Skip to main content

Mimo moich win

Page 1

Tarryn Fisher

mimo moich win tlumaczenie Piotr GrzeGorzewski

krakow 2016


Tytuł oryginału: The Opportunist © 2012, Tarryn Fisher Copyright © for the translation by Piotr Grzegorzewski Opieka redakcyjna: Kinga Kasperek Opracowanie typograficzne książki: Daniel Malak Adiustacja: Joanna Hołdys / Wydawnictwo JAK Korekta: Maria Armata / Wydawnictwo JAK, Joanna Hołdys / Wydawnictwo JAK Łamanie: Andrzej Choczewski / Wydawnictwo JAK Projekt okładki: Eliza Luty Fotografie na okładce: © copyright by Wydawnictwo Otwarte, 2016

ISBN 978-83-7515-403-0

www.otwarte.eu Zamówienia: Dział Handlowy, ul. Kościuszki 37, 30-105 Kraków, tel. (12) 61 99 569 Zapraszamy do księgarni internetowej Wydawnictwa Znak, w której można kupić książki Wydawnictwa Otwartego: www.znak.com.pl


Dla nieszczęśliwej miłości


1

Teraz Nazywam się Olivia Kaspen i każdego, kogo kocham, usiłuję wyeliminować ze swojego życia. Nie robię tego specjalnie... chociaż nieświadomie również nie. Patrzę właśnie na jedną z ofiar mojej trującej, gorzkiej miłości. Stoi jakieś sto metrów ode mnie i przegląda stare płyty. Caleb. Jego imię przetacza się w mojej głowie niczym ostra druciana kula, rozdrapując rany, które już dawno temu się zabliźniły. Serce wali jak oszalałe, a ja stoję nieruchomo i gapię się na niego. Nie widziałam go od trzech lat. Na pożegnanie kazał mi trzymać się od siebie z daleka. Wciągam gęste powietrze w płuca i usiłuję zapanować nad wzruszeniem. Chcę do niego podejść. Chcę zobaczyć, jak w jego oczach pojawia się nienawiść. Kretynka. Zawracam do samochodu. Jestem już prawie po drugiej stronie ulicy, kiedy nagle nogi odmawiają mi posłuszeństwa. Czuję mrowienie 11


w koniuszkach palców. Zaciskam dłonie i podchodzę z powrotem do witryny sklepu. To m o j a część miasta. Jak on śmie się tutaj pokazywać? Pochyla się nad kartonowym pudłem z płytami CD, a kiedy się odwraca, by spojrzeć na coś przez ramię, widzę jego wydatny nos. Serce o mało nie wyskoczy mi z piersi. Wciąż kocham tego chłopaka. To mnie przeraża. Myślałam, że mam to z głowy. Myślałam, że poradzę sobie z czymś takim jak przypadkowe spotkanie. Chodziłam na terapię, przez trzy lata próbowałam...

* Zapomnieć o nim. Do reszty pogrążyć się w poczuciu winy.

* Przez kilka chwil użalam się nad sobą. W końcu odwracam się plecami do sklepu i Caleba. Nie mogę tego zrobić. Nie mogę wrócić do tych mrocznych czasów. Podnoszę stopę, żeby zejść z krawężnika, kiedy nagle z chmur, które zbierały się nad Miami przez ostatni tydzień, dobiega pomruk przypominający odgłos starej instalacji wodnej. Krople deszczu zaczynają uderzać o chodnik i już po chwili moja biała bluzka jest mokra. Zawracam szybko i kryję się pod markizą sklepu. Patrzę na swojego starego volkswagena garbusa, ledwie widocznego zza strug deszczu. Wystarczy, że do niego podbiegnę, a za chwilę już będę w drodze do domu. Z zamyślenia wyrywa mnie obcy męski głos. Nie mam pewności, czy mężczyzna zwraca się do mnie.  – Czerwone niebo... To oznacza kłopoty. 12


