na Moskwę
Odśpiewali Bogurodzicę, a potem ruszyli z siekierami zdobywać Moskwę. Brzmi to jak średniowieczna historyjka, bo i wtedy rycerze z frazą Bogiem sławiena Maryja… na ustach ruszali do boju i w rękach mieli nieraz siekiery, ale działo się to w nocy z 10 na 11 października 1618 roku. Bogurodzica była fanaberią ich dowódcy. Nazywał się Bartłomiej Nowodworski, ale wszyscy mówili na niego Kawaler. Miał sześćdziesiąt sześć lat, siwe włosy i wojnę we krwi. Smak zabijania poznał już jako nastolatek, gdy uganiał się za Tatarami po Dzikich Polach. Pewnego dnia jego dowódca zasnął ze strzelbą w ręce i przypadkowo się zastrzelił, a Nowodworski musiał ruszyć dalej w świat. Walczył z Moskalami za panowania Stefana Batorego, siedemnaście lat przelewał krew we Francji, a później jako kawaler maltański (stąd przezwisko) ze swoimi współbraćmi krążył po Morzu Śródziemnym, zwalczając muzułmanów, pchających się zewsząd do Europy. Dlaczego upodobał sobie Bogurodzicę, ulubioną pieśń wędrownych żebraków – nikt nie wiedział. Powtarzał często, że to testament świętego Wojciecha, że śpiewali ją przodkowie pod Grunwaldem i pod Warną… W XVII wieku przed bitwami jego rodacy wydawali okrzyki bojowe, bezsensowne zbitki sylab. Jeden z kapelanów mawiał, że Polacy „jako wilcy hukali na nieprzyjaciela”1. Skoro jednak Kawaler chciał, aby śpiewać Bogurodzicę, to jego podkomendni śpiewali. 9
Michael Morys-Twarowski
Specjalnością Kawalera były wybuchy. Gdzieś podejrzał – może w Siedmiogrodzie – jak się wysadza twierdze, i bardzo mu się to spodobało. W 1601 roku wysadził bramę tureckiej twierdzy Lepanto (po wiekach stanie się częścią greckiego miasta Nafpaktos), a w lipcu 1611 roku mury Smoleńska. Tej nocy chciał skompletować „wybuchowy hat-trick” i otworzyć wojskom Rzeczpospolitej wrota Moskwy. Wszystko było zaplanowane od A do Z. Każdy żołnierz wiedział dokładnie, co ma robić. Plan był taki: pięć tysięcy Kozaków zajedzie Moskwę od innej strony i zrobi wrzawę, aby odwrócić uwagę obrońców. Jednocześnie ludzie z siekierami ruszą pod bramę Karwacką i rozwalą palisady i niewielki gródek, ustawiony przed murami. Będzie ich osłaniać piechota, która w razie potrzeby da ognia z rusznic w Moskali. Następnie pomaszeruje dwudziestu ludzi z petardami Kawalera. Pod niewinną nazwą „petarda” krył się stożkowy pojemnik, w środku którego znajdowało się kilka kilogramów prochu, z lontem. Kawalerowi miało towarzyszyć kilku dworzan królewskich, w tym wojewodzic sandomierski Jerzy Ossoliński i wojewodzic lubelski Jakub Sobieski, oraz kilkudziesięciu ochotników z innych oddziałów. Planowano, że po wyrąbaniu palisady Kawaler podłoży petardy i podpali lonty: zasyczą ogniste żmije i chwilę później brama Karwacka wyleci w powietrze, a Moskwa stanie otworem. Ludzie z siekierami i piechota mieli wpaść do środka i wybić pierwszą linię obrońców. Przez rozwaloną bramę wleją się do Moskwy następne jednostki – kolejny oddział piechoty, później