Kiedy się odwracam, okazuje się, że stoi tuż za mną. Zdecydowanie bliżej, niż wypada. Wydaję stłumiony okrzyk zdziwienia i cofam się o krok. Jest co najmniej trzydzieści centymetrów wyższy ode mnie. Napakowany jak kulturysta, jednak trudno nazwać go przystojniakiem. Trzyma dłoń pod dziwnym kątem i rozcapierza palce. Mój wzrok przyciąga pieprzyk na jego czole  – kojarzy mi się ze środkiem tarczy strzelniczej.  –  Słucham? Kręcę głową, nie wiedząc, co o tym myśleć. Ponad jego ramieniem próbuję dojrzeć Caleba. Czy wciąż tam jest? Czy powinnam wejść do środka?  – To stary żeglarski przesąd  – wyjaśnia mężczyzna, wzruszając ramionami. Przenoszę wzrok na jego twarz. Wygląda znajomo. Zastanawiam się, czy powiedzieć mu, żeby się ode mnie odczepił. Równocześnie próbuję sobie przypomnieć, gdzie go widziałam.  – Mam to.  – Podnosi parasolkę w kwiatki z plastikową rączką w kształcie stokrotki.  – Mogę cię odprowadzić do samochodu. Spoglądam na niebo, które rzeczywiście jest czerwone, i przechodzą mnie ciarki. Chcę, żeby mnie zostawił w spokoju. Już mam mu to powiedzieć, kiedy nagle do mnie dociera, że to może być z n a k. Lepiej się stąd zabierać! Przyglądam się odpryśniętemu lakierowi na paznokciu kciuka i zastanawiam się nad propozycją mężczyzny. Nie wierzę w znaki, ale ten gość przynajmniej osłoni mnie przed deszczem.  – Nie, dzięki  – mówię. Odwracam gwałtownie głowę, patrzę w kierunku sklepu i zdaję sobie sprawę, że już podjęłam decyzję. 13


– No dobra. Nadciąga huragan, ale jak sobie chcesz. Wzrusza ramionami i wychodzi prosto na deszcz, nie otwierając parasolki. Patrzę, jak idzie. Pochyla się na wietrze. Jego szerokie ramiona są niczym półka skalna osłaniająca resztę ciała. Naprawdę kawał chłopa z niego. Po chwili znika za ścianą deszczu. Wydał mi się znajomy, ale bez wątpienia pamiętałabym, gdybym go kiedyś spotkała. Odwracam się w stronę sklepu. Nad drzwiami wisi szyld z napisem „Music Mushroom” wykonanym jaskrawymi zakrętasami. Patrząc przez szybę, przebiegam wzrokiem sklepowe alejki. Jest tam, gdzie go zostawiłam, wciąż pochylony nad płytami. Zdaje się, że to dział z muzyką reggae. Nawet stąd widzę, że marszczy brwi. Nie może się zdecydować. Uświadamiam sobie, co robię, i ogarnia mnie wstyd. Przecież jesteśmy już sobie obcy. Nie powinnam się zastanawiać, o czym myśli. Chcę, żeby podniósł wzrok i mnie zobaczył, ale nie robi tego. Nie zamierzam czaić się za tą szybą jak ostatnia psycholka, więc zbieram się na odwagę i wchodzę do środka. Czuję na mokrej skórze powiew powietrza z klimatyzacji i zaczynam się trząść z zimna. Zauważam wysoki regał z fajkami wodnymi, chowam się za nim i wyciągam puderniczkę, żeby poprawić makijaż. Patrząc na niego spomiędzy półek, palcem wycieram mascarę rozmazaną pod oczami. Muszę sprawić, by nasze spotkanie wyglądało na przypadkowe. Przede mną leży fajka z główką w kształcie głowy Boba Marleya. Przeglądam się w szklanym oku Boba i ćwiczę wyraz zaskoczenia na twarzy. Jestem zniesmaczona tym, jak nisko upadłam. Szczypię się w policzki, żeby nabrały koloru, po czym wychodzę ze swojej kryjówki. Raz kozie śmierć. 14


Obcasy moich butów z głośnym skrzypieniem zagłębiają się w linoleum. Równie dobrze mogłabym wynająć trębacza, który oznajmiałby o moim nadejściu. O dziwo, Caleb nie unosi wzroku. Kiedy znajduję się zaledwie kilka kroków od niego, słyszę szum klimatyzatora. Ktoś przywiązał żółtozielone wstążki do otworu wentylacyjnego. Zaczynają się poruszać, a ja czuję jakiś zapach. To zapach Caleba: mięta i pomarańcze. Jestem już tak blisko, że widzę niewielką szramę przy jego prawym oku  – lubiłam jej dotykać. Ten facet jak zwykle robi wrażenie na wszystkich wokół. Stojące nieopodal dwie kobiety, starsza i młoda, patrzą na niego ukradkiem. Cały świat jest pod wrażeniem Caleba Drake’a, a on zdaje się tego nie dostrzegać. To naprawdę obrzydliwe. Podchodzę bliżej i sięgam po jeden z kompaktów. Caleb, wciąż nieświadomy mojej obecności, przegląda je metodycznie, według kolejności alfabetycznej. Idę za nim. Kiedy jestem jakiś metr od niego, nagle się do mnie odwraca. Zastygam w bezruchu i przez chwilę mam ochotę uciec gdzie pieprz rośnie. Wpatruje się w moją twarz, jakby nigdy przedtem jej nie widział, a potem przenosi wzrok na płytę, którą trzymam w ręce. Po trzech długich latach znowu słyszę jego głos:  – Dobrzy są? Czuję, jak ciężar spada mi z serca. Tyle że przenosi się do brzucha i tam zalega, ciężki niczym kawał ołowiu. Wciąż mówi z tym samym lekkim brytyjskim akcentem, jaki pamiętam sprzed lat, jednak w jego głosie nie ma surowości, którą spodziewałam się usłyszeć. Coś mi tu nie gra.  –  Yyy... Znów patrzy na moją twarz, przygląda się jej tak, jakby widział ją pierwszy raz. 15


– Słucham? Nie dosłyszałem. A niech to....  – Yyy, tak, są nieźli  – mówię, odkładając płytę na półkę. Zapada milczenie. W końcu uznaję, że czeka, aż coś powiem.  – Ale zupełnie nie w twoim stylu. Wygląda na zdziwionego.  – Nie w moim stylu? Kiwam głową.  – Co właściwie masz na myśli, mówiąc o moim stylu?  – Jego oczy śmieją się do mnie i widzę nawet uśmiech błąkający się na ustach. Przyglądam się uważnie jego twarzy, usiłując odgadnąć, o co mu chodzi. Zawsze miał bogatą mimikę, umiał dobrać właściwą minę do sytuacji. Wygląda na spokojnego i w sumie niezbyt zainteresowanego moją odpowiedzią. Oddycham z ulgą:  – No... lubisz raczej klasycznego rocka... Ale mogę się mylić. W końcu ludzie się zmieniają, dodaję w myślach.  – Klasycznego rocka?  – powtarza, wpatrując się w moje usta. Wzdrygam się, przypominając sobie, że kiedyś już tak na nie patrzył. Czy to nie od tego wszystko się zaczęło?  – Przepraszam  – mówi i wbija wzrok w podłogę.  – To dziwne, ale właściwie... nie mam pojęcia, jaki jest mój styl. Nie mogę sobie przypomnieć. Gapię się na niego. Czy to jakiś głupi dowcip, rodzaj zemsty?  – Nie pamiętasz? Jak to nie pamiętasz? Caleb pociera kark. Mięśnie na jego ramieniu napinają się.  – Miałem wypadek. Straciłem pamięć. Wiem, jak to brzmi. Ale taka jest prawda, nie mam zielonego pojęcia, co 16


lubię, czy też raczej lubiłem. Przepraszam, nie wiem, czemu ci o tym wszystkim opowiadam. Odwraca się, chcąc odejść, prawdopodobnie dlatego, że z powodu szoku widocznego na mojej twarzy poczuł się trochę nieswojo. Ja z kolei czuję się, jakbym właśnie dostała obuchem w łeb. To nie ma sensu. Nic do siebie nie pasuje. Caleb nie wie, kim jestem. Nie wie, kim jestem! Z każdym krokiem, jaki chłopak robi w stronę drzwi, wpadam w coraz większą rozpacz. Z a t r z y m a j g o!, wołam do siebie w myślach.  – Zaczekaj  – mówię. Mój głos ledwo słychać.  – Zaczekaj... Zaczekaj!  – Tym razem drę się tak głośno, że kilku klientów odwraca się w moją stronę. Nie zwracam na nich uwagi, całkowicie skupiona na plecach Caleba. Jest już prawie przy drzwiach. I wtedy się do mnie odwraca. Myśl szybko. Myśl szybko! Podnoszę palec, dając mu znak, żeby poczekał, po czym biegnę do działu z klasycznym rockiem. Po chwili znajduję jego ulubioną płytę. Ściągam ją z półki i pędzę do niego, ściskając ją w ręce.  – Właśnie to lubisz  – mówię, rzucając płytę w jego stronę. Chociaż to kiepski rzut, udaje mu się ją złapać. Uśmiecha się blado. Patrzę, jak idzie do kasy, płaci kartą, a potem ponownie znika z mojego życia. No to cześć.

* Dlaczego nie powiedziałam mu, kim jestem? Teraz już na to za późno, przegapiłam swoją chwilę prawdy. Stoję w miejscu, patrząc, jak odchodzi. Żal ściska mi serce. Usiłuję pojąć, co właśnie się stało. Zapomniał o mnie. Po prostu o mnie zapomniał.