jeżdżący konno i walczący pieszo dragoni, wreszcie rajtarzy, czyli jeźdźcy uzbrojeni w pistolety, a na koniec osławieni lisowczycy, lekka jazda. Będą zdobywać ulicę po ulicy… Plan musiał się udać. Po pierwsze, dlatego, że Kozacy odwrócą uwagę obrońców Moskwy. Po drugie – podobny atak zostanie przeprowadzony z przeciwnej strony miasta – na bramę Twerską. Zaskoczenie będzie zupełne. Przewidywano, że rankiem 11 października 1618 roku Moskwa powinna być w polskich rękach. 10
Polskie imperium / Prolog
Humory dopisywały żołnierzom w służbie Rzeczpospolitej, gdyż zbliżał się koniec dwuletniej kampanii, a i wino robiło swoje. Przecież żaden z nich na trzeźwo nie poszedłby w październikową noc na mury Moskwy z siekierą w dłoni…
Po drugiej stronie muru nikt nie spał. Rosyjscy żołnierze tylko czekali na sygnał do ataku. Pod osłoną nocy jeden z moskiewskich oddziałów obsadził gródek przed bramą Karwacką. Nieświadomi niczego Polacy zaczęli rozwalać palisady, gdy nagle Rosjanie otworzyli ogień. Tysiące wystrzałów, od których robiło się jasno, jakby świtało. Gdy się patrzyło z daleka, można było odnieść wrażenie, że Moskwę odgradzała ściana ognia. Tymczasem ludzie Nowodworskiego z siekierami rąbali uparcie – nieważne, że byli na linii ognia, kule świszczały im koło uszu, a kamienie przelatywały nad głowami… Hałas zwabił kostuchę, która w tę październikową noc przyszła zbierać ponure żniwo. Kilku rębaczy padło martwych na zmarznięte błoto, reszta uciekła…
Tej nocy kostucha zgarnęła setkę. Po stronie Rzeczpospolitej Obojga Narodów zginęło ponad trzydziestu, może nawet pięćdziesięciu żołnierzy. Po stronie moskiewskiej straty były większe, ale oni nigdy nie przywiązywali wagi do liczby zabitych – żywych zawsze mieli pod dostatkiem. Mało brakowało, a do lepszego świata przeniósłby się sam Kawaler. Kiedy okazało się, że nie ma szans na rozwalenie gródka za pomocą siekier, Nowodworski postanowił go wysadzić. Piechota Rzeczpospolitej strzelała jak szalona, Kawaler zdołał zamontować petardę. I bum! Wejście do gródka stało otworem. Wpadli tam polscy żołnierze i walczyli wręcz z pozostałymi przy życiu Moskalami. Trupami wyścielili drogę do samej bramy 11
Michael Morys-Twarowski
Karwackiej, zatarasowanej dużymi belkami. Gdy udało się je odsunąć, Kawaler podłożył ładunki i już miał podpalić lont, kiedy dostał kulę w prawą rękę – w tę samą, w którą został zraniony cztery tygodnie wcześniej. Z miasta wypadli Moskale, odpychając naszych od bramy. Kawalera udało się wyciągnąć z bitewnego zgiełku, załadować na wóz i odesłać do obozu, ale nikt już nie zdołał zapalić petardy. Wprawdzie towarzyszący Nowodworskiemu ochotnicy walczyli do świtu, lecz pozbawieni wsparcia lisowczyków, którzy nie ruszyli do boju, musieli się wycofać. O ile pod bramą Karwacką do celu brakowało niewiele, to pod bramą Twerską rozgrywał się dramat. Moskale poszerzyli rowy i fosy, a Polacy mieli za krótkie drabiny – i drugi atak spełzł na niczym.