2

Kiedy byłam w piątej klasie, oglądałam w telewizji kryminał, którego bohaterem był detektyw Follagyn Beville. Z miejsca się w nim zabujałam. Ścigał współczesnego Kubę Rozpruwacza zabijającego prostytutki. W pewnym momencie przesłuchiwał szczególnie niechlujnie wyglądającą dziwkę o skołtunionych blond włosach z czarnymi odrostami. Leżąc na żółtej kanapie, zaciągała się łapczywie papierosem. Pamiętam, że pomyślałam: „O kurczę, jaka wspaniała aktorka! Powinna dostać za tę rolę Emmy. Świetnie gra tę flądrę”. Trzymała w ręce szklankę z whisky z lodem i piła małymi łyczkami. Z bijącym sercem obserwowałam jej ruchy, zapamiętując wszystko, co robiła. Wieczorem napełniłam szklankę pepsi i lodem, postawiłam ją na parapecie i unios­ łam do ust wyimaginowanego papierosa.  – Nikt mnie nie rozumie  – wyszeptałam tak, że mój oddech oszronił szklankę.  – Ten świat jest taki zimny... A potem wypiłam łyk pepsi, pamiętając, żeby zagrzechotać przy tym kostkami lodu. 19


Od tego zdarzenia minęło piętnaście lat, ale ja wciąż mam wyczucie dramaturgii. Dzień po moim przypadkowym spotkaniu z Calebem nad miasto nadciągnął huragan Phoebe. Dzięki temu nie muszę dzwonić do pracy i kłamać, że nie mogę przyjść, bo jestem chora. Leżę w łóżku i przyciskam do siebie butelkę wódki. Koło południa zwlekam się z wyra i powłócząc nogami, udaję się do łazienki. Chociaż o moje okna uderza huragan trzeciej kategorii, wciąż jeszcze jest prąd. Wykorzystuję to, żeby się wykąpać. Kiedy siedzę w parującej wodzie, po raz milionowy wspominam to spotkanie. Wszystko sprowadza się do jednego: z a p o m n i a ł o m n i e. Moja mopsica Pickles siedzi na macie łazienkowej i uważnie mi się przygląda. Jest tak paskudna, że aż się uśmiecham.  – Caleb, Caleb, Caleb  – powtarzam, jakbym chciała sprawdzić, czy to imię wciąż brzmi tak samo. Miał dziwaczny zwyczaj wymawiania imion od tyłu. Ja na przykład byłam Aivilo, a on Belac. Początkowo wydawało mi się to śmieszne. W końcu przyłapałam się na tym, że robię to samo. To był nasz szyfr, kiedy chcieliśmy o kimś bezkarnie poplotkować. A teraz mnie nie pamięta. Jak można zapomnieć o kimś, kogo się kochało, nawet jeśli to wspomnienie rani do żywego? Wlewam do kąpieli trochę wódki. Jak go sobie w takiej sytuacji wybić z głowy? A może spróbuję wykorzystać rozpacz do zrobienia kariery? Przecież to właśnie robią muzycy country. Właśnie, zostanę piosenkarką country. Drąc się na całe gardło, odśpiewuję kilka wersów Achy Breaky Heart i piję kolejny łyk. Zakrzywionym palcem u nogi zahaczam o łańcuszek i wyciągam korek z wanny. Słucham, jak woda bulgocze w odpływie. Ubieram się, a potem człapię do lodówki. Tania 20


wóda przelewa się w pustym brzuchu. Moje zapasy na czas huraganu składają się z dwóch butelek sosu ranczerskiego, cebuli i kawałka cheddara. Kroję ser i cebulę i wrzucam je do miski, po czym polewam sosem. Następnie robię sobie kawę i włączam wieżę. Okazuje się, że tkwi w niej ta sama płyta, którą w sklepie muzycznym dałam Calebowi. I jak tu znowu się nie napić? Budzę się na podłodze w kuchni z twarzą w kałuży śliny. W ręce trzymam zdjęcie Caleba. Podarłam je, a potem skleiłam taśmą. Czuję się naprawdę nieźle, jeśli nie liczyć lekkiego bólu głowy. Podejmuję decyzję, że tego dnia zacznę wszystko od początku. Zapomnę tego... jak mu tam, kupię tony zdrowego żarcia i zrobię porządek ze swoim pieprzonym życiem. Sprzątam bałagan, którego narobiłam w pijanym widzie, i po krótkim wahaniu wrzucam zdjęcie do śmieci. Żegnaj, przeszłości. Chwytam torebkę i kieruję się do najbliższego sklepu ze zdrową żywnością. Pierwszą rzeczą, jaką wyczuwam po wejściu do tego przybytku, jest powiew paczuli na twarzy. Ściskając palcami nos i wstrzymując oddech, przechodzę obok stojącej za ladą dziewczyny w moim wieku, która żuje gumę i najwyraźniej oddaje się medytacji. Wyciągam wózek i idę w głąb sklepu, mijając po drodze buteleczki z odświeżaczem powietrza Madame Deerwood (nie działa), opakowania z okiem traszki i paczuszki gotu kola. Jak na razie wygląda mi to bardziej na zwyczajny spożywczak niż świątynię świrów od New Age. Caleb i ja nigdy tutaj nie byliśmy, dzięki czemu Mecca Market pozostaje moją strefą bezwspomnieniową. Wrzucam do wózka kilka paczek ciasteczek z wodorostów oraz chipsów i postanawiam poszukać lodów. Mijam 21