Nie tak zaplanowano ranek 11 października 1618 roku. Moskwa miała być w polskich rękach, ale tak się nie stało z winy dowództwa Rzeczpospolitej. Przede wszystkim nie utrzymano szczegółów planu w tajemnicy. Wystarczyło, by w wielotysięcznej armii znalazł się jeden zdrajca. A pojawiło się nawet dwóch – obaj byli niemieckimi minerami, czyli kimś w rodzaju „górnika bojowego”. Kilka godzin przed szturmem uciekli do Moskwy i opowiedzieli o wszystkim. Inni mieli pretensje do Kawalera, który koniecznie chciał wysadzić bramę Karwacką i odradzał szturm. „Jak będziemy robić drabiny, to wróg zorientuje się, że planujemy atak”2 – argumentował. Jerzy Ossoliński, wojewodzic sandomierski, twierdził, że nie chodziło tu o względy wojskowe. Po prostu stary żołnierz uparł się, aby to na niego spłynęła cała sława za zdobycie Moskwy. W efekcie pod bramę Karwacką poszli bez drabin, pod bramę Twerską wprawdzie z drabinami, ale za krótkimi. Nowodworski został ciężko ranny, więc wojska Rzeczpospolitej nadal stały pod rosyjską stolicą. A pora już była najwyższa kończyć tę kampanię, ciągnącą się od kwietnia 1617 roku! Zwano ją wyprawą królewicza Władysława, bo została oficjalnie podjęta w jego interesie. Siedem lat 12
Polskie imperium / Prolog
wcześniej, w 1610 roku, część bojarów rosyjskich uznało najstarszego syna polskiego króla Zygmunta III Wazy – Władysława – za cara. Był to bardziej wybieg taktyczny z ich strony niż przejaw woli osadzenia polskiego królewicza na moskiewskim tronie, ale słowo się rzekło i Władysław oficjalnie uważał się za władcę Rosji. Wierzył on nawet, że może sięgnąć po koronę carów, zresztą przez całe życie potrafił snuć fantastyczne plany. Sam będąc katolikiem, przed wyprawą załatwił sobie u papieża Pawła V zgodę na koronację w obrządku prawosławnym. A w roku 1617 miał dwadzieścia dwa lata i przekonanie, że wszystko jest możliwe. Inni nie podzielali entuzjazmu królewicza. Wprawdzie stany Rzeczpospolitej oficjalnie popierały pretensje Władysława do korony, ale już jego ojciec, Zygmunt III, widział w tym tylko instrument nacisku na Moskwę. Należało postraszyć Rosjan, wymusić na nich ustępstwa i szybko zawrzeć pokój. Długa kampania nie wchodziła w grę, bo w Rzeczpospolitej wiecznie brakowało pieniędzy na żołd dla żołnierzy. Szlachta nigdy przesadnie nie garnęła się do uchwalania podatków na ten cel, a w końcu i tak ciężar świadczeń przerzucała na warstwę społeczną, która już nie miała skąd brać pieniędzy, czyli chłopów. Problem dowództwa rozwiązano w kiepski sposób. Nikt nie chciał zostawić go w ręku dwudziestodwulatka. Pilnować Władysława miało ośmiu królewskich komisarzy. Jeden z nich, kasztelan sochaczewski Konstanty Plichta, został dowódcą armii koronnej. Przy granicy z Rosją zamierzali połączyć się z siłami litewskimi, a wtedy na czele wojsk Rzeczpospolitej miał stanąć hetman wielki litewski Jan Karol Chodkiewicz. Źle zaczęło się dziać już od momentu wymarszu. Zamiast od razu połączyć się z Litwinami, koroniarze musieli skręcić ku południowym granicom Rzeczpospolitej, aby postraszyć Turków, którzy przymierzali się do najazdu. Muzułmanie rzeczywiście zrezygnowali z ataku. Przez moment wydawało się też, że armia koronna nie dotrze na miejsce, gdyż sama się powybija. Wśród uczestników wyprawy znalazł się Marcin Kazanowski, doświadczony wojskowy, który był zdolny do spektakularnych 13
Michael Morys-Twarowski
akcji – tyle że wszystkie swoje zalety przekreślał pieniactwem. Nie chciał iść pod komendę Plichty, a ten nie miał zamiaru tolerować niesubordynacji. Pozostał tylko jeden sposób rozwiązania tego sporu. 10 lipca 1617 roku pod Jampolem żołnierze Plichty i Kazanowskiego stanęli naprzeciw siebie, gotowi się pozabijać. Królewicz Władysław wyleciał z namiotu „bez pasa i czapki, ze strachem patrzał na żałosną tragedyję”3. Tylko interwencja dominikanina Fabiana Birkowskiego, który wpadł z krucyfiksem między skłóconych, zapobiegła bitwie. Pół roku zajęło armii koronnej połączenie się z armią litewską i dopiero w październiku 1617 roku zaczęły się prawdziwe działania wojenne. Najpierw zajęto położoną niedaleko granicy twierdzę Drohobuż. Rosjanie poddali się na sam widok armii Rzeczpospolitej, a miejscowi wojewodowie bili czołem przed królewiczem Władysławem, błagając o przebaczenie. Z takiego obrotu sprawy niezadowolony był król Zygmunt III. W liście do komisarzy narzekał, że to przedłuży wojnę, na którą nie ma pieniędzy. W polskim obozie debatowano, czy atakować kolejną wrogą fortyfikację – Wiaźmę. Tymczasem problem rozwiązał się sam: Rosjanie poddali się bez walki. Kolejne miasteczka uznawały władzę królewicza Władysława. Z Możajska, ważnej twierdzy, znajdującej się sto kilometrów od Moskwy, uciekła rosyjska załoga. Droga do stolicy carów stała otworem. Chodkiewicz chciał wykorzystać sytuację, nakazując wymarsz wojsk, ale żaden żołnierz się nie ruszył. Skończyły się pieniądze, a za darmo nikt nie miał zamiaru ryzykować życiem. Trzeba było przezimować w Wiaźmie. Działania miały zostać wznowione wiosną. Przyszedł nowy rok, zostały stare problemy. Szlachta przeznaczyła niewielkie pieniądze na wojsko. Królewscy komisarze robili dobrą minę do złej gry: mamili żołnierzy gigantycznymi sumami, które sejm Rzeczpospolitej wysupłał na żołd, a w celu uwiarygodnienia całej sprawy zarządzili uroczyste odśpiewanie Te Deum laudamus… Przypomniał się wtedy Marcin Kazanowski, który odmówił podporządkowania swoich jednostek Chodkiewiczowi. 14
Polskie imperium / Prolog
Krnąbrny szlachcic tym razem się przeliczył. Nie zdawał sobie sprawy, z kim zadziera. Hetman wielki litewski dbał o swoich żołnierzy, często obdarowywał biednych lub rannych wojaków, dopominał się o żołd dla podkomendnych. Jednocześnie utrzymywał dyscyplinę żelazną ręką. Dobiegający sześćdziesiątki Chodkiewicz połowę życia spędził na wojnie, był jednym z najlepszych wodzów w historii świata i nie pozwolił, by ktoś podważał jego autorytet. 2 lipca 1618 roku Kazanowski wjechał do głównego obozu pod buńczukiem. Był to drzewiec zakończony kulą z grotem i zwisającymi pękami końskiego włosia, który noszono jedynie przed hetmanami. Tego było za wiele Chodkiewiczowi. – Wasza królewiczowska mość, ostrzeż go, aby schował buńczuk do torby, bo inaczej każę go stłuc na jego głowie – zapowiedział królewiczowi. Trzy dni później, kiedy wojsko Rzeczpospolitej ruszało w dalszą drogę, Chodkiewicz spostrzegł, że kilka oddziałów Kazanowskiego nie dość, że nie ustawiło się w przypisanym porządku, to odłączyło się od głównej armii. Wściekły hetman zaczął gonić niesfornego dowódcę na oczach całego wojska. – Ty skurwysynie! – wrzeszczał, rzucając buzdyganem w Kazanowskiego4. Niesubordynowane oddziały wolały nie ryzykować i natychmiast podporządkowały się hetmanowi.
Były też inne strony kampanii. Krwawe i zwycięskie karty zapisali lisowczycy, pustoszący państwo moskiewskie. Latem 1618 roku w Rosji zjawiło się dwadzieścia tysięcy Kozaków zaporoskich, na czele których stał hetman Piotr Konaszewicz Sahajdaczny. Ich znak rozpoznawczy to pożogi, grabież i mordy. W Moskwie wybuchła panika. Od zachodu nadchodziła armia Rzeczpospolitej, a od południa Kozacy, poddani króla polskiego. Jednak im bliżej było zimy, tym bardziej wzrastała 15
Michael Morys-Twarowski
pewność siebie moskiewskich bojarów. Po nieudanej próbie zdobycia Możajska, gdzie ranny w rękę został Bartłomiej Nowodworski, polska armia ruszyła prosto na Moskwę. Niestety, szturm w nocy z 10 na 11 października 1618 roku zakończył się fiaskiem. Planu B nie było. Pozbyto się z obozu Kozaków zaporoskich i lisowczyków, którzy ruszyli na łupieskie rajdy w głąb państwa moskiewskiego, a następnie przystąpiono do negocjacji z Rosjanami.
Człowiek-legenda, jeden z najlepszych dowódców w historii – hetman wielki litewski Jan Karol Chodkiewicz. W 1617 roku został wodzem naczelnym wyprawy królewicza Władysława, która zamierzała podbić Moskwę.