kobietę w koszulce z napisem „Jestem wiccanką, latam na miotle”. Jest bosa. Kiedy skręcam w alejkę z lodami, zaczynam dygotać.  –  Zimno? Odwracam się tak szybko, że strącam ramieniem z półki pudełka z waflami do lodów. Patrzę z przerażeniem, jak spadają na posadzkę i rozsypują się na wszystkie strony. Zupełnie jak moje myśli. Caleb! Podnosi kolejno pudełka i ustawia je w stertę. Uśmiecha się do mnie. Odnoszę wrażenie, że rozśmieszyła go moja reakcja.  – Przepraszam, nie chciałem cię przestraszyć. Jaki uprzejmy. A na dodatek ten jego cholerny akcent!  – Co ty tutaj robisz?  – pytam, nie zdążywszy ugryźć się w język. Śmieje się.  – Wiem, że tak to wygląda, ale wcale cię nie śledzę, słowo. Właściwie to chciałem ci podziękować za płytę, której kupno mi zasugerowałaś wczoraj w sklepie. Spodobała mi się, nawet bardzo. Trzyma ręce w kieszeniach i podskakuje na piętach.  – Wino  – mówi, obracając palcem wskazującym pierścień, który nosi na kciuku. Pamiętam, że robił tak zawsze w chwilach zdenerwowania. Mrugam powiekami, nic nie rozumiejąc.  – Pytałaś, co tutaj robię  – tłumaczy cierpliwie, zupełnie jakby mówił do dziecka.  – Moja dziewczyna lubi pewien rodzaj wina, który można dostać tylko tutaj. Jest... ekologiczne.  – Ostatnie słowo wypowiada ze śmiechem. D z i e w c z y n a. Mrużę oczy. Jakim cudem o niej nie zapomniał? 22


– Czyli...  – mówię od niechcenia, otwierając jedną z lodówek i biorąc pierwsze lody, jakie wpadają mi w oko  – pamiętasz swoją dziewczynę?  – Staram się, by mój głos brzmiał nonszalancko, jednak jest tak zduszony, jakby ktoś właśnie zaciskał palce na moim gardle.  – Nie, po wypadku również jej nie pamiętałem. Czuję się odrobinę lepiej. Momentalnie wracam pamięcią do chwili, kiedy po raz pierwszy utkwiłam w niej spojrzenie swoich błękitnych oczu. Wydarzyło się to trzy lata temu podczas rytual­nej zabawy pod nazwą „Szpiegowanie byłego chłopaka”. Uznałam, że muszę zobaczyć swoją następczynię, żeby ostatecznie zakończyć tę sprawę. Szaleństwo, wiem, ale moim zdaniem trochę śledzenia jeszcze nikomu nie zaszkodziło. Włożyłam czerwony kapelusz babci, bo miał niedorzecznie szerokie rondo, pod którym mogłam ukryć twarz, a poza tym pasował do mojej skażonej melodramatyzmem osobowości. Wzięłam też ze sobą Pickles, swojego psa obronnego. Leah Smith. Tak się zwała ta mała paskuda. Stanowiła moje przeciwieństwo. Ona była bogata, ja biedna, ona szczęśliwa, ja niepocieszona, ona ruda, ja ciemnowłosa. Poznali się na jakimś wystawnym przyjęciu mniej więcej rok po naszym zerwaniu. Najwyraźniej od razu się w sobie zabujali, a może tylko on się szybko zabujał, nie mam pojęcia. Leah pracowała w biurowcu oddalonym o dziesięć minut drogi od mojego domu. Kiedy zatrzymałam samochód na parkingu, okazało się, że mam jeszcze godzinę do końca jej pracy. Spędziłam ją na rozważaniach, czy aby na pewno jestem normalna. Wyszła z budynku dokładnie o osiemnastej pięć. Przez ramię miała przewieszoną torebkę od Prady. Szła jak kobieta, która dobrze wie, że wszyscy faceci gapią się na jej cycki. 23