Polskie imperium / Prolog
Dziwne to były rozmowy. Zaczęły się 31 października 1618 roku nad rzeką Presnią, ćwierć mili od Moskwy. Zjawiło się po pięciu przedstawicieli Rzeczpospolitej i Rosji, ale pierwszym towarzyszyło pięciuset żołnierzy, a drugim dwa tysiące. Po przywitaniu ze strony polsko-litewskiej padła propozycja: – Rozbijmy namiot, w którym będziemy prowadzić negocjacje. – Nie, będziemy rozmawiać, tak jak jesteśmy – odparli Rosjanie. Wszyscy zostali więc w siodłach. Zaczął bojar Fiodor Szeremietiew od litanii tytułów cara Michała Romanowa. – Jeżeli będziecie nazywać królewicza Władysława carem, zrywamy rozmowy – zapowiedział. W odpowiedzi Lew Sapieha, kanclerz litewski i komisarz królewski, przypomniał, że Władysław osiem lat temu, w 1610 roku, został wybrany carem. Snuł też wizję wspaniałego chrześcijańskiego sojuszu polsko-moskiewskiego, który byłby w stanie oprzeć się wyznawcom islamu i przyniósłby korzyści handlowe obu państwom, wypominał też Michałowi Romanowowi niskie pochodzenie. – Może car Michał Romanow jest niskiego pochodzenia, ale Bóg uczynił go równym wszystkim monarchom – odparował Szeremietiew. Zgadzał się, że Władysław został wybrany carem, ale zaznaczył, że wcale się nie fatygował, by objąć moskiewski tron. Wrzeszczeli tak jakiś czas, siedząc na koniach. Wiele osób ziewało, bo przecież wypominanie, co robili Rosjanie Polakom, a co Polacy Rosjanom przez ostatnie kilka lat do niczego nie prowadziło. Wreszcie ze strony rosyjskiej padła propozycja: – Zgodzimy się na dwudziestoletni rozejm, jeżeli odstąpicie nam Smoleńsk, Rosław, Drohobuż, Wiaźmę, Kozielsk i Białą. Komisarze tak się z niej śmiali, że omal nie pospadali z koni5. Scenariusz taki powtarzał się wiele razy. Najpierw kłótnie o to, co kto robił kilka lat wcześniej, potem stawianie niemożliwych żądań, grożenie zerwaniem rozmów, krzyki, a na końcu 17
Michael Morys-Twarowski
jednak powrót przedstawicieli obu stron do negocjacji. Królewscy komisarze byli skłonni do zakończenia wojny. Rosyjscy bojarzy zajmowali twarde stanowisko. Zbliżała się zima, a nigdy żadnej obcej armii spędzenie tej pory roku pod murami Moskwy nie wyszło na dobre. Bojarzy wiedzieli też, że w armii Rzeczpospolitej nie ma pieniędzy na żołd. Pewnego dnia rosyjska załoga Możajska zgarnęła jeźdźca, który wiózł list z Warszawy od podkanclerzego koronnego Andrzeja Lipskiego do komisarzy królewskich. Nadawca kazał zawrzeć rozejm z Rosjanami za wszelką cenę, gdyż Rzeczpospolitej groziła od południa inwazja Turków i Tatarów. Bojarzy wierzyli, że mogą przeciągać rozmowy w nieskończoność, bo wrogów wykończą zima, głód i brak pieniędzy. Ich scenariusz się sprawdzał, a dla pewności spalili podmoskiewskie wioski. Żołnierze Rzeczpospolitej nie mieli gdzie zaopatrywać się w żywność. Zaczynało być coraz zimniej i Polacy zdążyli już wyciąć wszystkie lasy w pobliżu swojego obozowiska. Nie mieli żołdu i grozili buntem. Jednak pojawiła się pewna zmienna, której rosyjskie elity polityczne nie przewidziały. O ile komisarze rzeczywiście dążyli do zawarcia rozejmu za wszelką cenę, to królewicz Władysław już nie. Kiedy podał listę swoich warunków, bojarzy kazali mu iść precz do Polski. W odpowiedzi królewicz ze swoim wojskiem ruszył na północ od Moskwy, szukać terenów, które nie byłyby ogołocone z jedzenia, drzew i trawy. Planował wejść w głąb Rosji i nawiedzić ją ogniem i mieczem. Zwolennikiem kontynuowania działań wojennych był też hetman Jan Karol Chodkiewicz, a i części żołnierzy uśmiechał się taki pomysł. Pamiętać trzeba, że po Rosji cały czas krążyli lisowczycy i Kozacy zaporoscy, parający się niszczeniem, paleniem, grabieżą, gwałceniem i zabijaniem. Wyglądało to jak zabawa w dobrego i złego policjanta: dobrym byli królewscy komisarze, a w złego wcielali się królewicz z lisowczykami i Zaporożcami. Bojarzy uświadomili sobie, że ich wrogowie wcale nie umrą z głodu i chłodu, prędzej zniszczą resztę kraju. W efekcie zaczęli żwawiej prowadzić rozmowy z komisarzami. 18
Polskie imperium / Prolog
Oczywiście próbowali ugrać jak najwięcej. Zaoferowali przykładowo wymianę Briańska (miasto położone trzysta siedemdziesiąt dziewięć kilometrów na południowy wschód od Moskwy) za Popową Górę, Krasny i Sierpiejsk. O mieście takim jak Popowa Góra żaden z komisarzy nie słyszał, z kolei Krasny kiedyś istniał, ale swego czasu został puszczony z dymem i trudno było nawet wskazać, gdzie się znajdował. 11 grudnia 1618 roku w Dywilinie, malutkiej wiosce położonej ponad siedemdziesiąt kilometrów na północ od Moskwy, niedaleko miejsca, gdzie zimowała armia Rzeczpospolitej, podpisano rozejm, który miał obowiązywać od 4 stycznia 1619 do 5 lipca 1633 roku. Jeden z komisarzy królewskich, starosta wieliski Aleksander Gosiewski, rozpłakał się, gdy okazało się, że Moskwie przyznano część jego starostwa. „Ja swoich granic zawsze bronić będę, ja je wysłużyłem u króla krwią swoją” – mówił ze łzami w oczach6. O najważniejszych postanowieniach rozejmu dywilińskiego można przeczytać w każdej książce o historii Polski. W granicach Rzeczpospolitej znalazły się ziemie: smoleńska, siewierska i czernihowska. To wtedy Rzeczpospolita osiągnęła apogeum rozwoju terytorialnego – liczyła prawie milion kilometrów kwadratowych. Co pięćdziesiąty mieszkaniec Ziemi był poddanym króla Zygmunta III Wazy! Historycy są zgodni co do tego, że było to porozumienie korzystne dla państwa polskiego. Co innego współcześni króla. Armia Rzeczpospolitej zgodnie z postanowieniami rozejmu miała prawie natychmiast opuścić terytorium rosyjskie. Zima z roku 1618 na 1619 była wyjątkowa mroźna, a droga powrotna wiodła przez tereny wyniszczone przez wojnę. Maruderzy nie mieli problemu z odnalezieniem armii, bo jej szlak znaczyły odpadłe z zimna kończyny, martwe konie i ciała zamarzniętych żołnierzy. Bartłomiej Nowodworski, niedoszły zdobywca Moskwy, nie miał złudzeń, że straty z tego marszu są porównywalne do przegrania dużej bitwy. W marcu 1619 roku podkanclerzy Andrzej Lipski – ten sam, który naciskał komisarzy na szybkie zawarcie rozejmu – na forum 19
Michael Morys-Twarowski
sejmu łajał ich w imieniu króla za pośpiech przy negocjacjach z Moskalami. W tym samym czasie do Warszawy wrócił królewicz Władysław, witany przez ojca i młodszych przyrodnich braci. Jeden z nich, dziesięcioletni Jan Kazimierz, oświadczył bratu: – „Radziśmy przyjechaniu Waszmości, ale ja wolałbym tam zostać, niżeli z taką hańbą wracać się”7.