Patrzyłam, jak idzie chodnikiem, stukając obcasami swoich zielonych szpilek, i zaciskałam palce na kierownicy. Nienawidziłam jej długich rudych kudłów spadających lokami na plecy. Nienawidziłam tego, że żegnając się z kolegami z pracy, pomachała im samymi palcami. Nienawidziłam tego, że podobają mi się jej buty. Patrzę mu w oczy. Muszę oderwać się od przeszłości.  – Jak to?  – pytam.  – Nie pamiętasz jej, a mimo to ciągle jesteście razem? Spodziewam się, że zacznie się bronić, on jednak tylko się uśmiecha.  – To był dla niej prawdziwy wstrząs. Jestem jej bardzo wdzięczny, że pomaga mi przejść przez to wszystko. Wypowiadając ostatnie słowa, nie patrzy na mnie. Cóż, nie wyobrażam sobie, żeby jakakolwiek zdrowa na umyśle dziewczyna pozwoliła mu odejść. Oprócz mnie, oczywiście. No, ale nigdy nie twierdziłam, że jestem zdrowa na umyśle.  – Masz ochotę na kawę?  – pyta.  – Z chęcią opowiem ci swoją smutną historię. Czuję mrowienie w palcach. Powoli przenosi się na całe ciało. Gdyby mnie pamiętał, z pewnością by mnie nie zapraszał. Szaleństwo. Trudno sobie wyobrazić lepszą okazję.  – Nie mogę. Jestem z siebie taka dumna, że chyba urosłam o kilka centymetrów. Przyjmuje moją odmowę w taki sam sposób, jak przyjmował wszystkie moje odmowy, gdy jeszcze ze sobą chodziliśmy: uśmiecha się, tak jakby nie wierzył, że mówię serio.  – A właśnie że możesz. Potraktuj to jak przysługę. Przekrzywiam głowę. 24


– Przydaliby mi się nowi przyjaciele, ktoś, kto miałby na mnie dobry wpływ. Otwieram usta i wypuszczam głośno powietrze. Caleb unosi brwi.  – Jestem ostatnią osobą, która mogłaby mieć na ciebie dobry wpływ  – mówię, mrugając powiekami. Przestępuję z nogi na nogę. Mój wzrok pada na słoik wisienek koktajlowych. Mogę go złapać i roztrzaskać na jego głowie albo przyjąć zaproszenie. W końcu to tylko kawa. Nie seks, nie poważny związek, tylko miła pogawędka dwojga ludzi, którzy podobno w ogóle się nie znają.  – Niech będzie.  – Słyszę podniecenie w swoim głosie i aż się wzdrygam z obrzydzenia. Jestem okropna.  – Cieszę się  – odpowiada z uśmiechem.  – Dwie ulice stąd, na rogu, jest kawiarnia. Spotkajmy się tam za pół godziny  – proponuję, obliczając w myślach, ile czasu zajmie mi dotarcie do domu i odświeżenie się. Powiedz, że nie możesz, błagam w myślach. Powiedz, że masz coś innego do roboty...  – A więc za pół godziny  – powtarza, nie spuszczając wzroku z moich ust. Wydymam usta w ryjek, a Caleb odwraca głowę, żeby ukryć uśmiech. Odchodzę niespiesznie sklepową alejką. Czuję na sobie jego spojrzenie i cała drżę. Kiedy już mam pewność, że mnie nie widzi, zostawiam wózek i pędzę na złamanie karku do drzwi sklepu. Japonki uderzają o moje pięty. Docieram do domu w rekordowo krótkim czasie. Akurat moja sąsiadka Rosebud puka do drzwi. W ręce trzyma cebulę. Jeśli Rosebud mnie zauważy, przez najbliższe dwie godziny będę musiała słuchać o jej mężu Bertiem i jego zmaganiach z podagrą. Chowam się w krzakach. Pięć minut 25


później Rosebud daje za wygraną. I całe szczęście, bo już bolą mnie uda od siedzenia w kucki i chce mi się siusiu. Pierwsze, co robię po wejściu do domu, to wyjmuję zdjęcie Caleba z kosza na śmieci. Czyszczę je ze skorupek jajek i chowam do szuflady na sztućce. Piętnaście minut później wychodzę. Jestem tak zdenerwowana, że ledwo udaje mi się nie potykać o własne stopy. Krótka jazda do kawiarni okazuje się udręką. Przeklinam samą siebie, gwałtownie hamuję i dwa razy zawracam do domu. Wjeżdżam na parking cokolwiek poobijana. Ściany kawiarni pomalowane są na granatowo i zdobione mozaiką. Wnętrze sprawia wrażenie przygnębiającego, a zarazem ciepłego. Ponieważ zaledwie trzy przecznice dalej znajduje się Starbucks, tutaj przychodzą poważniejsi goście: snobistyczne typki dumające nad swoimi MacBookami.  – Cześć, Livia  – wita mnie niewysoki punk stojący za barem. Uśmiecham się do niego. Kiedy mijam tablicę z ogłoszeniami, mój wzrok przyciąga zdjęcie męskiej twarzy wiszące między ulotkami. Podchodzę bliżej. Ja go już gdzieś widziałam... Pod fotografią znajduje się wytłuszczony napis: POSZUKIWANY. To facet, którego spotkałam przed sklepem muzycznym, ten z parasolem! Dobson Scott Orchard, ur. 7 września 1960 roku Podejrzany o porwanie, gwałt i napaść. Znaki szczególne: znamię na czole. Pieprzyk! To jest to znamię. Wolę nie myśleć, co mi groziło. Zapamiętuję numer telefonu znajdujący się na dole kartki. Gdybym nie zobaczyła Caleba, pewnie pozwoliłabym temu typowi odprowadzić się do samochodu. 26