Ocena, czy rozejm w Dywilinie był korzystny dla Rzeczpospolitej Obojga Narodów, ujawnia różnice w podejściu. Badacze uznają go zazwyczaj za osiągnięcie, pewnie podświadomie porównując do wydarzeń z dwóch ostatnich stuleci, kiedy to historia przeczołgała Polskę i samo istnienie takiego państwa na mapie poczytywane było za sukces. Tymczasem w 1619 roku wiele osób patrzyło na Rzeczpospolitą w kategoriach mocarstwa. Co tam Smoleńsk, co tam Nowogród Siewierski czy Czernihów! Wysłaliśmy w 1617 roku armię na Wschód z zadaniem zgniecenia Rosji, zdobycia Moskwy, rozdeptania kolejnej przeszkody na naszej drodze… Nie udało się, to jest klęska! Takie było myślenie obywateli imperium. Polskiego Imperium. I o nim będzie ta książka – o Polskim Imperium.
Tytuł na pierwszy rzut oka wydaje się zbyt efekciarski. Jednak z każdą przewróconą stroną książki będzie stawał się coraz bardziej uzasadniony. Każda bowiem strona ukazywać będzie Polaków wkraczających do Kijowa, Sztokholmu, Moskwy i Bukaresztu, do różnych państw – od południowej Italii po granicę Finlandii – uznających zwierzchność polskich monarchów… To był kraj, w którego granicach mieściły się terytoria aż osiemnastu współczesnych państw! Ten obraz koliduje z typowym spojrzeniem na polską historię, w której dominują straceńcze zrywy, czasami z lekką nutką 20
Polskie imperium / Prolog
efektownych, lecz niewykorzystanych zwycięstw, i nade wszystko przekonanie, że największym przekleństwem naszego kraju jest położenie geograficzne między Niemcami a Rosją. Nic bardziej mylnego! To położeniem na mapie próbuje się wyjaśniać skutki głupiej polityki zagranicznej – i wiele osób to kupuje. Dawniej nie było problemem, z kim graniczyła Polska, bo… graniczyła, z kim chciała. Uznani zagraniczni naukowcy od lat używają określenia „Polskie Imperium”. Nie chodzi mi o dziewiętnastowieczne publikacje w języku angielskim, gdzie the Polish Empire często jest tłumaczeniem z niemieckiego das Polnische Reich, które w zależności od kontekstu i tak może oznaczać jedynie państwo polskie. Na przykład John P. Le Donne, historyk związany z Uniwersytetem Harvarda, używa określenia the Polish Empire w pełni świadomie. „Zazwyczaj się nie mówi o Polskim Imperium […], ale nie widzę powodu, dlaczego Szwecja, z Wielkim Księstwem Finlandii i innymi posiadłościami na północy Niemiec jest imperium, a Polska nie”8 – stwierdza. A mimo wszystko takie pojęcie jak „Polskie Imperium” jest nieobecne w polskiej literaturze naukowej. Zresztą nie trzeba sięgać do akademickich opracowań. Przed trzema laty ukazał się niezły reportaż z Tyraspolu, stolicy Naddniestrza. Autorzy, dwaj polscy doktoranci, zamieścili tam kapitalny fragment, w którym piją z akademikami i rozmawiają z Michaiłem, miejscowym, poznanym tego dnia na bazarze. Nasz nowy znajomy pociągnął z półtoralitrowej butli solidny łyk i podając piwo, dalej ciągnął. – No bo popatrz, mamy XVII wiek, w centrum Europy Imperium Rosyjskie i Imperium Polskie. Dochodzi między nimi do nieuniknionej konfrontacji… Spojrzeliśmy po sobie z Piotrem i z pokpiwającym uśmieszkiem przerwaliśmy wywód Michaiła. – Misza, jakie Polskie Imperium, przecież coś takiego nie istniało!9
A właśnie, że istniało. 21
Michael Morys-Twarowski
Jakkolwiek banalnie to zabrzmi: pisząc książkę, musiałem dokonać selekcji materiału. Dzieje polskiego imperium obfitowały w plastyczne wydarzenia, a zwycięstw nad liczniejszym wrogiem chyba nie sposób zliczyć. Z dużym żalem wykreślałem kolejne informacje, żegnałem się z dzielnymi dowódcami i opuszczałem miejscowości rządzone przez polskich monarchów, ale myślę, że koniec końców dobrze się stało. Nie chciałem stworzyć kolejnego kompendium, napęczniałego od faktów, nazwisk, dat i opinii historyków. Ta książka to opowieść o najbardziej spektakularnych osiągnięciach polskiego imperium, ale także o tych, pogrążonych w zupełnym zapomnieniu.