Na widok byłego chłopaka momentalnie zapominam o Dobsonie. Caleb siedzi przy stoliku w kącie i wpatruje się nieobecnym wzrokiem w blat. Podnosi porcelanową filiżankę do ust. Przypominam sobie, jak robił to samo w moim mieszkaniu kilka lat temu, i serce zaczyna mi szybciej bić. Zauważa mnie, kiedy jestem kilka kroków od niego.  – Cześć. Zamówiłem ci latte  – mówi. Wstając, omiata mnie spojrzeniem. No co, trochę się ogarnęłam. Odsuwam włosy lecące mi do oczu i uśmiecham się do niego. Bardzo się denerwuję, nie mogę opanować drżenia rąk. Kiedy wyciąga do mnie dłoń, waham się i dopiero po chwili wyciągam również swoją.  – Caleb Drake  – dokonuje prezentacji.  – Powiedziałbym, że zwykle przedstawiam się kobietom, zanim zaproszę je na kawę, gdyby nie to, że właściwie nie pamiętam, czy tak robię. Uśmiecham się, słysząc ten słabiutki dowcip, i pozwalam, by moja drobna ręka zniknęła w jego wielkiej grabie. Dotyk jego skóry jest taki znajomy... Na chwilę zamykam oczy i staram się zapomnieć o absurdzie całej tej sytuacji.  – Olivia Kaspen. Dziękuję za kawę. Siadamy niezgrabnie przy stoliku. Wsypuję cukier do filiżanki i patrzę mu w oczy. Zawsze twierdził, że moja kawa jest tak słodka, że aż bolą zęby. Tym razem jednak milczy. Pije gorącą herbatę, na sposób brytyjski. Kiedyś uważałam to za urocze i dystyngowane. Właściwie nadal tak uważam.  – Co po tym wszystkim powiedziałeś swojej dziewczynie?  – pytam i piję łyk. Zsuwam but i pozwalam mu kołysać się na dużym palcu u nogi. Kiedyś okropnie go to wkurzało. Zerka na moją 27


stopę i przez chwilę wydaje mi się, że złapie ją, żebym przestała.  – Powiedziałem jej, że potrzebuję trochę czasu, żeby pomyśleć. To straszne powiedzieć coś takiego kobiecie, prawda? Kiwam głową.  – W każdym razie ledwo to usłyszała, wybuchnęła płaczem. Nie wiedziałem, co robić.  – Przykro mi  – kłamię. Bladolica pieguska zaznała odrzucenia. Cudownie.  – Więc masz amnezję  – mówię. Caleb kiwa głową, po czym znów wbija wzrok w blat stolika. Z roztargnieniem zaczyna kreślić na nim koła.  – Tak, fachowo to się nazywa amnezja dysocjacyjna selektywna. Lekarze, a badało mnie w sumie ośmiu, powiedzieli, że to tymczasowe. Skupiam się na tym ostatnim słowie. To oznacza, że nasze relacje też mogą być tymczasowe, tak jak farba na włosach albo przypływ adrenaliny. Nieważne, i tak w to wchodzę. Właśnie jestem na kawie z facetem, który kiedyś mnie nienawidził, więc „tymczasowe” niekoniecznie musi być brzydkim słowem.  – Jak to się stało?  – pytam. Caleb chrząka i rozgląda się po lokalu, jakby nie chciał, żeby nas ktoś usłyszał.  – O co chodzi? To zbyt osobiste pytanie?  – Z trudem powstrzymuję śmiech. Dziwnie się czuję z tym, że waha się, czy mi to powiedzieć. Kiedy byliśmy parą, nie miał przede mną tajemnic  – mówił mi nawet o rzeczach, o których większość facetów wstydzi się powiedzieć dziewczynom. Mimo upływu lat 28


wciąż czytam w nim jak w otwartej księdze. Widzę, że ma opory przed wdawaniem się w szczegóły.  – Sam nie wiem. Może najpierw powinniśmy pogadać o czymś neutralnym. Na przykład możesz mnie zapytać o mój ulubiony kolor. Uśmiecham się.  – A pamiętasz, jaki jest twój ulubiony kolor? Kręci głową i oboje wybuchamy śmiechem. Wzdycham i zaczynam się bawić filiżanką. Kiedy zaczynaliśmy ze sobą chodzić, też zapytałam go, jaki jest jego ulubiony kolor. Nie odpowiedział, tylko zaciągnął mnie do samochodu. Wyjaśnił, że mi pokaże.

*  – To śmieszne. Muszę się uczyć do kolokwium  – narzekałam. Wiózł mnie przez dwadzieścia minut, ogłuszając okropnym rapem, którego wówczas słuchał. W końcu zatrzymaliśmy się przed portem lotniczym Miami. Pokazał na światła na pasie startowym.  – To właśnie mój ulubiony kolor  – wyjaśnił.  – Niebieski  – odparłam.  – No i co?  – To nie jest zwyczajny niebieski, tylko lotniskowy niebieski  – oświadczył.  – Nigdy o tym nie zapominaj. Odwróciłam się do pasa startowego i wpatrzyłam w światełka. Ich kolor był niesamowity, kojarzył się z barwą, jaką przybiera ogień, gdy pali się najmocniejszym płomieniem. Skąd ja wytrzasnę bluzkę w takim kolorze?

* 29


Gdy patrzę teraz na niego, zastanawiam się, jak to możliwe, że w moim umyśle to wspomnienie wciąż jest tak żywe, a z jego głowy całkowicie wyparowało. Jak możesz nie pamiętać, jaki jest twój ulubiony kolor? Jak możesz nie pamiętać dziewczyny, która złamała ci serce? Ten lotniskowy niebieski mnie prześladuje. Jest dla mnie symbolem naszego nieudanego związku i tego, że nie zdołałam zostawić przeszłości za sobą. Pieprzony lotniskowy niebieski.  – Twój ulubiony kolor to niebieski  – mówię.  – A mój czerwony. Teraz jesteśmy przyjaciółmi, więc musisz mi powiedzieć, co się stało.  – To prawda, niebieski  – przyznaje.  – Miałem wypadek samochodowy. Pojechaliśmy z kolegą w podróż służbową do Scranton. Po drodze złapała nas śnieżyca. Samochód wpadł w poślizg i walnęliśmy w drzewo. Doznałem poważnych obrażeń głowy...  – Opowiada o tym wszystkim znudzonym tonem. Domyślam się, że recytował to już setki razy. Nie muszę go pytać o zawód. Wiem, że jest bankierem inwestycyjnym. Pracuje w firmie ojczyma i jest bajecznie bogaty.  – A co się stało z twoim kolegą?  – Niestety, nie przeżył.  – Zwiesza ramiona. Przygryzam wargę. Mam problem ze śmiercią i kondolencjami. Po śmierci mojej matki ludzie wygadywali straszne głupoty, które mnie tylko wkurzały. To były łagodne słowa niemające żadnego znaczenia. Mówili „przykro mi”, chociaż to przecież nie była ich wina, i „jeśli mogę w czymś pomóc...”, chociaż oczywiście nie mogli. Zmieniam szybko temat, chcąc oszczędzić Calebowi podobnego pustosłowia. 30


– Pamiętasz wypadek?  – pytam.  – Pamiętam chwilę, gdy odzyskałem przytomność. Nie pamiętam niczego, co wydarzyło się przedtem.  – Nawet swojego imienia nie pamiętałeś? Kręci głową.  – Na szczęście lekarze uważają, że odzyskam pamięć. To tylko kwestia czasu. Po prostu muszę być cierpliwy. To, że nic nie pamięta, jest dla mnie prawdziwym zrządzeniem losu. Gdyby nie stracił pamięci, w ogóle byśmy nie rozmawiali.  – W szufladzie ze skarpetkami znalazłem pierścionek zaręczynowy.  – To wyznanie jest dla mnie tak dużym zaskoczeniem, że zachłystuję się kawą.  – Przepraszam.  – Klepie mnie po plecach. Kaszlę z załzawionymi oczami.  – Musiałem o tym komuś powiedzieć. Wygląda na to, że chciałem się jej oświadczyć. Tyle że w tej chwili nie wiem nawet, kim ona jest. O rany! Czuję się tak, jakbym właśnie została podłączona do prądu i wrzucona do wanny pełnej wody. Wiedziałam, że po naszym rozstaniu nie próżnował, szpiegowałam go na tyle długo, by mieć świadomość tego faktu, ale małżeństwo? Aż się wzdrygam.  – A jak zareagowali rodzice na to wszystko, co się z tobą stało?  – pytam, postanawiając skierować rozmowę na bezpieczniejsze tory. Chce mi się śmiać, kiedy pomyślę o jego dziewczynie w białej sukni ślubnej. Bardziej pasuje do niej zdzirowata bielizna i rura do tańca.  – Mama patrzy na mnie takim wzrokiem, jakbym ją zdradził, a tata ciągle klepie mnie po plecach i powtarza: „Nic się nie martw, wszystko będzie dobrze, niedługo wyzdrowiejesz”.  – Tak dobrze naśladuje rodziców, że się uśmiecham. 31


Turn static files into dynamic content formats.

Create a flipbook
Mimo moich win by SIW Znak - Issuu